Chłopiec z Czarnego Lasu- rozdział 13

Po kilku godzinach byli już trochę zmęczeni, dlatego Ven zarządził postój. Tak jak podpowiedziała mu Moc starał się rozpalić ognisko przy pomocy swoich zdolności. Nie poszło mu jednak tak sprawie jak przypuszczał. Musiał zamknąć oczy żeby bardziej się skupić. Po chwili drewno w ognisku przyjemnie trzeszczało. Anabel wykorzystała je do przygotowania ciepłego posiłku. Kiedy zjedli Ven ogłosił, że za chwilę będą ruszać w dalszą drogę, więc wszyscy powoli szykowali się do dalszej drogi. Znał okolicę, wiedział że niedaleko stąd znajduje się wioska, w której będą mogli kupić konie. Kiedy zbliżyli się do niej Ven poprosił resztę żeby zaczekała na niego chwilę, sam chciał dokonać transakcji z wieśniakami. Ale Rivian nie zgodził się. Uparł się, że bezpieczniej będzie jeśli pójdą we dwóch. Ven nie miał zamiaru się z nim kłócić, więc po chwili zgodził się. Jak potem się okazało obecność starca sprawiła, że zaoszczędzili trochę złota. Ven nie znał się na handlu, za to Rivian potrafił idealnie się targować. Kiedy dokonali zakupu wrócili do reszty, dosiedli koni i ruszyli w dalszą drogę. Następna wieś znajdowała się około dwóch godzin drogi stąd. Słońce znajdowało się w miarę wysoko na horyzoncie, więc postanowili, że to właśnie w niej się zatrzymają. Jednak wieśniacy nie byli tak skorzy do udzielenia schronienia obcym ludziom. Kilka złotych monet przełamało ich niepewność i sprawiło, że udało im się znaleźć nawet trochę mleka dla strudzonych podróżników. Rano wstali, zjedli śniadanie i wyruszyli w dalszą drogę. Ich następnym celem było małe miasteczko. Nie miało swojej nazwy. W Zjednoczonym Królestwie tylko miasta, które zostały założone przez zamożnych ludzi posiadały nazwy. Wedle prawa, aby miastu można było nadać nazwę wcześniej trzeba było nadać mu prawa miejskie. A to było niezwykle kosztowne. Tak więc mieszkańcy wielu mniejszych miasteczek nie przejmowali się tym, że mieszkają w bezimiennej miejscowości. Ven postanowił, że zostaną tam na trochę dłużej. Podróżowali całkiem szybko odkąd mieli konie. Dłuższy odpoczynek w miasteczku mógł tylko im pomóc. O ile dobrze pamiętał znajdowała się tam mała karczma, więc raczej na pewno będą mieli gdzie się zatrzymać. Poza tym prawie cały rok można było uzupełnić zapasy na małym targowisku. Ludzie żyli tam głównie z roli, tylko ci nieco bogatsi mogli pozwolić sobie na pracę jako handlarze. Tak więc miejscowość była prawie samowystarczalna. Rolnicy dostarczali pożywienia, nieopodal znajdował się nawet mały młyn, w którym produkowano mąkę do wypieku chleba w jedynej piekarni w mieście. Natomiast takie dobra jak buty czy ubrania można było zakupić u szewców i zwykłych handlarzy. Jedyna niezwykłość tego miasta polegała na garnizonie Straży. Nie było wyjątkowo bogate, ani też narażone na napady bandytów. Jak udało się chłopakowi ustalić w mieście krzyżowały się wszystkie ważne szlaki handlowe. Mimo to nie słyszał aby kiedykolwiek ludzie przewożący towary zostali napadnięci. Jak widać Straż spełniała swoje zadanie, trzymała bandytów z dala od ludzi którzy mogli generować zyski dla miasta, co przekładało się na zyski dla całego państwa. Jednak było to trochę dziwne. Skoro nigdy nikt nie napadał na karawany kto poprosił króla o utworzenia garnizonu w mieście które nawet nie miało nazwy. Możliwe, że zamieszkał w nim jakiś bogacz. To mogło wiele wyjaśnić. Jednak Straż często się nudziła siedzą w murach garnizonu bezczynnie. Dlatego postanowiono, że zajmą się problemem mniejszych złodziei. Czyli głównie ludzi, których do kradzieży popchał głód lub trudne życie. Jednak Strażnikom spodobało się to. Umilali sobie czas publicznymi egzekucjami. Poza tym nie tylko sobie. Podobno ludzie przychodzili na nie tłumnie. Dla Vena to raczej nie najlepszy sposób umilania sobie wolnego czasu. Nie można go nawet nazwać umilaniem. Liczył tylko, że nikt nie rozpozna Dophne kiedy już tam dotrą, ale raczej było to mało prawdopodobne. Wtedy Rivian podjechał bliżej Vena i zapytał go:
- O czym myślisz chłopcze?
- W sumie to o niczym, zastanawiam się tylko co spotka nas w tym miasteczku. To będzie pierwsze miejsce gdzie natkniemy się na Straż. Będziemy musieli uważać jak się do siebie zwracamy, ktoś może nas rozpoznać. Pana w szczególności.  
- Nie boję się tego, że mnie rozpoznają. Ale kiedy ktoś rozpozna mnie w waszej obecności… zaczną się pytania. Będziemy musieli wymyślić jedną wersję wydarzeń.  
- Mogę udawać osobę wynajętą do ochrony. W sumie nie miniemy się zbytnio z prawdą. A Dophne i Aksel mogą być pana daleką rodziną. Sam mi pan mówił, że mieszkał pan na wsi. Raczej nikt nie zna pańskiej rodziny, powinno się udać.  
- Nie najgorszy pomysł chłopcze. Teraz wystarczy go dopracować. Musimy wymyślić wam fikcyjne imiona.
Rivian zwolnił i zaczął wymyślać najlepszą i najbardziej prawdopodobną wersję, którą jeśli będzie trzeba podadzą Strażnikom.
Po kilku kilometrach Ven zarządził postój. Ponownie rozpalił ognisko przy pomocy magii, tym razem poszło mu to nieco sprawniej. Kiedy zjedli Rivian zabrał głos.
- Razem z Venem trochę rozmawialiśmy. W miasteczku, do którego zmierzamy znajduje się garnizon Straży. Musimy więc przyjąć jedną wersję kim jesteście. Inaczej ktoś mógłby zacząć coś podejrzewać.  
- Straż?! Tutaj? – Dophne lekko podskoczyła, chyba nie była gotowa na tak szybkie spotkanie z przedstawicielami Zjednoczonego Królestwa.
- Tak, ale nie martw się. Będziesz udawać moją siostrzenicę.  
- Czy naprawdę masz siostrzenicę?
- Nie, dlaczego pytasz?
- Skoro nigdy jej nie miałeś ktoś zacznie coś podejrzewać.
- Nie martw się o to. Dorastałem daleko stąd, nikt kto w realny sposób jest w stanie nam zagrozić nie zna mojej rodziny.
- To ułatwia sprawę. A kogo będzie udawał Ven. Mojego drugiego syna?
- To byłoby niegłupie, ale wcześniej ustaliliśmy, że jest on osobą wynajętą przez nas do ochrony. Gdyby ktoś cię zapytał dlaczego wybrałaś się ze mną w podróż odpowiedz, że chciałaś zobaczyć Kamienne Miasto. Wszyscy trzymajmy się tej wersji. Teraz tylko zostało wymyślenie wam fałszywych imion.  
Tu Rivian przerwał na chwilę i zamyślił się. Przeczesał swoje rzadkie włosy ręką i odparł.
- Ty Venie będziesz nazywał się Chalio. Natomiast Dophne będzie… Verminą. Tak, Vermina to dobre imię.
- A co z chłopcem? – celnie zauważył Ven.
- Raczej nikt nie wie, że Dophne Plavook miała syna. Nikt nie powiąże Aksela syna Verimy z prawowitym następcą tronu.
- Masz rację. – odparła Dophne.
- Dobrze więc, wszystko ustalone. Odpocznijmy jeszcze chwilę i ruszajmy w dalszą drogę. Venie jak daleko jest do tej miejscowości?
- Nie jestem pewien. Ale myślę, że zostało nam około dwóch lub trzech godzin podróży. Tak jak panu wcześniej mówiłem zatrzymamy się w karczmie, wynajmiemy dwa pokoje i zatrzymamy się tam na dwa, może trzy dni.  
- Czy to nie będzie niebezpieczne? – zapytała Dophne.
- Nie, raczej nie. To spokojne miasteczko, nie licząc kilku kieszonkowców. Nic nam tam nie grozi. Poza tym musimy uzupełnić zapasy.  
- Dobrze… Rozumiem.  
- Naprawdę nie masz czym się przejmować. – wtrącił Rivian. – Wkraczamy na teren gdzie moje wpływy związane z moją pozycją w Kamiennym Mieście zaczynają mieć znaczenie. W razie czego mogę powołać się na księcia Maksymiliana. Nie znam Strażnika, który ośmieliłby mu się sprzeciwić. Książę jest bardo charyzmatyczny. Może poza głównym Dowódcą. To dosyć specyficzny człowiek, do tego fanatyk. Ślepo wierzy w słuszność rządów Torenów. Ale cały rok spędza w stolicy, ubzdurał sobie że jego zadaniem jest ochrona króla. Nie odstępuje go ani na krok.  
- Czyli podsumowując nie powinniśmy zostać zatrzymani i przeszukani. To dobra nowina.  
Rivian i Dophne skinęli głowami.  
- Chyba powinniśmy powoli się zbierać. Wyruszamy za pół godziny, bądźcie gotowi.

Vilgefortz

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 1441 słów i 8216 znaków, zaktualizował 15 lip 2018.

1 komentarz

 
  • rys

    masz talent bardzo dobre

  • Vilgefortz

    @rys Dzięki za miłe słowa. :D