Życie poza prawem - rozdział 14 - Ósmy nie będzie czekać (GTA V)

Czterej przestępcy wpatrywali się zafascynowani to w ekran, to w niebieskowłosą. W głowie Michaela powoli zaczął się już układać plan. Analizował po kolei wejścia odkryte przez Eliota i podliczał w myślach „za” i „przeciw” do każdego z nich. Na jego ustach z każdym słowem dziewczyny pojawiał się coraz szerszy uśmiech. Może uda mu się naprawić błędy z przeszłości? Wiele by za to dał…
- Kawał dobrej roboty – skomentował krótko Trevor.  
- Dzięki – rzuciła Pat i zamknęła laptopa. – Zostawię plan budynku u Lestera. Na pewno się jeszcze nie raz przyda.
- Byłby z ciebie nienajgorszy haker, moja droga. Zajmujesz się czymś jeszcze? – zapytał Michael, podając kartkę Lesterowi.
- Hoduję krewetki w stawie z morsami – prychnęła. – Przecież mówiłam, że nie.  
Nikt nie zdążył dorzucić żadnej kąśliwej uwagi, gdyż usłyszeli dziwaczny dźwięk, który im coś przypominał, ale nie mogli sobie przypomnieć co. Nagle został on przerwany przez donośny łomot i ni z gruszki ni z pietruszki ogromna siła wyrwała drzwi z zawiasów. Przed nimi pojawił się na oko trzydziestoletni blondyn. Rozejrzał się po ich twarzach i zatrzymał wzrok na niebieskowłosej. Philips zareagował błyskawicznie, wyciągając broń.
- To mój człowiek – odparła spokojnie dziewiętnastolatka, ujrzawszy Freddiego.
Trevor ostrożnie schował pistolet i zapytał wściekły:
- Kim kurwa jesteś i jak tu się dostałeś?!
Blondyn popatrzył na narzędzie trzymane w dłoni, wzruszył ramionami i odparł:
- Jestem ślusarzem… i jestem ślusarzem.
Patrysia zarechotała, podpierając się o Franklina.  
- Wszystko pod kontrolą. Mam tą robotę. A ty skołuj tu jakieś drzwi, czy coś.  
- Zobacz, co zrobiłeś, idioto! Czy one przypadkiem nie były otwarte?! – wrzasnął wyprowadzony z równowagi Lester.  
Po kilkunastu minutach opuszczali już jego kryjówkę.  
- Ulokowałeś się już gdzieś w LA, Trev? – zagadał Michael.  
- Nie skombinowałem jeszcze fałszywych dokumentów.
- Od dziesięciu lat?
- Nie… Jakiś rok temu lekarz powiedział, że daje mi cztery lata życia. Po tej wizycie sędzia dał mi dwanaście – uśmiechnął się Philips.
- Co ci jest?
- Nic, chcieli mnie tylko postraszyć. W każdym razie muszę się ulokować u jednego z was, albo spać na ławce w parku.
Franklin i Patrysia wymienili porozumiewawcze spojrzenia na wyrażenie „ławka w parku”.
- Myślę, że Amanda i dzieci będą zachwyceni – zażartował Michael. – U mnie nie ma opcji, stary.
- Możesz zamieszkać w bazie Ruthless – odezwała się Patrysia i niepewnie spojrzała na Trevora. Sama nie wierzyła, że to zaproponowała. – U nas nigdy nie brakuje miejsca.
Niebieskowłosa wzięła numer do Michaela, Lestera i Trevora, po czym ruszyła z tym ostatnim w stronę jego terenowego samochodu. Tymczasem Franklin nie mógł się powstrzymać, by nie powiedzieć De Sancie czegoś o Philipsie.
- Ten gościu jest chory na łeb, Mike. Taki też wydaje się być na pierwszy rzut oka. Nie rozwijając tematu wygląda jak niedoruchana wiewiórka, a zachowuje się jakby przed chwilą uciekł ze szpitala psychiatrycznego.
Michael prychnął.
- Dlaczego wiewiórka?
- Nie wiem, to pierwsze, co przyszło mi do głowy.
- Ach, Franklin. Nie wiesz jeszcze, jak bardzo ten gościu jest psychiczny i bezlitosny. To bez wątpienia Pan Piekła. Zobaczysz z czasem, na ile go stać. Pracowałem z nim kilka lat i to były najbardziej szalone i niebezpieczne lata mojego życia… Posłuchaj, synu… Nigdy nie uważałem się za anioła… Ale kiedy poznasz Trevora, ujrzysz aureolę nad moją głową.
***
Gdy dojechali na Ontario Street, ujrzeli Chloe wypakowującą z pudła razem z Cyganem – dilerem.  
- Cześć – przywitała się blondynka. – Kto to?
Patrysia jak zwykle nie odpowiedziała i dalej prowadziła Trevora do kryjówki. Rzuciła jej jedynie podejrzliwe spojrzenie i przybrała kamienną twarz. Nie potrafiła inaczej reagować na tą dziewczynę. Bez względu na cokolwiek, było w niej coś podejrzanego i irytującego, lecz ona do tej pory nie umiała stwierdzić co. Żałowała, że decyzję w sprawie Chloe pozostawiła Friedrichowi.
Kilka godzin później ponad trzy czwarte członków bandy razem z Patrysią i Trevorem smacznie spało. Panowała prawie zupełna cisza, którą co jakiś czas przerywało rytmiczne cykanie świerszczy lub kroki osób na dole.  
Wtem rozległ się telefon Trevora. Philips niechętnie przewrócił się na drugi bok i po niego sięgnął:
- Czy wiecie, zjeby, które mają czelność do mnie dzwonić, która jest godzina?!
- T-t-tak… Oczy-Oczywiście! – wyjąkał znajomy głos.
- Wade?! Co do chuja?! – zagrzmiał Trevor, budząc wszystkich dookoła, jednak nikt nie odważył się tego skomentować.
- Musisz wracać do Sandy Shores, Trev! – wydukał panicznie.
- Co się znowu urodziło? – zapytał od niechcenia, podpierając się o ścianę.
- Kogoś skasowali… nie tylko jedną osobę! Jest ich bodajże osiem! Musisz tu przyjechać! Musisz!
- Jeszcze tego mi do szczęścia brakowało! Czemu sam się nim nie zajmiesz, co? A tak w ogóle to co mnie to obchodzi! – warczał na wspólnika.
- Bo… Bo… Bo nie potrafię! Nie poradzę sobie! Nie mam wystarczających umiejętności i wiedzy…
- A widzisz! Musiało cię dopaść to cholerne ABCDE? – zażartował Philips.
- ABCDE? – zdziwił się chłopak z dredami, nadal trzęsąc się ze strachu.
- Tak, dobrze słyszałeś, ABCDE. Absolutny Brak Chęci Do Edukacji.
- Ale ja próbuję! Błagam cię, przyjedź tu i go załatw, nie wiem, do kogo jeszcze mogę się zwrócić o pomoc. To nie aż tak daleko!
- Podaj mi, smarkaczu, chociaż jeden sensowny powód, dla którego miałbym to zrobić – zadrwił Trevor, podnosząc się z materaca.
- Bo ten gościu jest jeszcze bardziej szalony od ciebie, mój mistrzu! – pisnął Wade.
Trevor zerwał się na równe nogi, a jego źrenice momentalnie się rozszerzyły. Zaśmiał się, po czym powiedział zdenerwowany:
- O nie! Tak się bawić nie będziemy! To ja jestem największym i najniebezpieczniejszym zjebem w okolicy! Niedługo przyjadę do ciebie i zobaczę, kto śmie próbować odebrać mi ten tytuł.
- Jadę z tobą – Patrysia stanęła mu w przejściu.
- Sądzisz, że mi się przydasz? – uniósł brew.
- Dałam ci nocleg, więc wypadałoby się odwdzięczyć. Wiem, że prawdopodobnie nie masz tego w zwyczaju.
Kilka godzin później Trevor zatrzymał samochód w miejscu spotkania z Wadem Hebertem.
- Jak dobrze, że jesteś – Hebert dosłownie rzucił mu się w ramiona.
Philips odepchnął go bezceremonialnie tak, że ten upadł na ziemię.  
- To moja znajoma, Patrysia – skinął głową na niebieskowłosą. – A teraz pokaż mi tego szaleńca.
- Ach… Trevor… No widzisz, problem jest w tym, że… Nie mam pojęcia, gdzie on jest.
- Nie wiesz, gdzie jest ten skurwysyn i masz czelność wzywać mnie z Los Angeles, gówniarzu?!  
- Ale mam pewne poszlaki… To, co pozwoliło mi dowiedzieć się o jego istnieniu – próbował uspokoić go Wade. – Chodźcie za mną.
Trevor i Patrysia spojrzeli po sobie, a mężczyzna puknął się w czoło, wskazując na Wade’a.
- Przeczytajcie to – wskazał przerażony na napis na ścianie.
„ Będzie ich ośmiu. Osiem ofiar.”
- Przepraszam bardzo, to mi się należy tytuł największego zjeba w okolicy! Zabiłem dużo więcej osób! – oburzył się Trevor, wymachując rękoma.
- Dalej zostawił kolejne wiadomości – zauważyła Patrysia, zignorowawszy jego lamenty.
„Pierwszy załatwiony
Drugi był zabawny
Trzeci próbował zwiać
Czwarty wołał mamę
Piąty nie żyje
Szósty jest wodnikiem
Siódmy w niebie
8 nie będzie czekać”
- Brzmi groźnie – zaśmiał się Trevor i zrobił zdjęcia napisom.
- Właśnie wiem! – pisnął tchórzliwy Wade, chowając się za jedną ze ścian.
- Ten człowiek nie pisze liczby osiem słownie, lecz cyfrą. Jak widać ma dla niego duże znaczenie – myślała Patrysia. Postanowiła przeczytać kolejne wiadomości.
„Oni chcą mnie. Oni mogą mnie mieć. Ale Oni nigdy nie dostaną moich ludzi. Pomimo że zostawiam im wystarczająco dużo znaków, gdzie mnie wsadzą. 8 nie będzie czekać.”
- Ale co może oznaczać, że ósmy nie będzie czekać? Czy ten zabójca nie mógł znaleźć swojej ostatniej ofiary, czy może sam się nią stał?
- To się robi psychiczne! – burknął Trevor, odczytując kolejne linijki.
„Gdzie woda spotyka się z lądem
I ogień się wydobywa
Tam 8 zostanie
Dopóki nie wrócę”
Pod spodem zaznaczone były jakieś kropki w dziwnej kombinacji. Przypominały mapę lub coś w tym rodzaju.  
- Będziesz dziewiąty!
- Nie!!! – wrzasnął Wade, a czyjaś ręka zaczęła wyciągać go na zewnątrz.

Igi

opublikowała opowiadanie w kategorii przygoda, użyła 1521 słów i 8834 znaków.

1 komentarz

 
  • takasebadgirl

    Opowiadanie super... troszeczke na początku sie pogubiłam z czasem ale spokojnie ogarneła. :yahoo: . Czekam na dalszy rozwój zdarzeń ????

  • Igi

    @takasebadgirl dzisiaj będzie :)