Po horyzont - Część 12

O świcie obudził ją szum silnika, zerwała się na równe nogi, czując jak jacht unosi się i opada, niczym w lunaparku. Rozejrzała się po kajucie, ale hamak gdzie zwykle spał oszust, był teraz pusty. Szybko wbiegła do toalety i doprowadzając się do ładu, postanowiła poszukać Lucasa. Gdy tylko wyszła na pokład, zlokalizowała go w kabinie nawigacyjnej. Obserwował przyrządy, zerkając co chwilę na pomiętą i zniszczoną mapę. Zanim zdążyła otworzyć usta, odezwał się pierwszy, wciąż skupiony na swoim zajęciu.  
- Za kilka godzin będziemy na miejscu.
- To znaczy konkretnie gdzie? - spytała zaciekawiona, wciąż czując dreszcz emocji.
- Spójrz, tam jest ich baza. - dodał, zatrzymując palec na jednej z wysepek. - Chodź za mną, w tym stroju nie dasz rady swobodnie się poruszać, że też o wspinaniu nie wspomnę. Nie żebym miał coś do widoku bielizny, ale …
- Jasne, nie mógłbyś się skoncentrować. - wypaliła, wyobrażając sobie podobną sytuację w myślach. - Na szczęście nie jestem atrakcyjna, przynajmniej według ciebie. Zawsze możesz wchodzić pierwszy na wzniesienie i po problemie.
- Powiedzmy, ale jak zahaczysz materiałem o coś? Jak się rozerwie i …
Trzepnęła go ręką w plecy, aż się na chwilę zachwiał.  
- O czym ty myślisz, niebywałe. Przestań tyle pić. - odburknęła nagle.
- Znajdę coś odpowiedniego, chodź za mną, w końcu nie masz się w co przebrać.
- Błyskotliwy jak zawsze, pogromca walizek. Pewnie już dawno nasiąknęła wodą, jak sobie o tym pomyślę, to aż mnie skręca. Jak zobaczę rekina w mojej sukience, to …
- Dość, idziemy. - syknął, mijając ją i kierując się pod pokład.
Zastanawiała się, co tym razem na nią czeka. Spodziewała się, że brunet raczej nie ma damskich ciuszków (poza znalezionymi stringami), więc zaciekawiona poszła za nim. Otworzył sekretne drzwi, po czym nachylił się nad jakimś kufrem, który był pokryty cienką warstwą kurzu. Gdy tylko dostał się do środka, zaczął przeszukiwać zawartość.  
- Nie, to nie … - mruczał jakby do siebie. - … to za duże … a może to …
- Przesuń się, sama sobie znajdę! - krzyknęła, widząc jak Lucas nie może się zdecydować.

Wśród szortów i podkoszulek znalazła coś, co od biedy mogłaby założyć. Brunet raczej nie był przy kości, więc wygrzebała odpowiedni strój.  
- Wypad, przebiorę się! - zawołała, wypychając skonsternowanego mężczyznę na zewnątrz.
- Czekaj, nie możesz tu zostać … to moja … - nie zdążył dokończyć, widząc przed sobą zatrzaskujące się drzwi.
Susan zrzuciła sukienkę, którą dostała od Inez i nałożyła ciemnozielony podkoszulek oraz szare szorty z kieszonkami. Zorientowała się, że są zbyt luźne, ale przy pomocy paska, dopasowała zdobyczne ubranie do siebie. Wtem do środka wpadł oszust, wreszcie forsując zamek, jakby włamywał się do własnego domu.  
- Wspominałem, że nie możesz przebywać w tej kajucie, bo jest tu broń, ostre przedmioty …
- Wiem i sejf. Bez obawy, nie okradnę cię, ani nie zastrzelę. Wrzuć na luz. - odparła, widząc jego szaleńczy wzrok. - Jesteś przewrażliwiony.
Rzucił się w jej kierunku, wypychając ją na zewnątrz siłą. Czasem nie mogła zrozumieć, czemu przechodził w tak odmienne nastroje w tak krótkim czasie.  
- Gdybym miał do wszystkich zaufanie, to gniłbym dawno w więzieniu. Swoją drogą ruda, wyglądasz nieźle. Choć wolałbym widzieć cię …
Uderzyła go ręką w bok, jakby nie chciała usłyszeć tego, co miał na myśli.  
- Nie przymilaj się, lepiej wytłumacz co mam robić, jak dopłyniemy.
Zamknął ponownie swoją „jaskinię” i spojrzał na nią z poważną miną.  
- Chodź.

Wszedł do kuchni, gdzie otwierając lodówkę zaczął szukać czegoś do zjedzenia. Gdy miał wszystkie składniki na tosty, zrobił ich więcej, na wszelki wypadek, nie pozwalając Susan nakładać składników. Na myśl o sałacie krzywił się. Pałaszując kolejne kęsy, robił przerwy, aby opowiedzieć co i jak. Dowiedziała się, że wyspa do której zmierzają nie jest duża, ale ma strome zbocza. W pokaźnej jaskini przemytnicy mieli mieć swoją kryjówkę, w której ponoć oszust przebywał wcześniej, ale nie wytłumaczył co tam konkretnie robił. Gdy tylko miedzianowłosa próbowała poruszyć ten temat, zbywał ją najlepiej jak potrafił. Przestała więc drążyć. Patrzyła na niego, kiedy z wypiekami opowiadał, jak wiele mogą zyskać.  
- Czyli to twoja ostatnia akcja, tak? - przerwała mu, patrząc podejrzliwie.
- Z początku chciałem szukać kolejnych figurek, ale wiesz, że jestem poszukiwany.
- A jednak masz przebłyski rozsądku. Jestem ciekawa, jak chcesz sprzedać te dwa posążki. To znaczy ten co masz w sejfie i ten drugi, po który płyniemy.
- To już moje zmartwienie. Odpalę ci procent z zysku i odstawię do portu. Pożegnamy się i każdy pójdzie w swoją stronę.
- Jeśli mnie chcesz oszukać, to …
- Trochę optymizmu, ruda. Chcesz łyka przed akcją? - spytał, otwierając butelkę z procentami.
- O nie, ty też nie powinieneś.
- Nie jesteś moją matką. Dam sobie radę, martw się o siebie. - odburknął ponuro.
Susan wyszła na pokład, czując jak wzbiera w niej frustracja. Ciągły widok rumu czy whisky, zaczynał ją prześladować. Usiadła przy barierce, patrząc na kołyszący się w rytm fal horyzont. Obawy wzmagały się z każdą chwilą, a zachowanie bruneta wcale jej nie pomagało. A więc pożegnają się, wystarczy zdobyć figurkę i będzie miała spokój od wybuchającego z byle powodu złodzieja, który myśli tylko o jednym. Nagle z zadumy wyrwał ją huk wystrzału. Podskoczyła, odwracając się przerażona.  

Lucas celował z małego pistoletu, jakby chciał trafić w wyimaginowanego wroga.  
- Po co ci to? Zwariowałeś?
- Chodź tu, pokażę ci jak się tego używa. - dodał stanowczym tonem.
Gdy dotknęła zimnej stali, czuła ciężar zabójczego narzędzia w dłoni. Nigdy w życiu nie robiła czegoś podobnego.  
- Źle go trzymasz, pokaż, pomogę ci, bo odstrzelisz sobie palec u nogi, albo wybijesz oko.
Stanął tuż za nią, obejmując ją mocno. Poczuła jego oddech choć z domieszką procentów, oraz ciepło ciała. Na chwilę przeszedł ją dreszcz. Kierował jej dłońmi, ustawiając je pod odpowiednim kątem.  
- Patrz w jeden punkt, a potem pociągnij za spust. Na trzy. Raz … dwa … teraz!
Susan zamknęła oczy, a po chwili Lucas razem z nią nacisnął cyngiel. Huk wystrzału zagłuszył pracę silnika, a woda w miejscu trafienia prysnęła lekko. Serce biło jej szybciej, musiał to wyczuć.  
- Teraz sama, spróbuj.
- O nie, to nie dla mnie.
- Nie bój się, nigdy nie wiadomo, kiedy może ci się to przydać. Odwagi.
Trzęsła się jak osika, ale dała się namówić na kolejną próbę. Szlo jej niezdarnie, ale nie poddawała się. W pewnym momencie zaczęło się jej to podobać, ale brunet odebrał dziewczynie pistolet, jak zapałki niezdarnemu dziecku.
- Wystarczy, i tak będziemy tam sami, szkoda naboi.
- Czekaj, po co w takim razie mnie szkolisz? Nie rozumiem.
- Zadajesz za dużo pytań, ruda. - dodał, chowając przedmiot do kabury.  
Pomyślała, że coś przed nią ukrywa, jak zwykle. Wtem zauważyła zarys majaczącego w oddali lądu. Dotarło do niej, że to nie sen, tylko najprawdziwsza rzeczywistość. A co jeśli nie będą sami? A co, jak zaczną do nich strzelać, albo co gorsza zatopią im statek? A jak on zginie, albo ona? Czy to warte pieniędzy, czy życie nie jest cenniejsze? Pytania bombardowały ją niczym grad. Jednak pomimo wątpliwości, wciąż trzymała się myśli o nim, jakby w jakiś sposób zawładnął jej duszą. „Weź się w garść, Susan. Niedługo wrócisz do domu” - powtarzała sobie w myślach, próbując dodać otuchy. „To tylko oszust, nie pakowałby się w poważne akcje, co to to nie, tylko tak straszy” wmawiała sobie nadal oszukując czujne sumienie. Na chwilę straciła go z oczu, rozglądając się za nim.  

Po pewnym czasie pojawił się znowu, tym razem ubrany w ciemne spodenki, szarą koszulkę, a na plecach miał spory ekwipunek. Pod jej nogi podrzucił zaopatrzony plecak. Podniosła go z ziemi, czując ciężar ekwipunku.  
- Co tam jest, cegły? Powaliło cię, jak mam z tym czymś się poruszać!
- Nie biadol, dopływamy. I najważniejsze, masz mnie słuchać, choćby nie wiem co! Zrozumiano?
- Jeszcze czego! Za kogo ty się uważasz?
- Jak znasz wyspę, to powodzenia, puszczę cię przodem. Eksploruj na własną rękę.
- Nie, dzięki. - mruknęła pod nosem, niechętnie zabierając ze sobą rzeczy.
Zdecydowanie wolałaby iść na kolejne przyjęcie z nieznajomymi, niż udawać początkującą alpinistkę. Spojrzała w stronę tajemniczej wyspy przemytników, która zdawała się opuszczona. Nigdzie nie mogła zlokalizować śladów ludzkiej obecności. Wydawało się to niepokojące, dopóki nie zaczęli podpływać bliżej. Widziała dryfujące kawałki drewna, które układały się jakby w granicę terenu, wpasowaną w przyrodę. Lucas podpłynął najbliżej jak się tylko dało, do stromego brzegu i w pewnym momencie zarzucił kotwicę. Zgasił silnik, chowając nieduży jacht wśród nabrzeżnej roślinności. Słońce wciąż królowało na niebie, grzejąc mocno. Jednak w cieniu mogli nieco ochłonąć, choć Susan wcale się nie uspokoiła.  
- Za mną. - zarządził, jak fanatyczny przewodnik wycieczki.
Zaczęli powoli wspinać się po kamieniach, ku górze. Poza miarowymi uderzeniami fal, panowała tam niepokojąca cisza. Wyglądało na to, że faktycznie są na wyspie sami, albo mogli odnosić tylko takie wrażenie. Przedzierając się przez niewysokie tropikalne krzewy, dotarli do ukrytej zatoczki. Na widok zacumowanej łódki, Lucas na chwilę przysiadł, każąc się rudowłosej zatrzymać.  
- Co jest? Mówiłeś, że nikogo nie będzie.
Uciszył ją, zakrywając dziewczynie usta ręką, po czym nasłuchiwał.  
- Idziemy, szybko, zanim reszta przypłynie.
Ruszył przed siebie, kierując się do jaskini, częściowo zalanej przez słoną wodę. Podążyła za nim, nie chcąc pozostać sama jak ostatnio. Gdy dotarli do opuszczonej łódki, brunet zaczął ją przeszukiwać. Nagle odetchnął, uśmiechając się szeroko.  
- Nikogo nie ma, nie pływaliby na tym, spójrz, dno jest uszkodzone i przecieka.
- Fakt, to co robimy?
- Idziemy do jaskini. Za mną. - dorzucił zafascynowany, brodząc po kolana w płytkiej, przejrzystej wodzie.

Trochę ośmielona szła za nim. Kiedy jednak weszli do groty, zauważyła wybudowany drewniany pomost, po którym oszust zaczął się wspinać. Spojrzała w górę, sklepienie nie schodziło się całkowicie. Przechodziła przez nie naturalna szczelina, dzięki której wpadało do środka snopem blade światło. Wtem coś poruszyło się między porzuconymi skrzynkami. Susan krzyknęła mimowolnie, ale kiedy przebiegła koło niej wystraszona jaszczurka, brunet zaczął się z niej śmiać.  
- Ładny początek. Dlatego to ostatnia nasza akcja.
- Bohater się znalazł. - odburknęła, uspokajając się nieco.
Oszust zmierzał w tylko sobie znanym kierunku, a Susan brnęła za nim, czując lekki chłód. Ścieżka zbudowana z desek i metalowych elementów, kołysała się przy każdym kroku. Rudowłosa trzymała się starej grubej liny, która pełniła rolę barierki.  
- Powiedz, po co nam te balasty? - odezwała się, wskazując na niewygodny plecak, który ciążył jej niemiłosiernie.
- Na wszelki wypadek, niedługo zobaczysz dlaczego je zabraliśmy.
Dalsza droga przypominała trening, gdyż wspinali się w górę, po starych, omszałych drabinkach. Gdy weszli na skalną półkę, padła zmęczona, ciężko łapiąc powietrze. Spojrzała w dół i zakręciło się jej w głowie.  
- Wiesz, kiedyś tu nie było takich udogodnień, stąd te liny.
- Wyobrażam sobie, że to nowoczesność. - powiedziała bez przekonania, wciąż czując jak trzęsą się jej kolana.
- To już niedaleko, tam jest ich baza.

Lucas wydobył latarkę i ruszył ciemnym korytarzem. Niebawem zaczęli stąpać po drewnianej podłodze. Wtedy macając jedną ze ścian, uruchomił jakiś generator i w momencie stała się jasność. Znajdowali się w tajnej bazie, która częściowo została opustoszona. Brunet rzucił się w kierunku zbutwiałych skrzynek, poszukując czegoś znaczącego. Wreszcie uradowany wydobył jakiś przedmiot, który mógł być kluczem. Na końcu pomieszczenia, we wgłębieniu znajdowała się metalowa skrzynka. Mężczyzna w skupieniu zaczął ją otwierać znalezionym przedmiotem. Jednak sejf nie chciał się otworzyć.  
- Niech to szlag. Zabezpieczyli go od mojej ostatniej wizyty.
- I co teraz?
- Złamię kod, spokojnie, nie takie rzeczy robiłem.
Z plecaka wyjął dziwne przyrządy, majstrując przy niedoszłym skarbie.  
- Jesteś pewny, że ta figurka wciąż tu jest? Jest tu jakoś dziwnie pusto …
- Nie przeszkadzaj … zamknij na chwilę jadaczkę …
- Może grzeczniej.
Puścił jej uwagę mimo uszu, zajmując się nadal tym samym. Czas okropnie się dłużył, a zamek nie chciał puścić. Susan znudzona oparła się o ścianę.  
- Jesteś do niczego, siedzimy tu już zbyt długo, a jak tamci wrócą?
- Już kończę, jeszcze trochę … jest! - krzyknął jakby wygrał na loterii.
Metalowe drzwiczki lekko skrzypnęły i ich oczom ukazał się rzeźbiony złoty posążek, wysadzany drogocennymi kamieniami. Susan zafascynowana chciała go potrzymać, ale dostała po łapach, jak dzieciak, co chce zjeść gorące jeszcze ciasto.  
- Nie ruszaj, muszę go zabezpieczyć, żeby nie porysować powierzchni.
- A co ja mogę mu zrobić? Nie ufasz mi, czy jak?

Jego oczy jednak zdawały się fanatycznie wpatrywać w drogocenny przedmiot. Nie zważając na dziewczynę, zaczął obwijać dokładnie posążek w materiał. Już miał chować go do plecaka, kiedy usłyszeli niepokojące odgłosy. Ktoś zbliżał się ku nim, najwidoczniej zbyt długo przebywali w tajemniczym miejscu. Brunet w panice zamknął sejf i odkładając go na miejsce, prędko doskoczył do wyłącznika, aby unieruchomić agregat prądotwórczy. Usłyszeli echo męskich głosów niosące się po jaskini, niestety nie rozumieli z nich ani słowa. Susan zwróciła się do Lucasa, czując narastające napięcie.  
- Przesadziłeś. Jak w taki sposób pracujesz, to dziwię się, że jeszcze nie siedzisz. - dodała ściszonym głosem, nachylając się nad oszustem.
- Zamilcz.
- Jak nas złapią, to cię uduszę. Tymi rękoma. Miało nikogo nie być …
Nic nie odpowiedział, tylko zaczął ukradkiem ładować broń.  
- Wiejemy, za mną i morda w kubeł.
Susan miała mu coś odpowiedzieć, ale odgłosy zbliżających się ku nim przemytników, stawały się coraz głośniejsze. Schodzili jak najszybciej się dało, po chyboczących się drabinkach. Na kolejnych skalnych półkach, na chwilę przystawali, aby zlokalizować zagrożenie. Słońce musiało powoli zachodzić, gdyż coraz mniej światła wpadało przez szczelinę. Rudowłosa czuła jak szybko bije jej serce. Dawno tak bardzo się nie bała, jak w tej chwili. Nie mogła mieć jednak do nikogo pretensji, poza sobą. Skoro wpakowała się w tarapaty, musiała jakoś z nich wybrnąć. Wtem usłyszeli wyraźniej rozmowę dwóch nieznajomych, którzy szli w ich stronę.  
- … mamy zabrać artefakt?  
- Szef kazał, przenosimy się. - powiedział ubrany na czarno wysoki opryszek.
- A nie mogliśmy go zabrać ostatnio? Nienawidzę do cholery tej wilgotnej nory …

Brunet nasłuchiwał, próbując wyczuć moment, kiedy będą mogli ruszyć. Rudowłosa schowała się za nim, zastanawiając się co dalej. Szarpnął ją wymownie, gdy mężczyźni zatrzymali się na papierosa. Próbowali w półmroku przemknąć koło nich. Susan czuła się, niczym uciekinier z więzienia, obawiający się zdemaskowania. Już prawie ominęli uzbrojonych opryszków, kiedy plecak rudowłosej zaczepił się o wystający kawałek drewnianej skrzynki. Skrzypiący dźwięk rozległ się po jaskini. Lucas zamarł na chwilę.  
- Ktoś tam jest! - ryknął wysoki bandyta, wyrzucając tlący się niedopałek na ziemię.
- Może to szczur. Coś taki drażliwy? - zwrócił się do niego kompan.
- Sprawdzę to. Zaczekaj.  
Zaczął powoli zbliżać się w ich kierunku, aż dziewczyna zamarła. Lucas trzymał w pogotowiu broń, czując przypływ adrenaliny. Gdy przemytnik znajdował się już o krok od nich, wtedy oszust szybkim wprawnym ruchem, pociągnął za nogę nieznajomego. Ten zachwiał się, przewracając się jak kłoda na ziemię. Brunet wyrwał mu broń, zrzucając śmiercionośny przedmiot ze skarpy w dół.  
- Za mną! - krzyknął do dziewczyny.
Bandyta zaczął kląć pod nosem, po czym wyjął krótkofalówkę.  
- Lucas, on wzywa posiłki.
- Słyszę, nie oglądaj się za siebie, załatwię tego drugiego.
Skoczył z góry na zaskoczonego opryszka, pozbawiając go przytomności. Wiedział, że to rozwiązanie tymczasowe. Susan ledwo nadążała za Lucasem, plecak nie ułatwiał jej ucieczki. Brunet widząc, że miedzianowłosa wciąż jest w tyle, krzyknął do niej stanowczo.  
- Wyrzuć ten balast!
- Ale mówiłeś …
- Wywalaj, migiem!
Przerażona posłuchała go i od razu poczuła ulgę. Biegli po chyboczącym się moście, kiedy już mieli wychodzić z jaskini, zauważyli światła reflektorów. Z zacumowanego małego statku biegli w ich kierunku jacyś ludzie.  
- Ruda, szybko.

Susan roztrzęsiona próbowała wgramolić się za oszustem na skarpę, ale poślizgnęła się. Z pluskiem wpadła do wody i wtedy światło reflektora oślepiło ją. Wtem ktoś do niej dobiegł, myślała, że to Lucas, ale kiedy zobaczyła mierzącą w nią lufę od karabinu, całe życie przeleciało jej przed oczami.  
- Stój dziwko! - ktoś ryknął niskim tonem, od którego przeszły ją ciarki.
Bała się nawet oddychać. Wtem otoczono ją, dostała z kopniaka w plecy, wpadając do płytkiej wody twarzą, jak schwytane zwierzę. Spętano jej dłonie z tyłu pleców i wydobyto brutalnie. Zachłannie wzięła haust powietrza, czując paniczny strach.  
- Zabrać ją na statek!
- Szefie, był tam ktoś jeszcze. - wtrącił się opryszek z krótkofalówką w ręku.
- Przeszukać jaskinię, nie ucieknie! - ryknął ponury głos, aż dziewczynę przeszły ciarki.  
Po chwili siłą prowadzono ją na statek. Przerażona całą sytuacją kątem oka w zaroślach ujrzała bruneta, z którym przybyła. Nie wyszedł jej na ratunek, tkwiąc jak tchórz z zagrabioną figurką. Ostatnia iskra nadziei zgasła w jej oczach, gdy zniknął w zaroślach. Miała ochotę krzyczeć, ale ze strachu sparaliżowało ją coś w środku. Ewidentnie miała za swoje. Żałowała, że nie posłuchała porad policjanta, albo chociażby Inez. Gdy zaprowadzono ją na statek, poczuła niemiłe ukłucie w ramię. Powoli wszystko zaczęło się zamazywać i straciła kontakt z rzeczywistością.

348 czyt.
100%73
AuRoRa

opublikowała opowiadanie w kategorii przygodowe i miłosne, użyła 3364 słów i 19023 znaków. Tagi: #przygoda #miłość

3 komentarze

 
  • dreamer1897

    dreamer1897 · 11 sie 18:42

    Susan nabywa nowych umiejętności, ale nauka obsługi broni nie wróży za dobrze. Oby nie musiała nigdy nikogo zabić, bo czy warto poświęcić wolność za pomoc komuś może nie do końca obcemu, ale żądnemu bogactwa?

  • AlexAthame

    AlexAthame · 7 sie 21:43

    Ładny kawałek opowiadanka. Masz talent Aurora.Czuta się super

  • AnonimS

    AnonimS · 7 sie 14:07

    No i znowu wpadla. Ona się nie nadaje do takich akcji...