Miłość, przyjaźń i inne ustrojstwa - 11

Piątek:

Od rana podniecałam się tym wyjazdem jak kura okresem. Z góry wiedziałam, że będzie fajnie. Pogoda nam sprzyjała. Wracając z pracy zahaczyłam o Biedronkę, gdzie zaopatrzyłam się w piwo malinowe i niebieskie Nevady. Szybki prysznic, jeszcze szybszy obiadek, lekki makijaż, spakowanie dupereli na dwa dni i byłam gotowa. Przyjechali punktualnie. Annka terroryzowała domofon co najmniej jakby jej coś zrobił. Kiedy wyszłam przed blok, wszyscy palili papierosy.

- Cześć gołąbeczki - rzuciłam uśmiechnięta w stronę Piotrka i Ani. Właściwie, to w towarzystwie tej wariatki, niemal zawsze chodzę z zacieszem na twarzy.

- Też sobie zapal, bo w aucie nie palimy - ostrzegła przyjaciółka i rzuciła mi się na szyję. Zawsze się witałyśmy przytulasami.

Szczerze powiedziawszy byłam rozczarowana, że wśród zgromadzonego tałajstwa nie było Rafała, ale nie dałam tego po sobie poznać. Przecież nie będę za tą Łajzą płakać. Przedstawiłam się chłopakom, bo oprócz mnie i Anki były tu same samce. Po krótkim zapoznaniu z Krzyśkiem, Robertem, Albertem i Błażejem, srebrny passat w końcu ruszył.

Z konwersacji towarzyszy podróży wyłapałam, że niejaki Romeo pojechał po laski i że to mają być "niezłe szprychy". Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nie pamiętałam już jak się nazywli chłopaki. Nic nie poradzę, że nie mam pamięci do imion, zwłaszcza gdy poznaję kilka osób na raz. Na szczęście często używali swoich pseudonimów. Gruby to chłopak z lekką nadwagą i świetnym poczuciem humoru. Barman to nasz kierowiec. Raczej cichy i spokojny. Tiger siedzi obok kierowcy, więc robi za DJ-eja. Strasznie toto pyskate i kapryśne. Maruda wszędzie wciska swoje trzy grosze. Puki co, nie narzeka. Na Piotrusia zaczęli mówić Pan Gołąbek, a na moją psiapsiółę Pani Gołąbkowa tylko dlatego, że ja ich tak wcześniej nazwałam. Jako jedyna nie miałam pseudonimu, ale to akurat nie była żadna nowość.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, reszta naszej grupy już na nas czekała. Znaleźliśmy ich bez problemu, bo szału z ludźmi to tu nie było. W końcu była dopiero końcówka maja.

Nasz domek był pięcioosobowy. Znajdowały się w nim dwa małe pokoiki i jeden duży. Małe zawierały po jednym dużym łóżku, stoliku i krześle, a w większym stały trzy wyrka i stół z taką samą ilością siedzeń, co wyrek. Faceci natychmiast polecieli do Pana Gospodarza (tak ochrzcili faceta, który wynajmował domki) i za jego zgodą, donieśli dwa łóżka. Pożyczyli też grilla i kielonki. Skoro wszystko tu było gotowe, poszliśmy się zapoznać. "Roksana, ale mów mi Lisu", "Alicja lub jak wolisz Pałka", "Mariola zwana Żwirkiem" i "Kinga albo Kobyła" - tak się przedstawiły dziewczyny. Romea nie było, bo pojechał po prowiant. W tym towarzystwie każdy od razu się odnalazł. Nie wiem jeszcze kto zebrał nas do kupy, ale na pierwsze wrażenie odniosłam, że był geniuszem!

Złączyliśmy kilka stolików na polu i każdy usiadł gdzie mu było wygodniej. Po około piętnastu minutach dojechał Romeo srebrnym Audi A4. I niech mnie kule biją, to jednak był ON! Moja pikawa od razu przyspieszyła i ogarnęło mnie przyjemne wewnętrzne ciepełko, co bardzo nie spodobało się mózgowi.

- A kogóż to moje śliczne oczy widzą! - powiedział parząc na mnie. - Siema dałny! - A to już skierował do wszystkich pasażerów passata i przywitał się z nami. Otwarł bagażnik w swoim aucie. - Ma ktoś ochotę na zupę chmielową? - zapytał.

Wszyscy się tam rzucili jak potoczny żyd na chleb. My z Anką nie. Jej przytarga piwo Pan Gołąbek, a ja poczekam aż się zrobi luźniej.

- Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy! - Maruda wskazał obiema wyciągniętymi dłońmi bagażnik i zaopatrzony w piwo i żarcie polazł załączyć muzykę w stojącym obok passacie.

Kiedy bydło w końcu wróciło na miejsca, Niebieskooki wyciągnął w moją stronę rękę z Desperadosem. Podeszłam do niego bliżej i spojrzałam mu w oczy. Moja lewa brew uniosła się wysoko.

- Oranżadę to niech dzieci piją - mruknęłam niby poważnie, czym wywołałam salwę śmiechu, bo oczywiście wszyscy musieli się na nas gapić.

Wygrzebałam mu z bagażnika czteropak Leszków i zadowolona z siebie wróciłam na miejsce, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Dałabym sobie głowę uciąć, że też się uśmiechał pod nosem i próbował złapać mój wzrok.

Chłopaki rozpalili grilla. W końcu zaczęło się trochę ściemniać. Wraz z brykietem ociepliła się atmosfera. "Niezłe szprychy" ładowały już drinki (wódka z sokiem), a my (ja, Anka i chłopacy) tankowaliśmy tradycyjnie ze szkła.

Koło dwudziestej drugiej odpadła Pałka i Lisu, a Żwirek, głupia suka, kleiła się do Romea. Nie żebym była zazdrosna. Tak tylko jakoś zauważyłam.

Na zaproszenie chłopaków dołączył do nas Pan Gospodarz. Po pewnym czasie, za jego pozwoleniem i przykładem pijanego Grubego, wszyscy zaczęliśmy śpiewać "Jesteś szalona". Nikt nie słucha tego gówna, ale wszyscy znali. Jak zwykle.

Jakąś godzinę później, zniknęli Barman i Tiger. Niby poszli się odlać i nikt oprócz mnie nie zauważył, że poszli do domku "niezłych szprych" i Rafała. Ten ostatni wykorzystał okazję i zajął miejsce Tigera (dowiedziałam się od Piotrka, że Tiger ma na imię Robert), który siedział obok mnie. Teoretycznie chciał pożyczyć papierosa. No niech mu będzie. Nie rozmawialiśmy za wiele, ale co chwilę niby przypadkiem mnie dotykał łokciem.

Ktoś włączył Braci Figo Fagot i wszyscy poszliśmy tańczyć. Wyjątek stanowił Pan Gospodarz, który był zbyt trzeźwy na robienie z siebie idioty. Za to dołączyła się zaginiona w akcji czwórka z naszej grupy. A po chwili spora grupa Niemców ze swoim prowiantem. Diabli wiedzą skąd ich przywiało, ale że mieli ze sobą dwie gitary i akordeon ( takie coś jak Tomuś w "Czterej pancerni i pies"), to ich przygarnęliśmy. Oni grali, a śpiewaliśmy na zmianę. Tańczyli wszyscy oprócz grających.

Najgorsze było to, że skończyły się fajki. Bawiliśmy się do trzeciej nad ranem. Szwaby się poźniej zwinęły, a nasi wkrótce po nich. Zostaliśmy z Rafałem tylko we dwoje.

Zeszliśmy na plażę i spacerowaliśmy o krok od wody.

- Jakiej muzyki słuchasz? - spytałam.

- Grubson, Korn, Sobota, Zabili mi żółwia...- Nie skończył, bo mu przerwałam.

- O o o! O to właśnie mi chodziło. Masz Dezertera? - zapytałam. Zrobił zaciesza nieświadom moich niecnych zamiarów. - A mogę sobie wysłać? Prooooooszę! - Starałam się przybrać proszącą minę Kota ze Shreka.

- A co będę z tego miał? - mruknął uwodzicielsko. Wszystkie ciuchy mokre, pomyślałam. I tylko cudem okrutny uśmieszek nie zagościł na moich ustach.

- A co byś chciał? - wybrnęłam, gdy tylko udało mi się odzyskać panowanie nad mimiką twarzy. No dawaj tego pieprzonego złoma!

- Hm, może buziaka? - Spojrzał mi w oczy. Taki chuj jak boćka nos! Niech Ci ta ździra, Mariola da.  

- W policzek? - Słodko się uśmiechnęłam. No dawaj tą płaską cegłę!!!

- Lepszy rydz niż nic - odpowiedział wyraźnie rozczarowany i podał mi swój telefon. Tak, dobrze, chodź malutki do mamusi.

Gdy tylko fant wpadł w moje okrutne łapy, dokonałam zemsty za flirtowanie z tamtą panną. Popchnęłam go tak nagle, że nie miał szans się nie przewrócić. I wpadł, pięknie jak śliwka w kompot, do wody. Przezornie zaczęłam uciekać, ale niezbyt szybko. Bo jak tu mieć siłę żeby biec po piasku i równocześnie starać się nie umrzeć ze śmiechu?

Bydlak dogonił mnie w końcu. Wywrócił mnie, taki nieprzyjemnie mokry i zimny. Opróżnił mi kieszenie i wziął na ręce nie przyjmując się moim wierzganiem i wyrywaniem się. Wredna świnia bezceremonialnie weszła po pas do wody i mnie tam wrzuciła.

Tak, tak, pomagaj mi teraz cholero się wygramolić i wmawiaj sobie, że nie uknuję za to zemsty! Proszę bardzo!- pomyślałam. Skoro i tak już byliśmy cali mokrzy, posłałam na niego strugę wody i zaczęliśmy się chlapać. Woda z jeziora nie jest smaczna jakby ktoś pytał...

- A mój buziak? - przysunął się do mnie niebezpiecznie blisko, kiedy zawarliśmy rozejm.

Obydwoje mieliśmy drgawki z zimna i śmiesznie latały nam dolne szczęki. Nadstawił policzek. Pikawa ruchała mi płuco, sama nie wiem czy bardziej ze zmęczenia, czy od szalejących emocji. Jasna dupa, sutki mi twardniały! No trudno, raz kozie śmierć. Kiedy moje usta znalazły się dosłownie o włos od jego twarzy, złapał moją głowę obiema rękami mniej więcej na wysokości uszu i docisnął swoje usta do moich. No jak by mnie piorun pierdolnął! Czas w chwili pocałunku (nazwijmy to tak, żeby nie powtarzać ciągle buziaka) się dla mnie zatrzymał. Właśnie zrozumiałam co to są motyle w brzuchu i miękkie kolana. O kurwa, to było lepsze od czekolady! Czułam, że zrobiłam cała purpurowa, bo nie byłam w stanie ogarnąć tego co się ze mną działo. Dobrze, że było jeszcze ciemno i nie widział. Tylko musnął mnie ustami, a ja tak zareagowałam! Cholera, ale miałam panikę!

"Marta, ty durna krowo, zareaguj jakoś!" - obudził mnie mój mózg, a serce znów posłało mu fuck-a i przybrało obrażoną pozę. Czas znów ruszył, a ja odepchnęłam Niebieskookiego od siebie.

- O-chu-ja-łeś?! - warknęłam. Zrobiłam mega wkurwioną minę. - Z takim całowaniem to do przedszkola - rzuciłam po sekundzie ze śmiechem.

- Chętnie to poprawię - przysunął się do mnie znowu.

Wyciągnęłam rękę i go zatrzymałam. Czułam pod palcami jak zasuwał silnik jego organizmu. Chyba się podniecił. A nie mówiłam, że się zemszczę!? W mojej głowie zrodził się paskudny plan. Powoli zginałam rękę, którą zatrzymałam na jego klatce piersiowej. Patrzyłam mu w oczy, a nasze ciała były co raz bliżej siebie. Pochylił się w moją stronę. Bardzo dobrze, chodź, chodź, aby nie za szybko. Miej wrażenie, że ulegam Twojemu urokowi. Aj, cudownie dajesz się złapać w już drugą pułapkę. Kiedy nasze głowy dzieliło już zaledwie pięć centymetrów, wypowiedziałam dwa magiczne słowa.

- Muszę siku.

Wyraz jego twarzy był nie do opisania. Odwróciłam się targana spazmami powstrzymywanego śmiechu i szłam w stronę łazienek, mając nadzieję że pomyśli, że to z zimna tak mną rzuca. Cały brzuch mi się trząsł od hamowanego śmiechu.

Dogonił mnie i razem pozbieraliśmy nasze fanty z plaży. Rozstaliśmy się przy domkach. Próbował się do mnie znów zbliżyć, ale mu nie pozwoliłam udając brak zainteresowania. Dla zachowania pozorów, poszłam jeszcze do łazienki. Okazało się to dobrym pomysłem, bo z tego zimna na serio mi się zachciało siku. Gdy weszłam do domku, wszyscy już spali. Rozebrałam się do rosołu i rozłożyłam rzeczy żeby wyschły. Złudna nadzieja, ale przynajmniej nie zatęchną. Zawinęłam się w rulon kocem, który leżał u mnie na łóżku. Wciąż miałam przed oczami ten jego głupi ryj. Ogarnięta euforią, zasnęłam z wielkim zacieszem na twarzy.

2 komentarze

 
  • Speker

    Speker 8 stycznia

    Nie no już muszę skomentować. Siedziałem cicho o czytałem ale to co tu się wyprawia jest.. Hmmm? Zajebiste? Te wulgaryzmy nie są jakoś bardzo mocno przesadzone, dodają chyba najlepszy obraz tego co dzieje się w głowie Marty. Jak powiedział kiedyś mój profesor Pan Major "niekiedy zwykła (kurwa) wyraża więcej emocji niż tysiąc wymyślnych epitetów". Bardzo mi się podoba ten styl.

  • AuRoRa

    AuRoRa 9 lis 2018

    Udana impreza, czytając nie sposób się nie śmiać Walka serca z rozumem epicka