Deszcz ciemnych gwiazd #15

Mewrys był bliski odepchnięcia Cerena, jednak ostatecznie odpuścił. Miał poważniejsze problemy. Delikatna wibracja otoczenia wskazywała na rychłe nadejście Widzących. Po tym, co zrobił, zapewne nie chcieli niczego dobrego, a kondycja dziewczyny nie zachwycała. Podenerwowany wrócił do obserwowania chłopaka. Ceren niewątpliwe został wskrzeszony. Niewielu Hami potrafiło wskrzeszać i tylko jedna, znana Mewrysowi, osoba mogła dokonać tego w mocy obowiązującego prawa. Pytanie brzmiało zatem nie ‘kto’, lecz ‘dlaczego’ przywołał Cerena zza zamkniętych drzwi. Mewrys postanowił się tego dowiedzieć. Po krótkiej szamotaninie przejął kontrolę nad Hardine. Usiłując ścierpieć kolejne pocałunki, wychwytywał drobne szczegóły: silniejsze światło, mocniejszy wiatr, śpiew ziemi gotującej się na przybycie bogów. Nic wyjaśniającego zmartwychwstanie chłopaka.  
- Co się dzieje, Ceren? - spytał Mewrys głosem Hardine, wypchawszy go uprzednio tysiącem emocji, aby wypadł autentycznie.  
- Rafinella. Uratowała mnie. Zabierze nas do Hadesy. Uwolni cię od tego czegoś w twojej głowie. Jeszcze będziemy szczęśliwi… - tłumaczył chłopak podekscytowany. Cokolwiek zamierzała uczynić jego matka, Mewrys nie zamierzał jej pozwolić. Uwolni się sam albo wcale.Wolał zdechnąć za trzysta lat niż żyć wiecznie na warunkach Rafinelli. Odepchnął Cerena ze złością, zduszając wcześniej opór Hardine. - Dine! - krzyknął za nią zmartwychwstały. Widzący zignorował go, zmuszając dziewczynę do szybkiego marszu przez ozłoconą słońcem łąkę.  
-To nie ona. Nie wiń jej. - Rafinella krzepiąco poklepała Cerena po ramieniu, spływając na ziemię pełnią majestatu. Wyglądała tak bosko jak tylko się dało. Bladoniebieska Aura lśniła niczym prześwietlony kryształ. - Mew? - zwróciła się do Hardine. - Porozmawiajmy, dobrze?  
- Nie mamy o czym. - odburknął.  
-Nie byłam najlepszą matką… - zaczęła niepewnie.  
- Trochę za późno na takie stwierdzenia, nie sądzisz? - przerwał jej ostro. Nie czuł już ani żalu ani radości. Był pusty, wydrążony dawnymi urazami niby przeżarte przez kroniki drzewo.  
- Czekaj! Pozwól sobie pomóc. - Widząca złapała dłoń dziewczyny, desperacko próbując go zatrzymać. Wyrwał się wściekły.  
-Nie potrzebuję twojej pomocy! Potrzebowałem jej dwa tysiące dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć lat temu. Ale wolałaś mnie zamknąć jak zwierzę niż powiedzieć choćby słowo w mojej obronie!  
-Zawiodłam cię… Wiem o tym. Proszę daj mi szansę, a pokażę…
-Nie... Nie mamo. Jestem zmęczony ciągłym dawaniem ci szans. Łudzeniem się, że będzie inaczej… - odparł. Zapadło brzemienne w niedopowiedzenia milczenie.  
-Chcieli cię zabić. Wtedy…  Zmieniłam wyrok na dożywotnie uwięzienie…  - wyznała cicho Arcymistrzyni.
- Wielka pociecha. - prychnął.  
-Zabiłeś własnego ojca, Mewrys. Zabiłeś Arcymistrza Hadesy Hamirat.  
-Chciał nas skrzywdzić! - wybuchnął, wracając mętnym wspomnieniem do wczesnego dzieciństwa. Pamiętał ojca, zarys jego zamglonej, dumnej postaci. Szorstką brodę ocierającą się o policzek. Cuchnący zgnilizną oddech. Czarną, bezzębną jamę w miejscu ust. Jęki i krzyki po nocach. Ból. Rafinella dotknęła ostrożnie ramienia Hardine, wybudzając Mewrysa z bagna przeszłości.  
-Mew, chodź do domu. Musisz odpocząć. Zostaw tę dziewczynę, pomogę odzyskać ci twoje ciało. - przekonywała. Kusiło go, by za nią pójść. Rafinella wykorzystując jego zawahanie wzięła Hardine za rękę, zaczynając delikatnie jaśnieć nadziemskim blaskiem. Zanim Mewrys zrozumiał, co się dzieje, znikł pogrzebany w Aurze matki. Rozbity na cząsteczki patrzył jak Rafinella zostawia przytulonych do siebie Cerena i Hardine, odlatując wprost ku Miastu Chmur. - Wszystko będzie dobrze, Mewi. Pewnego dnia zrozumiesz.  

Szarpiąc się wściekle niczym smok na łańcuchu, Mewrys zdołał ugodzić Arcymistrzynię. Kobieta zawyła przeciągle. Jej skrzydła zamigotały i zgasły. Spadała. Gdyby miał wargi, rozciagnąłby je w ponurym uśmiechu. Niedawno to ona zrzuciła go w ten sposób. Teraz się bała. I słusznie. On też się bał. Pokryte bąblami skał zbocza czekały z niecierpliwością, by zatopić kły iglic w miękkim ciele. Cóż za tragiczny finał! Musiał przyznać, że w takim zakończeniu tkwiło coś nad wyraz epickiego. Najlepsi poeci nie napisaliby bardziej poruszającego. Spadali zadziwiająco wolno, jakby czas stanął wokół nich, nagradzając niemą owacją ostatni akt mistrzowskiej sztuki. A potem uderzyli prosto w  skalną grań.  Nic nie złagodziło upadku. Blask ulatywał wstęgami niebieskiego światła niby stado błękitnych świetlików, tworząc kolejną, spośród miliardów, gwiazdę. Mewrys uniósł się w górę. Czuł magnetyzm kosmosu wzywający go do siebie. Ale nie zamierzał biernie podążyć za owym zaproszeniem. Sklejając się, łącząc w jednolitą całość odbudowując roztrzaskane ciało, walczył z zawziętością godną drapieżnika o swoją wrodzoną nieśmiertelność. Po Rafinelli nie został najmniejszy ślad. Jej skóra tworzyła jego skórę. Jej oczy należały do niego.  
-  Rzeczywiście mamo. Pomogłaś mi odzyskać moje ciało. - mruknął, odgarniając z czoła swoją przydługą, brązową grzywkę. Pierwszą myślą Mewrysa było odszukanie Księgi. Wiedział aż nazbyt dobrze, gdzie matka chowała swoje największe skarby. Sejf Arcymistrzyni znajdował się w jednej z grot wydrążonych przez wytrwałą wodę. Otworzył go niespiesznie, smakując chwilę absolutnego triumfu. Szkarłatna Księga leżała między wieloma cennymi artefaktami. Wyjął ją ostrożnie z ochronnego klosza Blasku, przejeżdżając palcem po krwistej skórze okładki. Nie było żadnego tytułu. Jedynie gładka jak lustro obwoluta. Legendarna wiedza zaklęta w księgę spoczywała nareszcie w drżących emocjami dłoniach Widzącego. Przewrócił pierwszą stronę. Drugą. I trzecią. Spanikowany kartkował kolejne strony coraz bardziej wściekły. Księga była pusta. Oszalały ze złości rozdarł ją na pół, rzucając w kąt. Rozległ się brzęk upadającego metalu. Mewrys automatycznie podniósł błyskotkę z kamieni. Musiała wypaść spomiędzy kart księgi. Przyjrzał się jej zaintrygowany i zamarł.  
-To niemożliwe… - szepnął, obracając w palcach niewielkiego, złotego robaczka. Pojedynczą iskierką Blasku ożywił nieco zakurzony mechanizm. Insekt wykonał skomplikowany powietrzny balet, po czym usiadł na palcu Mewrysa. Widzący otarł cieknące wbrew jego woli łzy. Ile godzin spędził, konstruując to małe arcydzieło mechaniki? Nie pamiętał. Miał wtedy trzy lata i kochał swoją mamę. Zrobił go dla niej. Chciał, żeby była z niego dumna. Patrzył teraz na swoje pierwsze dzieło niczym zahipnotyzowany. Trzymała je przez te wszystkie lata…  Nigdy nie wyrzuciła. Nigdy nie zapomniała. Mewrys od dawna nie czuł takiego żalu. Wszystko okazało się fatalną pomyłką. Był jak błazen, z którego ktoś bezlitośnie zakpił.  

ZA EWENTUALNE BŁĘDY PRZEPRASZAM, ale pracowałam w sporym pośpiechu :)

1 003 czyt.
100%283
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1188 słów i 7227 znaków

Komentarze (3)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • AlexAthame

    AlexAthame 24 cze 2017

    Mam nadzieję, że wszystko się dobrze skończy. Odrobina miłości od matki zwycięży całą gorycz odrzucenia. Mylę się?

  • CzarnaKama

    CzarnaKama 22 cze 2017

    Super!!! Kiedy kolejna część???

  • Margerita

    Margerita 22 cze 2017

    łapka w górę