Życie poza Prawem - Rozdział 19 - Pięćdziesiąt Twarzy Trevora (GTA V)

Patrysia, Michael, Trevor, Eliot i Franklin jechali ponownie do Sandy Shores, by móc przyjrzeć się śladom pozostawionym przez zabójcę nieskończonej ósemki. Ten ostatni siedział z tyłu razem z Patrysią i Eliotem, nie mówiąc nic i wyglądając na czymś zirytowanego. Skrzyżował ręce na piersi i uparcie wpatrywał się w jeden punkt, unikając spojrzenia innych.
- Czyżby życie cię bolało, Clinton? – uśmiechnęła się niebieskowłosa.
- Może odczuwać ból istnienia, też tak kiedyś miałem – wtórował jej Eliot. – Żałuję, że nie urodziłem się dwieście lat temu. W tamtych czasach żyli podobni do mnie ludzie.
- Po prostu nie mogę zrozumieć jednej rzeczy… Na chuj my to robimy? Co obchodzi nas jakiś wariat, który w depresji postanowił zadźgać, powiesić, utopić, spalić, zakopać żywcem, zastrzelić, pobić na śmierć, pociąć, udusić, zagłodzić, czy zrzucić w przepaść osiem osób? Czy to ma cokolwiek z nami wspólnego, będziemy coś z tego mieć? Nie! Powinniśmy skupić się na akcji w North Yankton. Chyba nie chcesz tego zjebać drugi raz, co nie Mike?
- Młody ma rację, powinniśmy…
- Zamknijcie się wszyscy! – krzyknął Trevor, potrącając motocyklistę. – Przepraszam pana, było zjechać mi z drogi! – wyminął leżący motor i czym prędzej przycisnął pedał gazu. – Okej, tutaj nic nie miało miejsca… Wracając do tematu, stwierdzam, iż jesteście kompletnymi idiotami. Nasz drogi, zabójczy kolega lub koleżanka, chociaż ja stawiam akurat na kolegę, może stanowić dla nas niemałe zagrożenie. Ewentualnie jest martwy, wtedy będziemy mogli zaczerpnąć inspiracji co do chowania ofiar, pobawić się jego sposobem w… na przykład sekcję zwłok na żywych ludziach, a potem ich zjeść, czy coś… Ale, jeśli jest żywy, to może być naszym konkurentem numer jeden, pomijając Ballasów, Vagosów, Lostów, czy nawet 18th Street Gang, bo to inna ranga.
- Strata czasu – prychnął Franklin.
- O nie nie nie! Ten gościu może być bardziej pojebany ode mnie, a tego nie dopuszczam do swych wspaniałych myśli, rozumiesz?! To mi się należy ten tytuł! A po drugie, ta sprawa mnie zainteresowała. Także morda w kubeł, a za godzinę będziemy na miejscu. Pod warunkiem, że po drodze nie spotkamy więcej motocyklistów, którzy jeżdżą po moim pasie wolniej ode mnie. Tym razem nie zamierzam ich przepraszać, tym bardziej, jeżeli będą martwi!
Zgodnie z przewidywaniami Trevora dotarli na miejsce w niecałe sześćdziesiąt minut. Po chwili błądzenie odnaleźli rozwalony budynek, na którego ścianach szalony morderca postanowił pochwalić się tym, ile zabił ludzi i w jaki sposób tego dokonał.  
- Chodzę dookoła tej meliny już dobre pięć minut, czytam te wypociny i wiecie co? Gówno z tego rozumiem! – zdenerwował się Michael.
- Nie ty jeden – odpowiedział szybko Franklin oparty o jedną ze ścian. – Zmywajmy się stąd. Tu na kilometr wieje fałszem.
- Ja cię zaraz stąd zmyje, Frank! Jesteś mi winny bardzo dużo Michael, więc lepiej schowaj godność milionera do kieszeni i racz współpracować z prostakiem, mieszkającym w przyczepie – zirytował się Philips i razem z Patrysią szukał kolejnych wskazówek. – Pat, przydaj się raz na coś do jasnej cholery! Skoro cię wychowywałem, powinnaś byś geniuszem!
Do uszu Michaela w ogóle nie doszła druga część wypowiedzi wspólnika. Zatrzymał się na tej pierwszej, próbując wmówić sobie, że Trevor nie mówił tego z przekąsem. Niestety, to była prawda.
Michael odchrząknął, na co Kanadyjczyk się odwrócił i zmierzył go pytającym spojrzeniem.  
- Trevor… Nie chcę, żebyś myślał o mnie, jak o jakimś bezdusznym bogaczu, który dla luksusu i pieniędzy poświęcił przyjaźń. To wcale nie tak, ja chciałem tylko…
- Nie produkuj się, Townley… - przerwał mu Trevor. Zawiesił na chwilę głos, wbił wzrok w swoje podniszczone buty i powoli skierował go z powrotem na byłego przyjaciela. – To nie ma sensu.
Wszyscy powrócili do poprzednich czynności. Trevor próbował zajrzeć w głąb duszy psychopaty, Patrysia szukała czegoś, choć sama nie wiedziała czego, Eliot doszukiwał się wizji artystycznej i powodów dokonania zbrodni, Michael próbował cokolwiek zrozumieć, a Franklin starał się mieć całą sprawę jeszcze głębiej w dupie i nareszcie zasnąć. Pomimo upływu czasu, wszyscy zatrzymali się w tym samym miejscu i nie byli w stanie ruszyć dalej. Zrezygnowany Michael usiadł obok czarnoskórego, głośno wzdychając.
- Uważaj, bo pobrudzisz sobie swój nowy garniturek – zadrwił Trevor. – Musiałeś na niego ciężko pracować, zdradzając innych.
W głowie De Santy zawrzało. Bardzo chciał nie odpowiedzieć, jednak emocje wzięły górę.
- Skoro masz taki problem to było rozwalić mi łeb, kiedy miałeś okazję!
- Mam swoje powody, dlaczego tego nie zrobiłem, idioto! – wydarł się Trevor.
- No dawaj! Pochwal się! Nie łatwiej było mnie dodać do kolekcji twoich wypchanych ludzi, zrobić ze mnie trofeum, czy wsadzić do lodówki w piwnicy?!
Wszyscy się na nich patrzyli, nawet Franklin obudził się z drzemki i otworzył nieobecne oczy. Trevor przygryzł wargę w zamyśleniu, w jednej sekundzie opuścił go gniew. Uspokoił swój oddech i popatrzył z wyrzutem na Michaela przenikliwym wzrokiem. Odepchnął dłoń powstrzymującej go przed zrobieniem czegoś głupiego Patrysii i zbliżał się wolno do De Santy. Jego oczy wydawały się bardziej smutne i nielitościwe niż kiedykolwiek.
- Pomiędzy tobą, a mną jest bardzo duża przepaść. Jesteśmy dwoma skrajnościami. Jestem twoim przeciwieństwem, Townley. Wszyscy mówią, że to ty jesteś aniołem, jak na przestępcę, natomiast ja jestem diabłem, synem szatana. Trudno się nie zgodzić, to mi radość sprawia cierpienie innych, to ja zabijam dla przyjemności, to ja urodziłem się złym dzieckiem, to ja upuszczam szklanki tylko po to, by usłyszeć, jak się tłuką. To moja pasja, ponieważ dobro to zguba. Dobro to zguba, bo musisz grać według zasad. W zło już nie… Ty, Michael chcesz po prostu czuć się ważny. Nie ważne w czym. Ja tego nie potrzebuję. Robię wiele złych rzeczy i robię je idealnie… Ale ja, w przeciwieństwie do ciebie, wiem, kto mi przyjacielem, a kto wrogiem. Nie zawaham się zabić nikogo, lecz nie wbiję noża w plecy mojego druha. Zawsze byłem zły, mściłem się, zabijałem, kradłem, jednak nigdy nie zawiodłem tych, na których mi zależało.  
Michael zastygł w bezruchu. Panowała zupełna cisza, nikt nie ważył się powiedzieć ani słowa. Wszyscy słuchali Trevora z zapartym tchem, nie wierząc, że to ten sam człowiek, którego dane im było poznać. Gdy się ocknęli, powrócili w milczeniu do pracy.
- Siedzimy tu dobre dwie godziny. A teraz pytanie za sto punktów: Co zrobiliśmy? – zadrwił Franklin, powoli stając na nogach, żeby rozruszać zastygłe mięśnie. – Tu nawet nie ma zasięgu, a Lamar będzie mieć znowu ból dupy o…
- Nie wierzę! Jesteś genialny, Franklin! – krzyknął Trevor, podbiegając do dwudziestopięciolatka.
- Yyy… Dzięki, stary, ale nie za bardzo wiem, co masz na myśli.
- Co się znowu urodziło? – Patrysia przyleciała jak burza.
- Młody cały czas na spał na jakimś znaku – powiedział entuzjastycznie Philips. – To mi wygląda na jakąś podpowiedź.  
Przed nimi namalowane były kropki, kreski i szyfr z liter.  
- Teraz to ja już też nic nie rozumiem – westchnęła Patrysia.

Igi

opublikowała opowiadanie w kategorii przygoda, użyła 1303 słów i 7583 znaków, zaktualizowała 29 sty 2017.

1 komentarz

 
  • jjojojo

    Szkoda, ze nie ma dalej :/

  • Igi

    @jjojojo będzie :) cała seria przejdzie korektę i prawdopodobnie wiele się pozmienia, ale planuję Wielki powrót :)