Red Tab cz.1

Wstęp

7 lat temu...
-To nasza przyszłość - wrzeszczał facet w telewizji. W dłoni trzymał małą czerwoną tabletkę. - To pomoże nam przetrwać. Nie okłamujmy się! Na świecie jest coraz gorzej. Ludzie zamieszkują śmietniki, nie mają się gdzie podziać. Jest nas tu za dużo. Zrób coś dla świata. Zażyj ją. Z niczego nie będziesz musiał rezygnować. Nie umrzesz przez to! Tylko pomożesz naszej społeczności!
Nie wiedzieliśmy, jakie skutki będzie miała ta przemowa.
Tabletki zaczęły być dostępne wszędzie. Prawo nakazywało każdemu obywatelowi spożycie jej przed ukończeniem 16 lat. Nie można było odmówić. Ludzie zażywali je jak M&M'sy. Stawali się przez to jedynie gorsi. Ich nienawiść wzrastała z każdą czerwoną tabletką. W naszym sąsiedztwie również można było zauważyć rosnącą w koło niechęć do drugiego człowieka.
-Mamo! Czemu pani Anna tak na mnie nakrzyczała, gdy przez przypadek moja piłka wpadła jej do ogrodu - spytałam mojej mamy. Byłam dziesięcioletnim nic nie świadomym dzieckiem. - Przecież zawsze była taką przyjazną osobą. Pozwalała mi nawet grać u niej na podwórku.
-Może ma gorszy dzień - powiedziała bez przekonania moja mama. Dokładnie wiedziała co się dzieje. Wiedziała, że za niedługo i jej każą zażyć tą pigułkę. Wiedziała, że za niedługo ona sama się taka stanie. - Może jutro będzie lepiej.
Nie było lepiej. Z każdym dniem stawało się jedynie coraz gorzej. Ludzie kierowani tabletkami i zawartą w ich nienawiścią, potrafili zabijać.
Facet z telewizora miał rację. To rzeczywiście rozwiązywało sprawę przeludnienia.
Spadła ilość porodów. Ludzie nie potrafili kochać. Czuli jedynie do siebie odrażę, wciąż biorąc nowe tabletki.
Jedna cię zmieniała. Nie mówiąc już o kilkudziesięciu.
Moi rodzice podjęli decyzje o przeprowadzce. Chcieli wybrać miejsce, w którym nie zdążono rozprzestrzenić tych tabletek. Tak zaczęła się nasza seria przeprowadzek. To świństwo było już całym świecie.
Przepowiednie się nie spełniły. Koniec świata nie wywoła wielka gwiazda, która miała w nas uderzyć. Koniec wywołała mała czerwona tabletka.


Rozdział 1

Szłam przez opustoszałe miasteczko. Mijałam puste domy i sklepy. Panowała grobowa cisza. Wszędzie porozwieszane były plakaty z uśmiechniętymi ludźmi, trzymającymi czerwone tabletki. Napis na dole głosił "Zrób coś dla społeczeństwa. Zażyj już dziś".
Żałosne. Ludzie bardzo dobrze wiedzieli, co się dzieje bo wzięciu pastylki. W takim razie, po co ją brali? Odpowiedź jest prosta. Bali się. Widzieli, jak ludzie, których tak kochali, zmieniali się przez jedną małą pastylkę. Nie potrafili pogodzić się z rzeczywistością. Chcieli od niej uciec. Dlatego ulegali.
Weszłam do jakiegoś pustego sklepu. Miałam nadzieję, że znajdę chociaż jedną przydatną rzecz. Szukałam pomiędzy powywracanymi regałami i szafkami, ale nic nie mogłam znaleźć. Jedyne co wszędzie leżało to opróżnione opakowania po tabletkach. Nic, co mogłoby mi się przydać. Zdenerwowałam się. Gdy wrócę do domu z pustymi rękami, to mama może się wściec. Mieszkałyśmy teraz w opuszczonym miasteczku w lesie. Było to idealne miejsce dla zbiegów, takich jak my. Nie mieszkałyśmy tam same. Było nas około 300. Ukrywaliśmy się tam przed służbami porządkowymi.
Poszłam do następnego budynku. Tu na szczęście znalazłam coś przydatnego. Wzięłam parę garnków i patelni. Mój plecak stał się niespodziewanie ciężki.
Nagle zorientowałam się, że nie jestem tu sama. Za mną stała kobieta w wieku może mojej mamy. Miała furie w oczach. Czułam, że wpakowałam się w niezłe bagno.
-Widziałaś gdzieś tabletki - jej głos potwornie drżał. Nie wiedziałam co robić. Obróciłam się w jej stronę.
-Nie mam. Nic tu nie ma - starałam się ukryć przerażenie, które z każda sekunda coraz bardziej narastało.
Moja odpowiedź bardzo jej się nie spodobała.
-Jak to?! Muszę je mieć! Dawaj swoje -wrzeszcząc to, podbiegła nieludzkim tempem do mnie. Nie zdążyłam się ruszyć, a już złapała mnie za gardło i przycisnęła do ściany. Nie miałam szans. Jej chwyt był tak mocny, że o ucieczce mogłam jedynie pomarzyć.
-Dawaj je! Nie rozumiesz, szmato?! - szarpała mną, jak lalka na wietrze.
Spróbowałam ją kopnąć, ale jakiekolwiek próby kontrataku, kończyły się porażką. Zaczęłam mieć obrazki z życia. W głowie przewijały mi się kolejno sceny z naszej ucieczki. To jak nie przyjęto nas na prom do Stanów. Jak złapały nas służby. Jak mój ojciec chcąc odwrócić uwagę od nas, zrobił coś przed czym tak zawzięcie uciekał. Zażył tabletkę.
-Taka śmierć jest lepsza, niż stanie się taka jak ona - pomyślałam.
Nagle kobieta zamarła. Jej chwyt osłabł i w końcu upadła na podłogę. W jej plecach widniał srebrny nóż.
-Który to już raz cię ratuję - w wejściu stał mój największy wróg. Miał standardowy uśmieszek mówiący "Do niczego się nie nadajesz. To ja tu jestem zajebisty.” Nagle pożałowałam, że ta laska mnie nie zdążyła udusić.
-Śledzisz mnie? - próbowałam powiedzieć obojętnym tonem. Niestety nie udało mi się to zbytnio, bo po moim głosie wyraźnie dało się zauważyć, że ktoś mnie przed chwilą dusił.
-A może takie małe "dziękuję"?
-Prawie się uwolniłam. Po 5 sekundach uciekałabym już do lasu.
-Ja ci powiem, co byś robiła po 5 sekundach. Leżałabyś brzuchem do góry - w jego niebieskich oczach widać było rozbawienie. Dlatego go nie znosiłam. Uważał się za najlepszego. Dziewczyny z naszej wioski lgnęły do niego jak ćmy do żarówki. Żałosne. Zamiast zajmować się poszukiwaniem innych zbiegów, one sobie romansowały.
Nie chciało mi się z nim kłócić. Wzięłam plecak na plecy i chamsko minęłam go w wyjściu.
Usłyszałam chichot za sobą. Poszłam przed siebie, olewając jego próby zwrócenia na siebie uwagi.
Wiem. Może i zachowywałam się jak rozpieszczony dzieciak, co w wieku 17 lat jest rzadko spotykane. Po prostu Kamil, jak mało kto działał mi na nerwy. Czasami mam ochotę wziąć tabletek, popić wódką i go zabić. Choć bez wspomagaczy też bym mogłabym to zrobić.
Podbiegł do mnie, nie dając mu chwili do zastanowienia się, w jaki sposób mam z nim skończyć.
- Zawsze masz taki charakterek. Powiedziałabyś raz coś miłego.
Popatrzyłam na niego ze współczuciem.
-Ależ mi cię szkoda. Przydałbyś się na coś - mówiąc to, wcisnęłam mu do rąk mój plecak z całą zastawą kuchenną.
-Co ty tu naładowałaś? Należy mi się coś za to. Stąd są 2 godziny do domu. Powiedz chociaż dziękuje - uśmiechnął się zachęcająco.
Przewróciłam oczami. Frajer. Plecak znów powrócił na moje ramiona.
-Nigdy - odparłam i szybkim krokiem poszłam w stronę lasu.

opopoo12

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1281 słów i 6940 znaków.

6 komentarzy

 
  • chaaandelier

    Jest kilka błędów językowych, ale całość robi bardzo dobre wrażenie. Zabieram się za czytanie reszty. Pisz tak dalej. ;)

  • PannaNikt - niezalogowana

    Na początku mocno skojarzyło mi się z książką "Delirium" i w sumie nadal kojarzy, ale mimo wszystko jestem ciekawa ciągu dalszego, bo może wyjść coś naprawdę fajnego ;)

  • oliviahot17

    Ukłucie zazdrości na tak genialny pomysł rozmiarów wielkiej kuli gazowej! Chylę czoła przed niekwestionowanym talentem autorki

  • LittleScarlet

    Pomysł na tekst mnie powalił i wgniótł w ziemię! Toż to genialne! Niemal postapokaliptyczny klimat i główna bohaterka slodka jak miód. Leci subskrypcja dla autorki. Czekam na ciag dalszy z niecierpliwością

  • zakr3cona

    Zaintrygowało mnie ;)

  • Paulaa

    Fajne :D Czekam na więcej ;)