Empiria — rozdział 30

Empiria — rozdział 30Zapomniałam o wszystkim, co czekało w mieszkaniu. Zapomniałam o prawie skompletowanej wyprawce do szpitala, o łóżeczku, o różowych naklejkach na ścianie, o starannie poukładanych ubrankach w komodzie. Nie pomyślałam o tym, dopóki nie wróciłam do domu i nie spojrzałam na swój pokój. Różowe kolory i dziecięce rzeczy miały w tym momencie siłę pistoletu wycelowanego prosto w moje serce. Patrzyłam na to bez wyrazu, a potem bez słowa podeszłam do ściany i jedną ręką zaczęłam zdzierać z niej naklejki.
Harvey w moment znalazł się koło mnie.
— Ja się tym zajmę — powiedział cicho, ale udałam, że go nie usłyszałam. — Aurora… — Objął dłonią mój zdrowy nadgarstek. — Słyszysz? Załatwię to.
— Załatwisz to — powtórzyłam, dalej wpatrując się w ścianę. — Sam załatwisz wszystko? Sam zedrzesz stąd te naklejki, zrobisz coś z łóżeczkiem, ze wszystkimi ubrankami, smoczkami, wózkiem, nosidełkiem? Co z tym zrobisz, Harvey? Naprawdę sądzisz, że sam sobie poradzisz? A co ja mam robić twoim zdaniem? Leżeć i odpoczywać? Nie jestem już w ciąży. Nie jestem mamą. Nie ma dziecka, którym muszę się opiekować. Owszem, mam złamany nadgarstek, co nieco utrudnia sprawę, ale nikt nie powiedział, że nie mogę chociaż… — Zerwałam kolejną naklejkę. — …zerwać… — I kolejną. — …tych pieprzonych… — I ostatnią. — …naklejek! — wrzasnęłam, a podarte kawałki opadły na podłogę. Niektóre wpadły do łóżeczka.  
Zapadła cisza. Harvey chyba nie wiedział, co powiedzieć. Przez krótką chwilę zastanowiłam się, czy już kiedyś słyszał, jak krzyczałam, czy to może był pierwszy raz; bo ja czułam się, jakbym po raz pierwszy w życiu krzyczała aż tak głośno i mocno. Tak przeraźliwie. Mój głos nie brzmiał jak mój. Brzmiał jak wycie rannego zwierzęcia.
— Pomyślałem po prostu, że… — zaczął i zaraz urwał.
— Że co? Że sobie nie poradzę? — Odsunęłam się, z sykiem dotykając wystającego brzucha. — Urodziłam martwe dziecko. Przeżyłam jego pogrzeb. Myślisz, że cokolwiek zaboli mnie bardziej niż to? — Nie czekałam na jego odpowiedź. Po prostu wyszłam z pokoju i skierowałam się do łazienki, by obmyć twarz zimną wodą — i wtedy to mnie uderzyło. Widok prysznica, w którym upadłam. Prysznica, który zniszczył moje szczęśliwe zakończenie. Niewinnego przedmiotu codziennego użytku, który zabił moje dziecko, zanim zdążyło się w ogóle urodzić.
To nie była scena zbrodni, nie było krwi ani innych śladów, wszystko wyglądało tak jak zawsze, a jednak poczułam, jak strach ścisnął mi gardło żelazną ręką i nie chciał puścić.
Nie mogłam tu być. Nie mogłam udawać, że nic się tutaj nie stało. Nie wyobrażałam sobie wejść pod ten prysznic jak gdyby nigdy nic, a potem wrócić do sypialni i patrzeć na wszystkie rzeczy dla dziecka, które nawet nie było dziewczynką, które nawet nie było ze mną, tylko w kostnicy. Wyszłam gwałtownie z łazienki i wróciłam do pokoju, biorąc do ręki pierwszą lepszą torbę, do której zaczęłam wrzucać jakieś ubrania.
— Co robisz?
— Wynoszę się stąd.
— Dokąd?
— Do moich rodziców.
— Możesz zostać u mnie.  
— Nie, Harvey, nie mogę. — Nie chciałam nawet na niego patrzeć. — Nie mogę iść do ciebie, nie mogę tu zostać, nie mogę na to wszystko patrzeć.
— Pomogę ci… — Już ruszał w moją stronę, ale warknęłam:
— Zostaw.
Nie chciałam taka być. Nie chciałam na niego warczeć. To nie była jego wina, że moje serce ziało teraz pustką i nieokiełznanym bólem.  
To była tylko i wyłącznie moja wina. To ja upadłam, to ja byłam nieostrożna. Wszystko stało się z mojej winy. Moje dziecko — mój śliczny chłopiec — umarł przeze mnie.

Leżałam w łóżku w domu rodzinnym i gapiłam się w sufit. Nie starczało mi sił na nic innego. Nie czułam się już sobą i nawet nie chciałam się tak czuć. Chciałam tylko, by wszyscy zostawili mnie w spokoju.  
Rodzice nie wiedzieli, co się stało. Nikt nie zdążył do nich zadzwonić, zanim pojechaliśmy do szpitala, więc przeżyli niemały szok, gdy zobaczyli mnie na progu z gipsem na nadgarstku, z wypchaną torbą i, co najważniejsze — z pustym brzuchem. Oczywiście, nie był on płaski, nadal wystawał, ale było widać, że już nie znajdowało się w nim dziecko. Nie chciałam znosić ich spojrzeń, pytań i łez. Powiedziałam tylko, że dziecko zmarło, a potem pobiegłam na górę i zamknęłam się w pokoju. Słyszałam płacz mamy i gorączkowe pytania taty, skierowane w eter. Podejrzewałam, że pewnie zadzwonią do Julie albo do Harveya po więcej wyjaśnień, bo ja nie byłam w stanie ich z siebie wykrztusić.
Teraz już przynajmniej na niczym mi nie zależało. Nie musiałam niczym się martwić. Nie musiałam zastanawiać się, czy któregoś dnia Gavin nie wróci do miasta. Nawet jeśli by wrócił — już nie było dziecka, które musiałabym przed nim ukrywać. Nie musiałam martwić się, czy poradzę sobie z rolą matki. Nie musiałam być jednocześnie mamą i tatą. Nie musiałam zastanawiać się, czy Harvey będzie chciał być ojcem, bo to wszystko było już nieaktualne. Nie miałam już niczego na głowie, nie musiałam być uważna i odpowiedzialna. Nie musiałam czytać podręczników o macierzyństwie, kompletować wyprawki, sprawdzać tysiąc razy, czy na pewno kupiłam wszystko, co potrzebne. Nie będę musiała martwić się pieniędzmi, śmiercią łóżeczkową ani tym, czy przegapię pierwsze kroki dziecka. Odzyskałam to, co myślałam, że utraciłam — wolność. Już nie byłam młodą mamą. W ogóle nią nie zostałam. Znowu byłam tylko dwudziestoparolatką bez zmartwień na głowie — mimo że mentalnie czułam się jak stara kobieta, która przeżyła więcej niż musiała.  
Nie musiałam nawet pracować, bo w teorii byłam na urlopie macierzyńskim. Mogłam go odwołać i wrócić do kawiarni — ale po co? Przecież nie miałam siły się nawet umyć. Siły albo chęci. Jeszcze klienci zaczęliby składać mi gratulacje, bo zobaczyliby, że nie miałam już ciążowego brzucha. Nie zniosłabym ich szczerych uśmiechów i gratulacji. Nie powstrzymałabym łez.  
Leżałam tylko w łóżku, przechodząc ze skrajności w skrajność — albo byłam otępiała i nie chciałam niczego jeść ani pić, albo jadłam wszystko, co nawinęło mi się pod rękę i płakałam jak opętana. Ciągle słyszałam błagania rodziców, bym chociaż z nimi porozmawiała, a mój telefon często wibrował od przychodzących wiadomości i połączeń, ale ja nie chciałam nikogo widzieć. Skończyło się to tak, że gdy któregoś razu wyszłam do łazienki, rodzice wyjęli mi klucz z drzwi jak jakiejś krnąbrnej nastolatce i gdzieś go schowali, bym nie mogła się już zamknąć. Chyba myśleli, że jak dalej będę sama, to coś sobie zrobię. Czasem siedzieli ze mną w pokoju, ale ja nadal milczałam, gapiąc się w okno albo w sufit. Nie byłam w stanie rozmawiać.
Czułam, jak moje powieki robiły się coraz bardziej ociężałe, podpuchnięte, ale mimo wyczerpania nie mogłam spać. Mimo że w domu było ciepło, przez większość czasu leżałam pod kołdrą albo kocem, bo nie mogłam znieść widoku swojego brzucha. Nie mogłam znieść tego, że nadal był wypukły, mimo że już urodziłam. Bolało mnie całe ciało. Bolało mnie to, że musiałam chodzić do łazienki i wyciskać z piersi mleko, które samoistnie się produkowało, bo nie wiedziało, że nie miało dla kogo. Pewnie mogłam je odciągać i zachować dla kobiet, które miały problemy z laktacją, ale miałam to absolutnie gdzieś. Nie chciałam nikomu pomagać. Nie byłam w stanie. Zabiłam swoje dziecko.
Zapomniałam odwołać terapię i w końcu zaczęły spływać do mnie wiadomości od Joanne, czy wszystko ze mną w porządku. Nie odpisywałam jej, podobnie jak Julie, Brianowi, Harveyowi. Wiedziałam, że powinnam. Przecież to były najdroższe mi osoby, które tylko mi pomagały. Niczym nie zawiniły, a jednak nie mogłam znieść ich widoku. Myślałam tylko o moim synku. O Olivierze. Mimo że tak krótko widziałam jego twarzyczkę, nie mogłam przepędzić z głowy tego obrazu. Sama nie wiedziałam, czy wolałam zapomnieć czy może zachować go tam na zawsze.  
Dlaczego to tak bolało? Przecież to nie była planowana ciąża. Na początku nie była nawet chciana. Nawet teraz czułam pewien szok i zaskoczenie, nieprzygotowanie, brak więzi. Bo to miała być dziewczynka. Miałam urodzić Olivię i mieć nadzieję, że może okaże się być podobna do mojej siostry. To do niej mówiłam, to jej przyszłość sobie wyobrażałam. Nawet nie przyszło mi do głowy, że pomylą się z płcią przy USG. Teraz okazało się, że jednak miałam rację — to był chłopiec. Tylko że nie czułam z nim więzi, bo nie miałam świadomości, że to był on. Niczego nie wiedziałam o chłopcach, ale już nie musiałam tego wiedzieć.  
Już nic nie musiałam.

Wychodziłam z łazienki, kiedy z dołu dobiegły mnie przyciszone głosy:
— Nadal tylko siedzi w pokoju. Nie wiemy już, co robić. Powinniśmy zadzwonić do Joanne, żeby tu przyszła? Ale Aurora nie chce z nikim rozmawiać, nawet z nami…  
Zaczęłam powoli schodzić po schodach.
— Rozumiem. Nie chcę się narzucać. Przyszedłem, bo też już nie wiem, co robić… — To był głos Harveya. — Do mnie też się nie odzywa, ale minął już tydzień. Nie chcę naciskać, nie wiem, czy powinienem zostawić ją w spokoju, ale niby jak mam to zrobić? Martwię się.  
— To się nie martwcie — powiedziałam głośno, tak, by mnie usłyszeli, choć gardło miałam wysuszone, a głos okazał się być zachrypnięty. Trzy głowy obróciły się w moją stronę, gdy zeszłam na dół. Skrzyżowałam ręce na piersi. Wyglądałam tragicznie i ohydnie i miałam tego świadomość — nieumyte włosy, pogorszona cera, oczy nabiegłe krwią z fioletowymi kręgami dookoła, byle jakie ciuchy. Po raz pierwszy jednak mnie to nie obchodziło. — I dajcie mi w spokoju przeżyć żałobę. Nie rozumiecie tego? Nie rozumiecie, że straciłam dziecko, zanim w ogóle miałam okazję je poznać?  
Zapadła cisza. Widziałam, że mama ledwo hamowała się, by nie wstać i mnie nie przytulić. Popatrzyłam na Harveya, który miał na twarzy wymalowany ból i momentalnie chciałam go za to znienawidzić. Bo choć w duchu chciałam, by kochał moje dziecko tak samo jak ja i by był kimś w rodzaju taty, teraz nienawidziłam go za to, że śmiał odczuwać ból. Bo on niczego nie stracił. To było moje dziecko.  
Wolałam już nie otwierać ust, by przypadkiem te straszne słowa ich nie opuściły. Nie miałam prawa mówić Harveyowi co mógł, a czego nie mógł czuć. On też czekał na to dziecko. Momentami cieszył się z tej ciąży bardziej niż ja, zwłaszcza gdy dowiedzieliśmy się — a przynajmniej tak myśleliśmy — o płci. To on wybierał różowe ubranka i chodził do sklepu, ilekroć miałam jakieś zachcianki. Wiedziałam o tym. Te wszystkie myśli były podyktowane bólem, nie były prawdziwe. Nie chciałam go ranić, więc wolałam po prostu się nie odzywać.
Odprowadził mnie wzrokiem, gdy wracałam na górę. Niczego nie powiedział.

Zaczynałam mieć dość samej siebie, tej cuchnącej, nieumytej, żałosnej wersji, którą się stałam. Próbowałam uciekać od swoich myśli, ale one i tak mnie dopadały, bo nie umiałam się na niczym skupić. Głupie seriale lecące w telewizji nie potrafiły sprawić, że przestawałam myśleć o tym, co straciłam. Nie wiedziałam, jak się zachowywać, co robić, by przestało boleć.  
Nadal siedziałam w domu u rodziców i praktycznie z nikim nie rozmawiałam. Nie zamierzałam chwilowo wracać do mieszkania, które dzieliłam z Julie. Miałam tam mieszkać ze swoim dzieckiem, z dziewczynką, która okazała się być chłopcem, a teraz… to już nie miało nawet znaczenia. Już nigdy nie spojrzę na te ściany tak samo.
Już nie byłam sobą. Traciłam siebie kawałek po kawałku, a cały proces zapoczątkował związek z Gavinem. To on zabrał mi niemal wszystko, ale… dał mi dziecko. Nie chciałam go, ale nauczyłam się je kochać, a wtedy zostało mi odebrane. Dlaczego? Dlaczego świat aż tak bardzo mnie nienawidził? Co zrobiłam, by tak mu podpaść? Dlaczego dzieci trafiały się ludziom, którzy na nie nie zasługiwali, tak jak rodzice Gavina? Przez to, że byli źli, on też się taki stał. Wcale nie musiał taki być. Ja chciałam dać mojemu dziecku cały świat.  
W tym momencie nie wyobrażałam sobie, że jeszcze kiedyś zajdę w ciążę. Choćby ta decyzja była świadoma, już nie pozbędę się tego strachu. Nie przejdę przez to kolejny raz.  

Nagle ktoś gwałtownie otworzył drzwi od mojego pokoju i wszedł do środka.
— Wstawaj.
Nie od razu zorientowałam się, kto do mnie mówił. Przez głowę przemknęło mi najpierw wspomnienie tego, jak kiedyś Gavin wyciągał mnie z łóżka. Ostatnio dużo o nim myślałam, a brak snu robił swoje. Ledwo byłam w stanie utrzymać otwarte oczy. Podniosłam się na łokciu i obejrzałam. W progu mojego pokoju stała Kira i rozglądała się z niesmakiem.
— Nie — powiedziałam po prostu zamiast zapytać, co ona w ogóle robiła i jak się tu znalazła.
— Wstawaj po dobroci albo zaraz sama cię stąd wyciągnę. — Przeszła do okna, otworzyła je, a potem ukucnęła przy moim łóżku. — Nie żartuję.
— Daj mi spokój — mruknęłam.
— Ok, sama chciałaś. — Odrzuciła nagle kołdrę, którą byłam przykryta i złapała mnie za nogi oraz za zdrową rękę, podrywając mnie do góry, tak, że prawie się przewróciłam. Dopiero wtedy spojrzałam na nią z wściekłością.
— Co ty wyprawiasz? — warknęłam.
— Ja? A co ty wyprawiasz? Ile jeszcze będziesz tu zalegać?
— Tyle, ile będzie trzeba. Gdybyś miała w sobie krztynę empatii, dałabyś mi spokój.
— To nie spokój jest ci teraz potrzebny, tylko prysznic. Jeśli będzie trzeba, zatargam cię do łazienki i sama cię umyję.  
— Mam gips na ręce — syknęłam.  
— To ci go owinę foliową torebką. — Zmarszczyła brwi. — Ruchy.
Nie miałam siły z nią dyskutować. Wiedziałam, że mówiła serio, więc w końcu poszłam pod prysznic, choć ból był niemały. Poczułam się przez to może o parę procent lepiej, ale i tak niczego to nie zmieniało. Dopiero, kiedy stanęłam przed Kirą w czystych ciuchach i z wysuszonymi włosami, jej wzrok złagodniał i objęła mnie mocno.
— Przykro mi — powiedziała cicho. — Harvey powiedział mi, co się stało. — Chyba czekała na moją odpowiedź, ale ja milczałam. — Mogę sobie tylko wyobrazić, co czujesz. Jeśli będziesz chciała z kimś pogadać, możesz na mnie liczyć.
— Nie chcę z nikim gadać.
— Widzę. Ale może za jakiś czas będziesz chciała.  
— Tysiąc razy dawałaś mi do zrozumienia, że nie jesteśmy i nie będziemy przyjaciółkami — powiedziałam, odsuwając się od niej. — Więc po co udawać teraz uprzejmość?
Zmarszczyła brwi.
— Uwierz mi, ja nie jestem osobą, która cokolwiek udaje. Chyba znasz mnie na tyle, że wiesz, że walę prosto z mostu. Nikt inny nie ma odwagi tu przyjść i wyciągnąć cię z łóżka, dlatego ja to zrobiłam.
— Brawo, wyciągnęłaś mnie z niego. A teraz do niego wrócę. — Chciałam ją wyminąć, ale ona złapała mnie za rękę.
— Nic z tego. Wychodzimy na kawę.
— Kira, daj mi spokój.
— Nie — powiedziała stanowczo. — Nie dam ci spokoju. Wiem, że cierpisz, ale twój ból nie zmniejszy się od zalegania w łóżku. Trzeba żyć dalej.
— A zmniejszy się od kawy? — prychnęłam.
— To dobry start.
Musiałam przyznać, że obecność drugiego człowieka chyba nieco pomagała. Co więcej, obecność człowieka, który nie użalał się nade mną, tak jak cała reszta. Być może Kira była tym, czego potrzebowałam. Ale i tak nie chciałam opuścić bezpiecznego domu.
— Domyślam się, że jesteś tu, bo Harvey cię o to poprosił, a ty masz u niego wieczny dług, więc oznajmiam ci, że wcale nie musisz spełniać jego prośby. Uznaj swoje zadanie za wykonane i wracaj do siebie.
— Owszem, prosił mnie o to, ale nie dlatego tu przyszłam. Nie będziesz gniła w łóżku. Jesteś na to zbyt młoda. Jeśli teraz się załamiesz, Gavin wygra.
— Oboje przegraliśmy — powiedziałam głuchym tonem. — Nasze dziecko nie żyje. Nie obchodzi mnie już, kto wygrał. Chcę tylko… żeby przestało boleć.
— Tak jak powiedziałam, leżenie w łóżku tego nie załatwi. Wyjście na kawę być może też nie, ale w którymś momencie będziesz musiała wrócić do prawdziwego życia. Będę tu siedzieć, dopóki ze mną nie wyjdziesz.
— Nie masz niczego innego do roboty?  
— Nie.
— A co z twoją córką?
— Ma dobrą opiekę. — Nie spuszczała ze mnie wzroku. — To co, wychodzimy, czy mam sobie znaleźć wygodne miejsce do siedzenia?

Być może Harvey sądził, że ta kawa z Kirą pomoże i przestanę zalegać w łóżku, ale tak się nie stało. Owszem, to pomogło — na chwilę. Przez tę chwilę, gdy siedziałyśmy wśród ludzi, mogłam się skupić chociażby na tym, że gorąca kawa poparzyła mi język. Mogłam zapomnieć. Na krótki moment. Mogłam skupić swoją uwagę na czym innym, ale to nie znaczyło, że wszystko magicznie się naprawiło.  
Wróciłam do mieszkania, ale zamarłam, gdy zastałam w środku Julie. Myślałam, że będzie w pracy, ale ona siedziała w kuchni. Na mój widok poderwała się gwałtownie.
— Wróciłaś. — Od razu podeszła, by mnie przytulić. — Tak strasznie się cieszę. Bez ciebie było tu tak pusto…  
— Nie wiem, czy wróciłam. Nie wiem, czy będę w stanie jeszcze tu mieszkać.
Odsunęła się ze smutną miną.
— Przeczuwałam, że to powiesz. Co planujesz?
— Nie wiem, Julie. Na razie niczego nie planuję. Nie mam siły myśleć. O niczym.
Poszłam do mojego pokoju, który… wyglądał dokładnie tak jak kiedyś. Tak jakby nigdy nie było tu żadnego przemeblowania dla dziecka. Szafa stała z powrotem na swoim miejscu, zniknęło łóżeczko, przewijak, ściana też wyglądała tak jak wcześniej. Nie było nawet rogala do spania. Tak jakby to się nigdy nie wydarzyło.  
Julie zostawiła mnie samą, a ja po dłuższej chwili wahania zadzwoniłam do Harveya, choć nadal nie byłam pewna, czy w ogóle chciałam z nim rozmawiać. Odebrał niemal od razu.
— Co się stało z rzeczami dziecka? — zapytałam, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
Wziął głęboki oddech.
— Większość udało mi się zwrócić albo sprzedać. Przelałem ci już wszystkie te pieniądze na konto. Niektóre rzeczy oddałem do domu samotnej matki. Rogal zostawiłem, bo to rzecz dla ciebie, ale nie byłem pewien, czy nadal go chcesz, więc póki co jest u Julie. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe…  
— Nie. Dobrze zrobiłeś. — Chciałam mu podziękować, ale to słowo nie chciało przejść mi przez gardło. Tak właściwie nie wiedziałam, o czym z nim rozmawiać.
— Więc… wróciłaś? — zapytał po chwili.
— Jeszcze nie wiem.
— Chcesz, żebym przyjechał?
— Nie wiem — powtórzyłam, a po tych słowach zapadła cisza. Czułam rozpacz. Nie potrafiłam nawet rozmawiać z człowiekiem, którego kochałam. Nie umiałam się już normalnie zachowywać. Z jednej strony chciałam osunąć się w jego ramiona, a z drugiej nie wyobrażałam sobie, że mnie przytuli i prędzej czy później porozmawiamy o tym, co się stało.
— Dobrze. Więc… odezwij się, kiedy będziesz już wiedziała. Będę czekał.
On zawsze na mnie czekał.
Tylko że teraz nie wiedziałam, czy w ogóle było na co.
Czy będę w stanie po raz kolejny wrócić do swojego życia.

AURORA: Wyjeżdżam. Wrócę za parę dni.
HARVEY: Sama? Dokąd?
AURORA: Tak, sama.
HARVEY: Powiedz mi, dokąd.
AURORA: Jestem dorosła i nie muszę się nikomu spowiadać. Nic mi nie będzie.

Wiedziałam, że raniłam go takimi słowami i takim postępowaniem, ale nie mogłam inaczej.
Po raz pierwszy w życiu nie obchodziły mnie pieniądze. Nie musiałam już dla nikogo oszczędzać, a nie mogłam wytrzymać w mieszkaniu. Ciągle przeglądałam oferty noclegów nad oceanem, zastanawiając się, czy w ogóle był sens się tam ruszać, ale w końcu zarezerwowałam jeden z apartamentów na parę dni. Ceny i tak były niskie, bo było już po sezonie. Było zimno i nikt normalny nie pchał się teraz nad wodę. Wynajęłam pierwszy lepszy domek, który był droższy niż pokój w hotelu, ale przynajmniej zapewniał ciszę i spokój. Tam nie mogła mnie dosięgnąć nawet Kira. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechałam wieczorem, kiedy Julie była w pracy. Nie potrzebowałam zbędnych pytań. Harvey zaczął do mnie wydzwaniać i ciężko było mu się dziwić, ale odrzucałam każde połączenie, czując się coraz bardziej winna. Zachowywałam się okropnie, ale nie umiałam inaczej.
Na miejsce dotarłam późnym rankiem. Odebrałam klucze, a później w końcu zostałam sama. Ledwo rzuciłam okiem na wnętrze domku, choć było nowoczesne, czyste i ładne; najbardziej jednak interesowało mnie to, po co tu przyjechałam i za co głównie zapłaciłam — drewniana weranda z bujanymi fotelami i stoliczkiem, z której było widać wodę i słychać fale. Do dachu były przyczepione dzwonki wietrzne, które non stop dzwoniły, poruszane wiatrem. Głównie to robiłam przez większość czasu — po prostu tam siedziałam. Słuchałam dzwonków, słuchałam fal, patrzyłam w ocean, które przychodził i odchodził. Marzyłam, że któregoś dnia mój ból osiągnie przynajmniej taki etap — że czasem będzie odchodził. Póki co nie zamierzał się nigdzie ruszać.  
Gdy marzłam, robiłam sobie kawę lub herbatę w domku, po czym wracałam na werandę, nawet jak było już lodowato i byłam smagana zimnym wiatrem. Przynosiło to ulgę. Otulałam się swetrami i kurtkami, czekałam na zachody słońca, a potem na ciemną noc, podczas której znikali nieliczni ludzie, którzy czasem pojawiali się na plaży. Wtedy byłam już kompletnie sama. Mogłam do woli katować się wspomnieniem synka i napawać wolnością, której przecież wcale nie chciałam. Nie byłam w stanie zmusić się do myślenia, co dalej. Co miałam teraz zrobić ze swoim życiem. Czy już do jego końca będę bała się wziąć prysznic. Czy kiedy nie zobaczę na ulicy dziecka, nie rozpłaczę się na środku chodnika. Czy kiedykolwiek przestanę myśleć o tym, co straciłam.

Pracę ekspresu do kawy zakłóciło pukanie do drzwi, wywołując u mnie zdumienie. Nie spodziewałam się nikogo, bo to nie był hotel, w którym codziennie do drzwi pukało śniadanie. Nie mógł być to jednak nikt inny, jak tylko właścicielka domku, więc powlokłam się do drzwi i otworzyłam, a wtedy ciężko było mi nawet ubrać moje zdziwienie w słowa.
— Skąd się tu wziąłeś? — zapytałam z zaskoczeniem, widząc na progu Harveya, który właśnie wchodził do środka z torbą podróżną w ręce. — Wyśledziłeś mój telefon czy co?
— Nie. — Postawił torbę na podłodze i zamknął drzwi. — Myślałaś, że Julie nie zna hasła do twojego laptopa?
— Ale…  
— No to powiem ci, że zna. I dobrze, bo dzięki temu mogliśmy przejrzeć twoją historię. Widziałem, gdzie zrobiłaś rezerwację. I szczerze mówiąc, mam gdzieś to, czy pogwałciliśmy twoją prywatność czy nie. Nie możesz tak robić. Nie możesz uciekać, nie informując nas nawet o tym, dokąd jedziesz. — Po raz pierwszy od dawna w jego głosie pobrzmiewała złość. Patrzył na mnie poważnym wzrokiem, a ja czułam się jak zbesztane dziecko. — Jeśli chciałaś być sama, wystarczyło powiedzieć. Wystarczyło powiedzieć, że jedziesz gdzieś, gdzie być może poczujesz się lepiej, ale, do cholery, powinnaś nam zostawić chociaż jakiś adres albo numer telefonu! A jakby coś się stało? Pomyślałaś o tym w ogóle? Możesz mnie odpychać, możesz nie chcieć mnie widzieć ani ze mną rozmawiać, ale masz mi mówić o takich sprawach! Nie jestem Gavinem — wysyczał nagle, a ja aż drgnęłam na dźwięk imienia byłego męża. — A chyba właśnie tak pomyślałaś, skoro pierwszym twoim pytaniem było, czy wyśledziłem twój telefon. Tu nie chodzi o żadną kontrolę. Martwiłem się o ciebie, do cholery, a ty uciekłaś i nie powiedziałaś nawet dokąd. Naprawdę aż tak mało dla ciebie znaczę, że nie mogłaś mi tego powiedzieć? — Rzucił mi spojrzenie pełne żalu, a ja poczułam się, jakby wylał na mnie kubeł zimnej wody. — Więc teraz tu zostanę — dodał po chwili. — Mogę zaszyć się w jakimś pokoju i nawet ci się nie pokazywać na oczy, jeśli chcesz, ale nie możesz być w takim stanie sama, daleko od domu. — Ruszył w kierunku kanapy, na którą po chwili opadł, plecami do mnie.
Po raz pierwszy od dawna zalały mnie ogromne wyrzuty sumienia. Mimo tego nie mogłam się zmusić, by do niego podejść. Zostawiłam kawę swojemu własnemu losowi i wyszłam na werandę, zamykając za sobą drzwi. Czułam się okropnie. Harvey miał rację, zachowałam się kompletnie samolubnie i nieodpowiedzialnie. Przecież mogłam mu powiedzieć to wszystko. Mogłam powiedzieć, dokąd jadę, ale zaznaczyć, że potrzebuję samotności. Wtedy razem z Julie nie musieliby przeglądać mojej historii w laptopie, by mnie znaleźć. Miał rację. A gdyby coś się stało? Nikt nie wiedział, gdzie byłam. Wcześniej nawet o tym nie pomyślałam. Myślałam tylko o Olivierze, o tym feralnym dniu, który sprawił, że nie potrafiłam już normalnie funkcjonować. Byłam skupiona na własnym bólu i nawet nie pomyślałam, że świat dookoła wcale się nie zatrzymał. Kira miała rację, prędzej czy później musiałam wrócić do życia, do normalnego funkcjonowania. To, co właśnie powiedział Harvey, było jak otrzeźwienie. Zrozumiałam, że nie mogłam dłużej tak robić.
W końcu podniosłam się i weszłam z powrotem do domku. Harvey był tam, gdzie przed chwilą, tylko zdjął kurtkę i gapił się w telefon. Z wahaniem usiadłam obok niego.
— Przepraszam — powiedziałam i dopiero to sprawiło, że na mnie spojrzał. Miał worki pod oczami i wyglądał na zmęczonego, co tylko pogłębiło moje wyrzuty sumienia. — Masz rację, zachowałam się okropnie. Nie chciałam, żebyś czuł się zmuszony do szukania mnie.
— To wyglądało tak, jakbyś mi nie ufała. Jakbyś miała gdzieś, czy będę się martwił czy nie.
— Nie pomyślałam o tym…  
— Wiem. Bo myślisz o czymś innym. Ale to nie usprawiedliwia tego, że nie mówisz najbliższym, gdzie jesteś.
— Wiem. Przepraszam.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Chyba żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć. W końcu otworzyłam usta i słowa same ze mnie wypłynęły:
— Jestem wrakiem, Harvey. Sięgnęłam dna, choć myślałam, że nie może być już gorzej. Myślałam, że Gavin był najgorszym, co mnie spotkało. Naprawdę byłam przekonana, że świat dał mi spokój… cała ciąża przebiegała dobrze… a to była tylko kolejna iluzja. Nie wiem już, jak z tym wszystkim żyć. Nie potrafię już logicznie myśleć ani… w ogóle niczego robić. Nie mam siły. I nie chcę cię pociągać za sobą na to dno.
Obrócił gwałtownie głowę.  
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Co chciałam? Nawet nie wiedziałam. Nie potrafiłam rozeznać się we własnych myślach.
— Tyle już dla mnie zrobiłeś, a miałeś przeze mnie same kłopoty. Przez to, że wplątałam się w twoją sytuację z Kirą i Gavinem. Od tamtej pory ciągle było źle. Nie wiem, może jestem jakaś przeklęta. Najpierw moja siostra, później Gavin, a teraz… moje dziecko. Nie poradzę sobie z tym. Mam wrażenie, że dostaję obłędu… i nie chcę, żebyś marnował swoje życie u mojego boku. — Spuściłam wzrok, by na niego nie patrzeć. W oczach majaczyły mi się łzy.
— Więc co, mam sobie odejść poszukać szczęścia gdzie indziej, bo życie gdzie indziej, z dala od ciebie, jest takie kolorowe? — Poczułam, jak bierze mnie za rękę. — Posłuchaj mnie uważnie. Nie po to tyle przeszliśmy, żebym miał cię teraz zostawić. Kocham cię. I nie jesteś przeklęta. Przytrafiło ci się wiele złego, ale mnie też, jeszcze zanim cię poznałem. To nie twoja wina. Jeśli już, to twoja zasługa. Tylko przy tobie byłem szczęśliwy. I nie zamierzam cię zostawiać. Chcę ci pomóc. Żebyśmy mogli przejść przez to razem.
— Nie ma już czego kochać. Nie ma już tamtej Aurory — wymamrotałam. — Jestem wrakiem. Nie jestem w stanie zrobić najprostszych czynności, nie jestem w stanie myśleć, ciężko mi nawet… — Potrzasnęłam głową. — Nie chcę, żebyś był w to wplątany. Żebyś był tego częścią.
— Już nią jestem. Chciałaś, żebyśmy byli rodziną, a teraz mnie odpychasz?  
— Proszę cię…
— O co? O co mnie prosisz? — Puścił moją rękę. — Żebym cię zostawił? Naprawdę tego chcesz?
Przełknęłam łzy i podniosłam głowę, by spojrzeć na jego wykrzywioną bólem twarz.
— Tak.

*dwa i pół roku później*
— Ale pięknie to wygląda — zachwycała się Julie. — Dobrze, że jednak namówiłaś mnie na tę czcionkę. Ta, którą ja chciałam, wyglądałaby okropnie.
— Mówiłam. Dobrze, że mnie posłuchałaś. — Też wpatrzyłam się w duże białe płótno, na którym roztaczał się napis „JULIE & BRIAN”. — Te kwiaty też pasują.
— A nawet jakby nie pasowały, to co? — Usłyszałyśmy za plecami głos Briana. Podszedł bliżej i objął nas ramionami. — Goście zrobią w tył zwrot?
— A żebyś wiedział. Nie po to tu przyszli, żeby patrzeć na niedopasowane kwiaty.
— Gwarantuję ci, kochanie, że będą patrzeć tylko na to, czy alkohol jest odpowiednio rozstawiony i w wystarczających ilościach.
— Tak, tak. Idź lepiej sprawdzić, czy na sali wszystko jest tak, jak być powinno. — Julie popchnęła go lekko w stronę sali, w której czekali już ich rodzice. — To też twoje przyjęcie zaręczynowe, wiesz?  
— Dobra, dobra, już idę. — Brian pocałował Julie i odszedł, a ona spojrzała na mnie z lekkim zmartwieniem.
— Na pewno nie masz nic przeciwko temu, że zaprosiłam Harveya?
— Nie mam. Naprawdę. — Posłałam jej lekki uśmiech, choć w środku skręcało mnie ze zdenerwowania. — I dzisiaj nie chodzi o mnie, tylko o ciebie. O was.
Julie chciała jeszcze coś powiedzieć, ale nagle przybiegła do nas jej mama i zaczęła jej coś szeptać do ucha i zaraz gdzieś odeszły. Ja podążyłam śladem Briana, by sprawdzić, czy na sali wszystko było dopięte na ostatni guzik. Z głośników sączyła się delikatna muzyka, ale i tak nie potrafiłam się uspokoić. Wiedziałam, że dziś zobaczę Harveya i to spędzało mi sen z powiek przez całą noc.
Miałam trochę obowiązków jako druhna, choć to nadal było tylko przyjęcie zaręczynowe, a nie sam ślub, ale przynajmniej mogłam wczuć się w rolę. Krążyłam po pomieszczeniu, a w międzyczasie dookoła zbierali się goście. W końcu stało się nieuniknione — zauważyłam w tłumie gęste czarne włosy. Nie mogłam oderwać od niego wzroku, więc w końcu jego brązowe oczy też mnie odszukały. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, a później każde z nas odwróciło wzrok. Serce biło mi nieznośnie szybko.
Bywały dni, kiedy żałowałam, że go zostawiłam — czy może raczej: praktycznie zmusiłam, by to on zostawił mnie. Nie zasługiwał na to, co go przy mnie spotkało. Zbyt wiele bólu, zbyt wiele cierpienia. Nie rozumiał, że musiałam zostać wtedy sama, bo tylko tak mogłam skupić się na tym, by jeszcze kiedyś być w stanie się uśmiechnąć. Nie chciałam, by był z kimś, kto go ograniczał. Później ból zaczął trochę słabnąć i odezwała się tęsknota za nim. Wracała każdej nocy, ale trwałam w swoim postanowieniu. Nie mogłam znowu go do siebie przyciągnąć. Zasługiwał na coś lepszego.
Wiedziałam od Julie, że z kimś się spotykał. Zbliżyli się do siebie, więc nie mogłam jej winić, że czasami z nim rozmawiała; tak samo Brian, który się z nim zakumplował. Zastanawiałam się, jaka była jego dziewczyna — czy bliżej jej było do Kiry, do Sheili czy może do mnie. Dzisiaj jednak był sam. Nie wiedziałam, czy powinnam z nim porozmawiać, nawet jeśli tak cholernie mnie kusiło.  
W końcu wszyscy usiedli przy stołach i nie mogłam się powstrzymać od zerkania na niego co chwilę. Czasem jego oczy odnajdywały moje i wtedy odwracałam wzrok, jak ostatni tchórz. Ciężko mi było się wyluzować po takim czasie.  
Ostatnie dwa i pół roku spędziłam na pracy nad sobą, dążeniu do tego, by podnieść się po wszystkim co mnie spotkało i raz jeszcze stanąć na nogi. Nie było łatwo. Było cholernie ciężko, ale nie pozwalano mi się poddać. Kiedy Julie i rodzicom brakowało już cierpliwości, wtedy do akcji wkraczała Kira. Jak sama kiedyś powiedziała, tylko jej starczało odwagi i siły, kiedy inni już nie wiedzieli, co robić. Przez ten czas stała się moją najlepszą przyjaciółką i nie tylko taką „na odwal się”. Ona i Julie były swoimi kompletnymi przeciwieństwami, ale jakimś cudem dogadywałam się z nimi obiema. Czasem opiekowałam się córeczką Kiry, bo ona sama rzuciła się w wir randek. Nie chciała dłużej być sama i ciężko było ją za to winić. Sama zgłosiłam się do roli opiekunki i widziałam po jej twarzy, że się wahała. O dziwo, przebywanie z dzieckiem było dziwnie kojące. Oczywiście, bolało, ale nie tak bardzo, jak myślałam, że będzie. To chyba oznaczało, że robiłam postępy.  
Życie powoli biegło do przodu, a ja powoli otwierałam się z powrotem na świat. Julie i Brian się zaręczyli, co oznaczało, że wkrótce zostanę sama i będę musiała zmienić mieszkanie, ale nie przeszkadzało mi to jakoś bardzo. Czułam, że powinnam coś zmienić w swoim życiu. W końcu zaczynałam mieć na to siłę.
Gavina już nigdy nie widziałam. Nie wrócił do miasta, a jeżeli wrócił, to nie szukał kontaktu ze mną. Nadal nie wiedziałam, co się z nim działo, czy żył, czy nie. W sieci nic o nim nie było. Kira raz powiedziała, że może zmienił tożsamość i dlatego nie można było go teraz wyśledzić. Uznałam to za wiarygodną teorię. Może naprawdę miał dość poprzedniego życia, nazwiska, które dała mu jego patologiczna rodzina, nazwiska, które ja też nosiłam. Wolałam myśleć, że rzeczywiście odciął się od poprzedniego życia, a nie że ze sobą skończył.
Odeszłam na chwilę od stołu, gdy wznosiliśmy kolejny toast, by podejść do tego ze słodkimi przekąskami, a wtedy usłyszałam za sobą głos:
— Hej.
Odwróciłam się powoli i popatrzyłam na Harveya, czując się, jakbym widziała go po raz pierwszy, choć właściwie niewiele się zmienił. Dalej miał te same gęste czarne włosy i nieco smutne brązowe oczy. Jedyną większą zmianą był zarost, który właściwie rzadko nosił, ale im dłużej na niego patrzyłam, tym bardziej przekonywałam się, że było mu w nim do twarzy.  
— Hej — odpowiedziałam i uśmiechnęłam się lekko. — Cieszę się, że jednak przyszedłeś.
— No wiesz, nie mogłem tego przegapić. Trzeba się rozgrzać przed weselem.
— Gdzie twoja dziewczyna? Nie mogła przyjść?  
Uśmiechnął się lekko.
— Dużo wiesz o moim życiu, zważywszy na fakt, że nie widzieliśmy się… ile to już?
— Ponad dwa lata.
— Szmat czasu.
— To prawda. Ale jako druhna wiem to i owo.
— No więc nie jest już moją dziewczyną. — Upił łyk szampana z kieliszka, który trzymał.  
— Och. Przykro mi. — Wcale nie było mi przykro.  
— Niepotrzebnie. To nie było coś, czego straty bym żałował. — Obrzucił mnie uważnym spojrzeniem. — A ty? Masz kogoś?
— Nie. — Wzięłam do ręki jedną z muffinek. — To by pochłaniało dużo mojego czasu i energii, a wolałam skupić się na czymś innym.
— I na pewno ci to wyszło. Wyglądasz… — Przesunął po mnie wzrokiem. — Wspaniale.
— Ty też.  
— Ja wyglądam staro. — Uśmiechnął się szeroko. — Zaraz stuknie mi trzydziestka.
— Rzeczywiście — zaśmiałam się. — I co? Planujesz wielką imprezę?  
— Wiesz, że nigdy nie byłem ich fanem. Co najwyżej kupię sobie droższą whisky.  
— To też dobry plan. — Niejako mi ulżyło, że nadal był sobą. Bałam się, że zarzuci mnie masą nowych rzeczy, że będzie już kompletnie innym człowiekiem, ale to nadal był ten Harvey, w którym się niegdyś zakochałam.
Widziałam po jego twarzy, że chciał spytać też o inne rzeczy, nieco bardziej bolesne, o których nie należało wspominać na przyjęciu zaręczynowym naszych przyjaciół albo nawet i w ogóle, dlatego po chwili odezwałam się przyciszonym tonem:
— Jest mi lepiej. Nie zawsze, ale… nauczyłam się z tym żyć. Wszystko prawie wróciło do normy.  
Skinął powoli głową.
— To dobrze. Cieszę się. Wiedziałem, że sobie poradzisz. Ja też… — Odchrząknął i znowu upił łyk szampana. — Ja też chodziłem na terapię.
— Naprawdę?  — zapytałam ze zdziwieniem. — Myślałem, że nie widziałeś w tym sensu.
— W końcu go zobaczyłem. Pomogło mi to pogodzić się z przeszłością. Można więc powiedzieć, że u mnie też prawie wszystko wróciło do normy.
— To wspaniale, Harvey.  
— Chciałabyś może… — zaczął, ale po chwili urwał.  
— Tak?  
— Nic. Nieważne.
— Harvey… — Uśmiechnęłam się i wywróciłam oczami. — Zacząłeś, to dokończ.
— Chciałem tylko powiedzieć, że jeśli kiedyś naszłaby cię ochota na własnoręcznie robioną pizzę i whisky, to… — Wzruszył ramionami. — Wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Mój uśmiech się poszerzył.
— Nadal tam mieszkasz?
— Jakoś nie chciało mi się przenosić. Za stary już jestem i za leniwy.
— Nadal masz dwadzieścia dziewięć lat.
— Przez jakieś pół miesiąca.
— Rzeczywiście. A gdybym wpadła za te pół miesiąca? Odpowiadałoby ci to?
Wyglądał na zdziwionego, ale uśmiechnął się.
— To chyba byłby najlepszy sposób na świętowanie tej nieszczęsnej trzydziestki — odpowiedział po chwili.  
— Z kartami, jak za dawnych czasów?
— No cóż… minęło sporo czasu. Może warto się poznać na nowo. Ale chyba możesz mi od razu powiedzieć, co nowego? Nie chcę czekać aż pół miesiąca.
Chwilę się zawahałam, bo o tym nie mówiłam jeszcze nikomu.
— Zastanawiałam się, czy… nie pójść na studia — powiedziałam w końcu cichym tonem, jakbym przyznawała się do zbrodni. — Na psychologię. Uważasz, że to idiotyczne?
— Dlaczego? — Zmarszczył brwi.
— Bo chyba nie jestem materiałem na psychologa. — Uśmiechnęłam się blado. — Może zostałam za bardzo skrzywdzona, żeby w ogóle myśleć jasno. Ale długo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że chciałabym pomagać innym. Może takim osobom, które przeszły to samo co ja, a może takim, które mogę uchronić od podobnego losu. Ale nadal się waham.
— Myślę, że idealnie się nadajesz.
— Naprawdę?
— Dużo przeszłaś — powiedział delikatnie. — Ale wyszłaś z tego silniejsza. Jaki jest lepszy dowód? Poza tym… mogłabyś więcej zaoferować ludziom. Więcej, niż ktoś, kto uczył się tego tylko od strony teoretycznej, czytał o traumie na kartce papieru. Ty to przeżyłaś. Wiesz, co robić, by się nie załamać. By się ze wszystkiego podnieść silniejszą.
— Z tą silniejszą bym nie przesadzała. — Przez chwilę szukałam słów. — Mam swoje gorsze momenty. Czasem myślę, że jednak wcale nie zrobiłam żadnych postępów.
— Zdziwiłbym się, gdybyś ich nie miała.
— Ja też.
— Nie chcę powiedzieć, że masz… doświadczenie… — Skrzywił się. — Ale wiele przeszłaś. O wielu rzeczach przekonałaś się na własnej skórze. To co innego niż tylko domyślanie się, co czuje druga osoba. Uważam, że to świetny pomysł. Naprawdę mogłabyś komuś pomóc.  
— Dzięki. — Z jakiegoś powodu jego opinia naprawdę się dla mnie liczyła. — Powinniśmy chyba wrócić do stołu. Zaraz będą toasty.
— To wracajmy. — Wysunął rycersko ramię. — Chodź, odprowadzę cię do stołu, żebyś dotarła bezpiecznie, bo te szpilki wyglądają na zabójcze.
Parsknęłam śmiechem, czując motylki w brzuchu, ilekroć na niego patrzyłam.
Tak strasznie za nim tęskniłam.
Nigdy nie przestałam.

Dokładnie pół miesiąca później zapukałam do drzwi Harveya, a gdy otworzył, wręczyłam mu najdroższą whisky, jaką tylko udało mi się znaleźć. Godzinę później siedzieliśmy na kanapie, już trochę wstawieni, chrupiąc pizzę i nadrabiając zaległości. Nie mogłam się na niego napatrzeć i widziałam, że on też na mnie zerkał. Dwa i pół roku to był stanowczo za długi czas. Nie wspominał o swojej byłej dziewczynie, więc ja też nie poruszałam tego tematu. Myślałam tylko o tym, by go pocałować i w końcu wychyliłam się nieco do przodu, dając mu sygnał, zastanawiając się, czy on też nadal czuł to co ja.
Jego usta odnalazły moje i w końcu poczułam się jak w domu.
Może i nie wiedziałam, jaka była moja droga. Nie wiedziałam, co przyniesie przyszłość, ile bólu przyjdzie mi jeszcze znieść; czy zostanę psychologiem i znajdę ulgę w pomaganiu innym, skoro sobie nie mogłam pomóc. Może znowu zejdziemy się z Harveyem i może znowu się rozstaniemy. Może razem się zestarzejemy, a może on w końcu zrozumie to, co chciałam mu przekazać te dwa i pół roku temu — że było mu lepiej beze mnie. Nie wiedziałam, czy nadal mnie kochał, ale ja zrozumiałam, że jedynym pozytywem w moim marnym życiu był on — a skoro już podjęłam decyzję, by walczyć i żyć dalej, nie chciałam żyć bez niego.
Nieważne, jak parszywe było życie, z nim zawsze było lepsze.
Tylko tego byłam pewna.  


KONIEC



Przepraszam za prawie miesięczną zwłokę, ale z powodów osobistych ciężko mi było dokończyć ten rozdział, mimo że historii nie czułam już od jakiegoś czasu; chciałam jednak dać jej porządne zakończenie. Dziękuję każdemu, kto ją czytał, nawet jeśli nie zostawiał po sobie śladów. "Iluzja" i "Empiria" były dla mnie ważnymi historiami, do których pewnie za jakiś czas wrócę i będę w nieskończoność poprawiać, bo praca autora nigdy się nie kończy 😄 a w moim przypadku także samokrytycyzm. Mam nadzieję, że historia się Wam podobała, choć wiem, że nie była łatwa. Jeszcze raz: dziękuję! ❤️

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 7828 słów i 43078 znaków.

2 komentarze

 
  • Pelasia

    Wspaniała historia!!

  • candy

    @Pelasia bardzo dziękuję <3

  • aile

    Oby teraz u bohaterów było już tylko lepiej 😄 Dziękuję za to opowiadanie, gdyż poruszało naprawdę ważne tematy oraz życzę powodzenia w dalszym tworzeniu ❤

  • candy

    @aile ja dziękuję za czytanie i komentarze, naprawdę pomagały ❤️