Deszcz ciemnych gwiazd #8

Deszcz ciemnych gwiazd #8

Hardine wysiadła z powozu, podając dłoń Uraviowi. Gorset sukni opinał ją boleśnie. Złote wykończenia wbijały się nieprzyjemnie w ciało. Grube warkocze  ciążyły jej na czubku głowy, dodatkowo przyciśnięte ogromnym diademem, którego szafiry rzucały ostre błyski na ogrody ves Nillów, goszczące tego wieczoru całą silenyjską śmietankę. Urządzono ucztę  w celu podniesienia, przytłoczonych zimą, arystokratów na duchu. Ves Avarrottihunowie mieli obowiązek poprzeć ową inicjatywę. Dlatego przybyli w największej krasie. Poprowadzono ich ukwieconą aleją do subtelnie oświetlonej komnaty, w której zebrało się sporo ważnych gości. Amadema i król zasiedli na starannie wymoszczonych purpurowym aksamitem tronach. Uravio spoczął natomiast w otoczeniu swoich przyjaciół z polowań, przy centralnym stole. Hardine została sama pośrodku sali. Nie miała tu swojego miejsca. Większość obecnych znała się od dziecka, a Hardine przyjechała stosunkowo niedawno, zabierając miejscowym ślicznotkom najlepszą partię. Ponadto uchodziła za najpiękniejszą, co tylko podsycało zazdrość kobiet, łącznie z królową. Dziewczyna niepewnie ruszyła w stronę mahoniowego stołu pod ścianą, gdzie siedziała Tiana ves Nill, matka gospodarza i zarazem druga po królu, najważniejsza persona Silen. Hardine słyszała dużo o starej wdowie, szczególnie tych mało pochlebnych drobiazgów, jak choćby, że zamordowała męża albo, że jej jedyny syn nie jest dzieckiem swojego ojca. Tiana popatrzyła na Hardine uważnie, nim lekkim skinieniem pozwoliła dziewczynie usiąść.  
-Witaj Reannes. Zabawnie, że siedzimy obok siebie, czyż nie? - zaczęła łaskawie rozmowę kobieta.
- Nie sądzę, pani. - odparła szybko Hardine, zaskoczona faktem podjęcia przez Tianę jakiejkolwiek inicjatywy wobec  niej.
- Ciebie nie lubią bo jesteś zbyt święta, mnie bo jestem zbyt niegodziwa. - wyjaśniła staruszka.  
- Nie jesteś niegodziwa, pani.  
- Przy mnie nie musisz być tak ugrzeczniona. Wystarczy, że zdobędziesz się na szczerość. Potrafisz?  
-Tak, pani.  
-Tiana. Mam na imię Tiana.  
-Hardine.  
- Wiem. Wszyscy wiedzą. Nowa zabaweczka księcia. - Hardine przygryzła lekko wargę. Status, który obecnie zajmowała, rzeczywiście był wątpliwy, ale nie podobała jej się brutalna bezpośredniość Tiany. - Nie denerwuj się na słowa starej kobiety. Stwierdzam jedynie fakty, drogie dziecko. Zresztą, ja zaczynałam podobnie. Też byłam ładną buzią bez przyszłości, póki nie zainteresował się mną stary ves Nill. Zobacz jak daleko zaszłam.. Do dzisiaj się mnie boją… Nawet mój własny syn nie ośmieli się sprzeciwić mojej woli. - gardłem Tiany wstrząsnął gorzki śmiech. -  Ale… z twoją twarzą… Możesz stać się kimś więcej niż ja, jeżeli zechcesz. Na początek, zmuś ich, by cię szanowali. Zrób to jeśli nie dla siebie samej, to przynajmniej dla dziecka, które kiedyś będziesz w sobie nosić.  
Dyskutowały jeszcze chwilę, aż Tiana, pod pozorem migreny, wstała, zostawiając Hardine na pastwę wypowiedzianych słów. Dziewczyna chętnie porozmawiałaby jeszcze z Tianą, jednak stara wdowa nie przepadała za balami, co kilkakrotnie dała jasno do zrozumienia.Tymczasem, Uravio właśnie sobie przypomniał o istnieniu żony. Pewnym krokiem podszedł do Hardine, oferując jej taniec. Przyjęła propozycję z zadowoleniem. W sumie, naprawdę było jej to na rękę. Przynajmniej nie tkwiła sama w kącie. Muzycy grali coś wolnego. Uravio objął ją trochę zbyt mocno, błądząc dłońmi po ciele dziewczyny. Na sali rozległy się szepty, w których przeważało słowo ‘dziwka’. Hardine zebrało się na mdłości. Pod powiekami zapiekły ją łzy. Co ona im wszystkim zrobiła? Dlaczego tak jej nienawidzą?  Tiana mówiła, by walczyć, ale Hardine nigdy nie miała większej ochoty, aby się poddać. Uravio nic sobie nie robiąc z zamieszania, a może przez ową sensację sekundy, nachalnym pocałunkiem rozwarł jej usta.  
- Proszę… Nie tutaj… - szepnęła.
- Zamknij się… - mruknął zirytowany. Kończąc taniec, klepnął Hardine w pośladek i wrócił do swoich przyjaciół, witających go głośnymi salwami śmiechu. Bliska płaczu wybiegła z sali,  krokiem pijanej szukając łazienki.  Przylgnęła do zimnych, kamiennych kafli, wspierając głowę o krawędź wanny. Nie miała pojęcia, jak długo tam leżała. Kiedy wreszcie poczuła się gotowa wrócić na bal, sala była pusta. Po uczcie nie zostały nawet okruchy. Z zewnątrz dobiegało echo ostatniego odjeżdżającego  powozu. Armia służących krzątała się, dokonując ostatnich poprawek. Hardine chwiejnie ruszyła do wyjścia. Nie potrafiła uwierzyć, że pojechali bez niej. Ścigając oddalającą się karetę, wpadła na młodego ves Nilla, wnuka Tiany. Chłopak przytrzymał ją za ramiona, póki nie odzyskała równowagi.
- Przepraszam… - wymamrotała niewyraźnie.  
- Nic nie szkodzi… Hardine, prawda? - odparł pospiesznie, nie puszczając dziewczyny.
- Tak… Ja… Ja chyba się trochę zagapiłam… Pójdę już. - powiedziała szybko, wyswobadzając się z jego uścisku. Chwycił ją za rękę.
- Odwiozę cię. - zaproponował.
- Nie musisz.
- W tych butach raczej nie zajdziesz daleko. - rzucił z uśmiechem. Wciąż trzymając jej dłoń, zabrał Hardine do powozu. Jechali powoli, w milczeniu. Noc była mroźna, jednak można było zapomnieć o chłodzie, gdyż niebo powalało widokiem miliardów gwiazd, tak wyraźnych, jakby świeciły tuż ponad powierzchnią oblodzonej drogi.  
- Nawet nie wiem jak ci na imię… - szepnęła Hardine, by przerwać narastającą między nimi ciszę.
- Ceren. Ceren ves Nill. - znów zapadło pełne niedopowiedzeń milczenie. - Uravio to dupek. -oświadczył, niespodziewanie dla siebie, chłopak, nie ukrywając złości.
- Jest księciem. Nie powinieneś…
- Jest dupkiem. Widzę jak cię traktuje. Jak… Jak… - zaczerwienił się i odwrócił twarz w inną stronę.
- Jak dziwkę. - dokończyła za niego, czując w sercu niesprecyzowany ból. - Może słusznie. Może nią jestem. Wszyscy tak twierdzą.
- Nie mów tak. Jesteś  królową. Gdybyś była moją żoną, ja nigdy…
- Dziękuję. - delikatnie cmoknęła chłopaka w policzek, urywając wyznanie, nie mające prawa bytu. Jego oczy lśniły jaśniej niż wszystkie gwiazdy razem wzięte.Chciał coś jeszcze dodać, ale powóz szczęśliwie znalazł się  pod bramą pałacu ves Avarrottihunów. Hardine szybko wysiadła, ruszając w stronę domu. Mimo oświetlonego ganka, podjazd był zaciemniony. Obróciła się niepewnie. Ceren machał jej na pożegnanie. Odmachała, podczas gdy mrok wokół niej gęstniał niby tężejący budyń. Przerażała ją ta ciemność, ponura niczym żywa istota. Spojrzała w niebo, szukając pocieszenia u gwiazd, lecz gwiazdozbiory nagle zgasły jak świece zdmuchnięte powiewem wiatru . Upadła, uderzając w ścianę cienia. Dom, powóz i cały świat zniknęły zalane czernią. Niewidzialne oczy patrzyły, wpatrywały się w nią natarczywie. Gdzieś rozbłysło światło. Rozległ się syk, pisk i w mroku powstała wyrwa, na podobieństwo rozdartej kurtyny. Przez dziurę ujrzała dom. Bez namysłu rzuciła się w tamtym kierunku. Szarpiąc gong, niemal na nim wisząc,  dostrzegła,  że wnętrza dłoni ma poparzone, a nienaturalnie wybrzuszone żyły świecą niebiesko.

1 118 czyt.
100%343
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1278 słów i 7446 znaków

Komentarze (3)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Margerita

    Margerita 15 cze 2017

    łapka w górę nie zazdroszczę jej to musi być prawdziwa tortura

  • AlexAthame

    AlexAthame 15 maj 2017

    No cóż, piszesz bardzo ładnie. Nie powiem więcej, bo pękniesz z dumy i więcej nic nie napiszesz. Czasami uroda to przekleństwo. Albo przynajmniej tak wygląda... do czasu

  • AlexAthame

    AlexAthame 13 maj 2017

    Przeczytam jutro. Pracowałem13 godzin na dachu. Jestem zmęczony. Dzięki za łapkę. Leniuch.