Nowy Świat Czarownic, cz. 40

     Zwiadowcy tana nie okazali się szczególnie wprawnymi jeźdźcami, a ich wierzchowce nie mogły równać się z Demonem. Wspólna podróż wkrótce zaczęła nużyć zmuszonego utrzymywać powolne tempo Marcusa. Na leśnej ścieżce i tak nie zdołałby wypuścić się w cwał czy choćby szybki galop, ale obydwu swoich towarzyszy wyprzedziłby bez trudu nawet kłusem. Musiał celowo spowalniać krok przyjaciela, by zachować ostrożność i utrzymać odpowiedni dystans. Do tego starał się pozostawać gotowym w każdej chwili do użycia mocy, co wymagało sporej koncentracji. Pomimo pozyskanych niedawno umiejętności, nie posiadał przecież prawie doświadczenia w posługiwaniu się magią. Dlatego ucieszył się, gdy las zostawili wreszcie za sobą. Rozpostarła się przed nimi rozległa, porośnięta trawą równina, przecięta szeroką, ale raczej niezbyt głęboką rzeką, spokojnie toczącą swoje wody ku nieznanemu chłopakowi przeznaczeniu w odmętach jakiegoś północnego morza. Przewodnicy wstrzymali konie na skraju drzew, pozostając w ich cieniu. Dowódca przyzwał Marcusa ruchem ręki, ten jednak zignorował zaproszenie czy też rozkaz. Zbliżył się tylko na tyle, by samemu swobodnie obserwować okolicę, a rozmowa mogła odbyć się bez podnoszenia głosu do krzyku.
     - To tutaj – odezwał się zwiadowca. - Nad rzeką, tam, gdzie w zakolu rośnie samotny dąb. Tam otrzymałem list i tam też miałem cię doprowadzić na rozkaz tana. Podobno masz się tu spotkać z kimś z obozu Wilczycy, a mnie polecono do niczego się nie wtrącać. Miejsce dobrze wybrane, sam widzisz, że trudno byłoby urządzić jakąś zasadzkę.
     Być może ostatnie słowa stanowiły przyganę dla nieufności Marcusa, ten jednak zignorował ten przytyk, o ile rzeczywiście o to właśnie chodziło wojownikowi tana Arnolda. Jego towarzysz zachowywał milczenie.
     - Nikogo tu nie ma. - Chłopak zlustrował otoczenie, sięgając wzrokiem odległej krawędzi lasu po drugiej stronie rzeki.
     - Może jeszcze nie czas, pory spotkania nie określono zbyt dokładnie. Ale to właściwe miejsce. Ruszaj, jeśli tego właśnie chcesz i zaczekaj. O ile wiem, musisz się tam udać sam. My zostaniemy tutaj.
     Czy na pewno tego chciał? Czy chciał spotkać się z Berenika, wziąć ją w ramiona, opowiedzieć o wszystkim, co go spotkało, dowiedzieć się, jak traktowano ją w więzieniu, co z ich dorastającą w jej łonie córką, w jaki sposób objęła władzę i jak zamierza ją sprawować? Oczywiście, że chciał! Po to tu przybył. Aby ponownie połączyć się ze swoją panią i małżonką, ze swoja ukochaną. Teraz już na innych niż poprzednio zasadach. Ona stała się obecnie prawowitą władczynią Siedmiu Bram, a on potężnym czarodziejem. Tego nie zamierzał przed nią ukrywać, sama ofiarowała mu przecież pierwszą magiczną umiejętność. No, może opowie o tym Berenice po kolei, stopniowo. Ale zatajać przed nią swojej nowej siły nie chciał, zresztą i tak pewnie by nie zdołał. Co dalej z tym wszystkim począć, postanowią już wspólnie.
     „O ile to naprawdę Berenika.” - Uprzytomnił sobie nagle. - „Księżna niejeden już raz zdołała mnie oszukać. Ale nie oszuka Demona, tego nie potrafi” - Podniesiony na duchu tym stwierdzeniem, bo przecież wierny koń już kilka razy pokrzyżował plany wiedźmy, wynurzył się spod osłony drzew i pokłusował w stronę samotnego dębu. Zgodnie z zapowiedzią, zwiadowcy tana pozostali na skraju lasu. Nie oglądał się za nimi.
     Nie spiesząc się, dotarł do wyznaczonego miejsca spotkania. Rzeka toczyła tutaj swoje wody po płyciźnie, tworząc szeroki bród. Gęsta, ciągle jeszcze zielona trawa otaczała piaszczystą, nadbrzeżną łachę. Zatrzymał konia na skraju nurtu, pozwolił mu się napić. Niespieszna przejażdżka po lesie w żaden sposób nie zgrzała bowiem wierzchowca. Nadal nikogo nie dostrzegał, nawet ludzi Arnolda, którzy skutecznie ukryli się wśród drzew. Miejsce tchnęło spokojem i rzeczywiście, marnie nadawało się do przygotowania zasadzki. Na wszelki wypadek zachowywał jednak czujność, gotowy do postawienia ćwiczonych wczoraj z Aurorą osłon. Mocy mu nie brakowało.
     Trwał tak przez czas wystarczający, by słońce wyraźnie już pochyliło się ku zachodniej stronie horyzontu, a cień rzucany przez potężne drzewo wydłużył się. Wreszcie dostrzegł jakiś ruch na przeciwległym krańcu równiny. Samotny jeździec, który jak uprzednio Marcus wyłonił się spośród drzew. Tyle, że w przeciwieństwie do chłopaka wypuścił konia w szybki galop, pędząc śmiało w kierunku brodu.
     Najpierw rozpoznał konia. Tak, to Orzeł Bereniki! Wyruszająca na wyprawę pod podwójną postacią księżna pozostawiła siwka na zamku, może na jego grzbiecie również nie czuła się pewnie? A sama księżniczka? Uwolniona i wezwana do jak najszybszego przybycia do armii skorzystałaby właśnie z ulubionego wierzchowca. To oczywiste! A więc może to naprawdę ona, jego Berenika? Wytężył wzrok, wpatrując się w sylwetkę jeźdźca. Tak, to musiała być dziewczyna, śmiało i z wprawą powodująca koniem. Pędząca na spotkanie z kim? Ze swoim ukochanym pierwszym panem i małżonkiem! Amazonka zbliżała się szybko, rozpoznał jej sylwetkę, rysy twarzy... Berenika, to jego Berenika! Już, już miał poderwać Demona i rzucić się na spotkanie, gdy przyszła fala otrzeźwienia. Nie ma przecież żadnej gwarancji, że oto nie nadjeżdża przybierająca oszukańczo postać własnej córki stara wiedźma. Podobno nie żyje, ale kto wie? Lady Berengaria zdolna jest z pewnością do wszelkiej zdrady. Wielokrotnie wyprowadzała go w ten sposób w pole. Nie, dzisiaj nie da wiary własnym zmysłom. Orzeł to zbyt mało, może księżna potrafi zresztą zmienić również postać zwierzęcia? Tylko Demon, wierny przyjaciel, którego czuje pod siodłem, może dać mu pewność! On nie został w żaden sposób zaczarowany, a wiedźmy nie cierpi.
     - Hej, Marcusie. Ukochany! - Berenika osadziła konia po drugiej stronie rzeki i przyjaźnie zamachała ręką. - Jak dobrze cię widzieć! Całego i zdrowego, pomimo wszelkich niebezpieczeństw, których doznałeś. Pomimo tego, że wpadłeś w ręce barbarzyńców. Teraz wszystko się zmieni. Matka nie żyje, a ja jestem nową panią Siedmiu Bram! I pragnę wziąć w ramiona mojego pierwszego męża, ojca naszej córki, przyszłej następczyni tronu. Pragnę nie tylko twoich ramion, ukochany!
     - Bereniko, to znaczy pani i żono. I ja z radością widzę cię wolną, wolną i szczęśliwą. I z ochotą złożę hołd Waszej Wysokości, jako nowej władczyni księstwa.
     - Dlaczego mówisz w taki sposób, Marcusie? Po wszystkim, przez co przeszliśmy? Po tym, gdy zgodziłam się zawrzeć pokój z tymi barbarzyńcami, by tylko cię odzyskać.
     - Bereniko... Wybacz, ukochana, ale muszę mieć pewność. Może o tym nie wiesz, ale lady Berengaria próbowała mnie zabić, gdy ostatnim razem przejęła moją moc. Dowiedziała się, że potrafię używać magii. Potrafię dzięki tobie, czarem ognia zabiłem sir Oswalda. Wtedy się domyśliła i postanowiła o mojej śmierci. A wielokrotnie przybierała już oszukańczo twoją postać. Jeżeli to naprawdę ty, ukochana, to szczerze i z radością będę błagał o wybaczenie, z radością wezmę cię w ramiona, z radością oddam moc, jeżeli tego zechcesz. I nie chodzi tylko o tę przeklętą moc. Ale muszę mieć pewność.
     - Wiem... - Księżniczka okazała ślad niepewności, może zakłopotania. - Wiem, że księżna czyniła to początkowo za moją zgodą i przy mojej pomocy. Zdołała nas poróżnić. To ja powinnam prosić cię o wybaczenie, ukochany. Ale postaram ci się to wynagrodzić. I mnie też nie chodzi tylko o tę przeklętą magiczną siłę. Udowodnię to. Ale najpierw udowodnię, że nie jestem moją matką. Na szczęście, mamy na to sposób. Ufasz przecież Demonowi. Ty sam zawiązałeś naszą przyjaźń, on nie weźmie na grzbiet nikogo obcego, a już na pewno nie pozwoliłby dosiąść się lady Berengarii.
     - Tak, jego jednego mogę być pewien. Bereniko, bo chcę wierzyć, że to naprawdę ty, udowodnij to, jak mówisz. I wybacz, że muszę o to prosić.
     - To ty wybacz, Marcusie, że muszę dowodzić tego, że nie stoi przed tobą stara księżna. Jeśli pozwolisz, przejadę przez ten bród i dasz mi Demona.
     - Dobrze.
     Dziewczyna powoli i ostrożnie przekroczyła nurt rzeki, straciła gdzieś swoją śmiałość. Może obawiała się jednak, że Demon zapomniał o ich krótkiej przyjaźni? A od tej próby zależało przecież tak wiele. On sam nie miał podobnych wątpliwości, wierny rumak nie zawiedzie. Zawsze zapamiętywał zarówno wrogów, jak i przyjaciół. I potrafił ich rozpoznawać. Na wszelki wypadek wzmocnił jeszcze gotowość do użycia mocy. Berenika zbliżała się, wyjechała na przybrzeżną łachę. Chciał wierzyć, że to naprawdę ona, ale oszukiwano go już zbyt wiele razy. Oboje zeskoczyli z koni w tej samej chwili. Ona puściła luzem Orła, on podał jej wodze Demona. Uchwyciła je pewniejszym już ruchem, uspokajająco poklepała wierzchowca po szyi, dmuchnęła w jego nozdrza. Przyjął to z zadowoleniem, uszczypnął nawet lekko wargami pieszczącą go dłoń. Jak gdyby domagał się jabłka albo marchewki, ale dziewczyna nie chciała posługiwać się w takiej chwili jakimkolwiek przekupstwem. Wiedziała, że musi udowodnić swoją tożsamość bez żadnych wątpliwości. Wsunęła stopę w strzemię i bez wahania wskoczyła na grzbiet konia. Marcus wstrzymał oddech. Nic się jednak nie stało. A raczej przeciwnie, wydarzyło się bardzo wiele. Księżniczka ponagliła rumaka i ten ruszył kłusem, przechodząc w galop, a następnie cwał. Droga na miejsce spotkania wcale go nie zmęczyła, a dnie spędzone w stajni oraz spacery po ciasnym dziedzińcu gródka wzmogły ochotę na szaleństwa na otwartej przestrzeni. Teraz znalazł zarówno taką przestrzeń, jak i wprawną amazonkę, która potrafiła wykorzystać wszystkie walory rumaka. Pędzili tam i z powrotem, zataczali koła i ósemki, przekraczali kilka razy bród, aż woda tryskała spod kopyt, przechodzili od kłusa przez galop w cwał i odwrotnie. Berenika, bo teraz nie miał już żadnych wątpliwości, odzyskała wigor, śmiała się i wykrzykiwała uradowana galopadą, pędem powietrza, tym, że udowodniła swoją tożsamość i na nowo zdobyła serce ukochanego.
     Bo tak też się stało. To ona, jego pani i małżonka! Lady Berenika, nowa księżna Siedmiu Bram! Tytuł ten budził w Marcusie złe skojarzenia. Dla niego ukochana na zawsze pozostanie już księżniczką, na pewno nie obrazi się i pozwoli nazywać się w taki właśnie sposób. Czy jednak galopując i cwałując nie zaszkodzi ich dziecku, małej Lady Blance? Nie znał się na takich sprawach, ona pewnie wiedziała lepiej, ale znalazł też inne powody, by zakończyć tę przejażdżkę, która z pełnej napięcia próby przeistoczyła się w radosną zabawę. Pora na kolejny akt!
     - Bereniko, księżniczko, wracajcie! Chcę wziąć cię w ramiona!
     Posłuchała skwapliwie, kolejny raz rozbryzgując wodę kopytami Demona. Przekraczając rzekę stopniowo jednak zwalniała, na piasek i trawę wyjechała już powoli. Zeskoczyła z konia jakby z niechęcią, poklepała w podziękowaniu po szyi. Podbiegł do obojga, wziął dziewczynę w ramiona. Przyjaciel również zasługiwał na wdzięczność, ale w tej chwili najważniejsza była ona, jego księżniczka.
     - Bereniko, to naprawdę ty. To naprawdę ty, ukochana. Wybacz... - Poszukał ustami jej warg, wzmacniając zarazem uścisk ramion. - Kocham cię, pragnę cię, chcę kochać się z tobą tu i teraz. Chcę dać ci rozkosz i sam ją otrzymać. Chcę dać ci moc!
     - Marcusie... - Zesztywniała odrobinę, czyżby wróciła niepewność. - Nie chciałabym żebyś pomyślał, że chodzi mi tylko o tę po stokroć przeklętą moc.
     - Nigdy tak nie pomyślę!
     - Kocham cię, kocham do szaleństwa. Magiczna siła nie ma tu nic do rzeczy, ale...
     - Jakie znowu ale, księżniczko?
     - To prawda, że nie mam teraz w sobie ani odrobiny mocy, wiesz dlaczego. Ale nie o moc mi chodzi, na pewno nie o moc!
     - Wiem. Wiem o tym dobrze. Ale magiczną siłę dostaniesz i tak. Mam jej mnóstwo, aż za wiele.
     - Sądzisz pewnie, że zamierzam cię z niej okraść, jak czynią to szlachetnie urodzone damy z Królestwa.
     - Nowa pani Siedmiu Bram musi posiadać moc. Musi być potężna, by rządzić silnie i sprawiedliwie, by zakończyć wojnę, by przynieść pokój zarówno swoim własnym poddanym, jak i tym nieszczęsnym barbarzyńcom. I ja dam ci tę siłę, zawsze możesz na mnie liczyć! Dam z ochotą, uwierz. A rozkosz ofiarujemy sobie nawzajem. Zaczniemy tu i teraz, natychmiast.
     - Tak Marcusie, ja też tego pragnę. Twojej miłości i tego dawania sobie rozkoszy. Pragnę jak niczego innego na świecie.
     Dziewczyna wpiła się w usta chłopaka z siłą rozpaczy i długo odkładanego pożądania, pozbywając się wreszcie trapiących ją wątpliwości. Nie tracił czasu, pragnął przekonać swoją księżniczkę, że mówił zupełnie szczerze. Mocy miał aż za wiele, z radością odda ją ukochanej. Oderwał ręce, zaczął gorączkowo rozpinać sprzączki i guziki jej jeździeckiego stroju. Ona czyniła to samo, z równie naglącym pośpiechem. Odrzucili na bok kubraki oraz bieliznę. Gdy opadły spodnie spróbował nieopatrznie przestawić nogi, zaplątał się i stracili równowagę, zwalając na trawę. Nic nie szkodzi! Okazała się miękka i przyjemna, niczym posłanie w zamkowej komnacie. A przynajmniej tak to odebrał, oboje tak to odebrali. Porzucili wszelkie wyszukane, wyuczone czy wypraktykowane sposoby uprawiania miłości. Na to przyjdzie jeszcze czas, mają przed sobą mnóstwo czasu. Teraz chciał jak najszybciej poczuć smak i zapach ukochanej, ciepło i wilgoć jej ciała. Poczuć w szczególny, jedyny w swoim rodzaju sposób. Był gotowy. Nie przerywając pocałunku sięgnął dłonią pomiędzy jej rozwarte uda. Nie musiał nawet zbytnio się starać, znalazł tam już zarówno ciepło, jak  i wilgoć. Tym lepiej, na długie igraszki przyjdzie czas przy innej okazji. Berenika uchwyciła nabrzmiałego fallusa, szarpnęła kilka razy. Pamiętała, że lubi uścisk od spodu. Ona również nie wykazała się szczególną finezją czy delikatnością, ale nie miało to w tej chwili żadnego znaczenia.
     - Szybciej, Marcusie! Szybciej, ukochany. Tak długo na to czekałam!
     Ułożyła się wygodniej na plecach, biorąc biodra chłopaka pomiędzy własne uda. On, leżąc na boku przysunął się jeszcze bliżej. Żar przebijał się już ku powierzchni. Dłoń dziewczyny pomogła odnaleźć właściwe miejsce, jej nogi zacisnęły się wokół pośladków, biorąc je w posiadanie niczym upragniony łup. Objął jej kark ramionami, by nic już nie zdołało ich rozdzielić. Naparł z całą siłą.
     - Mocniej, szybciej. Tak właśnie chcę, tego pragnęłam, na to czekałam! Było warto! - powtarzała gorączkowo.
     Nie dał się prosić, wzmagając tempo uderzeń. Na efekty nie trzeba było długo czekać, gorąca fala przebiła ostatnie zapory i rozlała się we wnętrzu dziewczyny. Drgnęła i wzmocniła uścisk, przeżywając własną rozkosz. Może nie był to akt miłości godny dwornego, wyedukowanego kawalera, cóż jednak z tego, skoro jego pani okazywała entuzjastyczne zadowolenie? A i on sam odczuł rozkosz uwolnienia. Rozkosz połączoną z narastającym osłabieniem, nieuchronnie następującym po oddaniu nasienia oraz mocy. Ale co z tego? Taka cenę płacił z ochotą. I zapłaci jeszcze nie jeden raz.
     - Och, było warto... Było warto.
     Dziewczyna nadal wpijała się w Marcusa, obejmując go z niezwykłą siłą.
     - Kocham cię, Bereniko – wyszeptał.
     - Ja też cię kocham, paniczu Marcusie. Kocham cię ponad wszystko, kocham cię bardziej niż siebie samą i własny honor.
     - Jesteś moją panią i małżonką, księżniczko. Może nie wykazaliśmy się na tej łące wyrafinowaniem godnym szlachetnie urodzonych, ale w niczym nie umniejsza to naszego honoru. A już na pewno nie twojego – zażartował, próbując ją pocałować.
     - Wybacz mi, paniczu Marcusie. Może kiedyś zdołasz mi wybaczyć. - Uchyliła się wargami. - To dlatego, że tak cię kochałam, nadal kocham, a ty... Ty nie chciałeś, nie potrafiłeś tego dostrzec. Wiem, to nie twoja wina. Wiem, nie miałam prawa... Wybacz mi, to był jedyny sposób.
     - O czym ty mówisz, ukochana?
     Poczuł zdziwienie, potem niepokój. Emocje rozkoszy opadały i chociaż nadal osłabiony, zaczynał myśleć coraz jaśniej. Dlaczego Berenika aż tak się przed nim kajała? Już dawno wybaczył jej dawne podstępy i intrygi. Wybaczył szczerze i związali razem swój los. On sam też nie był zresztą bez winy.
     - Wybacz mi, może kiedyś potrafisz przynajmniej to jedno.
     Dziewczyna nadal obejmowała go z desperacją rozpaczy. Osłabiony oddaniem mocy nie znalazł sił i ochoty by rozerwać ten uścisk. To normalne, zawsze po takim akcie tracił siły. Nieodzowny aspekt przekazywania mocy. Ale pani szlachetnej krwi, wzmocniona tą samą mocą, powinna odczuwać radość i euforię, a nie zadziwiający smutek. Zaraz zaraz, czegoś tu brakowało. Moc utracił, ale czy ktoś ją przejął? Nie przypominał sobie ssania! Zawsze pojawiało się ssanie! Odkąd pierwszy raz kochał się z fałszywą Anitą, ktokolwiek podszył się pod jej postać, poprzez wszystkie zbliżenia z Bereniką i Aurorą, czy też nawet z Ragnegą i Berengarią, zawsze pojawiało się ssanie. A tutaj nie!
     - Ukochana, co ci...Straciłaś moją moc? Może to dlatego, że nosisz nasze dziecko?
     Ponowił próbę uwolnienia się, bezskutecznie.
     - Nie, Marcusie... Znienawidzisz mnie za to, co zrobiłam. Ale nie potrafiłam inaczej. Nie potrafiłam, bo cię kocham. Kochałam od dawna, chociaż nie miałam prawa. A ty tego nie dostrzegałeś.
     - O czym ty mówisz?
     Nie doczekał się odpowiedzi, uwagę chłopaka odwrócił szybki tętent kopyt. Ktoś nadjeżdżał spiesznym galopem. Zwiadowcy tana? Przecież mieli się nie wtrącać. Tym razem z trudem zdołał odwrócić głowę. Kolejny samotny jeździec po drugiej stronie rzeki, kolejna amazonka. To nie uległo wątpliwości, chociaż jej twarz skrywał kaptur.
     - Odsuń się, dziewko. Zrobiłaś już swoje i dostałaś zapłatę.
     Ten głos...
     - Tak, dostałam, ale sama już nie wiem, czy takiej właśnie chciałam, szlachetna pani...
     - To nieważne, grunt, że wykonałaś, co do ciebie należało. Czy było to warte zapłaty, to już twoja sprawa. A teraz odsuń się, szybko. Możesz mi się jeszcze przydać.
     Nie wierzył własnym uszom. Kobieta siedząca na koniu przemawiała głosem Bereniki! Odrzuciła kaptur i ujrzał piękną, chociaż zimną w tym momencie twarz ukochanej. Władczym tonem wydawała rozkazy, komu jednak? Samej sobie? Bo przecież rozmawiała również z Bereniką! Dziewczyna, z którą właśnie się kochał i której oddał albo i nie oddał moc, musiała przecież być jego ukochaną. Dosiadła Demona! Ta nowa, to pewnie zmartwychwstała księżna. Udawała tylko własną śmierć, by zwabić go w pułapkę. To już pojął, ale w jaki sposób skłoniła do współpracy w kolejnym oszustwie córkę? Czegoś takiego nigdy Berenice nie wybaczy! O ile trafi się jakakolwiek okazja do wybaczania, bo zamiary księżnej wydawały się oczywiste. A on znowu nie miał mocy! Raz jeszcze dał się oszukać i wyprowadzić w pole.
     Prawdziwa Berenika powoli i niechętnie odsunęła się na bok.
     - Pospiesz się, dziewko! Nie mamy czasu, bo on szybko odzyskuje ostatnio moc. I mogą się gdzieś tutaj kręcić barbarzyńcy. Ogarnij się i wskakuj na konia. Możesz wybrać, którego chcesz. Sir Marcusowi żaden z nich na nic się już nie przyda.
     - Jak to, na nic się nie przyda, szlachetna pani? - Berenika podciągnęła spodnie i podeszła do Orła.
     - A tak!
     Księżna, bo nie ulegało wątpliwości, że musiała to być udająca znowu własną córkę Lady Berengaria, skoncentrowała się i powoli, z pewnym trudem zbierała nad głową kulę ognia.
     - Co robisz, pani? Miałaś go tylko pojmać!
     - Ona chce mnie zabić, bo znam czary i stałem się zbyt niebezpieczny! Raz już próbowała!
     - Nie! Mówiłaś coś innego, obiecałaś!
     Księżna nie traciła jednak obecnie czasu na rozmowy, potrafiła wyciągać nauki z popełnianych błędów. Celowo też zapewne odgrodziła się od nich szerokością rzeki, by nikt jej nie zaskoczył i nie przeszkodził, jak ostatnio Demon. Nie zaprzątała też sobie głowy unieruchamianiem ofiary, osłabiony, zaplątany w opuszczone spodnie Marcus i tak nie zdoła uciec przed ognistym pociskiem, a precyzja strzału z łuku nie jest tutaj potrzebna. Rozpaczliwie szukał mocy, znał przecież sposoby stawiania osłon! Mógłby też sam zaatakować. Ale magiczna siła, niedawno oddana, nie zdążyła jeszcze powrócić. Powracała ostatnimi czasy szybko, ale nie aż tak szybko. Wiedźma również formowała jednak swoją ognistą kulę powoli, z wysiłkiem. Żar niespiesznie przybierał właściwy kształt i temperaturę. Czyżby zasoby mocy księżnej były ograniczone? Ostatnim razem sam dał jej siłę, teraz nie mogła przejąć jej osobiście, na przeszkodzie stanęła próba z Demonem. Czy w ogóle ktokolwiek tę siłę przejął?
     Wreszcie pocisk ruszył z miejsca. Nie tak potężny i szybki jak podczas bitwy o gród tana Arnolda, z pewnością nie zdołałby rozbić wałów czy bramy, ale na jednego, naiwnego młodzieńca wystarczy aż nadto.
     - Nieeee!
     Druga Berenika wskoczyła na Orła i pognała konia z siłą rozpaczy. Za późno, nie zdąży przejechać przez bród i w jakikolwiek sposób przeszkodzić wiedźmie. Nie o to jej jednak chodziło. Dając dowód niepospolitych umiejętności jeździeckich i łamiąc opór wierzchowca ruszyła, by osłonić chłopaka. Ustawiła się dokładnie na linii nadlatującej kuli. Przerażony Orzeł wyłamał się, ale nie zdołał już uciec. W ostatniej chwili dziewczyna rzuciła się w bok, zeskakując z grzbietu oszalałego konia. Potoczyła się po trawie, podczas gdy dzielny rumak dokonał ofiary, w której został złożony. Pochłonął go ogień. Ponieważ pocisk nie odznaczał się szczególną siłą, koń zdążył wydać przeraźliwe rżenie, protestując przeciwko losowi, który mu przeznaczono. Ten dźwięk prześladować miał Marcusa prawie tak często, jak wspomnienie śmierci Anity. Płomienie wyczerpały jednak swoją moc i nie znalazły kolejnego celu.
     Co zrobi wiedźma? Czy zbierze siły na następny atak? Czy sama dobędzie sztyletu i spróbuje dokończyć dzieła? Czy wezwie swoich zbrojnych, o ile takowych sprowadziła? Marcus nadal niewiele mógł zrobić, a Berenika, czy też kimkolwiek była zdrajczyni i wybawczyni w jednej osobie, wydawała się nieprzytomna. Potężny podmuch wiatru uderzył nagle w stary dąb, milczącego świadka ich zmagań. Drzewo straciło kilka konarów, które kierowane precyzyjną siłą uniosły się w powietrze i runęły ku wiedźmie. Zdążyła postawić osłonę, słabą i niepewną, to Marcus potrafił już rozpoznać. Powstrzymała ona jednak napór na czas wystarczający, by księżna poderwała konia i uchyliła się z linii ciosu. Nie próbowała kontynuować walki, wybrała ucieczkę. Lady Berengaria nie była może zawołaną amazonką, ale jeździć konno potrafiła. Na pewno lepiej, niż zbliżający się od strony lasu ludzie tana. Oddalała się od rzeki i gnała ku dającym schronienie drzewom na jej krańcu równiny. Odległość rosła i zwiadowca Arnolda nie powtórzył już ataku. Chociaż siły z pewnością mu nie brakowało. A raczej jej nie brakowało, bo wybawczynią okazała się, oczywiście, Aurora. Odrzuciła kaptur i Marcus wyraźnie widział teraz jej twarz.
     - Eh, książę. Ta twoja wiedźma znowu omal cię nie zabiła. A raczej nie uczyniły tego obydwie, wspólnymi silami. Musisz lepiej uważać, komu oddajesz moc. Ale oto trafiła się okazja, by skończyć przynajmniej z jedną z nich. Byłaby cennym jeńcem, to prawda. Ale ma teraz w sobie twoją siłę, nieprawdaż? Jest więc zbyt niebezpieczna i możemy zrobić tylko jedno. Nigdy zresztą tej twojej szlachetnie urodzonej pani i małżonki nie lubiłam, cokolwiek byś nie opowiadał o intrygach jej matki.
     - Ona uratowała mi życie!
     - Ale przedtem zdradziecko wydała w ręce starej wiedźmy, temu nie zaprzeczysz? Obawiałam się czegoś takiego i dlatego tu jestem.
     - Gdyby nie ona i tak zjawiłabyś się za późno!
     Na to rozgniewana Aurora nie znalazła odpowiedzi, nie zamierzała jednak ustępować.
     - Może i ruszyło ją sumienie, ale przepełniona mocą stanowi zbyt wielkie zagrożenie. Nie możemy ryzykować.
     Nie wszystko jeszcze pojmował, nie miał już pewności, że kochał się z Bereniką i to ona zwabiła go w pułapkę. Wiedział jednak, że ostatecznie uratowała mu życie i nie pozwoli teraz, by tak po prostu poderżnięto jej gardło albo spalono ogniem. Może i ogarnięta gniewem Aurora tylko straszyła, ale argumenty, które przedstawiała, wydawały się z jej punktu widzenia trafne. Z pewnym jednak zastrzeżeniem, czy to naprawdę Berenika i czy naprawdę przejęła moc kochanka? On sam nadal magicznej siły nie odzyskał, chociaż spodziewał się, że nastąpi to już wkrótce. Miał jednak jeszcze inny sposób. Przysunął się do nieprzytomnej i zasłonił własnym ciałem.
     - Nas oboje chyba nie spalisz?
     - Nie. Wiesz dobrze, że nie. Ale ona jest niebezpieczna, Marcusie. Jeżeli tak chcesz, to zostawmy ją tutaj, dopóki nie odzyskała przytomności i wracajmy.
     - Ale dokąd? Nie mam już nigdzie miejsca, w którym mógłbym się schronić. A ta dziewczyna... Kochałem się z nią, to prawda, ale wydaje mi się, że nie przejęła mocy, którą oddałem razem z nasieniem. Było inaczej niż zwykle, inaczej niż z tobą albo innymi, tutaj czy w Królestwie. Nie wydaje mi się, by ona miała w sobie szlachetną krew. To nie Berenika!
     - A kto? Wygląda dokładnie tak jak ona. I dosiadła Demona, jeździła na nim niczym przyrośnięta. A twój koń podobno nikomu na to nie pozwala, poza tobą i Bereniką właśnie.
     - Tak, dosiadają go tylko przyjaciele. Ale zapomniałem o jeszcze jednej przyjaciółce. Tak, zapomniałem. W tym miała rację, szalona dziewczyna. W tym jednym miała racje, niezależnie od tego, co popchnęło ją do zdrady. Poczekajcie chwilę, dobrze?
     Powstał i nabrał wody w manierkę przytroczoną do uprzęży Demona. Wylał zawartość na twarz nieprzytomnej.
     - Obudź się, Sudrun. Obudź się i opowiadaj, cóż takiego uczyniłaś? Albo co wiedźma uczyniła tobie?

5 139 czyt.
100%3712
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne i fantasy, użył 4735 słów i 26886 znaków, zaktualizował 13 kwi o 22:08.

12 komentarze

 
  • Lolek2

    Lolek2 16 maja

    Noooo juz juterko kolejna czesc opowiadania...

  • emeryt

    emeryt 13 maja ip:8979110

    @nefer, no i wykrakałem, a z Lolek2 miałem rację.

  • Lolek2

    Lolek2 12 maja

    @emeryt  no wlasnie w tym momencie chcialem scigna nefera.  Bo domyslalem sie ze wycieczka skonczona, przez weekend wypoczety, poniedzialem / wtorek pozalatwia sprawy biezace. Sroda / czwartek cos napisze i  czwartek / piatek wieczorem ujzymy kolejna czesc.
    Tak to se wynyslilem.....  ))
    @nefer      

  • emeryt

    emeryt 11 maja ip:8979110

    @nefer, chyba już zbliża się czas na kolejny odcinek.  
    wyjazdy mają to do siebie  że kończą się i powraca proza życia codziennego, a wraz z nią tęskniący czytelnicy za twoją twórczością. Co prawda, to twój osobisty "poganiacz niewolników" jeszcze się nie ujawnił, lecz sądzę że to szybko nastąpi. Serdeczne pozdrowienia.

  • ed

    ed 17 kwietnia ip:7070121

    super jedziemy dalej!!

  • Mily

    Mily 16 kwietnia ip:374760

    No dobra do świąt daleko dawaj na biegu jeszcze jeden:-)

  • Lolek2

    Lolek2 14 kwietnia

    Kolejny raz dal sie wrobic. Mam nadzieje ze to czegos marcusa nauczy.
    A w miedzy czasie milego odpoczynku neferze. Pozazdroscic ci tych czestych wycieczek. Gdzie tym razem?
    Ja w zeszlym roku pierwszy raz z rodzina wyjechalem, nie zgadniesz "neferze" gdzie... heheh...W tym roku chociaz raz tez musze. xD

  • Priap

    Priap 14 kwietnia

    Zajebiste. Tylko trudno się czyta.  Spróbuję poprzednie odcinki.  Może jak poznam ten styl pisania... Bo odbiega to od kanonu... to nie jest komplement.  Niestety

  • AnonimS

    AnonimS 13 kwietnia

    Kazdy jest chwyt jest dozwolony. Sundrum zostala przemieniona czarami zeby oszukac Demona. Zorientowalem sie kiedy powiedziala" wybacz mi paniczu Marcusie". Szlachetna dama Berenika tak by sie nigdy nie odezwala. Ale znajac ciebie Autorze uwazam ze to zabieg celowy . Bardzo ciekawy odcinek. Pozdrawiam

  • CzarnaKaczuszka

    CzarnaKaczuszka 13 kwietnia ip:1930108

    Biedna Surdun. Kochana, oddana dziewczyna, że też musiała wpaść w łapy wiedźmy :(

  • emeryt

    emeryt 13 kwietnia ip:8979110

    @nefer, dziękuję Tobie za tak zaskakujący i wspaniały odcinek. Lecz w pierwszym rzędzie pragnę życzyć Tobie  wraz z rodziną udanych i szczęśliwych Świąt Wielkanocnych, o dyngusie nie wspomnę.



  • nefer

    nefer 13 kwietnia

    Poganiany bezlitośnie przez Lolka, zgodnie z obietnicą wstawiam kolejny odcinek. To ostatni przed świętami. Wyjeżdżam na jakiś czas, co nie powinno być dla niektórych szczególną niespodzianką. Życzę więc wszystkim albo zajączka z bogatym koszykiem, albo wzmocnionego dyngusa. Co kto woli.