Po horyzont - Część 3

Wyszła na pokład, na niebie nie było ani jednej chmurki, a słońce mocno przypiekało. Zapowiadał się kolejny upalny dzień. Susan usiadła na chwilę na dziobie małego yachtu motorowego, przyglądając się okolicy. Niewielka przystań mieściła jedynie kilkanaście yachtów i motorówek. Za pomostem fale oceanu napotykały na betonowy falochron, na którym przesiadywało tutejsze ptactwo. Przymknęła oczy, chcąc się rozkoszować swobodą. Wtem Lucas odnalazł ją, niosąc w ręku butelkę ze złocistym napojem. Przyjrzał się rudowłosej towarzyszce, miała na sobie krótkie dżinsowe spodenki i beżową bluzkę na ramiączkach. Gdyby spotkał Susan właśnie w tej chwili, nie znając jej wybryków, pewnie by się nią zainteresował. Długie zgrabne nogi, krągłości takie jak lubił, oraz rozpuszczone włosy, gdyby nie ich kolor, mogłaby być ideałem, no i ten wybuchowy charakter. Skrzywił się, pociągając kolejny łyk.  
- Dość tego lenistwa – syknął.
Podskoczyła, jakby zobaczyła ducha.  
- Nie strasz mnie, skradasz się jak złodziej! - krzyknęła, aż przechodzący po pomoście straszy pan odwrócił się zaciekawiony.
- Może jeszcze głośniej, bo cała Floryda cię jeszcze nie słyszała. - dodał zdenerwowany.
- Przecież nie powiedziałam, że jesteś złodziejem, tylko …
- Idziemy! - pociągnął ją za ramię.
Weszli pod pokład, pachniało tam świeżymi tostami z masłem. Na stole leżały różne warzywa, pokrojone w plasterki, zdziwiła się widząc, że oszust tym razem się postarał.  
- Co to, szwedzki stół? Obrabowałeś restaurację?
- Masz to wszystko zjeść, nawet tę trawę – pokazał na talerz z sałatą.
- Przecież to dla kilku osób, nie myślisz chyba, że wszystko zjem sama.
- Jedz – dodał dopijając ostatni łyk piwa.
- A ty? Już po śniadaniu? - spytała widząc jak wyrzuca pustą butelkę do kosza.
- Jadłem na mieście – uśmiechnął się szelmowsko. - Jak skończysz, to czekam na pokładzie.
- Nie posiedzisz ze mną – dorzuciła, gdy zaczął już stawiać pierwsze kroki na stromych schodach.
- Nie, bo mi jeszcze widelcem w oko trafisz.

Zniknął szybko z pola widzenia, a miedzianowłosa zaczęła nakładać sobie na tosty warzywa. Zjadła ile dała rady, a resztę pochowała do lodóweczki, w której wreszcie było coś innego niż tylko gotowe dania do mikrofali. Odnalazła Lucasa, który właśnie kończył jakąś rozmowę przez telefon. Założył okulary przeciwsłoneczne i uśmiechnął się z satysfakcją.  
- Jak tam trawa, smakowała?
- Odczep się! Ciekawe co ty jadłeś.
- Same pyszności, pawia w czekoladzie, kaczkę w pomarańczach …
- Ta, jasne.
- Nie wierzysz mi?
- Wierzę ci, tak samo jak ty mnie. - podsumowała patrząc na niego podejrzliwie.
Gdy zobaczył, że włożyła buty na obcasie, zaśmiał się głośno.  
- Co cię tak bawi?
- Ubierz wygodne buty, w tych się połamiesz.
- Przecież mam ćwiczyć odwracanie czyjejś uwagi, a nie biegi przez płotki.
- Jedno nie wyklucza drugiego.
- O czymś mi nie mówisz, mam rację?
- Nie drąż zbyt wiele, po prostu mnie posłuchaj.
Rozdrażniona postanowiła założyć sandały, wyczuwała że coś się święci.
- No, teraz możemy ruszać.
Szli najpierw po pomoście, potem skręcili na plażę. Nogi grzęzły jej w piasku, więc Lucas zdążył już dojść sporo dalej niż ona. Zaczęła do niego machać i wołać, wreszcie się zatrzymał.  
- Co się tak wleczesz?
- Idę po piasku! Tam niedaleko jest promenada, czemu nie możemy iść tamtędy?
- Chciałem sprawdzić, czy jesteś sprawna. Moja babcia by cię prześcignęła. - zaśmiał się głośno.
- Bardzo śmieszne. - dodała z ironią w głosie.

Faktycznie ostatnio jeździła tylko do pracy i z powrotem, potem padała zmęczona na kanapę. Wyglądało na to, że nowy „szef” ze względu na swój fach, musiał sprawnie się poruszać. Przypomniała sobie, jak skakał po balkonie.  
- No, trzeba było wziąć tamte buty, zdecydowanie – zaśmiał się ponownie.
Nic nie dopowiedziała, gdyż nie miała zamiaru się z nim kłócić. Skręcili wreszcie na betonową ścieżkę, odetchnęła z ulgą. Nagle zauważyła jak zmierza do jakiegoś zaułka, po chwili wyjechał z niego na skuterze.  
- Wsiadaj.
- Twój?
Spojrzał na nią z politowaniem.  
- A gdzie kask? Zapłacimy mandat.
- Nie zapłacimy, wsiadasz, czy nie?
Niechętnie usiadła za nim, ale nie wiedziała czego się ma chwycić.
- Złap mnie w pasie i nie puszczaj.
Niechętnie zgodziła się, myślała, że będą jechali leniwie, podziwiając widoki. Niestety gdy Lucas wcisnął gaz, o mało nie poleciała do tyłu.  
- Zwariowałeś? Nie dość, że to nie twój pojazd, to jeszcze za szybko jedziesz!
- Właśnie dlatego jadę szybko. Nie marudź!
Niebawem znaleźli się w dzielnicy domków jednorodzinnych, oszust wydawał się znać okolicę doskonale. Skręcili w jakąś uliczkę, gdzie rosło sporo krzewów. Schował tam pojazd i ruszyli już piechotą. Wybrał nie najlepszą porę na spacery, gdyż słońce operowało bez litości. Na ganku jednego z domów, siedziała jakaś rodzina z dziećmi. Zatrzymali się.
- Posłuchaj, to twoje pierwsze zadanie, masz ich zagadać, na jakikolwiek temat.
- Przecież ich nie znam.
- Ja też nie, ale gdzieś poćwiczyć musisz. W tym czasie będę skradał się do ich domu, mają na mnie nie zwracać uwagi, zrozumiano?
- Czekaj, a po co ty tam chcesz wejść, co?
- Nie pytaj, tylko działaj.

Serce jej biło szybciej, kiedy zaczęła podchodzić do małżeństwa z dwójką dzieci. Maluchy bawiły się klockami, a rodzice pili lemoniadę. Przełknęła ślinę i zaczęła rozmowę.  
- Przepraszam … zgubiłam się, czy mogą mi państwo pomóc?
Spojrzeli na nią podejrzliwie.
- Zgubić tutaj? Przecież tu wszyscy się znają, a domy są ponumerowane, nie rozumiem. - odezwała się kobieta.
Natomiast jej mąż przyglądał się dziewczynie z zaciekawieniem.  
- Szukam … domu babci, dawno tu nie byłam …
- A jaki numer ma dom?
- Nie pamiętam.
Susan zrozumiała, że źle poprowadziła rozmowę. Nagle spostrzegła, jak Lucas zbliża się do posesji, mieli go nie zobaczyć, musiała coś wymyślić.  
- To gdzieś w tamtą stronę – wskazała w alejkę nieopodal, dzięki czemu przestali się patrzeć w stronę idącego spokojnym krokiem oszusta. Lucas wcale się nie spieszył, robił to specjalnie, spodziewała się tego.
- Jak ma na nazwisko babcia? Może ją znamy?- spytała kobieta o jasnych włosach.
- Thompson …
- Nie przypominam sobie.
Lucas w tym czasie zakradł się do domu, nagle usłyszeli jak dzwoni telefon. Mężczyzna chciał iść odebrać, ale Susan zagrodziła mu drogę.  
- Na pewno nie zna pan mojej babci?
- Nie! - ryknął, mijając ją.
Stała jak słup soli, nie wiedząc co ma robić. Kobieta patrzyła na nią jeszcze bardziej podejrzliwie.  
- Co tak stoisz?
- Ja … chyba już pójdę.
- No ja myślę, co za dziwaczka. - syknęła kobieta do siebie.

Nagle usłyszała jakieś poruszenie w środku, po czym Lucas wypadł przez drzwi, biegnąc ile sił w nogach. Trzymał coś w dłoni, pociągnął za sobą Susan, która nie czekając na nic, zaczęła biec razem z nim.  
- Złodziej! - wołał właściciel domu, goniąc za nimi.
Jeszcze nigdy tak się nie bała, co najlepszego narobiła. Nie podobało się jej to, co zrobił nieznajomy. Rudowłosa potknęła się, wywracając się na jezdni jak długa.  
- Wstawaj! - krzyknął oszust.
- Boli! - zawołała, pokazując na poharatane kolano.
- To tylko zadrapanie, do cholery!
Przewiesił ją przez ramię, dobiegając do skutera. Musiał mieć niezłą kondycję, bo Susan nie była znów taka lekka. Wreszcie zgubili tamtego człowieka, chowając się w czyimś ogródku. Ciężko łapiąc powietrze, starała się uspokoić.  
- Czy ty jesteś normalny? Co im zabrałeś?
- Drobiazg.
Z kieszeni spodni wyjął jakiś naszyjnik.  
- Nie normalny jesteś, o ile jestem w stanie zrozumieć, że czyhasz na bogaczy w hotelu, to okradać taką poczciwą rodzinę? Lubisz adrenalinę czy chcesz iść siedzieć!?
- Ciszej, do cholery. Idziemy do skutera, wracamy.
Zdarta skóra na kolanie piekła, więc Susan syknęła.
- Przestań się nad sobą rozczulać.
Popatrzyła na niego z wyrzutem. Wsiedli na jednoślad i ruszyli w stronę przystani. Dziewczyna zaczęła żałować dziwnego układu, w który się z własnej winy wplątała. Gdy dotarli nad wodę, Lucas porzucił pojazd w kolejnym zaułku. Szli w ciszy. Wreszcie znaleźli się na małym yachcie, który był tymczasowym domem oszusta. Wyciągnął z lodówki flaszkę rumu, odkręcił butelkę i bez ceregieli oblał trunkiem kolano Susan.  
- Nie masz wody utlenionej!
- Nie. To na wypadek, żebyś nie straciła nogi, bo spazmujesz jakby cię ktoś pociął nożem.
- Niby taki twardy jesteś? Ciekawe jakbyś się zachował, jakby …
Nagle ściągnął koszulkę, pokazując zabliźnioną ranę na plecach.  
- Widzisz to?
- Co ci się stało? - spytała widząc podłużną szramę.
- Cięcie nożem, nie płakałem jak ty! Przemyj skórę, a potem zbieraj się, odwiozę cię z powrotem do twojej kawalerki.
- Co? Dlaczego?
- Bo się nie nadajesz! Nie potrzebuję kuli u nogi, spodziewałem się, że będziesz pomocna, ale ty nawet po piasku nie masz siły iść a co dopiero, … muszę się napić. - dodał, pociągając z gwinta otwarty przed chwilą rum.

Poszła do łazienki, obmyła bolące miejsce. Pomyślała, że może faktycznie przesadza, ale takie życie jest zdecydowanie nie dla niej. W dodatku spiekło ją słońce, bo zapomniała się posmarować kremem. Miała okazję, aby wrócić do poprzedniego życia, spokojnego, bez nieprzewidywalnych przygód, bez niebezpieczeństw i działania na granicy zdrowego rozsądku. Wtem przypomniała sobie o pewnym zdarzeniu, przez które zdecydowała, że wyjedzie z rodzinnej miejscowości. W szkole było kilka dziewczyn, które ciągle się z niej śmiały, ze względu na kolor włosów oraz przez to, że nie pochodziła z bogatej rodziny. Nie lubiła, kiedy ktoś jej mówił, że się do czegoś nie nadaje. Obiecała sobie, że wróci kiedyś odmieniona. Osiągnie to o czym marzy, pokazując, że można. Teraz to Lucas ją skreślił, chociaż tak naprawdę jej nie znał, oceniając tylko po pozorach. Wyszła z łazienki, odnajdując właściciela statku w kuchni, przy butelce rumu. Wyrwała mu trunek z ręki i sama pociągnęła spory łyk, krztusząc się. Spojrzał na nią z otwartymi szeroko oczami.  
- Nie nadaję się, powiadasz?
- Jak widać, nie masz kondycji, nie umiesz rozmawiać z ludźmi, nie dziwię się, że masz problemy z pracą. Oddawaj mi to, bo jeszcze zaczniesz płakać, że kręci ci się w głowie.
- Nie! Nie wyrzucisz mnie, tylko dlatego, że raz mi się nie udało! Pokażę ci, że się mylisz, bo tak naprawdę mnie wcale nie znasz. - powiedziała, pociągając kolejny łyk, chociaż wiedziała, jaką ma słaba głowę do alkoholu.
- Oddawaj to! - krzyknął, chcąc jej wyrwać butelkę z ręki, wtedy potknęła się i upadł na nią. Po chwili leżeli razem na drewnianym parkiecie, a wokół nich pojawiła się kałuża rumu.
Miał minę, jak dziecko, któremu spadł lód na chodnik.  
- Co najlepszego narobiłaś, teraz nikt z nas tego nie wypije, ruda wariatko!
- Jest trochę na dnie butelki – zauważyła.
Wtem usłyszeli czyjeś kroki na pokładzie, ktoś zbliżał się w ich kierunku. Lucas wstawał powoli, ale śliska podłoga zrobiła swoje, kolejny raz wywrócił się na Susan. Wtedy do pomieszczenia weszła wysoka szatynka, która na widok obłapiającego rudowłosą oszusta, otworzyła szeroko usta.  
- No ładnie się zabawiasz. - syknęła, czując w powietrzu woń alkoholu.
- To nie to co myślisz … - chciał coś dodać więcej, ale kobieta zaczęła z powrotem wchodzić po stromych schodach.
Susan patrzyła z jaką determinacją Lucas zaczyna biec do nieznajomej, zostawiając ją mokrą od rumu na podłodze. Czyżby to właścicielka różowych stringów, które znalazła pod poduszką?

478 czyt.
100%183
AuRoRa

opublikowała opowiadanie w kategorii przygodowe i miłosne, użyła 2198 słów i 12074 znaków. Tagi: #przygodowe #miłosne

3 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 13 marca

    Dziewczyna chce sìę wybić z beznadziei i marazmu? Tylko czy warto za cenę złodziejstwa? Jestem ciekaw jak dalej się potoczą jej losy. Pozdrawiam

  • AlexAthame

    AlexAthame · 11 marca

    No Nietoperku.Niezle ,całkiem niezle    Sam bym tak nie napisał, nawet jakbym bardzo chciał. Czyta się swietnie

  • dreamer1897

    dreamer1897 · 11 marca

    Czyżby na poważnie Susan wpadła w oko Lucasowi? Takie, wielkie śniadanie dla niej przygotował   
    Susan ma gadane ale też twardo postawiła się pomimo tego, że nawaliła wg uznania Lucasa   
    Kim jest szatynka? Teraz będę musiał się zastanowić jak ważną będzie tutaj postacią