Chłopiec z Czarnego Lasu- rozdział 9

Ven wyszedł z chaty. Postanowił się przejść. Zastanawiał się nad tym, dlaczego ta kobieta i dziecko są tak ważni. Na tyle ważni, że Moc uznała ich za część przeznaczenia Vena.
- Owszem, są ważni, ale to nie ich miałam na myśli. - usłyszał za sobą głos - Zdarzy się coś ważniejszego. Spotkasz osobę, którą będziesz musiał poprowadzić.  
- A więc kim jest ta kobieta?
- Czy muszę mówić to po raz kolejny? Nie mogę dać ci jasnych odpowiedzi. Jedyne co mogę zrobić to lekkie podpowiedzi. Dobrze wiesz, że to wbrew zasadom.
- Tak... Wiem.
Chłopak spojrzał po raz kolejny w głąb lasu. Jest tu coś, co go przyciąga. Coś co kocha. Czy to wolność jaką daje życie tutaj? Czy może to dlatego, że nie pamięta innego życia. Las to jedyne co w życiu miał. Nie licząc kilku rozmazanych wspomnień.  
- Dziękuję, ale muszę już chyba wracać.
- Dobrze chłopcze, ale proszę uważaj na siebie. Nie możemy sobie pozwolić na kolejną porażkę.  
- Tak wiem... - Ven obrócił się na pięcie i ruszył do chaty unosząc rękę nad głowę, machając nią pożegnał się z Mocą.
     Kiedy wszedł do środka Rivian siedział oparty o ścianę, w ręku trzymał jedną z ksiąg. Anabel leżała niedaleko ognia, musiała być wyczerpana po kilku godzinach zajmowania się tą tajemniczą kobietą. Malec i kobieta dalej leżeli w łóżku. Ven zdjął płaszcz i odstawił go. Następnie usiadł obok starca. Wtedy chłopczyk obudził się. Podbiegł do niego, uśmiechnął się i przytulił. Ven poczuł jak momentalnie wszystkie smutki wyparowały. To było niesamowite uczucie. Zawsze marzył o tym, żeby kiedyś samemu zostać ojcem i dać dziecku to, czego on nie dostał. Miłość. Odwzajemnił uśmiech i położył rękę na głowie chłopca, po czym poczochrał jego włosy. Oboje uśmiechnęli się do siebie i chłopiec przytulił go jeszcze mocniej. Ven również przytulił chłopca, lecz ten znowu zapadał w sen, tym razem w ramionach Vena.
- Czy to nie jest niesamowite? - odparł cicho.
- Hmm... - burknął Rivian oderwany od lektury. - A co tak konkretnie?
- Dzieci. To po prostu niesamowite, że jeden ich uśmiech potrafi tak wpłynąć na człowieka.
- Masz rację. Takie po prostu są, myślę że nie ma w tym nic niezwykłego. Po prostu tak jest.  
- Uważam, że coś musi się za tym kryć. Nic nie dzieje się bez przyczyny.
- Może masz rację... Widzę, że masz już jakąś teorię, z chęcią jej posłucham.
- Cóż... To nie do końca teoria, to tylko moje przemyślenia... No dobrze. Może każdy z nas rodzi się z jakąś cząstką boskiej mocy. Mam wrażenie, że dzieci są w stanie spojrzeć w głąb naszej duszy i odkryć kiedy na prawdę się smucimy, wtedy podświadomie dają nam na to lekarstwo. Szczery uśmiech. Z czasem tracimy tą umiejętność, oczywiście nie wszyscy, dlatego niektórzy ludzie nie muszą znać ludzi, żeby móc coś o nich powiedzieć. Rodzimy się z boską częścią, ale z czasem rozwijamy się tylko w ludzi, przez co ta mała cząstka w nas zanika. Eh... to chyba nie ma sensu, niech mi pan wybaczy.
- Nie zgodziłbym się, może coś w tym być. Ale chyba nie uda nam się tego zbadać. Może kiedyś, daleko w przyszłości, będzie można dowiedzieć się z czego się składamy, jak zwierzęta czy rośliny. Ale teraz chyba musimy wziąć przykład z tego uroczego malca i przespać się.
- Oh. Ma pan rację.
Rivian wstał i położył się na skórach, które były bliżej ognia, po czym zasnął. Ven natomiast nie ruszał się, nie chciał obudzić chłopca. Sięgnął tylko ręką po leżącą nieopodal skórę i nakrył nią siebie i chłopca, tak aby nie zmarzli w nocy. Po tym zasnął.  
     W snach często wracał nad to jezioro, gdzie po raz pierwszy spotkał Moc. Tym razem, było tak samo.
- Więc jesteś już? - zapytała.
- Tak... Zawsze nieco przeraża mnie kiedy tu wracam.
- Dlaczego?
- Sam nie wiem... To trochę dziwne. Zamykam oczy i budzę się w innym miejscu.
Wtedy zobaczył, że malec też jest w jego śnie. Za Mocą znajdował się wielki tron. Był zbudowany ze starych tarcz, na których znajdowały się symbole wszelkich rodów. To tron ze stolicy Kontynentu. Mimo, że Ven nigdy go nie widział, ale wiele o nim słyszał, więc od razu go rozpoznał. Ale dlaczego chłopiec siedział ma tronie, na którym zasiadali wszyscy władcy, zaczynając od pierwszego. Podobno, po tym jak Pierwszy Król zjednoczył wszystkie rody po swoim sztandarem w zamian mianowano go królem i w mieście, które sam wybrał na stolicę swojego państwa stworzono drewniany tron, do budowy którego każdy z rodów poświęcił jedną tarczę ze swoim symbolem. Czy to znaczyło, że chłopiec zostanie...
- Dobrze myślisz. Nie mogłam ci tego powiedzieć, więc ni pokazałam. O tym nikt się nie dowie. To tak na prawdę nie ma miejsca i dzieje się tylko w twojej głowie, więc kto wie czy to nie tylko wytwór twojej wyobraźni. Na szczęście my wiemy, że tak nie jest.
- Ale dlaczego on?
- Tego wkrótce dowiesz się sam.
- Czasem mogłabyś być trochę mniej tajemnicza, wiesz?
- Dobrze wiesz, że nie mogę. Inni uznali by to za zbytnią ingerencję. Mógłbyś przestać narzekać chociaż na chwilę?
- Eh... Wybacz. Czasem po prostu muszę wyrzucić z siebie to co mi nie pasuje.
- Jeszcze jedno.
- Tak?
- Tą informacją mogę się z tobą podzielić. Nie możecie zostać tu zbyt długo. Wiem, że planowałeś zostać tu co najmniej z miesiąc. Ale za niedługo się ociepli, przełęcze będą znowu przejezdne. Musicie wtedy stąd uciekać. Wkrótce po odwilży pogorszy się. Temperatury obniżą się jeszcze bardziej. Razem z ojcem boimy się, że możecie tego nie przeżyć. Lepiej będzie jeśli udacie się do jakiegoś miasta. Tam będzie łatwiej o jedzenie i ciepłe miejsca do spania.  
- Falkir czasem zbytnio się mną przejmuje.  
- Zależy mu na tym, żeby to nasza przepowiednia ziściła się.
- No tak, przepowiednia...
- Dobrze wiesz, jak bardzo się o siebie martwi. Na prawdę mu na tobie zależy.
- Skoro tak to gdzie był jak robili to z moją matką, co? Czemu wtedy mu nie zależało?
- Chłopcze, czasem trzeba zachować neutralność bo twoje działania mogą przynieść śmierć na wielu ludzi.
- Wybacz, niepotrzebnie się uniosłem.
- Nic nie szkodzi, tylko proszę, uważajcie na siebie.
- Nie martw się, na pewno będziemy.  
     Kiedy się obudził słońce wzeszło już. Jednak wszyscy jeszcze spali. Ven wstał powoli żeby nie zbudzić malca i ostrożnie odłożył go obok matki. Kiedy wreszcie mu się to udało sięgnął po płaszcz, zarzucił go na plecy i wyszedł z chaty cicho zamykając drzwi. Postanowił przebiec się po lesie. Teraz, kiedy dopiero się budził do życia wydawał się taki spokojny, ale jednocześnie pozbawiony życia. Takie poranne przebieżki nieco odświeżały jego umysł. Pozwalało mu to na chwilę odpoczynku. Po drodze natknął się na zająca, więc postanowił go upolować, musieli przecież coś zjeść na śniadanie, a od kiedy trochę ich przybyło zapasy które mieli przygotowane na dzisiaj mogły jednak nie wystarczyć. Wyciągnął strzałę z ciała zwierzęcia i oczyścił ją o śnieg, na szczęście od dłuższego czasu nie zdarzyło mu się, aby strzała trafiła w żołądek celu, dlatego nie musiał kupować nowych strzał dopóki stare się nie zużyły na tyle, że nie nadawały się już do niczego. Zniszczone lotki naprawiał sam.  
- No nic, pora wracać. - mruknął sam do siebie po czym zebrał swoje rzeczy i powoli wrócił do chaty.

Vilgefortz

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 1412 słów i 7588 znaków, zaktualizował 29 cze 2018.

1 komentarz

 
  • Vilgefortz

    Mam nadzieję, że wam się spodobało. Jeżeli macie jakieś przemyślenia zachęcam do podzielenia się nimi. Jeśli wyrazicie taką chęć, postaram się napisać coś również jutro. :D