Chłopiec z Czarnego Lasu- rozdział 8

Ven biegł, patrząc przed siebie. Nie musiał zwracać uwagi na to gdzie biegł. Znał ten las. Wychował się w nim. W czasie ćwiczeń przebiegł tą trasę wiele razy. Czasem tylko musiał korygować trasę bo jakieś drzewo upadł i teraz jego pień torował drogę. Ale mimo to poruszał się z niebywałą szybkością., , Umysł należy zawsze utrzymywać przejrzysty i ostry, to on pozwala ci robić to wszystko, co robisz. Jednak ciało nie może pozostać zaniedbane. Jest przecież świątynią dla umysłu. Nawet coś tak idealnego jak umysł nie jest w stanie istnieć samo. Potrzebuje namacalnego ciała. " To słowa Leonarda. Jedna z wielu lekcji jakie od niego otrzymał. To przede wszystkim dlatego zawsze starał się zachować trzeźwość umysłu i jak najwyższą sprawność fizyczną. Niestety krzyk był tylko jednorazowy, więc chłopak miał pewne problemy z określeniem dokładnego jego źródła. Postanowił zaufać intuicji. W gruncie rzeczy lubił to. Szaleńczy bieg przez las, pola czy nawet łąki to było coś co sprawiało mu radość. Wiatr we włosach był jedną z najprzyjemniejszych rzeczy jakie w życiu zaznał. Czuł się wtedy taki... hm... wolny. Nie tak jak ptak, który latał po niebie, czy jak ryba pływająca w oceanie. O nie, to był zupełnie inny rodzaj wolności. Ryba i ptak były wolne o tyle, o ile pozwalały im na to ich instynkty. Natomiast kiedy Ven biegł czuł jakby stawał się częścią wiatru. Tego irracjonalnego... czegoś. Bo tak szczerze to nawet nie wiedział czym jest wiatr. Ale odczuwał, że stają się jednością. A może wiatr to tylko nasze rozumy, które opuściły już nasze ciała? Nie, to by było bez sensu. Po co miałyby tak latać wte i wewte? A z drugiej strony czemu miałby tego nie robić... To nie czas na takie bezsensowne rozważania. Gdzieś tam jest ktoś, kto potrzebuje pomocy. I tylko się teraz liczy. Dlatego musi biec. Biec przed siebie, nie zważając na nic. Biec szybciej. To dziwne, nikt nie nauczył go, aby nieść pomoc drugiemu człowiekowi. To jedna z lekcji, w których sam był sobie nauczycielem, uczniem i sprawdzianem. Bo ta lekcja trwała tak długo jak żył on sam. No tak, nie mógł być wolny niczym ptaki, musiał przecież poddać się proroctwu. To głupie, on nawet nie wierzył w bogów. Jednak coś przekonywało go, że musi to zrobić. Denerwowało go to, w pewnym stopniu robił to mimowolnie.  
     Wtedy właśnie dotarł na miejsce, omal nie wylądował na drzewie. Na szczęście zdążył je ominąć. Teraz schował się w zaroślach i obserwował. Przed sobą miał kilka drzew, prawdopodobnie sosen jak oceniał po liściach i szyszkach. W końcu przydały się lekcje rozpoznawania drzew. I wtedy ją ujrzał. Pod jednym z drzew siedziała skulona postać. Kobieta. Ven nie wyskoczył od razu, to byłoby nierozsądne. Musiał najpierw ocenić sytuację. Siedziała oparta o drzewo, pod płaszczem na pewno coś trzymała, ale z tej odległości nie mógł powiedzieć co to jest. Postanowił ją okrążyć, kiedy tylko zajedzie ją od tyłu będzie mógł zatkać jej usta żeby nie krzyknęła kiedy zorientuje się, że nie jest sama. Tak też zrobił, uważając na to, aby śnieg nie skrzypiał za bardo pod jego stopami. Kiedy do niej dotarł przystawił jej rękę do ust. Ona zaś podskoczyła zaskoczona. Wtedy szepnął jej do ucha:
- Nie bój się, nic ci nie zrobię, ale musisz być cicho...
To głupie, pomyślał. Chowam się w lesie, prawdopodobnie ktoś mnie ściga, a tu nagle zza drzewa wychodzi jakiś obcy facet, zatykając mi usta, po czym mówi żebym była cicho i nic mi nie zrobi. Tylko ktoś niespełna rozumu byłby w stanie uwierzyć w coś takiego. Albo dziecko.
     Kobieta powoli skinęła głową. Wtedy Ven opuścił rękę. Oddychała szybko, była przerażona. Wyszedł zza drzewa i przykucnął przy niej. Ciągle miał na sobie płaszcz z kapturem. Wtedy ona zdjęła swój kaptur i Ven mógł zobaczyć jej włosy i twarz. Była... była zabójczo podobna do Esni. Nie... To nie mogła być ona. Jego matka nie żyła od wielu lat. Musiało mu się tylko zdawać. Ale potem zauważył co wcześniej chowała pod płaszczem. Tym czymś okazało się być... dziecko. Mały chłopczyk, miał około czterech lat. Jak na dziecko przystało miał trochę pulchne policzki, włosy koloru złota, zupełnie jak matka i piękne zielone oczy. Je też odziedziczył po matce. Nie wyglądał tak jakby w ogóle przejmował się swoją obecną sytuacją. Po prostu ciągle się uśmiechał i zaciekawiony brodą Vena uznał za ciekawe próbowanie dobrania się do niej. to niesamowite, że dzieci nawet w takich sytuacjach były w stanie okazać jak bardzo świat dorosłych je nie interesuje.  
- Nie możemy tu zostać... - zaczęła niepewnie kobieta - Musimy dalej uciekać zanim nas złapią...
Ven zastanowił się chwilę. Walka nie miała sensu. Nie wiedział ilu wrogów będzie miał przeciwko sobie i jak będą uzbrojeni. Dodatkowo jeśli byłoby ich niewielu nigdy nie ma pewności, że gdzieś niezbyt daleko nie ma reszty grupy. Najrozsądniej było uciekać. Ale skoro z taką zaciętością ścigają tą kobietę musi im na prawdę zależeć. Raczej nie odpuszczą łatwo.  
Zza pasa wyciągnął nóż. Złapał za ubranie kobiety i wyciął kawałek. Ona nie spodziewając się tego podskoczyła i pisnęła głośno. Dopiero po chwili zorientowała się, że zdradziła tym wrogom gdzie się chowała. Wtedy Ven Przyłożył ostrze to swojej dłoni i przeciągnął nim po skórze. Krew popłynęła. Odszedł na kilka kroków i zrobił na śniegu kilka niedbałych ruchów, po czym zostawił nieco dalej kawałek materiału i jeszcze trochę swojej krwi. Potem złapał kobietę za rękę, a chłopca wziął na drugą i teraz w trójkę biegli przez las.
- Po co to zrobiłeś? - zapytała zaciekawiona
- Hm? Masz na myśli te ślady na śniegu? To była imitacja śladów dzikich zwierząt. Pomyślą, że coś cię dopadło. Dlatego potrzebowałem trochę własnej krwi i kawałek twojego ubrania.
Dalsza część drogi minęła im w ciszy. Musieli poruszać się wolniej wtedy, gdy Ven biegł w drugą stronę. Teraz nie był sam, więc musiał bardziej uważać. Poza tym miał takie wrażenie, że dziecko i wycieńczona kobieta mogłaby nie dotrzymać mu kroku.  
Kiedy weszli do chaty Rivian siedział przy lichej świeczce zrobionej ze zwierzęcego tłuszczu, a Anabel ciągle czekała na drewno. Całkowicie o nim zapomniałem, pomyślał Ven.  
- Macie tu niesamowitą kolekcję ksią... - zaczął starzec, ale kiedy zobaczył chłopaka z jego "znaleziskiem" odrzucił wielką księgę i ruszył ku niemu.
- Na Bogów! Gdzieś ty ich znalazł chłopcze...
- Wyobraź sobie, że spokojnie szukałem sobie drewna kiedy nagle... No dobrze, to nie pora na żarty. Pomóż mi.
Kobieta była ledwie przytomna więc od razu położyli ją na swoim jednym łóżku. Malec był już trochę senny, więc usadowił się koło matki. Anabel i Rivian natychmiast się nimi zajęli, a Ven znowu wyszedł po drewno. Trochę to zabawne, wszytko wraca do punktu wyjścia.

Vilgefortz

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 1297 słów i 7164 znaków, zaktualizował 3 lip 2018.

1 komentarz

 
  • emeryt

    @Vilgefortz, dzięki za kolejny odcinek. Tylko dlaczego taki krótki?  Mam nadzieję że tego lata znajdziesz trochę więcej czasu. Lecz jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. W dalszym ciągu czekam na następne. A teraz łapka w górę i pozdrawiam.

  • Vilgefortz

    @emeryt Z przykrością muszę przyznać, że nie potrafię znaleźć w sobie tej siły, aby przysiąść i napisać cały rozdział na raz. Lubię po napisaniu usiąść i jeszcze raz przeczytać to co napisałem, a następnie zastanowić się czy ma to jakikolwiek sens. Dopiero wtedy zastanawiam się nad kontynuacją danego rozdziału. Ale obiecuję, że postaram się zaznaczać w jakiś sposób czy rozdział jest już dokończony, czy jeszcze nie. Myślę, że dzisiaj będę w stanie dokończyć ten i może nawet rozpocząć następny. Zbliża się całkiem dużo wolnego czasu, więc myślę, że będę w stanie pozwolić sobie na spędzanie większej ilości czasu na pisaniu. :D

  • emeryt

    @Vilgefortz .  dziękuję za zapewnienie że będziesz kontynuował, gdyż                     zaciekawiła mnie ta opowieść.  Teraz łapka w górę.