Deszcz ciemnych gwiazd #17

Deszcz ciemnych gwiazd #17

Ogarniała pustym wzrokiem komnatę, którą zwykła dzielić…  
Ciągle nie zdobywała się, by wypowiedzieć Jego imię. Jakby to mogło cokolwiek zmienić.  
-Wszystko zostało takie samo...Nie byłam pewna, czy… - Tiana także miała problem dokończyć niektóre zdania. Pojedyncze łzy spłynęły labiryntami zmarszczek, ukazując całemu światu, krwawiącą duszę starej kobiety.  
-Tak jest dobrze. On… On nie lubił remontów. - skłamała szybko Hardine, starając się, brzmieć naturalnie. Źle działał na nią taki natłok rzeczy, z których każda jedna była wspomnieniem Jego dotyku, spojrzenia…  
-Długo u nas zostaniesz? - zapytała Tiana.
-Przez cały czas trwania procesu. Potem wrócę do Mroźnych Tarasów. - odpowiedziała, błądząc myślami po bezdrożach domysłów. Zapisał jej cały majątek na wypadek swojej śmierci. Czy wiedział? Przeczuwał coś? Głowa dziewczyny dymiła tysiącem, pozbawionych odpowiedzi, pytań.  
- Jadłaś dzisiaj? - Tiana najwyraźniej zamierzała kontynuować tę, fascynująco nieistotną rozmowę.  
-Tak. Muszę. - odparła Hardine niechętnie. Rosnące w jej brzuchu dziecko, przestało stanowić dobrą nowinę. Wtedy, w wieczór przyjęcia u ves Cryse’ów pragnęła powiedzieć Jemu. Dlaczego milczała? Na co czekała? Myślała zapewne, że mają przed sobą dużo czasu. Cóż, teraz będzie żyć ze swoim spóźnieniem o te parę zdań, o te dwa gesty, o jeden uśmiech…  
- Obstawiasz chłopca czy dziewczynkę? - ciągnęła szczebiotliwe wdowa.
-Chłopiec, Tiano. Ravelons ves Tiareen.  
-Ravelons… Szlachetne imię. Silne. - pochwaliła staruszka, dodając zaraz - Wracasz do swojego nazwiska?  
-Tak.
-Był takim dobrym dzieckiem. - zarzuciła udawanie, rozklejając się zupełnie - Nie powinien umierać… Nie powinien...

Hardine chciała jakoś pocieszyć Tianę, lecz nie potrafiła wykrzesać żadnego, ciepłego słowa. Wszystkie ugrzęzły w próżni rozpaczy.  
-Pójdę już. Przygotuję się do procesu. - mruknęła, zostawiając Tianę samą pośród ziejącej przeszłością sypialni.  

U mahoniowych wrót budynku Rady Prawnej, stanęła mocno zestresowana. Wiedziała, że przyszła na wojnę. Niełatwo oskarżać księcia, nawet mając poparcie fortuny ves Nillów. Dlatego przywdziała odpowiednią zbroję. Połyskliwie czarna suknia opinała ciasno każdy fragment jej idealnego ciała, włączając delikatnie zaokrąglony brzuch. Przekroczyła próg stanowcza, wyprostowana, gotowa stawić czoła całemu światu. Sala sądowa przytłaczała ogromem. Podobno zaprojektowano ją, aby wywoływać poczucie małości u wchodzących. Dwudziestu trzech mężczyzn, odzianych w zakurzone, szare togi, zajęło półokrągłe podwyższenie. Nazywano ich powszechnie Bezstronnymi. Byli to znawcy prawa, pochodzący spoza warstwy, wiecznie spiskującej, arystokracji. Właśnie oni wydawali panujące prawa i podatki. Zamieszkiwali Dom Rady, ograniszywszy swoje kontakty ze światem zewnętrznym do absolutnie niezbędnego minimum. Izolacja wykluczała ryzyko ulegania jakimkolwiek naciskom. Hardine spuściła skromnie oczy.  
-Pani Hardine ves Avarrittihun… - rozpoczął Przewodnik procesu, postawą przypominający granitowy posąg.
-Ves Tiareen, panie. Zmieniłam nazwisko. - poprawiła mężczyznę nieśmiało.
-Sprawa twojego nazwiska jest jeszcze w toku.Tymczasem, obowiązuje cię ślubne, czyli ves Avarrittihun. - pouczył ją, nie tając irytacji. Niepotrzebnie się odzywała. Są ważniejsze sprawy niż nazwiska.
-Tak, panie. - przytaknęła posłusznie, próbując udobruchać posępnego sędziego.
-Proszę opowiedzieć o pamiętnym wieczorze u ves Cryse’ów.  
-Cestia ves Cryse miała urodziny. Pojechaliśmy z mężem, złożyć jej życzenia. Rozmawiałam z gośćmi, w tym… - głos Hardine zawisł ciężkim niedopowiedzeniem.  
-Z Cerenem ves Nill? - podpowiedział łaskawie Przewodnik. Jego twarz była nieprzeniknioną maską czujnej obojętności.  
-Tak.  
-Jaki  charakter miała wasza relacja?  
-Byliśmy przyjaciółmi. Bliskimi. My…  
-Mów otwarcie. Nie mamy czasu na półsłówka. - wtrącił któryś Bezstronny wyraźnie zniecierpliwiony jej wahaniem.  
- Byliśmy kochankami. - wykrztusiła przez zaciśniętą krtań.  
- Czy twój mąż okazywał swoją zazdrość?  
- Nie wiem. Raczej nie… Nie.  
- To nie, czy nie wiesz?  
- Mało ostatnio rozmawialiśmy. - wyjaśniła skulona pod nachalnymi pytaniami, gwałcącymi jej wspomnienia.
-Co działo się po tym, jak powitałaś gości? - podtrzymywał rzeczowe przesłuchanie Przewodniczący.  
-Poszliśmy zatańczyć.  
-Ty i Ceren?  
-Tak.  
-Czy podczas uczty widziałaś Uravia ves Avarrottihun?  
-Nie. Niestety. Może gdybym go wcześniej…  
-Ten wywód nie ma związku ze sprawą. Skup się na kolejnych wydarzeniach.  
-Wystrzelono fajerwerki i… wtedy tamto się stało.  
-Dokładniej, proszę.  
-Uravio wbił mu nóż.... Zabił...
-Pani wybaczy… Tak po prostu podszedł do pani kochanka i go zamordował? - pytanie wprost ociekało ironią.  
-Tak.  
-Jest pani świadoma niedorzeczności przedstawionej nam sytuacji?
-Tak. - poczuła rezygnację, odbierającą jej siły. Nigdy nie pokona Uravia.  
-Niech pani opowie o swojej podróży. - niespodziewanie przekierował rozmowę Bezstronny.  
-Nie rozumiem?  
-Dlaczego opuściła pani Silen?  
-Musiałam… Musiałam odetchnąć.  
-Po zadźganiu brata stalówką od pióra?  
-Ja…  
-Dlaczego zabiła pani Cerena ves Nill? - pytanie uderzyło w świadomość Hardine niczym lawina. Przez chwilę poruszała bezwiednie wargami jak wyrzucona na brzeg ryba, nim wykrzutusiła:
-Słucham?  
-Książę wszystko nam opowiedział.  
- Ale… Przecież widzieli, że Go zabił. - powiedziała zdumiona.  
-Goście widzieli, że książę trzymał nóż. Tylko pani widziała, jakoby Uravio ves Avarrittihun miał użyć owej broni. A tak się składa, iż książęca wersja wydarzeń wygląda inaczej niż pani. - wyjaśnił Przewodnik. Fałszywa uprzejmość, słyszalna w każdym słowie, dobiła ją.  
- Nie zabiłam Cerena, kochałam go! - wybuchnęła dziko.  
-Jakie emocje… Często im pani ulega…? - zakpił Bezstronny. - Proszę opowiedzieć, co NAPRAWDĘ stało się tamtego wieczoru. Kłótnia kochanków, hm? Ceren nie zamierzał uznać twojego bękarta? Wściekłaś się i przebiłaś go sztyletem? Wiedziałaś, że zapisał ci cały majątek, prawda? A twój brat? Nakrył was razem? Zagroził skandalem?  
Zabrakło jej słów. Bezlitosne usta Przewodniczącego wypluwały absurd za absurdem. Wszystko było niczym koszmarny sen.  
-Nie, nie, nie! - zaprzeczała gradowi padających pytań.
-Spokojnie… Powiedz nam prawdę, Hardine. Książę wyjaśnił, że masz problemy natury… umysłowej. Nie skażemy cię. Trafisz pod opiekę męża. On również obejmie pieczę nad twoim kapitałem i dzieckiem. To najlepsze rozwiązanie tej sprawy.  
-Nie jestem wariatką! Nie zabiłam Cerena!  
-Fakty świadczą przeciwko tobie, Hardine. Nie ma sensu niczego dłużej ukrywać.  
-Nic nie zrobiłam! Musicie mi uwierzyć, błagam…  
-Słowo na przekór słowu… Słowo księcia przeciw słowu szalonej, zdradzieckiej kobiety… - Bezstronny zacmokał, kiwając smutno głową.  
-Poddam się próbie Widzących! - wykrzyknęła zdesperowana.  
Na ogromnej sali zapadła grobowa cisza. Od dawien dawna nikt nie prosił o próbę Widzących. Głównie dlatego, iż nikt tej próby nie przeszedł. Teoretycznie miała ona dowieść prawdomówności i niewinności śmiałka, poddającego się osądowi istot wyższych. Próba  miała miejsce wczesnym rankiem. Polegała na spędzeniu dnia nago, w ciasnej klatce, umieszczonej poza murami miasta. Każdy, najdrobniejszy ruch uruchamiał kolce, rozrywające ciało uwięzionego. Przejmujące zimno lodowej pustyni, zwykle powodowało natychmiastowe zamarznięcie. Ewentualnie, sprawę załatwiały drapieżne zwierzęta, zwabione zapachem krwi. Bezstronni wracali wieczorem, żeby uprzątnąć klatkę. Nie zdarzyło się, by ktokolwiek przeżył. Milczały archiwa, kroniki, nawet legendy.  
-Zostaniesz wypróbowana o świcie. Dzisiejszy dzień spędzisz w celi. Zaprowadźcie ją. - zdecydował Przewodniczący, odprawiwszy Hardine niedbałym machnięciem. Strażnik ujął dziewczynę za łokieć, jakby obawiał się, że ucieknie. Celę usytuowano głęboko pod ziemią. Dostępu broniły ciężkie, żelazne drzwi. Cuchnęło zgnilizną oraz odchodami.  
- Zdejmij ubranie. - polecił strażnik, opierając się ostentacyjnie o uchylone drzwi. Widocznie, nie zamierzał odwrócić oczu. Zmierzyła go pełnym pogardy spojrzeniem. Rzuciła mu pogniecioną odzież jak psu. Zarechotał ohydnie, przekręcając za nią klucz. Została sama. Nie, nie sama. Kiedyś Tiana mówiła jej, aby walczyć. Jednakże dopiero dzisiaj, Hardine zrozumiała prawdziwe znaczenie słów starszej kobiety. Postawiła swoje życie na szali przeznaczenia w kolejnej bitwie.  
-Będzie dobrze, Rave. Będzie dobrze… - szepnęła, gładząc kojąco subtelną wypukłość brzucha. Jej moc, nadzieję i wiarę.

1 398 czyt.
100%463
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy i przygodowe, użyła 1472 słów i 9033 znaków

Komentarze (3)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Margerita

    Margerita 16 lip 2017

    łapka w górę zazdroszczę Ci że umiesz pisać dialogi bo ja mam z tym problem

  • AlexAthame

    AlexAthame 7 lip 2017

    Pojedyncze łzy spływały labiryntem zmarszczek... Cóż za piękne zdanie.

  • CzarnaKama

    CzarnaKama 6 lip 2017

    Super odcinek.Taki z drugim dnem. Uwielbiam jak piszesz. Btw, mam nadzieję, że Mewrys ją uratuje i Hardine przejdzie próbę. Ale tego się dowiem dopiero za tydzień