Światło w ciemności – rozdział 2

Światło w ciemności – rozdział 2Nicholas

Obudziło mnie głośne szczekanie. Wstałem z głośnym jękiem, zdezorientowany. Chciałem odespać parę intensywnych godzin pracy, ale ten głupi szczeniak wyraźnie miał dla mnie inne plany.
Potem jednak przypomniałem sobie o wspieraniu przyjaciela, więc zagryzłem zęby i miałem nadzieję, że szczekanie ustanie. Nic z tego. Tylko się nasilało.
Otworzyłem drzwi od pokoju i spojrzałem ze złością na psa, który patrzył na mnie podobnym wzrokiem.
– Czego ty ode mnie chcesz?  
Szczeknięcie.
– Chcesz jeść? Pić? Wyjść? Powiedz mi. Nie mówię po psiemu.
Warknięcie.
Westchnąłem. Wiedziałem, że już nie zasnę. Poszedłem do kuchni zrobić sobie kawę. Pies nieufnie poszedł za mną, ale dopiero po paru minutach. Ciągle czułem na sobie jego wzrok i było to dość niekomfortowe. W końcu dostrzegłem miskę z jedzeniem i obok drugą, z wodą. Przynajmniej nie musiałem kupować mu żarcia. Wystarczyło go potem wyprowadzić i tyle.
Jako że nie miałem co ze sobą zrobić, zająłem się graniem na konsoli. Co jakiś czas zerkałem na psa, ale on trzymał się w bezpiecznej odległości ode mnie i tylko co jakiś czas nieufnie łypał. Przez jakiś czas było spokojnie, ale potem znowu zaczął szczekać. Każde kolejne szczeknięcie było głośniejsze i wkrótce miałem dosyć.
– Dobra, wygrałeś – warknąłem w jego stronę. – Idziemy.
Poszedłem się ubrać, znalazłem smycz i zeszło się jeszcze parę minut, zanim udało mi się ją przypiąć. Nigdy nie miałem psa, więc to była dla mnie całkiem nowa sytuacja. Kundel warczał na mnie i co jakiś czas szczekał, i zaczynało mnie to irytować. Miałem nadzieję, że w parku się wybiega i da mi spokój na resztę dnia.
***
Byłem chyba jedynym facetem z psem, bo cała reszta ludzi była rodzinami z małymi dziećmi albo zakochanymi parami udającymi się na jakże romantyczny jesienny spacer. Miałem wrażenie, że sam nie wiem co robię, a pies nie pomagał. Na szczęście, gdy zobaczył masę liści, w których mógł się tarzać, wyraźnie obudziła się w nim chęć do zabawy. Wobec tego spuściłem go ze smyczy, licząc na chwilę spokoju.  
Właściwie dzień był nawet przyjemny. Pewnie spędziłbym go razem z Kim, ale wcześniej jakoś na to nie wpadłem. Pies i rozmowa z Willem wytrąciły mnie z równowagi. Nie chciałem jednak, by Kim znowu się na mnie obraziła, więc czym prędzej wyciągnąłem komórkę z kieszeni i napisałem do niej, co zresztą powinienem zrobić już parę godzin temu.
NICK: Cześć, piękna. Jakie plany na dziś?
– No dobra – westchnąłem, chowając komórkę. – Może tym razem nic nie spieprzę i się nie obrazi, co nie…? – Przeniosłem wzrok na psa, którego zostawiłem obok w liściach, ale jego tam nie było.
Kurwa.
Zacząłem rozglądać się dookoła jak wariat, ale nigdzie nie widziałem charakterystycznej czarnej sierści. W pierwszym odruchu chciałem go zawołać, choć pewnie i tak by do mnie nie przyszedł – i wtedy uświadomiłem sobie, że przecież nawet nie znałem jego imienia.
Kurwa!
Wpadłem w lekką panikę. Przecież nie mogłem zgubić psa możliwie chorej na raka siostrze najlepszego kumpla. Szybko wyjąłem komórkę i wybrałem numer Willa.  
– Odbierz, kur…  
– Halo?
– Will, jak ten przeklęty pies ma na imię? – warknąłem, prując przed siebie w parku i rozglądając się na wszystkie strony.
– Milo.  
– Nie mogłeś mi tego napisać na tej karteczce w kuchni?  
– Po co ci jego imię? – Usłyszał mój zdyszany oddech i chyba domyślił się, co zrobiłem. – Nie mów, że go zgubiłeś!
– Nie zgubiłem. Na chwilę zniknął mi z oczu.
– Lepiej go znajdź, bo nie ręczę za siebie – warknął i się rozłączył.
Świetnie.
– Milo! – zawołałem, starając się nadać mojemu głosowi w miarę przyjazny ton. – Milo!
Mój telefon zaczął dzwonić. Kim. Nie, nie miałem teraz na to czasu. Musiałem znaleźć psa.
Odrzuciłem połączenie. Przebiegłem już chyba pół parku, nawołując psa, który miał mnie w dupie. Kończyły mi się pomysły. Czemu ta dziewczyna nie założyła mu jakiegoś GPS-a? Zwłaszcza oddając psa pod opiekę kogoś innego?
W końcu zabrakło mi oddechu. Lubiłem sport, ale nie byłem przyzwyczajony do takiego ganiania za psem. Okazało się, że to kompletnie inna bajka niż ćwiczenia na siłowni. Opadłem na najbliższą ławkę, dosłownie na chwilę. Policzyłem do dwudziestu i już wstawałem, nabierając powietrza, by po raz tysięczny zawołać psa, kiedy usłyszałem szczeknięcie i nagle Milo znalazł się obok mnie, wyraźnie zadowolony, merdając ogonem.
Miałem ochotę jednocześnie go uściskać i udusić.  
W końcu parsknąłem śmiechem.
– Chodź. – Pochyliłem się i przypiąłem mu smycz. – Idziemy, zanim znowu mi gdzieś zginiesz.



Hayley

Wpatrywałam się w ekran telefonu. Właśnie skończyłam rozmawiać z babcią, która zapewniała, że będzie się gorliwie modlić, żeby operacja się udała. Nie chciałam się kłócić, nie miałam do tego ani nastroju, ani ochoty, ale Bóg nie miał tu nic do gadania. To, czy zabieg się uda zależało od umiejętności lekarzy, a nie Boga. Przestałam w Niego wierzyć, kiedy zginęli rodzice. Od zawsze byliśmy wierzącą rodziną, chodziliśmy do kościoła, modliliśmy się i po co? Nie pomogło to ani tacie, ani mamie. Jakoś Bóg nie uratował ich, nie zatrzymał pijanego przed prowadzeniem samochodu i spowodowaniem wypadku. Nie kiwnął palcem. Dlaczego miałam się nadal do Niego modlić, skoro zabrał mi rodziców, a teraz na dodatek obdarował nowotworem? To jakaś kara? Jeśli tak, to nie wiedziałam, co takiego zrobiłam, by na to zasłużyć.  
Jutro rano będę już na stole operacyjnym. Zrobili mi cały szereg badań potrzebnych do zabiegu. Zbadało mnie tylko dwóch ginekologów. Tym razem obyło się bez USG. Sytuacja wyglądała następująco: zaczną od laparoskopii, wytną kawałek guza i oddadzą go do laboratorium; jeśli okaże się, że to rak, otworzą mnie i wytną wszystkie narządy rozrodcze. Nie będę mogła zajść w ciążę, nie będę mogła mieć dzieci. Jeśli okaże się, że to jednak nie rak, to laparoskopem wytną guza, oddadzą go na badania histopatologiczne i tyle. Trochę się stresowałam, ale zdecydowanie mniej po rozmowie z anestezjologiem. Musiałam wypełnić mnóstwo papierów, podpisać zgody. Dodatkowo miałam lekkostrawną dietę. Kolacji już dzisiaj nie zjem, mogłam pić tylko wodę. I to tylko do dwudziestej trzeciej.  
Przeglądałam Instagrama, żeby odciągnąć myśli. Jutro będę wiedzieć, czy jestem chora. Starałam się zepchnąć to jakoś gdzieś w tył głowy, musiałam się rozluźnić, bo nie będę mogła spać. Szkoda, że Milo nie mógł być tutaj ze mną. Nigdy nie rozstawałam się z nim na tak długo. Nie wiedziałam, jak się zachowa. Miałam nadzieję, że był grzeczny i nie sprawiał Willowi kłopotów. Chyba ściągnęłam go myślami, bo przysłał wiadomość:
WILL: O której masz tą operację?
HAYLEY: O ósmej. Jestem pierwsza w kolejce.
WILL: Będziemy mogli się zobaczyć?
HAYLEY: Chyba tak.
WILL: Przyjadę po siódmej.
HAYLEY: Okej. Milo jest grzeczny?
WILL: Obsikał Nickowi buty.

O, Boże. Zrobiło mi się gorąco. Najlepszemu kumplowi mojego brata, Nickowi? Przystojnemu dupkowi, który nie zwracał na mnie uwagi Nickowi?
HAYLEY: Bardzo był zły?
WILL: Darł się jak opętany o czwartej rano.

Ukryłam twarz w dłoniach. Było mi głupio. W końcu to był mój pies. Dlaczego to zrobił? Nigdy mu się nie zdarzyło, żeby załatwił się w domu. Powinnam zaproponować jakąś rekompensatę? Z drugiej jednak strony, Nick nawet nie raczył się ze mną przywitać, gdy byłam kiedyś u Willa. Wpadł po coś do kuchni, rzucił mi tylko zirytowane spojrzenie i wyszedł. Co ja mu zrobiłam? Nawet mnie nie znał. Dobrze mu tak. Niech teraz chodzi w obsikanych butach.  
HAYLEY: Przeproś go w moim imieniu.
Na nic więcej nie mógł liczyć.


Nicholas

Oto dlaczego nigdy nie miałem psa.
Teraz już rozumiałem, dlaczego rodzice woleli chomika.  
Gdy wróciłem ze spaceru z Milo, pies wydawał się spokojniejszy – w przeciwieństwie do mnie, ponieważ lekko przeraziło mnie to, że o mało co nie zgubiłem. To całkowicie odebrało mi chęć na kolejne wyprowadzanie go. Liczyłem jednak, że pies doceni moje poświęcenie, a gdy wrócimy, grzecznie zje swoją karmę i pójdzie spać w jakimś kącie.
Nic z tego – gdy wróciliśmy, coś na nowo go opętało. Może myślał, że tym razem wróci już do domu swojej pani, a tu ponownie przywitały go nieznane mury i zapach dwóch facetów. Zaczął skomleć i jęczeć, a mi znowu podnosiło się ciśnienie. Niemal cieszyłem się, że szedłem wieczorem do pracy.
Próbowałem nieco się przespać przed swoją zmianą, ale gdy tylko zamknąłem się w pokoju, Milo zaczął jęczeć i drapać w drzwi. Próbowałem go ignorować, ale nie przestawał. Wiedziałem, że i tak nie zasnę. Wkurzony, odrzuciłem kołdrę i wyjrzałem do przedpokoju. Pies stał przy drzwiach wejściowych.
– Chcesz wyjść? Proszę bardzo. – Podszedłem do niego, otworzyłem mu drzwi, ukazując ciemny korytarz. Milo nie ruszył się z miejsca. Wpatrywał się w ciemność, może szukając swojej pani. Mi zaczęło być zimno przez ten przeciąg, więc w końcu zamknąłem drzwi. – No niestety, koleś, Hayley tu nie ma. Przykro mi, ale jesteś skazany na mnie.
Nie byłem w stanie powiedzieć, czy go to obeszło, ale wyglądał raczej smutno – o ile można było tak powiedzieć o psie – więc poszedłem do kuchni zorientować się, czy na jego jedzenie składała się tylko sucha karma, czy może miał jakieś smakołyki. Znalazłem jakąś paczkę ukrytą w najniższej szufladzie. To, co było w środku, śmierdziało niemiłosiernie, ale widocznie dla Milo było to coś dobrego, bo po chwili zjawił się w kuchni, zawzięcie węsząc. Wciąż jednak miał obawy, by do mnie podejść.
– No, chodź. – Usiadłem na podłodze i oparłem się o szafkę. Wyciągnąłem z paczki bliżej nieokreślone jedzenie i pomachałem w jego stronę. – Weź sobie. Bo inaczej ja to zjem.
Zrobił parę kroków do przodu, ale wciąż się wahał.
– No dobra… – Położyłem smakołyk obok siebie, w miarę bezpiecznej odległości i czekałem.
Po dłuższym namyśle Milo nagle wykonał dość duży skok i od razu pożarł swoje jedzenie. Gdy wyciągnąłem drugiego smakołyka, był już dużo bardziej zainteresowany. Przy trzecim nawet dał się pogłaskać.
– No patrz, nie było nawet tak źle. Jesteśmy już kumplami, nie, Milo?
– Co ty robisz?
Gwałtownie podniosłem głowę i zobaczyłem Kim, która stała w progu kuchni i wpatrywała się w nas z wytrzeszczonymi oczami. Była też wyraźnie zła. Dokładnie w tym momencie uświadomiłem sobie, że zapomniałem do niej oddzwonić.
Cholera.
– Co to za pies? – dopytywała, zdejmując z szyi szalik. – Kupiliście z Willem psa i nie powiedziałeś mi o tym?
Miałem ochotę złośliwie odpowiedzieć, że nie musiałem tego z nią konsultować, bo ona i tak nie chce ze mną mieszkać – ale wolałem nie pogarszać swojej sytuacji.
– To nie nasz pies. – Podniosłem się z podłogi, zerkając na Milo, który patrzył na Kim i odsłaniał kły. – Zapomniałem ci powiedzieć… to pies siostry Willa.
– Więc dlaczego jest tu?
– Bo jego siostra poszła do szpitala na operację.  
– O rany… – Kim zrzedła mina. – Co jej jest?
– Nie dopytywałem dokładnie, ale wiem, że może mieć raka. Więc teraz mam nowego kumpla. Kiedy dzwoniłaś, byliśmy w parku i dlatego…
– Rozumiem – przerwała mi. Powoli się uśmiechnęła. Zbliżyła się do Milo i wyciągnęła rękę. – Cześć, piesku. Ale jesteś ładny!
Niespodziewanie Milo warknął i kłapnął na nią zębami. W ostatniej chwili zabrała rękę.
– Wredny.
– Nieufny – poprawiłem ją. – Mnie na dzień dobry obsikał buty.
– Cóż, tak czy inaczej… miałam nadzieję, że pójdziemy na spacer, zanim pójdziesz do pracy.  
– Nie mogę wyjść, dopóki Will nie wróci. Muszę go pilnować. – Wskazałem na Milo.
Kim westchnęła ze znużeniem.
– Możemy iść na spacer z nim.
– Ja już nigdzie z nim nie wychodzę. Prawie mi się zgubił.
Chyba ją wkurzyłem.
– Nick, naprawdę nie pójdziesz ze mną na spacer? – spytała z niedowierzaniem.  
– Mogłaś powiedzieć, że wpadniesz – powiedziałem z przekąsem. – Wtedy wiedziałabyś, że nie mogę wyjść, bo mam tu psa. Wiesz, że nie lubię, gdy się tak zjawiasz bez zapowiedzi…
– Jestem twoją dziewczyną! – przerwała mi głośno. – Sam dałeś mi zapasowy klucz!
– Tak, na wszelki wypadek, ale nie po to, żebyś tu wchodziła jak do siebie! – wymsknęło mi się. Czemu to powiedziałem? Idiota. Kim spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, w których pojawiły się łzy.  
– Czyli co? Dałeś mi klucz, żebym go miała, ale nie używała, tak? To równie dobrze możesz go sobie wziąć! – Z hukiem położyła srebrny klucz na stole. Milo zaszczekał głośno. – Skoro to taki problem, że przyszłam i chciałam iść na spacer z własnym chłopakiem!
Pożegnało mnie trzaśnięcie drzwi. Stałem osłupiały. Co się tu stało? Czy właśnie naprawdę pokłóciliśmy się o spacer? To była głupota, ale mówiłem prawdę. Nie lubiłem, gdy Kim tak tu wpadała. Dałem jej klucz, ale to było raczej na wypadek, gdybyśmy się umówili, a ja bym się spóźnił – albo gdybym zgubił własny klucz. To było też mieszkanie Willa, ale ona chyba nie zwracała na to uwagi. Wiedziała, że szedłem do pracy, a dopiero wieczorem wpadła na pomysł spaceru? Mogła zapytać. Wtedy powiedziałbym jej, że mam psa pod opieką, a jeden spacer z Milo już mnie dostatecznie wykończył. Skoro ona jednak wolała robić wszystko po swojemu, jej sprawa.


Hayley

Kiedy mnie wybudzali po zabiegu, nie mogłam otworzyć oczu, tak bardzo chciało mi się spać, ale zmusiłam się i uchyliłam powieki.  
– Tylko laparoskopia? – zapytałam sennym głosem.
Pielęgniarka, a może lekarka, uśmiechnęła się.
– Tylko laparoskopia – potwierdziła.  
Zalało mnie poczucie ulgi tak wielkiej, że gdybym nie była tak śpiąca, to pewnie bym się rozpłakała. A tak, tylko drgnęły mi kąciki ust, nawet nie zdążyły się rozciągnąć do pełnego uśmiechu, bo powieki się zamknęły i odpłynęłam.  
Resztę dnia praktycznie przespałam, budząc co jakiś czas. Raz przyszedł zbadać mnie lekarz i poinformować, że wycięli guza w całości, a jajnik był nienaruszony. Za dwa tygodnie powinnam odebrać wynik z badania histopatologicznego. A za tydzień przyjść na kontrolę. Termin już miałam zaklepany. Po drugim przebudzeniu prosiłam o coś na ból, a przy trzecim pisałam wiadomość do Willa, że wszystko w porządku i idę spać dalej.
To było wczoraj. Dzisiaj mnie wypisywali. Czekałam, aż przyjdzie pielęgniarka wyjąć cewnik oraz wenflon. Ostatnia kroplówka właśnie się kończyła. Nic mnie nie bolało, ale to nic dziwnego. Byłam nafaszerowana taką ilością środków przeciwbólowych, że czułam się jak na haju. Will przyjechał jakoś w południe. Przebranie się w spodnie dresowe i luźną bluzę trochę mi zajęło, bo nie mogłam wykonywać gwałtownych ruchów, więc wszystko robiłam powoli i ostrożnie. Na brzuchu miałam trzy opatrunki: jeden tuż przy pępku, drugi niżej pod linią bielizny, a trzeci przy pachwinie. Jak się okazało później podczas rozmowy z lekarzem, miałam je zdjąć po trzech dniach, by dopuścić powietrze do ran. Założyli mi rozpuszczalne szwy, więc nie musiałam specjalnie przyjeżdżać na ich zdjęcie. Dostałam receptę i listę rzeczy do dezynfekcji ran. Po drodze do domu czekał nas przystanek w aptece. Dopóki się wszystko nie zagoi, powinnam głównie odpoczywać. Żadnego biegania, ćwiczeń, spacerów, schylania ani dźwigania. Wyglądało na to, że najbliższe tygodnie spędzę w łóżku. Przy biurku też nie mogłam siedzieć.  
Zanim podjechaliśmy pod moje mieszkanie, wstąpiliśmy do knajpy po zupę na wynos. Wyjście po schodach na trzecie piętro było wyzwaniem i zajęło mi dłużej niż powinno, ale w końcu dotarłam pod drzwi. Winda nie działała. I tak z niej nie korzystałam, jednak ten jeden jedyny raz by się przydała. Zjedliśmy zupę przy moim małym stole i musiałam się położyć. Powoli usiadłam na materacu i  opierając się na rękach ostrożnie położyłam na poduszkach. Leki przeciwbólowe przestały działać i ból z minuty na minutę przybierał na sile. Will zrobił mi zakupy już wcześniej, więc teraz tylko ustawiał wszystko, czego mogłabym potrzebować przy łóżku, żebym nie musiała wstawać za każdym razem.  
– Boli cię? – zapytał, patrząc na mnie z troską.
Chyba zobaczył, że miałam łzy w oczach. Pokiwałam głową, bo nie byłam pewna, czy z moich ust nie wydostanie się jęk, kiedy odpowiem. Podał mi tabletkę i szklankę wody.
– Czy… – zaczął, wyraźnie zakłopotany. – Mam pomóc ci się wykąpać?
Poczułam, że zaczynają palić mnie policzki. To byłoby… niezręczne. Co najmniej.  
– Poradzę sobie – odpowiedziałam, chociaż wcale nie byłam tego taka pewna. – Chyba z włosami będę potrzebowała pomocy, ale to nie dzisiaj.
Odetchnął z ulgą, chociaż próbował to ukryć.  
– Potrzebujesz czegoś jeszcze?  
– Chyba nie.  
– Okej. Gdyby coś się działo, dzwoń od razu. Bez względu na godzinę.  
Znowu pokiwałam głową. Widziałam, że był rozdarty. Z jednej strony chciał wracać do siebie, a z drugiej nie chciał mnie zostawić. Martwił się. Trochę obawiałam się zostać sama, ale przecież nie było tak, że nie mogłam się ruszać w ogóle. Dam sobie radę. Jakoś.  
– Przyjadę rano. Przywiozę Milo.
Uśmiechnęłam się. Już się nie mogłam doczekać, aż go wyprzytulam. Strasznie za nim tęskniłam. Może dla niektórych to tylko pies, ale dla mnie był równie ważny, co Will i kochałam ich obu równie mocno.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 3310 słów i 18265 znaków.

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    Bardzo miły odcinek. Mam nadzieje, że z Hayley będzie wszystko dobrze. Milo jest fajny. Psy znają się lepiej na ludziach niż oni sami. Co do Kim, to nie jest dla mnie wkurzająca, natomiast jest mi jej, żal. Mam nadzieję, że autorka zadba o nią w dalszych odcinkach. Pozdrawiam.

  • agnes1709

    Milo przywiezie Nicholas, to pewnie na bank:D Apropos - w jakim wieku jest pies? Bo nie było o tym... chyba.:p Ta cała Kim jest delikatnie irytująca, a z drugiej strony trochę mi jej szkoda. Nie wiem, czemu, ale szkoda. Może temu, że w kwestii wkurwiania nie dorasta Kile do pięt.:D p.s. Ja mam "bohatera" Miko (labradureń), czy to świadczy o modzie na imiona zaczynające się na Mi? :lol2:

  • candy

    @agnes1709 a tu surprise, nie przywiózł go :D a wieku psa na razie nie było :) #teamKiła