Deszcz ciemnych gwiazd #18

Deszcz ciemnych gwiazd #18

Stołek Arcymistrza nie był ani trochę wygodny.  Mewrys umierał z nudów, słuchając raportu. W palcach obracał złotego robaczka. Pokonał matkę. Zdobył tron. Czego chcieć więcej, nieprawdaż? A jednak czuł bolesny, niemal fizyczny brak, spędzający mu sen z powiek każdej, pojedynczej nocy.
-Akh Alar?- czarnowłosa Widząca przerwała recytację ostatnich wydarzeń, dostrzegłszy jego nieskupienie.  
- Zróbmy sobie przerwę. - mruknął. Szare oczy spoglądały na niego pytająco. - Zmień wygląd.  
-Jak Akh Alar? - zapytała, ściągając prostą szatę Uczennicy.  
-Wiesz jak. - powiedział suchymi od tęsknoty wargami. Llannis, bo tak chyba miała na imię młodziutka asystentka, użyła odrobiny czerwonego Blasku. Długie, czarne włosy zniknęły, zastąpione blond pasmami. Szare tęczówki przybrały barwę oceanu. Uklękła, rozpinając  mu spodnie.  Usta Widzącej zaczęły sprawiać Mewrysowi rozkosz. Dość szybko osiągnął spełnienie.
-Akh Alar… Mogę zrobić coś jeszcze?  
- Ubierz się. I dokończ ten raport. - polecił. Llannis streściła w krótkich zdaniach pozostałe istotne fakty.
- A… Co z Półwidzącą? - zapytał cicho, kiedy zamilkła. Uczennica przygryzła wargę. Publiczną tajemnicą było zauroczenie Arcymistrza. O jego związku z Ziemką krążyło wiele plotek i domniemywań. Llannis sama doskonale znała upodobania władcy,  który zawsze kazał przybierać asystentce postać tamtej dziewczyny.  
- Podda się próbie. Tak zadecydowano. - odparła sztywno. Jej Aura lśniła tajoną satysfacją.  
- Zaingeruję. Przekaż reszcie moją decyzję. - oświadczył.  
-Akh Alar… - zaprotestowała. Na Aurze Widzącej zabłysła zazdrość wymieszana ze szczyptą gniewu.  
-Możesz odejść. - uciął dalszą rozmowę gestem. Llannis odleciała prędko. Nie kontrolowała Aury, a to spora niedogodność. Powinien znaleźć inną osobistą służkę… bardziej rozwiniętą. Myślał o Hardine. Jak zwykle zresztą. Coś się z nim stało, odkąd poznał jej umysł. Opuścił ją, ale ciągle była obecna w jego głowie. Zastanawiało go, dlaczego wybrała Cerena? Słabego dobrocią chłopczyka zamiast boga? Zapyta ją. I odzyska. Uczyni Hardine swoją własnością. Wtedy dopiero uzyska spokój. Nie będzie go dręczył żaden brak. Utworzył skrzydła, zlatując do Silen. Półwidząca leżała zziębnięta w klatce. Mokre od łez, rzęsy lśniły kryształkami lodu. Paznokcie zaczynały sinieć bezkrwawymi ranami odmrożeń. Otulił ją Blaskiem niczym ciepłym kocem, wyciągając jej drobne ciało z ciasnoty krat. Ułożył sobie dziewczynę na kolanach, czuwając nad spokojnym snem Hardine. Siedząc nieruchomo pod murami miasta, nareszcie poczuł sytość. Niczego już mu nie brakowało. Efemeryczny zapach jej skóry starczał mu za cały tron Hadesy. Szkoda, że nie wiedział wcześniej. Szkoda, że nie rozumiał wtedy znaczenia prostych rzeczy, ulotnych chwil. Chciał posiadać zbyt wiele, kosztem zatracenia samego siebie. Tak jak jego ojciec - miał Aurę najbliższą doskonałości, białą z paroma tylko pasemkami błękitu. Jednak to było dla niego zbyt  mało. Mewrys stawał się dokładnie taki sam. Żądny perfekcji, słaby, zagubiony… Hardine drgnęła, powracając do sił.  
- Jesteś tu… - wymamrotała półprzytomnie.  
-Jestem.  
- Odebrano mi go.  
- Wiem.  
- Możesz go oddać.  
- Nie.  
Nie odezwała się więcej, przetrawiając jego zaprzeczenie.  
-Dlaczego jesteś taki? - zapytała po długim milczeniu. Jej przedłużone podkręconymi rzęsami spojrzenie tkwiło w duszy Widzącego niczym ostrze miecza.  
-Mój ojciec… Był potworem. Pewnie mam to po nim. - odparł, błagając moce, aby nie wyczuła bólu w jego głosie.  
-Opowiesz mi o nim? O szalonym bogu? - ciągnęła, wciąż wpatrzona tymi błękitnymi oczami.  
- Znasz tę historię. Wszyscy ją znają. - wykonał drobny unik.  
-Opowiedz. - rzuciła nagląco, jakby zależało od tego coś więcej.  
- Mój ojciec był Arcymistrzem Hadesy Hamirat w czasach, gdy ludzie i Widzący stanowili jedną rodzinę. Jego Aura spełniała marzenie każdego Hamiratczyka, stanowiąc możliwie najczystsze połączenie bieli z zaledwie kilkoma błękitnymi zabrudzeniami. Arcymistrz poślubił Rafinellę, istotę niewiele gorszą od niego. Byli razem obrzydliwie szczęśliwi. Przynajmniej dopóki nie opętała go myśl o zostaniu istotą idealną. Próbując bezskutecznie wybielić Aurę popadł w desperację oraz obłęd. Koniec. - uogólnił historię, która zdefiniowała i przypieczętowała całe jego życie.
- To nie tą wersję powinieneś opowiedzieć, prawda? Tylko tamtą, zaszytą w cieniu tej. - zauważyła przenikliwie, pozbawiwszy Mewrysa argumentów.
- Miałem trzy lata, kiedy się zaczęło. Ojciec postradał zmysły jeszcze przed moimi narodzinami, ale matka sądziła, że moje przyjście na świat go uspokoi. Nie miała racji. Środki, które zażywał zniszczyły jego umysł niemal doszczętnie, powodując częste napady szału. Zmiany zaszły również w jego wyglądzie. Lubił siedzieć przy moim łóżeczku. Uśmiechał się, a ja płakałem, bo jego usta ukazywały czarną, bezzębną jamę. Zamiast oczu miał same białka przecięte pionowymi źrenicami. Wybielane z zewnątrz ciało, gniło od środka, wydzielając ohydny odór, maskowany ziołami. - Mewrys przerwał, czując jak wracają do niego wspomnienia. Ich przytłaczające fale zalewały Widzącego niezgłębionym oceanem cierpienia. Hardine otarła palcami jego policzek z samotnego, mokrego wędrowca. Mewrysa zdziwiło, że wciąż jeszcze potrafi płakać.  
- Musiałeś go zabić. Tak jak ja musiałam zabić Grengoliusa. - oświadczyła Hardine.  
-Zabiłby mamę… Jego Blask był zbyt silny… Prosiłem, żeby przestał, ale nie słyszał mnie… Och, Dine, czy jestem taki jak on…?  
- Nie. Nie jesteś…  A kiedy oddasz mi Cerena, będziesz mógł to udowodnić.  
- Nie mogę oddać ci Cerena. - odpowiedział natychmiast.  
-Dlaczego? Myślałam, że…  
- Nie obchodzi mnie, co sobie myślałaś! Nie oddam ci Cerena, rozumiesz?! - wrzasnął, potrząsając nią za ramiona. W jej oczach widział nadal to samo nieme ‘dlaczego ‘. - Potrzebuję cię! Ja…  cię potrzebuję…  
Ukrył twarz w biuście dziewczyny, czując mocny zapach kobiecego ciała. Hardine objęła kark Mewrysa.
-W porządku. W porządku, Mew. - szeptała te słowa naprzemiennie niczym zaklęcia. Działały. Poczuł jak ogarnia go długo wyczekiwany spokój. Udręczone niekończącą się męką zmysły odnalazły wreszcie ukojenie w wątłych ramionach słabej, śmiertelnej istoty. Leżeli spowici ciszą i kokonem Blasku obojętni dla całego świata roziskrzonego diamentami lodu. Słodką połrealność przerwali im Bezstronni. Ujrzawszy Mewrysa i wciąż żywą Hardine padli na kolana, bezbronni wobec nieba pełnego gwiazd przyćmionych Blaskiem Widzącego.  

HEJO, ZBLIŻAMY SIĘ DO WIELKIEGO FINAŁU:) PRZYSZŁY TYDZIEŃ ZAKOŃCZY POWYŻSZĄ HISTORIĘ????

1 279 czyt.
100%452
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użyła 1194 słów i 7001 znaków

Komentarze (2)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • nefer

    nefer 14 lip 2017

    To czekamy na finał.

  • AlexAthame

    AlexAthame 14 lip 2017

    Nie bardzo mi się podoba początek. Nie od strony technicznej, oczywiście. Istota o takiej mocy potrzebuje tego?