Deszcz ciemnych gwiazd #3

Deszcz ciemnych gwiazd #3

Cienie naparły mocniej na jego Aurę. Zrozumiał, że już się nie wykręci. Przegrywał, nie było żadnej nadziei na ratunek. Mewrys zagryzł wargę. Nie za bardzo pragnął umrzeć. Gasnący Blask palił go od środka niby płomień. Widzący skumulował w sobie resztki energii, uderzając po raz ostatni. Jeśli to ma być jego koniec, przynajmniej odejdzie z hukiem. Ostre światło zalało pełne cieni wnętrze biblioteki niepowstrzymaną falą jasności. Cienie wydały z siebie przenikliwy pisk wściekłości, rozpadając się w proch, wywiewany ku wiecznej nicości. Mewrys leżał wyczerpany na chłodnej, marmurowej posadzce zdobnej podobiznami wielkich, hamirackich uczonych. Wypełniało go całkowite zobojętnienie. Nie czuł absolutnie nic, prócz pulsacyjnych fal Blasku krążących mu pod skórą. Zastanawiało go jak cienie dostały się do Hadesy. Ale raczej przelotnie. Właściwie było mu wszystko jedno, czy Hadesa przetrwa czy nie. Było mu wszystko jedno, czy on sam przeżyje czy zginie, chociaż jeszcze przed momentem dokonał niemożliwego, aby nie zginąć. Teraz, było mu wszystko jedno, czy światy znowu pogrążą się w mroku chaosu. Chciał jedynie spokoju swojej wieży. Jej ochronnej bariery, za którą mógłby ukryć swoje pozbawione sensu istnienie. Chciał zaszyć się wśród stosu ksiąg, samotny jak zawsze, żeby tylko nie musieć myśleć o przyszłości. By nie musieć myśleć w ogóle. Zamknął oczy. Gdy je otworzy będzie ponownie w wieży, bezpieczny, zdystansowany… A kiedy przybędzie Rafinella, odmówi jej prośbie. Otworzył niespiesznie oczy. Rafinella patrzyła na niego tym swoim wyczekująco-błagalnym spojrzeniem, nie mając na twarzy żadnej maski. Mewrys przez chwilę upajał się tą chwilą najczystszej prawdziwości. Matka, jego matka, ta sama, dla której zabił po raz pierwszy. Ta sama,  która przeklęła go na wieki.
- Nie mogę ci pomóc. Przykro mi, naprawdę. - odparł. Maski wracały kolejno na jej twarz, czyniąc ją coraz bardziej obcą i odpychającą. Nie powiedziała nic. Nie zakwestionowała jego odmowy w żaden ze swoich kąśliwych sposobów. Po prostu wstała i bez ostrzeżenia cisnęła w niego Blaskiem. Nie bronił się. Nie przed nią. Zresztą i tak nie miał dość siły na opór. Wypchnęła go poza barierę. Potem poza bramy. Odlatując z powrotem, zadała finalny cios. Jej niknąca postać stała się wkrótce niewidoczna na tle szarego świtu.  Spadał.  
Nie potrafił zamortyzować upadku. Był ciekaw, czy Widzący rzeczywiście są tak niezniszczalni, jak przedstawiały to księgi. Według nich Blask powinien utworzyć wokół niego kokon mocy. Jednakże, potężny rozbłysk pochłaniający cienie, kosztował go niemal całą energię. Cofnięcie czasu również znacząco nadszarpnęło jego siły. Posiadał resztkę Blasku, niemniej nie łudził się, że starczy go do wylądowania.  Czy to właśnie go czeka? Bolesna śmierć z dala od domu? Bez nikogo, kto byłby w stanie mu pomóc? On także nie pomógł swoim braciom i siostrom. Czyżby to chciała pokazać mu Rafinella? Blask powrócił, rozpalając jego wnętrze. Przestał lecieć bezwładnie niby rzucony z góry kamień. Przeżyje. Jednak przeżyje. Sklecenie skrzydeł zajęło mu nie dłużej niż mrugnięcie. Widział skutą lodem powierzchnię w samym centrum białej pustki. Już prawie mógł jej dotknąć... Blask zgasł bez ostrzeżenia. Bezużyteczne skrzydła ciągnęły go nieuchronnie w dół z zastraszającą prędkością. Zaklął, uderzając o lód. Spędził jakiś czas nieprzytomny. Takie przynajmniej miał mgliste wrażenie. Ciało lśniło mu dziko, pogrążone w desperackiej próbie uzdrawiania. Nie da rady. Jest za słaby. O wiele za słaby.  Potrzebował Blasku. A w samym środku uśpionej od tysięcy lat ziemi, nie spodziewał się znaleźć źródła mocy. Więc umrze mimo wszystko. Zapadł w ponury letarg. Porzucony, samotny, zepsuty w świecie najbardziej kruchych istot, jakie istnieją. Gdyby przynajmniej żył Estrell… Estrell ves Tiareen, jego dawny nauczyciel wyrzucony z Hadesy trzydzieści lat temu. Zatracił się całkiem i zginął zupełnie zbędnie, podczas powrotu do Miasta Chmur. To była chyba jedyna publiczna egzekucja, jaką Mewrys pamiętał. Tłum podekscytowanych Widzących. Arcymistrzyni Rafinella w ceremonialnej, złotej sukni. Słynne diamentowe ostrze rozcinające kręgosłup Estrella na dwie części. Blask wyciekający z rozłupanego rdzenia niczym gwiezdna lawa. Estrell wrzeszczący o łaskę. Mewrys skrzywił się lekko. Śmierć mentora nie należała do jego ulubionych wspomnień. Ale to nie wykonanie wyroku kazało mu myśleć o zmarłym. Estrell mógłby podzielić się z Mewrysem Blaskiem. Mewrys wziąłby odrobinę, tyle, żeby starczyło mu na przeżycie tych kilku dni, potrzebnych do odzyskania pełnej sprawności. Niemniej Estrella nie było w Ziemiu. Nie było tu nikogo. Mewrys ponownie zemdlał. Zbudziła go obecność czyjegoś umysłu. Skoncentrował się bardziej. Jako Widzący wyczuwał bliskość innych Widzących, konkretniej bliskość ich umysłów. Uratują go! Przepełniła go radość. Dotychczas nie do końca rozumiał, jak bardzo zależy mu na życiu. Śmiejąc się niby dziecko, usiadł, zasłuchany w myśli wybawiciela. Zaskoczyła go nieco łatwość, z jaką w nie wszedł. Zazwyczaj, zajmowało mu to więcej uwagi.  

...Wyjść. Po prostu odejść. Nawet by nie zauważyli...  

To nie były myśli mieszkańca Hadesy Hamirat. Nie z umysłem Widzącego nawiązał łączność. Nie należało też przypuszczać, aby wyczuł człowieka. Ludzkie umysły były zbyt słabe, by znieść telepatyczny kontakt z umysłem Widzących.  
Zaintrygowany, wsunął się bardziej w myśli dziewczyny (płeć odgadł od razu). Po chwili, wiedział już o niej wszystko.

Hardine ves Tiareen, córka Estrella.

Jej myśli w większości wypełniało użalanie się nad sobą i nienawiść. Mewrys z trudem stłamsił nudę. Ludzie z ich problemami byli tacy zabawni. Powrócił do rozmyślania nad przydatnością Ziemki. Hardine, córka Estrella. Półwidząca. Księgi ledwo wspominały o ich istnieniu. Zgodnie z nimi w jej ciele powinien tkwić Blask. Praktycznie nie do wykorzystania, bo ciało ludzkie nie potrafiło go przetwarzać, niemniej obecność Blasku u człowieka znacznie spowalniała starzenie. Półwidzący dożywali z powodzeniem trzystu, czterystu lat. Oczywiście, nie było to dużo w porównaniu z kilkutysięcznym cyklem życia Widzących, ale w przełożeniu na człowiecze standardy wiek ten robił wrażenie. Najważniejszy jednak był teraz Blask. Mewrys potrzebował go rozpaczliwie, a ona go miała. Nie wiedział, czy możliwe jest wydobycie Blasku od Półwidzących, ale musiał przynajmniej spróbować. Zawołał ją. Nie zareagowała od razu. Jej umysł słabł. Do utrzymania połączenia musiał zużyć wszystkie pozostałe mu siły, a i tak było ono cieńsze niż włos. Przybyła w końcu wiedziona jego wołaniem, na białym niedźwiedziu. Gdy ujrzał ją pierwszy raz, przeraziła go jej kruchość. Nawet w stanie,  w jakim się obecnie znajdował, potrafiłby unicestwić tę Ziemkę pojedynczą myślą. Ale nie to powinno go zajmować w tej chwili. Widzący przekazywali sobie Blask poprzez rytualne podanie ręki. Załączone ciała umożliwiały płynny przepływ mocy. Co jednakże należało zrobić przy Półwidzącym? To samo? Coś zupełnie innego? Księgi nic o tym nie mówiły. Mewrys musiał, więc zdać się na instynkt.

Daj mi rękę. - zażądał.

Podała mu ją drżącą i delikatną. Czuł nieco zbyt szybko bijące serce, słyszał każde jego uderzenie, lecz nie dostrzegł Blasku. Ścisnął mocniej jej dłoń w desperackiej próbie poczucia energii. Nieoczekiwany ból wyzwolił w dziewczynie balansującą na granicy widzialności, niebieskawą poświatę. Aura. Blask rozbłysnął w jej żyłach gorącem. Mewrys wchłonął go poprzez palce. Moc wypełniła jego największe braki. Aura dziewczyny przygasła. Puścił ją, ostrożnie zrywając połączenie. Najwidoczniej jednak łączność z umysłem Mewrysa oraz pobranie przez niego sporej części energii, stanowiła za duży wysiłek dla człowieczego ciała Półwidzącej. Padła nieprzytomna na lód. Wyglądała jak lalka. Blada, nieruchoma i idealna… według ludzkich standardów oczywiście. Piękna na sposób czysto ludzki, uznał Mewrys. Patrząc na ciało tak bezbronne i efemeryczne wobec żywiołu,Widzący nie mógł oprzeć się pokusie wzięcia jej na ręce. Ułożył dziewczynę pomiędzy łopatkami niedźwiedzia. Położył dłoń na wilgotnych chrapach zwierzęcia, nakazując mu powrót do domu. Podążył za nim, pilnując, żeby Półwidząca nie spadła. Kilka razy podtrzymywał ją w dosłownie ostatniej chwili. Złote włosy muskały przy tym jego ramiona, wywołując gdzieś, głęboko w nim, bliżej nieokreślone uczucia. Dotarli pod podniszczone bramy, niezbyt reprezentatywnego dworu. Rezydencja miała wyraźne znamiona podupadania: łuszcząca się farba, wybite okna uszczelnione starymi szmatami, czy walące się stajnie, rżące pustkami. W środku panowało poruszenie. Młody mężczyzna nerwowo przemierzał pomieszczenie, mamrocząc pod nosem i wściekle gestykulując. Grengolius. Dwóch innych siedziało dumnie przy eleganckim, choć wiekowym stole, rozmawiając półszeptem. Uravio i jego doradca. Widzący poszukał wzrokiem Eili. Podglądanie życia poprzez mury, sprawiło mu niespodziewaną przyjemność. Niania klęczała w malutkiej kapliczce z modlitwą kruszącą się na jej obwisłych wargach. Modliła się do Widzących o powrót panienki. Stare, wielokrotnie łatane serce piastunki wypełniała miłość tak czysta i szczera, że Mewrys wbrew sobie poczuł coś szarpiącego go od środka. Hardine poruszyła się niemrawo. Jej zlepione letargiem powieki drgnęły niczym skrzydła motyla. Widzący pociągnął sznur gongu, wyrobiony tysiącami dotknięć. Powoli wycofał się w mrok. Oczywiście mógłby dalej stać obok niej. Nie zauważono by go, gdyby tego nie chciał. Ale otulony cieniem czuł się bezpieczniej. Kilkoro służących wybiegło trzymając cuchnące łojem pochodnie.  
-Panienka! Panienka wróciła!  
Mewrys patrzył jak cała służba rzuca się przygotowywać kąpiel, posiłek, leki… Grengolius, książę i Eila poderwali się w tym samym momencie, zdążając do wyjścia. Lokaj wziął słaniającą się dziewczynę w ramiona. Widzący poszedł za nim.  
-Na wielkich Widzących! Dine! Gdzieś ty była?! - wrzasnął Grengolius na jej widok.  
-Jest cała zmarznięta. - zauważył Uravio. Eila nic nie jest powiedziała, jedynie w oczach rozbłysła jej troska.  
-Gorąca kąpiel dla panienki. - oznajmił pokojowy i razem z nianią zabrali ją ze sobą do kuchni. Eila wygoniła wszystkich, zostając sama z Hardine. Delikatnie zajęła z dziewczyny przemrożone ubranie. Mewrys przyglądał się uważnie nagiemu ciału. Dostrzegł mało apetyczne siniaki i poczuł ogarniającą go złość. Musi się opanować.  
- Eila… - szepnęła cicho Hardine, patrząc na opiekunkę ogromnymi oczyma w kolorze letniego nieba. - Opowiedz mi o Widzących.  
-Co tylko zechcesz panienko. Co tylko zechcesz… - niania miała śmieszny nawyk powtarzania, który sprawiał, że ciężko było traktować jej słowa poważnie. - Widzący to bogowie. Chronią nas i wspierają. Siła ich Blasku przenosi góry, kontroluje zimę i lato, zapewnia wzrost roślinom, ale i nieurodzaj, gdy czymś ich znieważymy.  
-Spotkałaś kiedyś jakiegoś Widzącego, Eilo? - drążyła dziewczyna.
- Raz panienko, raz. Przybył do mojej wioski, żeby uleczyć nas z zarazy. To było dawno temu, panienko. Dawno temu.
- Jaki on był? Widzący?  
-Ona. To była Widząca. Była… piękna. Pamiętam ją bardzo dobrze, chociaż byłam wtedy jedynie dziewczynką. Nigdy wcześniej ani później nie spotkałam tak idealnego uosobienia dobra i urody. Leczyła wszystkich cały dzień. Żartowała z nami, częstowała dzieciaki słodyczami, które wyławiała z powietrza, tak ot… - Eila sięgnęła dłonią ponad siebie. Mewrys uśmiechnął się lekko. Prosta sztuczka. Ludzie i ich słabe umysły, dające się omamić nawet nie iluzji, a zwykłym trikom. Staruszka opowiadała dalej, a Hardine leżała w wannie z zamkniętymi oczami i delikatnym uśmiechem pełnych warg. Pięknem dorównywała Widzącym. Mewrys z trudem hamował w sobie ochotę, by jej dotknąć. By znów poczuć ciepło aksamitnej skóry, z bijącym szybko sercem. Powinien wyjść. Działo się z nim coś, czego nie umiał ani nie chciał wytłumaczyć. Stał dalej jak wmurowany, wdychając świeży zapach mydła na jej ciele. Pochylił się nad nią, prawie musnąwszy twarz dziewczyny. Niespodziewanie otworzyła oczy, wbijając w niego zaskoczone spojrzenie. Widziała go. Cofnął się gwałtownie i wybiegł z dworu. Półwidząca. Powinien się domyślić. Biegł szybko przez lód, a smutna sylwetka gmachu zostawała w tyle, ściągając go lśniącymi ślepiami okien. Zatrzymał się dopiero, gdy słońce wzeszło nad morzem nicości. Widzący obrócił się dookoła. Biała, nieskończona pustka, zlewała się w jedno z linią horyzontu. Trzy tysiące lat spędził w zamkniętej wieży, pozbawiony kontaktu ze światem, ale dopiero teraz, stojąc w samym środku bezkresu, Mewrys po raz pierwszy w życiu poczuł się naprawdę samotny. Powoli skrył się we własnym umyśle. Zaczeka tu, wygaszając funkcje życiowe do czasu, aż w pełni odbuduje Blask. Hardine. Półwidząca. Estrell. Hadesa. Cienie. Rafinella. Lód. Cisza. Śmierć…

1 106 czyt.
100%363
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2374 słów i 13726 znaków

Komentarze (3)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Ness2812

    Ness2812 21 sie 2017

    Dalej nie mogę się nadziwić lekkości z jaką piszesz. Pięknie. Zwrócę tylko Twoją uwagę na zapis dialogów, bo robisz małe błędy ze znakami interpunkcyjnymi po pauzach. Poszukaj sobie poradnika w bibliotece wujka google. Tam to ładniej wytłumaczą niż ja

  • nefer

    nefer 14 maj 2017

    Przyznam, że pierwsza część tego rozdziału jest nieco trudna w lekturze, zbyt dużo słów, w tym takich, które się powtarzają. Mewrys wydaje się niekonsekwentny w odbiorze Hardine. Początkowo nie robi na nim większego wrażenia (piękna na sposób tylko ludzki), a potem sprawia wrażenie zakochanego od pierwszego wejrzenia. Wybacz to marudzenie, poczekam, co będzie dalej.

  • Margerita

    Margerita 12 maj 2017

    Łapka w górę ale żeby matka tak traktowała własnego syna