Zaskakujące Lądowanie rozdział 107

Zaskakujące Lądowanie rozdział 107107
  Mia
          
   Wspomnienie naszego seksualnego aktu odbija się echem w każdym milimetrze mojego ciała. Chociaż z początku jego słowa oraz wyjście z pomieszczenia i zostawienie mnie na kanapie rozkojarzonej po wybuchu doznań, było trochę irytujące i w pierwszych sekundach poczułam się porzucona, tak cichy głos w głowie zatrzymał dumanie nad nietypowym zachowaniem chłopaka, podpowiadając logiczne uzasadnienie sytuacji. ‘Sama go sprowokowałaś.’ Dlatego jestem zadowolona z odwrócenia jego uwagi od groźby wysłania mnie do domu i zakucia do łóżka. W zamian dostałam rozładowanie tygodniowego napięcia, mając przy tym zysk. No dobra, w moim wypadku potrójny, ponieważ nie tylko moje pożądanie zostało zaspokojone, ale także mogę w końcu zakończyć rozpoczęty w niedzielę bilans projektu.  
Po włączeniu komputera wyciągam z szafy cienki czerwony segregator, siadam na obrotowym krześle. Niecierpliwość i zapał zmieszany z poddenerwowaniem wrze niczym woda w kociołku. Nie mogę się już doczekać rezultatu naszej tygodniowej harówki, a brak wiedzy czy szefunio może sobie pozwolić na kolejny krok do przodu, rozrywa mnie na strzępy.
Otwieram skoroszyt, wyciągam wykazy z kasy, niezbędne notatki, jak i zapiski wynagrodzeń dodatkowej obsługi czy zespołu. Wszystko mam udokumentowane. Na pulpicie najeżdżam kursorem myszki na dany plik z tabelami zawierającymi ważne informacje o znajdującym się w barze towarze. Od alkoholi po serwetki, ilość standardowa oraz zużyta. Mogę sobie wyobrazić, jakiego kundel dostałby oczopląsu na ten widok. Sama pozycja cyfr jest mordercza, a co dopiero liczby w trzech różnych rubrykach. W innym znów dokumencie mam tylko obliczenia z trzech wieczorów z Buam, ale najpierw dokończę moją pracę sprzed anginy.
  Krach, łomot, ktoś zbiega ciężko po schodach. Podnoszę wzrok na osobę odpowiedzialną za ogłuszający mnie hałas. Na widok bladego niczym trup Samuela podnosi mi się adrenalina, a razem z nią ja na równe nogi.
– Sam… – zaczynam, lecz on porywa mnie w mocny uścisk, pozbawiając tym powietrza.
–Mia. Kochanie. Przepraszam cię… Błagam o wybaczenie… – mówi z zadyszką i taką prędkością, że nie jestem w stanie usłyszeć wszystkiego, co trajkocze w moje włosy, w dodatku jedno ucho mam dociśnięte do walącego z potrójną prędkością serca, a drugie zakryte jego lodowatą ręką. Co jemu? Odrywam się od niego, szukam jego wzroku. Oczy załzawione, błędne, przepełnione paniką i strachem. Okejjjj, przeraża mnie pomału to, co widzę.
– Co się stało? – pytam ostrożnie, a galop serducha zwiększa się na sile.
– Ja… Ja… Chryste… – nie potrafi ułożyć zdania, zaczyna dygotać, łapie z trudem powietrze. Niedobrze. Brutus nigdy nie dostaje paniki.  
– Hej. – Klepię go w policzek. – Wdech, wydech – robię to samo, co on w takich sytuacjach, podaję mu rytm. Po kilku sekundach znacznie się uspakaja. – Tak jest dobrze. Chodź usiąść, bo mi jeszcze padniesz trupem. – Łapię go za dłonie i prowadzę do sofy, na której niespełna kwadrans temu ostro mnie posuwał. Samuel zajmuje wskazane przeze mnie miejsce, a ja szybko wracam do biurka po jeszcze lodowatą wodę mineralną. Podając mu ją, klękam obok niego, przyglądam się jak upija… Baaaa! Upija?! Raczej wlewa sobie całe pół litra do gardła. Kogoś tu nieziemsko suszy. Szczeniak rzuca pustą butelkę w kąt kanapy. ‘Świetnie! Brawo! Jakby nie było gdzie odłożyć!’ Koncentracja Mia. On jest teraz ważniejszy.
– Lepiej? – pytam, na co kiwa głową. – Super. A teraz od początku. Co jest grane? – Samuel podciąga mnie z kolan na górę i sadza mnie na swoich kolanach.
– Tak cię mocno przepraszam za to, co zrobiłem! Nie chciałem, nie taki miałem zamiar. Proszę, nie znienawidź mnie za to – mówi, a ja nie wiem, jaki jest powód jego przeprosin.  
– Brutus, za co chcesz mnie przeprosić? Co zrobiłeś? – dopytuję podejrzliwie. W mojej głowie zaczyna wyć syrena stanu krytycznego. Zdradził mnie? Zakochał się w innej? Zrobił coś nielegalnego za moimi plecami? Miliard pytań biegnie przez całą mózgownicę.
– Jak to, co?! – Podnosi na mnie głos z zapytaniem. Zsuwa mnie z kolan i energicznie wstaje. – Wykorzystałem cię i opuściłem biuro. Zostawiłem ciebie samą! – krzyczy, targając przy tym sobie włosy. O czym on gada?
– Powoli. O czym ty mówisz? – Boruję, gdy zaczyna dreptać po pokoju, niczym puma.
– O czym? Mimi! Niespełna pół godziny temu zachowałem się jak on! JAK ON! A ja taki nie jestem, nigdy nie byłem i co zrobiłem? Stukałem cię, jakby dnia nie było, zostawiłem cię na pastwę losu i wyszedłem bez ciepłego słowa! – Podchodzi do mnie, bierze moją twarz w swoje już cieplejsze dłonie. – Nie chciałem tego zrobić. Za bardzo cię kocham, a jednak posunąłem się tak daleko. Wcale nie jestem lepszy od tej szui… Zrobię wszystko, byś mi wybaczyła i obiecuję, że już więcej do tego nie dojdzie – oznajmia głosem podobnym do młodego chłopaczka w czasie mutacji. Jego oczy przepełnione są mieszanką nadziei i strachu. Paraliżuje mi struny głosowe, dostaję chwilowej blokady. Potrzebuję chwilę, aby przyswoić to, co powiedział. Samuela gryzie sumienie. Myśli, że…?  
Wybucham gigantycznym śmiechem, a chłopakowi opadają dłonie w dół.
– Idź się lecz Berger, bo nie brakuje ci jednej, ale przynajmniej trzech klepek pod pokrywą czaszki. – Daję mu do zrozumienia, jaki jest niemądry. Owszem doznałam parę sekund nieprzyjemności po jego wyjściu, ale sama do tego doprowadziłam. Wstaję z miękkiego mebla, obejmuję go w pasie i patrzę w górę przeszywając jego gałki w sposób, by do niego dotarła każda jedna literka.  
– On był dla mnie piekłem, za to ty jesteś niebem. Wiele razy was do siebie porównywałam, miałam obawy, łamałam sobie głowę. Zapewniam cię Samuel, że nigdy nie zrobiłeś mi krzywdy, wykorzystałeś czy zostawiłeś samej ze strapieniem. Wręcz przeciwnie, od samego początku, byłeś dla mnie kimś wyjątkowym, osobą dającą poczucie bycia mile widzianą. Wspierałeś, pomagałeś, doceniałeś, zachęcałeś, a co najbardziej jest zadziwiające… pokochałeś mnie taką, jaką jestem. Byłeś ze mną w najtrudniejszych chwilach. Jesteś jak mój Anioł Stróż i ty masz czelność widzieć w sobie jakąś cząstkę osoby, która odebrała mi wszystko, co posiadałam i marzyłam? Sam! Dzięki tobie żyję, odnajduję się w tym całym bagnie, jakie po sobie pozostawił. Po raz kolejny udowadniasz mi, jak bardzo się od niego różnisz. Przecież sama o to prosiłam. Słowo honoru, jeżeli chcesz ujmę to nawet pisemnie. Nie jesteś i nie byłeś Eliasem. –  zapewniam go. Wspinam się na palce i całuję miejsce spływającej po policzku łzy. Naprawdę boli mnie, kiedy cierpi z powodu trapiącego go sumienia i przynajmniej wiem, że je posiada. – Kocham – szepczę.
– Pięć razy mocniej. – Daje z siebie pomruk, pieczętując to głębokim, namiętnym pocałunkiem.
   Po długim przekonywaniu oraz odebraniu Samuelowi ostatnich trosk, mogę skupić moją uwagę na tym, od czego zależy jego przyszłość. Choć wynik nie zmienia się po pięciu przeliczeniach i gapieniu się na sumę, wiem tylko jedno.
Albo sama wykopię sobie dziurę, albo zorganizuję sobie szybko własny pogrzeb.
Dlaczego?
Kosztorys, który trzymam w ręku jest realny, ale faktu się nie zmieni.
Są trzy możliwości mojej śmierci, gdy pokażę im podsumowanie.
1. Zmiażdżona.
2. Uduszona.
3. Rozerwana na strzępy.
Szczerze powiedziawszy, żadna z tych opcji mi się nie podoba… Cóż, czasem trzeba stanąć z prawdą twarzą w twarz.
‘Powodzenia Mia Katarina Dosch.’ Na pożegnanie klepię samą siebie po ramieniu, robię ostatni głęboki oddech. Otwieram wrota, by dać się pożreć lwom Samtajl-Bar.


Od Autora.
Drodzy czytelnicy, to ostatki.
Więc do góry dawać łapki.
Pozdrawiam AHopeS <3

1 671 czyt.
100%496
AHopeS

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i erotyczne, użyła 1354 słów i 8066 znaków, zaktualizowała 12 lut o 20:55.

6 komentarzy

 
  • nanoc

    nanoc · 5 dni temu

    Nooo, jak poprzednie tak i ten trzyma poziom do którego nas przyzwyczaiłaś. Ciekawi mnie ten kosztorys, co tam wyszło.........  

  • Aladyn

    Aladyn · 6 dni temu

    Można się było tego spodziewać, że obawy Samuela były niepotrzebne. Mia nie odczuła jego postępowania jako chęci skrzywdzenia jej, czy poniżenia. Nie pozwala mu też, aby porównywał się z tym, który w przeszłości faktycznie ją skrzywdził.
    Autorka znów zostawia nas w niepewności, czego się Mia doszukała w tym kosztorysie, że aż tak się boi konfrontacji z załogą?

    Ostatki, nie ostatki...
    Ja zawsze daję łapki!

  • Dyzio55

    Dyzio55 · 12 lut 23:01 · 198285625

    Jeśli to koniec to bardzo szkoda. Miałem nadzieję że wyjdą z kłopotów i założą rodzinę. Albo chociaż brat Mii zrobi prawko.

  • czarmar

    czarmar · 12 lut 20:10 · 195094112

    o, ta emotka nie trybi tu...:(

  • czarmar

    czarmar · 12 lut 20:09 · 195094112

    :polewaj:

  • czarmar

    czarmar · 12 lut 20:05 · 195094112

    Łap, łaps, klaps.