Deszcz ciemnych gwiazd #6

Deszcz ciemnych gwiazd #6

Hardine spacerowała wolno po rynku, chciwie chłonąc otoczenie. Dziś wyszła ze swoich komnat po raz pierwszy od dobrych dwóch tygodni. Bez Uravia nie mogła opuszczać pałacu, a książę rzadko ją ostatnio gdziekolwiek zabierał. Zwykle jeździł na polowania, których nie znosiła,  albo odwiedzał swoich znajomych,  których nie znosiła jeszcze bardziej. Dlatego tak bardzo cieszyła się dzisiejszym wyjściem. Dzień nie był wymarzony na spacer. Ciemne chmury przesłaniały widok ponurym oczekiwaniem śniegu. W powietrzu czuć było mróz, zamieniający miliony kwiatów  w szkło. Fontanny sączyły niemrawe strumyki wody, z wyraźnym trudem drążącej swoje ścieżki pośród zimnych kryształów. Silen spowiło milczenie. Ludzie stracili cały kolor,  nie było już ulicznych grajków ani mydlanych baniek. Wulkan Sho’we budził mieszkańców,  wydając z siebie pomruki i dym. Nadchodziła zima. Przywykli do ciepła silenyjczycy byli przerażeni. Hardine jednak nie dzieliła ich strachu. Wychowała się na dalekiej północy. Znała mrozy cięższe niż ten,  który zapowiadano. Fakt, że dzięki temu jest teraz silniejsza od Uravia i królowej dodawał jej otuchy. Oni byli słabi. Drżeli każdej nocy, spędzając dnie na modlitwach. Hardine dotknęła palcami zaklętego w lodzie kwiatu.  
-Nie jest ci zimno.- raczej stwierdził niż spytał Uravio.  
- Nie,  w porządku. -  odparła automatycznie.  
-Karren chciał żebym mu pomógł z przygotowaniem mowy... -  kontynuował swoim stwierdzającym tonem, bardziej informując niż prosząc o pozwolenie.  
-Naturalnie. - powiedziała dla zachowania pozorów. Uravio pocałował niedbale jej dłoń i została sama. Przeszła przez pusty plac,  potem pustą alejkę, by ostatecznie dojść do zaryglowanych bram. Ciężkie, żelazne zasuwy pokrywała cieniutka,  prawie niewidoczna warstewka lodu. Hardine zatęskniła za twardym światem poza murami miasta. Tęskniła za Mroźnymi Tarasami,  za Eilą i skromnie ogrzewaną sypialnią.  
- Jeśli chcesz,  mogę cię tam zabrać.  
Zdrętwiała. Nie musiała się odwracać,  by wiedzieć,  kto jest autorem propozycji. Widzący.
-Porzuciłbyś mnie w połowie drogi, więc nie skorzystam.  
-A gdybym obiecał,  że cię nie porzucę…? -  pytanie zawisło między nimi  niewypowiedzianą mgłą niepewności. Spojrzała mu w oczy, chyba pierwszy raz odkąd się poznali. W jego nadludzko jasnych tęczówkach krył się cały wszechświat. Pospiesznie spuściła wzrok.  
-Sama nie wiem…  
-Chodź. -  szepnął z naciskiem. Ciało Hardine stało się  zupełnie bezwładne,  poddane jego woli. Wziął ją za rękę i pociągnął za sobą w górę. Im wyżej się wznosili tym bardziej czuła się niezdarna. Trzymał ją mocno, nie pozwalając jej myśleć o ryzyku. Wtuliła się w niego desperacko, zanurzywszy twarz w zagłębieniu jego ramienia. Było jej dobrze. Bezpiecznie. Zamknęła oczy. Lot smakował teraz chłodem,  ale i czymś bardziej pierwotnym, w czym ostatecznie odnalazła niespodziewana satysfakcję. - Jesteśmy na miejscu. -  słowa musnęły jej czoło. Otwarła zlepione fascynacją powieki. Mroźne Tarasy stały  nietknięte lękiem,  pokryte puchem, poprzebijanym gdzieniegdzie sztyletami grubych sopli. Z kominów wyglądających niczym czarne paszcze smoków,  wydobywał się dym. Hardine zapragnęła wejść do środka.  Dotknęła zimnej,  śliskiej klamki. Zaledwie przekręcenie dzieliło ją od Eili.  
- Pani…? -  spojrzała nieprzytomnie na służącego. Przez cienką rękawiczkę czuła chłód zasuwy. Na dosłownie jeden błysk wyszło słońce,  skąpo polewając złotem skuty lodem rynek. Mroźne Tarasy odeszły w nicość razem z  Widzącym. Służący wpatrywał się w Hardine natarczywie, czekając na odpowiedź.  
-Tak… tak…Oczywiście… -  wymamrotała niepewnie. Powoli podążyła za nim do powozu. Wracali. Wysiadła i przeszła do holu. Stamtąd kryształowymi schodami wspięła się na drugie piętro. Skręciła w prawo. Odwołała służki skinieniem. Co się z nią dzieje?  Padła bezwładnie na łóżko. Tęskni za domem. To wszystko przez to… halucynacje,  złudzenia,  iluzje, uczucia. Młoda dziewczyna wyjechała z domu  do zupełnie nowego świata. Dręczona tak długo,  że wymyśliła sobie postać,  która uosabia wszystkie jej najskrytsze fantazje… To miało sens.  
- Nie wymyśliłaś mnie sobie.  
Zerwała się gwałtownie. Widzący siedział na parapecie. Przydługa grzywka opadała mu na twarz ciemnobrązowym cieniem.  
-Nie jesteś prawdziwy.  
-Czyżby?  
-Nie byłam dzisiaj w Mroźnych Tarasach... Ciebie tam nie było! Teraz też cię nie ma! -  krzyknęła.  
-Dobra, masz rację. Nie było mnie tam. Teraz też mnie nie ma. Ale ty byłaś w Mroźnych Tarasach, a ja jestem prawdziwy. Widziałaś mnie już kiedyś,  prawdziwego mnie...  wtedy...  na pustyni.  
-Wynoś się! - rzuciła się na niego wściekła. Przygotowaną do ciosu dłonią uderzyła miraż. Usłyszała trzask pękającej szyby. Ostry odłamek przebił jej skórę. Ból dotarł do niej z opóźnieniem.  
-Pani! - jedna z służek wyrosła prawie spod ziemi. Spojrzała na rozbite okno,  potem na zakrwawione kłykcie Hardine i zemdlała. Ocknęła się po chwili, zaczynając wrzeszczeć.  
- Nic się nie stało,  Mirandi… Wszystko w porządku... Uderzyłam się tylko. Możesz przynieść mi opatrunek?
Służka z trudem uspokoiła oddech i skinęła głową. Hardine patrzyła nieruchomo w ogień. Nic nie rozumiała. Krople krwi pełzły po jej dłoni jak rozlane wino. Wino... powinna,  nie,  musi się napić. Mirandi powróciła z miską ciepłej wody i bandażami. Delikatnie oczyściła rękę Hardine,  zawijając w miękki pas materiału.  -  Dziękuję Ci. Napijemy się?  
Mirandi nalała mocne, czerwone wino  z karafki do dwóch złotych pucharów. Hardine opróżniła swój jednym haustem. Mirandi piła wolniej,  delektując się każdym łykiem. Hardine wypiła kolejny. I jeszcze jeden. Piła, póki twarz Mirandi nie stała się dziwnie wykrzywiona, a całą resztę pochłonął mrok. Chyba zwymiotowała. Obudziła się z potwornym bólem głowy. Pościel była strasznie rozgrzana. Okna zasłonięte na głucho nie przepuszczały światła. Jęknęła, próbując wstać.  
-Witaj, Hardine. -  odezwał się kpiący głos wewnątrz jej czaszki.  
-Nie... To niemożliwe... -  szeptała z wysiłkiem,  w coraz większej panice.  
-Przestań się miotać! Porozmawiajmy.  
-Nie istniejesz... Nie istniejesz!  -  wrzasnęła,  prawie od razu zwijając się z bólu. -  Nie istniejesz... Nie możesz istnieć... Nie możesz...
Nie potrafiła złapać oddechu. Po policzkach spływały jej łzy bezsilności.  
-Jestem tu,  Dine. Słyszysz mnie.
-NIE! -  poczuła jak coś wewnątrz niej eksploduje. Niebieskie światło rozerwało ją na strzępy, żeby później je pozbierać w zupełnie inną całość. Wokół Hardine unosiły się czarne kurzyki popiołu. W miejscu komnaty ziała ponura pustka. Z jej skóry emanowała błękitna poświata. -  Co ja zrobiłam…  
Wpółmartwa przerażeniem otworzyła oczy.  

Pościel była strasznie rozgrzana. Okna zasłonięte na głucho nie przepuszczały światła. Jęknęła, próbując wstać.  
-Witaj Hardine. - powiedział Widzący,  patrząc na nią z troską.

961 czyt.
100%283
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1289 słów i 7241 znaków, zaktualizowała 17 maj 2017

Komentarze (3)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Ness2812

    Ness2812 23 sie 2017

    Pogubiłam się w tym kiedy ona go sobie tylko wyobraża, a kiedy on naprawdę jest  

  • Margerita

    Margerita 6 cze 2017

    łapka w górę biedna Hardine musi być bardzo nieszczęśliwa

  • AlexAthame

    AlexAthame 6 maj 2017

    Czkam na dalej. Jak na razie dobre. Zaczęło się wyśmienicie. Czy te obrazki sama malujesz czy wstawiasz  z jakiejś strony?