Jezioro tajemnic cz 2

— Zebranie rodzinne w komplecie — powiedziała Cassia.
Mark wziął ciasteczko. Wstał i przyniósł dwie szklanki napoju.  
— Widzisz, on mnie dostrzegł.
Patrzyła na mnie tak... zupełnie inaczej.
— Kochanie, nie rań taty. Wiesz, że cię kocha, a to że nie przyniósł picia, o niczym nie świadczy.
— Och, wiem. Jesteście najcudowniejszymi rodzicami pod słońcem, prawda Mark?
— Zgadzam się zupełnie. Przytulił Cassię.
— Ok, idę na górę. Mam jeszcze trochę lekcji i obiecałam zadzwonić do Jenny.
Weszła na górę. Zostawiła nienaruszony sok. Po pięciu minutach i Mark poszedł na górę.  
— Coś jeszcze muszę przygotować, pójdę do mojej pracowni — powiedziałem ciepło.
— Ja też muszę coś przygotować, możemy tu popracować, razem?
— Nie będę ci przeszkadzał?
— Nie, kochanie. Lubię jak jesteś blisko.
I tak zostało. Pracowaliśmy jeszcze dwie godziny. Zrobiła się dziesiąta.  
— Idę na górę.
— Dobrze, też zaraz przyjdę. Chcesz picie na górę, Cassio?
— Przynieś szklanę wody, to wszystko.
Poszła na górę. Nasze trzy sypialnie były na piętrze. Ja pracowałem jeszcze z dziesięć minut i też zebrałem się do spania. Poszedłem powiedzieć dobranoc Markowi i Sandrze. To był nasz rytułał. Jeśli tego nie zrobiliśmy, przychodzili do nas. Oczywiście pukali przedtem.  
Wszłem do naszej sypialni. Cassia leżała już w łóżku.  
— Bierzesz kąpiel?
— Tak, kochanie. Krótką.
Poszedłem się umyć. Przez chwilę myślałem o wakacjach. Zaczynałem w początku lipca. Miałem trzy tygodnie urlopu. Myślałem o propozycji, którą dostałem dwa dni temu. Kolega z ostatniego roku, miał firmę. Potrzebował wspólnika. Wówczas byłbym współwłaścicielem firmy. Na poczatek zaproponował mi podobne pieniądze, jakie zarabiałem w obecnej pracy. Musiałem wnieść 80 tysiecy. Ale miałbym dwa miesiące wakacji. Glenn wiedział, że moja żona ma ponad dwa miesiące wolnego. Obawiałem się tylko, czy nie jest to zbyt ryzykowne. Firma, w której pracowałem, istniała ponad trzydzieści lat. Jego bussines dopiero się rozkręcał. Gdyby coś nie poszło, miałem dużo do stracenie. Moja firma mogłaby mnie przyjąć z powrotem. A jeśli nie, pewnie dostałbym inną pracę, gdzieś indziej. Zastanawiałem się. W wielu sprawach rozmawiałem z żoną. Ona doceniała to, że liczę się z jej zdaniem.  
Wytarłem się i wyszedłem w spodenkach z łazienki.  
Czułem spojrzenie Cassi.  
— Jesteś zmęczony?
— Nie tak bardzo.
Po wyrazie jej oczu, wiedziałem co ma na myśli.
— Nie wiedziałam na pewno jak się czujesz — odsłoniła cienką kołdrę.
Miała na sobie tylko cienką koszulkę...

— Widzę, że nadal mnie kochasz jak dawniej — szepnęła, kiedy skończyliśmy miłosne zmagania.
— Kiedy już nie będę taki sprawny, będziesz myśleć, że cię już nie kocham?
— Mój Rogaliczku, nie bierz sobie wszystkiego do serca, co mówię. Wiem, że będziemy się kochać do końca naszych dni. Nie wierzę, że śmierć jest kresem. A co do moich słów. Uwielbiam jak mnie pieścisz. Całujesz i dotykasz. Ale ja widzę miłość w twoich oczach. I to miałam na myśli.
  Nie pamiętałem od kiedy nazywała mnie Rogalikiem, ale wiedziałem dlaczego. Kiedyś, zaraz po ślubie, siedzieliśmy w nocy i patrzyliśmy na księżyc. I ja powiedziałem wówczas, że nawet ten rogalik jest pewnie zazdrosny, że mam tak piękną żonę. I od tego czasu zostałem Rogalikiem. Cassia miała piękne włosy jak dojrzałe kłosy zboża i dlatego została Kłoskiem. A Mark? My rzadko nazywaliśmy go Batman, ale Sandra zaczęła go tak nazywać po filmie. Jemu się widocznie spodobało, bo nigdy nic nie mówił, kiedy go tak nazywała. Mark był dobrym synem i świetnym bratem. Wiem, że broniłby jej do ostatniej kropli krwi.  
Zasnąłem szczęśliwy. Zasypiałem z takim uczuciem każdego wieczoru. I dziękowałem Bogu, za wszystko co miałem.
   Następne dwa dni minęły podobnie...
Trzeciego dnia...  
To pewnie to była moja wina. Ale w sumie, kłamstwo wyszło na jaw. Może nie kłamstwo, bo to mocne słowo.  
Przypadkowo wygadałem się, że pomagam Sandrze. I od słowa do słowa powiedziałem Cassi o jej kłopotach z matematyką. Moja żona pracowała w szkolnictwie i chciała pomóc.  
To był czwartek, zacząłem pakować papiery i porzątkować biurko. Do końca pracy brakowało piętnaście minut. Zadzwoniła moja komórka. Cassia.
— Co tam kochanie? Zaraz kończę.
— W sumię to powinnam ci powiedzieć w domu, ale sama nie wiem co o tym myśleć.
— Ale co się stało?
— Zadzwoniłam do szkoły, bo chciałam coś pomóc z tą jej matematyką.
— To prawda, Jagódka mało co rozumie. To dziwne, bo do tej pory nie miała żadnych kłopotów.
— Zrobiła ten egzamin najlepiej z całej klasy i tylko jedna osoba była lepsza od niej w całej szkole.
— To czemu nic nie rozumie i powiedziała, że oblała?
— I ja się zastanawiam. Zrób jak uważasz, kochanie. Do zobaczenia w domu. Będę w mallu z Markiem. Będziemy po siódmej. Zjemy coś razem. Macie obiad w lodówce. Pyszne jarzyny z ryżem.
— Kocham cię, Kłosku.
— Ja ciebie też.
Jechałem do domu i zastanawiałem się co mam powiedzieć córce. I jak!  
Moja żona postąpiła rozsądnie. Wiedziała, że będę chciał wyjaśnić tą sprawę z córką bez świadków.  
Dojechałem do domu bez żadnego planu, jednak wiedziałem, że ta sprawa zostanie dzisiaj wyjaśniona. Zamek działał bez zarzutu. Sandra siedziała na fotelu. Kiedy mnie zobaczyła, wstała i podeszła do mnie.
— Hej tatku, miałeś ciężki dzień?
— Nie, zupełnie łatwy.
— Przygotowałam obiad. Mama z Batmanem jest w mallu, więc pełnie rolę pani domu..
— A po obiedzie będziemy się uczyć?
— Tak, zaczynam coś kapować. Dzięki tobie.
Zjedliśmy obiad. Zmyła wszystko z grubsza i wstawiła do zmywarki.  
— Zaraz przygotuje wszystko, daj mi pięć minut.
Poszła na górę. Układałem sobie w głowie jak zacząć. Przecież nie mogłem dalej utrzymywać prawdy w tajemnicy. Poszedłem na górę. Siedziała przy stole. Wszystko leżało poukładane jak w pudełeczku. Zaczęliśmy kolejny rozdział. Ciągnąłem to pół godziny.  
— Powiedz mi, dlaczego?
Boże, jaka ona była mądra. Widocznie coś jej mówio, że ja wiem. Nie próbowała udawać ani chwili dłużej.
— Chciałam, żebyś mi poświęcił więcej czasu. Dzwoniłeś do szkoły?
— Nie, przypadkowo powiedziałem mamie, że ci pomagam. Zapytała dlaczego i jej powiedziałem.
— Prosiam cię, żebyś jej nic nie mówił.
— Sandro, oszukałaś mnie. Dlaczego?
— Wybacz mi, postąpiłam niewłaściwie.
— Czy naprawdę uważasz, że nie mam dla ciebie czasu. Większość dzieci w twoim wieku spędza każdy wolny czasu z kolegami i koleżankami. Tylko czekają, żeby wyskoczyć z domu.
— Nie każdy ma takie dzieci jak wy, a prawie nikt z moich znajomych nie ma takich rodziców.
— Dobrze Sandro, nie będę dalej tego ciągnał. Prosze cię, bądź ze mną szczera na przyszłość.
— A ty możesz obiecać, że dotrzymasz słowa?
— Do tej pory nie zawiodłem. Ani mamy ani ciebie. I oczywiście Marka.
Popatrzyła na mnie znowu dziwnie.
— Pamiętaj Kent, trzymam cię za słowo.
— Mam na imię Roger. A poza tym przypominam ci, że jestem twoim ojcem.
— Nie musisz mi tego przypominać. Pamiętam o tym od chwili jak się obudzę, aż do chwili kiedy idę spać.
— To mów do mnie tato, ojcze, albo Roger. Nie mów do mnie Kent.
— Jeśli tak bardzo nie chcesz, to nie będę. Nie mogę mówić ci Rogalik, bo tak mówi na ciebie twój Kłosek.
Dwie łzy spłynęły po jej policzkach.  
— Nie płacz, kochanie. Kocham cię i jeśli tak bardzo chcesz, możesz nazywać mnie Kent. Tylko nie płacz.
— Dziekuję, tatku.
Pocałowała mnie delikatnie w usta. Ostatnio pocałowała mnie w usta kilka lat temu, kiedy była bardzo smutna, bo jej polny konik uciekł z insektarium. Wówczas jej wytłumaczyłem, że pewnie chciał być wolny. Zrozumiała.
— Mama poszła z Markiem, mimo że ma już osiemnaście lat. I ty też możesz mnie czasem gdzieś zabrać.
— Nie wiedziałem, że tak bardzo ci na tym zależy.
— Nie wiesz dużo rzeczy o mnie, ale dziękuję.
— A czego nie wiem?
— Tego ci nie mogę powiedzieć. Jeszcze nie teraz.
— Nie zrobiłaś czegoś głupiego!
— Nie obawiaj się, nie jestem w ciąży. Nie biorę narkotyków i nie zadaję się ze złym towarzystwem.
— To czego nie wiem.
— Nie mogę ci teraz powiedzieć. Ale bądź pewny, że ci powiem.
— Ok, chcesz jutro gdzieś iść?
— Pojdziemy do malla?
— Chcesz coś kupić? Może...
— Jeżeli to powiesz, to stanie się coś złego.
Zastanawiałem się jak wiedziała, że chciałem powiedzieć, że może pójść z mamą. Widocznie jestem przewidywalny.
Reszta dnia upłynęła miło. Dopiero wieczorem, w łóżku Cassia zapytała o powód. Kiedy jej powiedziałem, nic nie mówiła przez chwilę.
— Kto jest najpiekniejszy na świecie?
— Moja Cassia.
— Tyś królowo piękna jak gwiazda na niebie, ale Śnieżka tysiąc razy piękniejsza od ciebie.
— Nie rozumiem, czemu to mówisz.
— Czy zauważyłeś, że Sandra jest piękna?
— Jest w porządku, czemu tak mówisz?
— Ja wiem, że sądzisz, że ja jestem piękna. Ale pewnie nie zauważyłeś, że Jagódka jest również.
— To moja córka!
— Dlatego nie zauważyłeś, że jest już kobietą.
— No ale co to ma do matematyki?
— Och, Rogaliku. Widocznie potrzebuje aby była dostrzeżona przez wybranego mężczyznę.
— Ale ja jestem jej ojcem.
— Nie rozumiesz kobiet. Nie ma żadnego chłopca ani innego wzorca, więc ty nim jesteś. To zupełnie normalne. Czuje w tobie oparcie. Mamy to szczęście, że nasze dzieci są z nami blisko. Kochamy je, a one nas. Wierz mi, połowa moich dziesięciolatków jest we mnie zakochana, bo jestem dla nich wzorem.
— Sądzisz, że to jest zupełnie naturalne?
— No jasne. Mark mnie też w pewnym sensie adoruje. Ale wie, że ty jesteś moim mężem, a ja jego matką. Wiesz, że ja specjalnie puściłam ten portfel?
— Naprawdę?
— Tak. Coś mi mówiło, że to mój wymarzony.
— Obiecałem jej, że pójdziemy jutro do malla.
— Świetnie. Ja jutro będę robiła ciasto z Markiem. Chłopak ma smykałkę do gotowania, będzie dobrym mężem.
— Ma to po ojcu — zażartowałem.
— Nikt cię nie doścignie, kochanie. Śpijmy już. Powiedziałeś Sandrze i Markowi, dobranoc?
— Tak. To jeszcze małe dzieci, nie sądzisz?
— Czasami chciałabym, żeby nigdy nie dorosły. Być matką, to najpiękniejsza rzecz na świecie.
Zasnęła szybko, a ja zaraz potem. Czułem się taki szczęśliwy.  

Nastepnego dnia chodziłem z moją córka po różnych sklepach. Trochę przypominała Cassię. Mężczyzna idzie i kupuje, bo wie czego chce. Kobieta patrzy, przymierza, ogląda. Idzie do drugiego sklepu i patrzy na te same rzeczy. A kiedy powiesz jej, że w tamtym sklepie oglądała identyczne... mówi, że tamte były całkiem inne. Ale zauważyłem też inne podobieństwo. Kupiłem dla Sandry bluzkę. Od tego czasu miała ją na sobie prawie codziennie.  
Podobnie było z Cassią. Byłem pewny, że ten sweter oglądała i nie podobał się jej. W drugim sklepie poprosiła bym kupił jej podobny. Dla mnie prawie identyczny, jak tamten. Ubierała go później, ile razy szliśmy razem na spacer.
   Kiedy wróciliśmy do domu z malla, pachniało pysznie. A nawet czuć było ciasto przed domem. Placek z morelami. Pycha. Mimo, że morele były mrożone. Obiecali zrobić ze świeżych. Na samą myśl o tych smakołykach już czułem jak leci mi slina.  
  
Lato przyszło już w połowie czerwca. Miałem pewność, że nad naszym jeziorem nie będzie tak gorąco. Kiedy w mieście dochodziło w lipcu do czterdziestu stopni, nad jezioremnie nie było pewnie więcej niż trzydzieści. Wiedziałem, że w tym roku odpadnie nam jedna przyjemność. Łowienie ryb. To dziwne, bo jeszcze rok temu Jagódka łowiła z nami. Tylko Cassia nigdy nie miała chęci. To prawda, wyjmowanie haczyka z okonia jest okropne. Może córka miała rację. Wszystko chce żyć. Dzięki niej, zacząłem patrzeć na świat nieco inaczej.

W kilka dni przed urlopem, zrobiliśmy małe party. Przyszło kilka osób z żonami. Nie piliśmy dużo alkoholu. Dzieci poszły razem do kina, a potem do kawiarni. Wrócili razem po dziewiątej. Mark był opiekuńczy, a Sandra dobrze się czuła w jego towarzystwie. Koleżanki Cassi, te które nie znały naszych dzieci, sądziły że Mark to jej chłopak, a córka wcale ich nie wyprowadzała z błędu. Potem wszystko się wyjaśniło. Ale Sandra umiała wychodzić z trudnych sytuacji.  
— To wy mogliście powiedzieć, że to mój brat. Ja nikogo nie oszukałam.
Chodziło o to, że zachowywała się jakby Mark był jej chłopakiem, a nie bratem
To była cała Jagódka.  
Oczywiście, chłopcy kręcili się koło mojej córki. Ale bez powodzenia. Odmawiała delikatnie, lub prosto z mostu. Nie daj Boże, jeśli jakiś amant nie zrozumiał. Wówczas pojawiał się Mark. Sława jego ciosów obrosła w legendę. Nikt nie chciał oberwać, jak tamci.
                                        *
Wreszcie przyszły wakacje. Byliśmy już w samochodzie. Wszystko było spakowane.  
— Gotowi?
— Zapomniałam czegoś, przepraszam.
Nie było jej piętnaście minut. Przyniosa pluszowego misia i bluzkę, którą jej kupiłem tego dnia, kiedy Cassia z Markiem upiekli ciasto. Misia dostała od Cassi, kiedy miała trzy lat. To była jej ulubiona zabawka. Miś trzymał się dobrze, jak na swoje lata. Chciałem już coś powiedzieć, ale żona położyła mi palec na ustach.
Jechaliśmy siedem godzin. Sandra mnie zmieniła. Zaczęła prowadzić w łatwej trasie. Mieliśmy włączony cruse control i jechaliśmy prawie dwieście kilometrów z prędkością, 110 km/godzinę. Przed samym jeziorem, około piędziesięciu kilometrów, oddała mi kierownicę.  
— Jak prowadziłam, tata?
— Bardzo dobrze, córeczko.
— Co by było gdyby policja nas zatrzymała?
— Mielibyśmy mały kłopot.
Oczywiście to byłby duży kłopot. Ale ja miałem zawsze pozytywne nastawienie.  
Sandra nie miała prawa jazdy. Ze względu na wiek, ale również wspominała, że nie jest zainteresowana zdawać. Nasze miasto miało dobrze rozwiązany system transportu. Autobusy i metro. I zawsze pozostawały taksówki
— Umiesz wychodzić z kłopotów, wiem to — odrzekła.
   Zatrzymaliśmy się po drodze kilka razy z oczywistych powodów. Nie zrobiliśmy natomiast przerwy na obiad. Jedliśmy po prostu kanapki i piliśmy przygotowane picie.
Dojechaliśmy parę minut po szóstej. Pierwsze co zrobiłem, to włączyłem generator. Zajęło mi dziesięć minut aby go uruchomić. Miałem drugi, rezerwowy. Zupełnie nowy. Od czasu kupna, jeszcze nigdy nie musiałem go używać. Oczywiście włączałem go, by mieć pewność, że działa. Miałem dwa pojemniki na paliwo. Każdy o pojemności 100 litrów. Też dla rezerwy. Kiedy przyjechaliśmy, wszystki było przygotowane. Ktoś z miasteczka przyjeżdzał i uzupełniał paliwo. Szeryf miał oko na nasz dom i posiadłość. Jak do tej pory nikt się nie włamał, ani nic nie zginęło. Nie mieliśmy tu z resztą nic wartościowego. Kiedy nabyłem dom, kupiliśmy tylko materace i pościel.
  
Następnego dnia miałem pojechać z Markiem do miasteczka po jedzenie, a dziewczyny miały robić porządki. Ale coś się zmieniło następnego ranka
— A jak ktoś nas napadnie? — zapytała Sandra.
— Boisz się kochanie, macie broń.
— Roger może zostań z Sandrą, a ja pojadę z Markiem.
— Jak chcesz, kochanie. Tak będzie dobrze, Jagódko?
— Tak. Jak jesteś zmęczony, ja wszystko sama posprzątam, tata.
— Wczoraj byłem lekko zmęczony, ale spało się świetnie. Będziemy razem pracować.
— Ok, Kent — powiedziała cicho, że chyba tylko ja to usłyszałem.
Trochę się zdziwiłem, ponieważ od pamiętnej rozmowy, mówiła do mnie, tata albo Roger. Szczerze mówiąc sądziłem, że zapomniała.
Pojechali, a my zabraliśmy się za sprzątanie.

592 czyt.
100%43
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii miłosne, użył 2909 słów i 16118 znaków, zaktualizował 10 cze 2018.

3 komentarze

 
  • AuRoRa

    AuRoRa · 20 lip 2018

    Przyjemnie się czyta, niby o przyziemnych sprawach dnia codziennego, ale jest to ciekawe.

  • Somebody

    Somebody · 26 cze 2017

    Łapka w górę jak zawsze.

  • Fanka

    Fanka · 26 cze 2017 · 202628533

    Nice Czekam na dalsze losy bo napisze szczerze mega wciagaaaaa Pozdrawiam