Deszcz ciemnych gwiazd #7

Deszcz ciemnych gwiazd #7

Mewrys przyglądał się Hardine z troską. Był przy niej, chociaż chwilowo jedynie jako projekcja jej umysłu. Wspólny Blask połączył ich mocniej niż oczekiwał. Wyzwolił w nich coś na kształt współodczuwania. Dziewczyna przebudziła się wyraźnie zamroczona wczorajszą dawką alkoholu.
-Witaj Hardine. - powiedział spokojnie. - Ciężka noc, co?  
Milczała wpatrując się w niego tymi swoimi oczami w kolorze pogodnego oceanu, na których dnie lśniły niebieskie iskry. - Nic nie powiesz?  
-Jesteś tu…  
-Myślałaś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? - wskazał opróżnioną z wina karafkę. Wzruszyła ramionami. - Jestem tu, Hardine. Wciąż tu jestem. - powtórzył z naciskiem, chwytając ją za rękę. Wiedział, że poczuła jego dotyk. Ludzki umysł był podatny na iluzje.  
- Odejdź. Proszę. - głos dziewczyny brzmiał słabo, balansując na granicy słyszalności.  
- Nie mogę. Przykro mi. Nie mogę odejść.  
-Dlaczego?  
- Bo nie potrafię, Hardine. Myślisz, że chcę tu tkwić? Patrz! - rzucił. Spomiędzy palców wypłynęła mu strużka Blasku. Obiegła błyskawicznie pomieszczenie, zmieniając całkowicie wystrój. Komnata Pałacu Tysiąca Słońc stała się w jednej chwili jej starą sypialnią w Mroźnych Tarasach. - Widzisz?!  Zmieniasz wszystko. Wziąłem od ciebie Blask, ale to ty nad panujesz. Odzwierciedla twoje myśli, nie moje. Twoja podświadomość trzyma mnie blisko ciebie!
- Ja… - zaczęła niepewnie.  
- Zamknij się. Już nic nie mów. - warknął groźnej niż zamierzał. Czuł strach dziewczyny, czuł ból w jej nadgarstku, na którym zaciskał palce. Puścił ją pośpiesznie. Wpatrywała się w niego bez słowa z pełnymi ustami rozchylonymi niczym pąk kwiatów. Była piękna. Piękna w każdym możliwym znaczeniu tego wyrazu.  A Mewrys… cóż znów zapragnął czegoś czego nie mógł mieć. Nagle zwinął się pod dotykiem cienia. Wrócił na pokrytą grubą skorupą lodową pustynię. Cienie mocno kontrastowały z bielą śniegu. Ich bezkształtne ciała rozwiewały i zwiewały się, igrając z niematerialnością. Wyraźnie widział ich puste oczodoły, stanowiące jedynie atrapę. Cienie były przecież niczym innym jak strzępami mroku gęstszymi od światła. Przypominały bezcielesne ćmy, spragnione jasności, którą mogłyby zgasić. Dlatego tak uparcie tropiły Widzących, wypełnionych Blaskiem po brzegi. Tyle wiedział na temat cieni Mewrys. Wiedział też, że istnieje światło mogące je rozproszyć. Już raz tego dowiódł lecz cena jaką poniósł była zbyt wygórowana. Strzelił w kierunku tworów ostrym rozbłyskiem. Uciekły błyskawicznie poza granicę kręgu światła. Część nie dała rady i zniknęła ze wściekłym piskiem. Reszta utworzyła wokół Mewrysa gniewnie pomrukującą, czarną kopułę, czekającą na jego słabość, na moment, kiedy Blask wygaśnie, a one rzucą się do ataku. Wiedział, że długo nie wytrzyma. Za chwilę kokon Blasku pęknie, a Mewrys zginie. W Hadesie, Blask spowijający jego wieżę był zasilany światłem gwiazd. Teraz jednak, był za nisko, by do nich sięgnąć. Mógł je spektakularnie strącić, ale nie wykorzystać. Umrze tutaj, chyba że…  Wrócił myślami do Hardine. Dziewczyny, przy której nie kontrolował swoich mocy. Siedziała przy toaletce, rozczesując długie, jasne włosy. Robiła to apatycznie, bez śladu przyjemności. Krzyknął. Znów leżał na pustyni. Kokon pękł. Pojedynczy, czarny szpon przygwoździł go do zmarzniętej ziemi Kolejny cień oplótł się wokół jego szyi. Aura Widzącego migotała agonalnie. Szybciej, Hardine, szybciej…  Tyle zdążył pomyśleć nim wessała go czerń. Podążył za nią posłusznie coraz mniej materialny, coraz bardziej obecny w głowie Hardine. Cienie rozrywały jego ciało na kawałki, ale Mewrysa to nie obchodziło. Zdążył z przeniesieniem się w umysł Półwidzącej. Był wykończony. Trzeba przyznać, że Ziemie dostarczyło mu o wiele więcej rozrywki w tak krótkim okresie, niż Hadesa przez poprzednie trzy tysiące lat. Mewrys istniał, nadal, w jakiś sposób, chociaż w tej chwili tylko jako imaginacja dziewczyny. Nie miał pojęcia, jak tego dokonał, ani jak długo pozostanie w nowym wymiarze. Żył. To było najważniejsze. Resztą zajmie się później. Teraz musi odpocząć. Po raz pierwszy, docenił fakt, że ludzie nie wykorzystują nawet dziesiątej części ich umysłu. Dzięki temu miał wystarczająco miejsca na wygodne rozlokowanie się w ‘nowym domu’. Będzie tu bezpieczny dopóki umysł jego nosicielki działa sprawnie. Musi o nią zadbać. Przypilnować, żeby żyła. Przynajmniej do czasu, kiedy wymyśli w jaki sposób odzyska fizyczną postać. Oby wpadł na to szybko. Półwidzący żyją około trzystu lat, więc musi się pośpieszyć. A gdy już się uwolni… Och, miał mnóstwo wspaniałych pomysłów.

1 163 czyt.
100%454
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 844 słów i 4911 znaków

Komentarze (4)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • nefer

    nefer 3 lip 2017

    Robi się ciekawie. Pomysł z zagniezdzeniem się w umyśle dziewczyny otwiera liczne możliwości. Z zainteresowaniem zajrzę do kolejnych części. Odnośnie języka, zwróciłbym baczniejsza uwagę na czasownik "być", tu i tam używany w nadmiarze. Pozdrawiam.

  • Margerita

    Margerita 15 cze 2017

    łapka w górę, jak on śmiał ją tak ściskać za kogo on się uważa

  • Malolata1

    Malolata1 10 maj 2017

    Daję łapkę i czekam Dobór słownictwa - rewelacja

  • AlexAthame

    AlexAthame 10 maj 2017

    Trochę się pogubiłem. Dlaczego  na nią krzyknął? Czy ona ma pojęcie kim on jest? Czy ona ma mu pomóc bezwiednie. Jeżeli bedzie wiedziała dlaczego, to nie podziała? Może się trochę wyjaśni ich relacja. I mam nadzieję, że masz ster w rękach. Ale jeżeli czujesz, że nie rozumiem to mnie oświeć.