Deszcz ciemnych gwiazd #4

Deszcz ciemnych gwiazd #4

Życie Hardine przypominało śnieżną kulę, która raz pchnięta w dół zbocza toczy się nieprzerwanie zyskując rozmiar i prędkość. Od spotkania Widzącego minęły trzy tygodnie a dziewczyna wciąż była zajęta rozpamiętywaniem każdego szczegółu zawarcia ich znajomości. Zabrał ją do domu. Nie zostawił jej. Był przy kąpieli. Eila go nie widziała. Pozbawione sensu fakty, zwykłe urojenia. Tak podsumował wszystko Grengolius. Hardine zerknęła w stronę lustra. Obok stał manekin wiernie odwzorowujący jej figurę. Na nim pyszniła się cudna suknia ślubna. Srebrno-biała, cała wyszyta koronką niczym opleciona obłoczkami poranna mgła. Prezent od rodziny Uravia. Hardine westchnęła. Książę oświadczył się jej przedwczoraj. Wstała niechętnie, opuszczając ciepłą miękkość łóżka. Musi tylko przeżyć ten wieczór, będąc idealną. Musi zapomnieć o tym, co widziała. Znów wejść w rolę Hardine ves Tiareen - Ci’reannnes’mei - najpiękniejszej kobiety Silen.  
-Panienko, już czas. - szepnęła Eila od progu. W oczach niani lśniły łzy. Dziś ostatni raz budziła swoją panienkę. Jutro podopieczna opuści ją na zawsze. Hardine pobiegła do niej, nadspodziewanie mocno obejmując piastunkę. Eila otarła mokre policzki, delikatnie ciągnąc dziewczynę do zaparowanej łaźni. Dwie służące zajęły się przygotowaniem Hardine do wyjazdu. Nigdy nie rozpieszczano jej tak bardzo jak podczas tych kilku godzin. W końcu o ustalonej porze stanęła na szczycie stromych schodów, wyglądając niczym Widząca. Staranny, zarazem jednak subtelny, makijaż czynił twarz Hardine nadludzko jasną i promienną. Suknia opinała się ciasno, prezentując każdy szczegół jej ciała - od długiej, stworzonej do pocałunków szyi, przez pełne, jędrne piersi, po niewyobrażalnie szczupłą talię, kształtne biodra, pośladki wyrzeźbione dłutem mistrza, aż do wspaniałych łydek podkreślonych pionowym rozcięciem materiału. Całość uzupełniały włosy - rozpuszczone, ozdobione srebrnymi spinkami w kształcie gwiazdek. Schodziła wolno po schodach ciągnąc za sobą słodki zapach waniliowo-czekoladowych perfum. Grengolius podał jej rękę. Wspólnie wsiedli do złoconego powozu oznakowanego godłem ves Avarrottihunów. Jechali ubitą lodem drogą, ze śniegiem skrzypiącym pod stalowymi kołami. Podróż do centrum Silen trwała ponad dziesięć godzin. Hardine przespała większość na ramieniu brata, śniąc o głosie, który wzywał ją z otchłani. Grengolius obudził ją tuż przed bramami miasta. Dziesięć godzin jazdy przez pozbawioną życia pustynię, zakończyło się pomyślnym przybyciem do centrum Silen, wyglądającego niczym wycięte wprost ze stron bajki. Było ono gigantyczną oazą pełną fontann, egzotycznych kwiatów owoców, pomników i baniek puszczanych przez ulicznych komediantów. Pośrodku miasta tkwił wulkan Sho’we, którego ciepło utrzymywało ten raj przy życiu. Hardine pościągała grube futra, chłonąc otoczenie rozszerzonymi ciekawością tęczówkami. Tu wśród misternych pałacy, rozległych atlan, krętych, wysadzanych barwnymi klombami, alejek, można było całkiem zapomnieć o świecie za murami, o wiecznej zmarzlinie mordującej wszelkie przejawy istnienia, o codziennej walce z żywiołem. Tu wszystko było inne. Nawet ludzie zdali się być bardziej radośni, kolorowi, pozbawieni nudy wyczerpania. Powóz stanął przed jednym z najbardziej widowiskowych domów Silen. Pałac Tysiąca Słońc należał, podobnie jak powóz, do ves Avarrottihunów. Mroźne Tarasy wyglądały przy nim na wsiową lepiankę. Lokal w złotej liberii pomógł Hardine wysiąść z karety, ukłonami wskazując drogę do mahoniowych wrót, na których wyryto tekst starożytnego poematu w języku Widzących. Kiedyś bowiem ludzie znali język Hadesy. Jeszcze nie tak dawno. Może trzysta lat temu, przed trzecią zimą. Dopiero potem zapomnieli. Potężne odrzwia rozwarły się zadziwiająco cicho i lekko. Hardine weszła do przestronnego holu z podłogą lśniącą niczym lustro. Pośrodku holu znajdowały się kręcone schody rżnięte w krysztale, przypominające raczej dzieło sztuki niż przedmiot codziennego użytku. Na przedostatnim stopniu stała w majestatycznej pozie Amadema, małżonka obecnie panującego króla. Jej bladoniebieska suknia wykończona sznurem brylantów znacznie przewyższała kunsztem wszystko, co Hardine kiedykolwiek widziała.  
-Witaj Reannes.- powitała nieco oszołomioną dziewczynę królowa. Wyglądała niewiele starzej niż Hardine. Była piękna. Po protu. Nie ładna, nie atrakcyjna, nie...Amadema uosabiała piękno w najczystszej postaci.
-Wasza Wysokość… to zaszczyt móc cię spotkać. - odpowiedziała Hardine zgodnie z etykietą, ciągle jeszcze olśniona blaskiem władczyni.  
-Pozwól mi, że osobiście wprowadzę cię w realia twojego nowego życia. - zaczęła Królowa. Hardine dygnęła przepisowo. - Jest parę rzeczy, które musisz wiedzieć. Po pierwsze, mój syn poślubia cię tylko ze względu na urodę. Gdy ona przeminie albo Uravio się nią znudzi, będziesz nikim, rozumiesz? - Hardine przełknęła głośno ślinę. - Świetnie. Po drugie, nawet teraz jesteś nikim. Zabawką, maskotką… Pozwalam ci tu być, tylko ze względu na Uravia. Nie masz żadnych praw, żadnej władzy, nic. Nie dostaniesz tytułu księżniczki, będziesz wyłącznie żoną księcia, czy wyrażam się jasno?  
-Tak, wasza wysokość.  
-Dobrze. Oto twój apartament. Garderoba, łaźnia, sypialnia i salonik. Przydzielimy ci wstępnie dwie służące. To chyba wszystko, jak mniemam. Aha, mam nadzieję że nie będziesz za często wychodzić ze swoich komnat. Nie jesteś tu potrzebna. A teraz przygotuj się. Ceremonia rozpocznie się za dwie godziny. - przekazała Amadema sucho.
-Ceremonia?-szepnęła Hardine nieśmiało.
- Ślub. - wypluwszy to jedno słowo, królowa zostawiła ją w opustoszałych pokojach. Dziewczyna poczuła powiększającą się bezdenną rozpacz. Nic nie szło zgodnie z jej oczekiwaniami. Miała ochotę płakać. Myślała że chociaż tutaj, w centrum Silen, ‘w miejscu, gdzie spełniają się sny’, przestanie być przedmiotem. Jednak chyba nie było jej to pisane. Przypudrowała twarz, poprawiła połysk ust i dalej siedziała zrezygnowana. Gdy nadszedł czas, kamerdyner zaprowadził ją do świątyni. Miał siwe włosy i nie mówił za wiele. Właściwie w ogóle. Hardine nawet to odpowiadało. Nie chciała z nikim rozmawiać. Świątynia okazała się przerastać pięknem rezydencję ves Avarrottihunów. Tym razem jednak, Hardine nie była tak skora do zachwytów. Kapiące klejnotami wnętrze przytłaczało ją. Złote posągi Widzących zdawały się patrzeć na nią krytycznie. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Szukała desperacko spojrzeniem, kogoś, na kim mogłaby się wesprzeć, ale natrafiała jedynie na pytającą obojętność. Uravio podał jej rękę. To ją trochę otrzeźwiło, jakby wyłowił jakąś jej część, tonącą w morzu oczu. Miał sztywny, pewny uścisk. W jego oczach, Hardine widziała jedynie zafascynowanie nowym nabytkiem. Mechanicznie recytowała przysięgę, nie wiedząc nawet, czy powtarza prawidłowo, ani czy ją słychać. Bogato ubrany kapłan udzielił im błogosławieństwa Widzących. Zapalono świece. Odśpiewano hymny. Hardine przyjęła nazwisko ves Avarrittihun. Zmówili modlitwę małżeńską. Wsiedli do powozu. wrócili do domu. Rozpoczęto wesele. Salę przesadnie oświetlono, Hardine czuła się niemal naga przez drapieżnie białe natężenie świateł. Wzdłuż ścian ustawiono, suto zastawione wymyślnymi potrawami, stoły. Hardine uszczknęła parę okruchów tortu, zapijając je mocnym ciemnobordowym winem. Coraz mniej do niej docierało. Wszystko było jednym wściekłym błyskiem, wyłupiającym jej obolałe źrenice. Uravio pił razem z Grengoliusem. Jego oczy rozjarzyły się tym samym pierwotnym pragnieniem, jakie Hardine widywała wcześniej u brata. Zerwała się na równi z muzyką, chcąc jak najszybciej wyjść. Dusiła się. Wybiegła na okolony złotą balustradą balkon. Chciałaby spaść. Wychyliła się mocno igrając z własnym strachem.  
- Lepiej uważaj, księżniczko. Zapewniam cię, że nie chcesz umierać w taki sposób. - odezwał się głos, wywołujący w niej dreszcz podniecenia. Widzący siedział nonszalancko na balustradzie, założywszy nogę na nogę. Naburmuszone wargi, wykrzywiał mu ironiczny uśmieszek. Przydługa grzywka ocieniała jego bladą twarz i żarzące się błękitem oczy.
-To ty...- wydusiła zdumiona.
-Ja. - potwierdził obojętnie.  
- Uratowałeś mnie... Dziękuję. - zawahała się. Wzruszył ramionami. Hardine wpatrywała się w niego szklanym spojrzeniem. Coś ją  do niego przyciągało. Miał w sobie magnetyzm, któremu nie była w stanie odmówić. Budził w niej uczucia pokrewne utracie zmysłów. Kiedy ujął jej dłoń zadrżała. Wyobraziła sobie jego pocałunek. Sama myśl powodowała u Hardine nieznane wcześniej doznania.
- Lubisz widok spadających gwiazd. - powiedział cicho, raczej stwierdzając niż pytając. Przytaknęła półświadomie, patrząc na pełny zarys jego warg. Ostrożnie obrócił jej twarz ku nocnemu niebu nad nimi. Miliardy srebrnych punkcików mrugały do nich porozumiewawczo. Stanął za nią, tak blisko, że Hardine wyraźnie czuła ciepło jego ciała. A potem gwiazdy zaczęły spadać. Setkami, później tysiącami niby płonące fajerwerki, ciągnąc za sobą długie sznury ognia. Patrzyła zafascynowana, nie mogąc się oderwać od tego widoku. To była jedna z tych chwil, w których mogłaby spędzić wieczność, wciąż do niej wracając.  
- Hardine, widziałaś to?! - zawołał Grengolius wpadając na balkon. Śmierdział winem. Ręce miał, jak zwykle w tym stanie, przy kroczu. Hardine wstrząsana obrzydzeniem zdołała coś odpowiedzieć. Widzący stał obok niej, ale Grengolius, tak samo jak wcześniej Eila, nie widział go. Dziewczyna wróciła na salę, nie chcąc dłużej być z bratem. Goście byli już kompletnie pijani. Uravio na jej widok podszedł kołyszącym się krokiem, by wycisnąć na jej zaciśniętych ustach nachalny pocałunek. Nienawidziła ich. Nienawidziła ich wszystkich. Spróbowała się wyrwać, ale uchwyt Uravia okazał się zbyt silny. Szarpnął ją, ciągnąc w stronę sypialni. Próbowała go od siebie odepchnąć. Unieruchomił jej ręce, rzucając Hardine na rozległe małżeńskie łoże. Nie zważając na opór dziewczyny, zrywał z niej kolejne warstwy cudnej sukni. Zamknęła oczy, kapitulując. Myślami uciekła do Widzącego. Do bezpieczeństwa, jakie przy nim czuła, do dotyku jego dłoni… Książę obrócił ją tyłem. Czy naprawdę sądziła, że z Widzącym mogłoby być inaczej? Z goryczą zdusiła w sobie nadzieję, że ta nadludzka istota przybędzie by ją uratować… Że ktokolwiek przybędzie. Urojenia...Tak to określił Grengolius. Hardine zaczęła płakać, czując jakby łzy drążyły w jej duszy głębokie korytarze bólu.

1 098 czyt.
100%424
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1902 słów i 11148 znaków

Komentarze (4)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Ness2812

    Ness2812 21 sie 2017

    Jak on jej w następnym rozdziale nie uratuje... ugh będę zła!  

  • nefer

    nefer 17 maj 2017

    Życie pięknej księżniczki, przepraszam - tylko żony księcia - nie jest usłane różami. A jeśli już, to tylko kolcami. Wygląda ma to, że skutkiem świetnego małżeństwa wpadła z deszczu pod rynnę. To odwrócenie schematu Kopciuszka bardzo ożywia opowieść i daje różne możliwości. Z pewnością nie jest osobą bez charakteru i poradzi sobie na nieprzyjaznym dworze. Ciekaw jestem choćby nieuniknionej konfrontacji z Królową. Tymczasem pomyśl może o wpleceniu kilku słów wyjaśniających, z czego żyją ci ludzie na skutych lodem pustkowiach. I to żyją wystawnie, przynajmniej niektórzy. Jeszcze dwa drobne szczegóły jako adwocatus diaboli porusze: nie obserwujemy świata tęczówkami, dziesięciogodzinna podróż panny młodej w sukni ślubnej, makijażu i ogólnie pełnej gali musiałaby wpłynąć niekorzystnie na wygląd nawet najpiękniejszej dziewczyny w królestwie. A tego jej przecież nie życzymy, zwlaszcza w tak ważnej chwili. Ogólnie życzymy Hardine jak najlepiej. Czyta się dobrze, opowieść może zaciekawić, napisana poprawnym językiem. Gratuluję i pozdrawiam.

  • Margerita

    Margerita 17 maj 2017

    łapka w górę

  • AlexAthame

    AlexAthame 6 maj 2017

    Nadal łapka w górę. Mam nadzieje, że ja uratuje. żadna normalna osoba nie lubi być gwałcona.