Deszcz ciemnych gwiazd #14

Deszcz ciemnych gwiazd #14

Hardine weszła do gospody. Kilkanaście par oczu otaksowalo ją uważnie. No tak, samotna podróżniczka na obrzeżach cywilizacji. Chętnie zatrzymałaby się gdzie indziej, jednak  gospoda była jedyną, oferującą nocleg przystanią w Ayahal - ciasnym, półdzikim miasteczku, położonym w zapomnianej przez trzy światy górskiej przełęczy. Właśnie tutaj, parę godzin drogi od płaczących odpadającym tynkiem zabudowań, znajdowały się wrota Hadesy Hamirat, do której zamierzali Hardine i Mewrys. Kobieta zasłoniła mocniej twarz. Jej uroda nie stanowiła atutu w miejscach takich jak to. Właściwie nigdy nie stanowiła atutu, a już szczególnie w miejscach takich jak to. Podeszła wolno do baru. Kopcące się lampy bardziej pogłębiały niż rozświetlały, panujący półmrok. Blady barman wycierał strzępem płótna, pokryty zmarszczkami rys, blat. Hardine nieśmiało odchrząknęła, zwracając jego uwagę.  
-Co podać? - zapytał automatycznie, usiłując przebić wzrokiem zasłonę kaptura.  
- Potrzebuję jakiegoś noclegu. I posiłku. - rzuciła pewnie, władczym tonem, który ćwiczyła tyle razy.  
-Naturalnie. Posiłek życzy pani tu, czy w pokoju?  
-Zjem w pokoju. - odparła, pragnąc jak najszybciej, opuścić  pełną głodnych spojrzeń salę.  
-Proszę za mną. - odparł anemiczny człowieczek. Kręte, skrzypiące schody zaprowadziły ich na piętro. Stanęli przed porządnie sfatygowanymi drzwiami. Barman przesunął się, puszczając ją przodem. Hardine przekraczała próg, gdy tępe uderzenie zwaliło dziewczynę z nóg. Resztką świadomości poczuła, że ktoś ściąga jej kaptur.  
-Tak, to ona, dziękuję. - powiedział dziwne znajomy głos. Zadźwięczały monety. Zapadła ciemność. Ocknęła się w rozpędzonym powozie. Koła turkotały na nierównej powierzchni drogi. Spoczywała oparta o czyjeś kolana. Uchyliła nieco powieki. - Widzę, że się obudziłaś.  
Zrezygnowała z dalszego udawania nieprzytomnej i spojrzała śmiało na porywacza.  
-Uravio…? - szepnęła, czując suchość w gardle.  
- Cóż za niespodzianka. Pewnie nie spodziewałaś się mnie zobaczyć, po tym jak uciekłaś z moim kuzynem, zostawiając na łóżku zwłoki brata.  
- Ja… - zacięła się, szukając pomocy u Mewrysa. Widzący uparcie milczał.  
- Ja… ja… ja… - przedrzeźniał ją mąż. - Nie uczono cię, że kobieta nie zaczyna wypowiedzi od ‘ja’?
-Uczono, ale… - Uravio chwycił Hardine za włosy, unosząc dziewczynę do góry.  
- Ale co?! Hm?... Nic już nie powiesz?... Nic?... Nic?! - wpatrywał się w nią płonącymi furią oczyma. Nie wiedziała, co dalej. Bez Mewrysa była zupełnie bezbronna. - Zatem posłuchaj uważnie, suko, wrócimy teraz do domu i będziesz robić wszystko wedle moich rozkazów. Rozumiesz? Tak, by nikt nie ośmielił się nawet myśleć, że nie panuję nad własną żoną. - Puścił ją gwałtownie. Spadła z jego kolan, uderzając głową o krawędź siedziska.  
- Nie mogę wrócić do domu. - powiedziała cicho.  
- Co?  
- Nie wracam z tobą do domu. - powtórzyła głośniej. Uravio pochylił się nad nią. Popatrzył jej w oczy, wyraźnie nad czymś rozmyślając, a potem spoliczkował ją dwukrotnie. Mewrys przebudził się nareszcie. Wstała, zaciskając dłoń na szyi Uravia. - NIE WRACAM Z TOBĄ DO DOMU. - oświadczyła wyraźnie. Żyły rozbłysły jej niebiesko, powodując u Hardine niewyobrażalny ból. Zagryzła wargi do krwi, żeby nie zacząć wyć. Płonąc żywcem od środka wyskoczyła z powozu. Uravio odjeżdżał w galopie, kaszląc i trzymając nadduszoną krtań. Leżała na zakurzonej drodze, niezdolna się poruszyć. Poprzez zasnute mgłą cierpienia źrenice widziała, wracających po pracy górników. Szli wolno szarym szeregiem, typowym dla ludzi nawykłych do wysiłku fizycznego. W rękach nieśli smętnie pospuszczane kilofy. Ich uczernione węglem twarze przypominały widywane czasem upiory.
-Pomóżcie mi… - szepnęła, czując jak zapada się w bezkresną biel. Odzyskała przytomność, będąc w małym pokoiku połączonym z kuchnią. Piec cicho syczał pożerając kolejne kawałki węgla. Wszędzie unosił się zapach gotowanej kaszy. Starsza, białowłosa kobieta szyła koszulę z lichej wełny. Dwójka małych dzieci bawiła się razem na podłodze. Młoda dziewczyna, pewnie w wieku Hardine, mieszała zawzięcie w bulgoczącym garnku.  
-Gdzie jestem? - spytała Półwidząca. Staruszka przerwała szycie, upuszczając motek. Dzieci podniosły ciemne główki zaciekawione. Dziewczyna przerwała mieszanie i uklękła.  
-Jestem Xeira, to dom mojego męża Aba, o pani. Wasza Łaskawość spadła wprost z nieba. Zabraliśmy cię do nas, abyś mogła odzyskać siły. - wyjaśniła gospodyni z szacunkiem. Najwyraźniej uznała dziewczynę za Widzącą.  
-Dziękuję Ci… Amah se yahalee keobi madsial… - wydukała Hardine, podążając za wskazówkami Mewrysa. Był równie jak ona zaskoczony jej dobrą dykcją. Miała wrażenie jakby powtarzała dobrze znane słowa. Mieszkańcy izby ronili ze szczęścia łzy. Błogosławieństwo Widzących należało ostatnio do rzadkości. Oszukiwanie ich nie przychodziło Hardine łatwo, lecz nie bardzo mogła postąpić inaczej. Obolała sięgnęła po sakiewkę. Już sama skóra, z jakiej ją wykonano, była warta więcej niż domek Aba. Hardine wręczyła pieniądze zapłakanej z radości wieśniaczce. Potem wolno ruszyła do wyjścia, starając się nie pokazać, jaki ból sprawia jej każdy krok. - Dagme.  
Pożegnanie wpłynęło wprost z serca,  niewymuszone, szczere, niejako tkwiące w niej od wieków.  Szła nieśpiesznie przez okrytą całunem widmowej mgły wioskę. Wilgotna, po niedawnej ulewie, droga więziła jej stopy błotnistym uściskiem,  utrudniając chodzenie.  
- Dobrze sobie poradziłaś. Jako Widząca. - powiedział Mewrys, materializując się niespodziewanie tuż obok.  
- Nie potrzebuję twojego uznania. - warknęła. Wciąż była zła, że Widzący zareagował tak późno przy spotkaniu z Uraviem. Mogła zginąć.  
- Nie dopuściłbym do tego.
- Robisz ze mnie potwora, Mew.  Sprawiasz, że zaczynam uważać przemoc za najlepsze rozwiązanie! A zabijanie…  Zabijanie stało się dla mnie czymś zwyczajnym. - wybuchnęła, dręczącymi ją, od dłuższego czasu, wyrzutami.
- Możesz albo być potworem albo jego ofiarą. - prychnął Mewrys lekceważąco.
- Prędzej, czy później wszyscy zostajemy ofiarami tego, co ścigamy. - stwierdziła.Była pewna swojej racji. Grengolius, potwór, który padł ofiarą własnego nienasycenia. Zaślepiony dumą Uravio. Czym stałby się bez pieniędzy? Amadema, schwytana w pułapkę przemijającego piękna.Widzący zamilkł naburmuszony. Dotarli do rozległych łąk, pełnych pasących się zwierząt. Głęboko pod ziemią biegł labirynt kopalnianych korytarzy. Wokół pastwisk wyrastał pierścień zawrotnie wysokich, górskich szczytów. Niektóre ginęły pośród chmur, podświetlonych wschodzącym słońcem. Gdzieś tam stały wrota Hadesy Hamirat. Dokładnie tydzień marszu stąd według wyliczeń Mewrysa. Hardine przysiadła nad wartkim strumieniem, przecinającym łąki ożywczą wstęgą. Zdjęła brudne ubranie, kładąc się w płytkiej wodzie. Początkowo,  zimno  zaatakowało ją przeszywającym deszczem, ale po krótkiej chwili skóra przywykła, a Hardine zanurzyła się cała. Pod plecami czuła obłe kształty kamieni, wyrzeźbionych przez fale. Wzięła wdech, pozwalając, by woda oczyściła nie tylko jej ciało, lecz także umysł. Przypomniała sobie Mroźne Tarasy i swoją wannę. Dziewczynę ogarnęła nagła beztroska. Wróciła na brzeg. Miliony maleńkich kropelek pieściło ją, spływając po nagich piersiach i udach. Włosy opadły na barki Hardine jak ciemnozłoty płaszcz. Ze śmiechem wirowała po ukwieconej łące, a jej mokre ciało lśniło niczym klejnot pod wpływem pierwszych promieni słońca. W pewnym momencie potknęła się na kępce trawy. Męskie dłonie złapały ją za zmarznięte ramiona. Zadyszka nie pozwalała jej wyrazić wdzięczności, więc po prostu uśmiechnęła się rozchylonymi wargami. Nie czuła wstydu, była przepełniona uniesieniem. Zmrużyła oczy, by lepiej widzieć, stojącą przed nią postać.  
- Dine… - szept chłopaka zawisł w powietrzu jak echo gromu. Coś ścisnęło Hardine za gardło. Emocje kotłowały się wewnątrz niej, uniemożliwiając jakąkolwiek logiczną reakcję.
- Ceren… - wykrztusiła po wielu, bezskutecznych próbach przemówienia, zawierając w tym jednym dźwięku wszystko.

DO CZYTELNIKÓW
Niewiele piszecie i nie zostawiacie łapek w górę (ani w dół, ale to akurat dobrze;), w związku z czym nie jestem pewna, czy kontynuować to opowiadanie. Jeżeli nie macie ochoty na kolejne części, porzucę ten projekt. Jeśli jednak lubicie chociaż troszkę moje wypociny, zostawcie pod tym odcinkiem, co najmniej 10 łapek w górę, a dodam następną część. Nie traktujcie mojej prośby jako wyłudzanie. Po prostu potrzebuję wiedzieć, czy się Wam podoba.  
PS. Może macie jakieś swoje pomysły, na dalszy ciąg tej historii... Piszcie w komentarzach. Niektóre być może wykorzystam:)
                                                                                 Miłego dnia/wieczoru

                                                                                          Somebody<3

1 173 czyt.
100%426
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1638 słów i 9248 znaków

Komentarze (6)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • nefer

    nefer 14 lip 2017

    Piszesz ciekawie, masz niebanalne pomysły. Warto dopracować język i szczegóły, może kiedyś to zrobisz. W każdym razie podążam za losami Twoich bohaterów. Wszyscy piszemy i wklejamy tu teksty w oczekiwaniu na reakcję czytelników. Ci najczęściej są leniwi i nie chce im się wstawiać komentarzy, zwlaszcza pozytywnych. Trudno, tak to już jest. Ale zasady obowiązują i w drugą stronę. Czekasz na opinie, to zrozumiałe, wypada jednak na takowe odpisywać. Na koniec powtórzę, piszesz ciekawie i Twoja opowieść potrafi przyciągnąć uwagę.

  • Naznaczona

    Naznaczona 19 cze 2017

    Łał świetnie piszesz

  • Margerita

    Margerita 16 cze 2017

    łapka w górę biedna Hardine koniecznie musisz napisać kontynuację

  • Somebody

    Somebody 16 cze 2017

    Dziękuję wszystkim za łapki Naprawdę bardzo, bardzo dziękuję.

  • Aequor

    Aequor 15 cze 2017

    Co tu dużo mówić. - Zajebiste.

  • AlexAthame

    AlexAthame 15 cze 2017

    Wygląda ze nikt nie rozumie po polsku. Mnie się podoba. Proszę cię wyślij mi całość jak skończysz. Może wydrukuje i oprawie. Będę miał pamiątkę.