Wybranka ognia t. II - Nowy początek

Wybranka ognia t. II - Nowy początekFey musiała przede wszystkim odpocząć i ogarnąć mętlik w głowie. Dawała sobie sporo czasu. Iridys i Tacoi zapewne nie spieszyli się z powrotem, korzystając z magicznych okoliczności przyrody tak, jak zwykle korzystają z nich zakochani. Tak jak mogłaby korzystać ona z Refieldem. Zirytowana tą myślą, podsyciła ogień w kominku skrętem nadgarstka. Refield. "Zakon jest wielki", oczywiście. Zawsze mówił ten nadęty frazes, gdy kończyły mu się logiczne argumenty. Zrezygnował z niej dla kawałka czerwonej szmaty i pustej maksymy, którymi mógł usprawiedliwić każdy swój błąd. Płomienie wystrzeliły poza obręb paleniska, wypełzając na dywan. To otrząsnęło dziewczynę z amoku. Ugasiła pożar, po czym spróbowała odratować spalone strzępki tkaniny. Kto normalny kładzie dywan przed kominkiem? Klnąc jak przystało na rodowitą rybaczkę, wrzuciła materiał w ogień. Niech spłonie, niech przepadnie, niech sobie będzie zakonnikiem! Z żalem obejrzała, otrzymany od mentora, pierścionek, podziwiając głęboki odcień czerwieni kamienia. Ostrożnie wsunęła rubin na serdeczny palec lewej dłoni. Pasował idealnie. Czyli Refield myślał o niej poważnie… Zanim straciła jego szacunek. Dlaczego on nie rozumie, że zrobiła to w trosce o ich wspólną przyszłość?! Udowodni mu, że jest warta więcej niż lojalność wobec Zakonu. Udowodni mu, że zasługują na wspólną przyszłość. Najpierw rozgrywki. Z mentorem, czy bez, musi zwyciężyć. Dosyć użalania się. Aktor pomoże jej w przygotowaniach, postanowiła. Podjąwszy decyzję szybkim krokiem ruszyła w kierunku rezydencji Łapacza. Była tu wcześniej tylko raz i zapewne by zbłądziła, lecz już z daleka usłyszała muzykę oraz ujrzała łunę świateł, bijacą od luksusowej willi. Chętnie niechętnie, Fey ugrzęzła w tłumie roztańczonych biesiadników. Zewsząd dobiegały ją głośne śmiechy, wino tryskało strumieniami z ogrodowych fontann, a w powietrzu unosiły się barwne lampiony. Dziewczynie miejsce to zdało się bardziej magicznym niż całe Aralbez. Jakaś kobieta w rozmazanym makijażu złapała nastolatkę za rękę, wciągając w krąg wpółrozebranych tancerzy. Rudowłosa starała się nadążyć za szybkim rytmem wygrywanym przez muzyków, bojąc się, że w przeciwnym razie utonie pośród morza ciał. Po dłuższej chwili, melodia miłosiernie dobiegła końca i tancerze rozbiegli się, by zaspokoić pragnienie. Muzycy zaczęli wydobywać ze swoich instrumentów delikatną balladę, dając uczestnikom szalonej zabawy chwilę oddechu. Ciemnoskóry śpiewak rozpoczął smutną opowieść głosem głębokim i mocnym, jak serwowane tu trunki. Fey upiła nieco złotego wina, podanego jej przez sługę, pozwalając, aby smak oraz dźwięk zalały ją jednocześnie milionem doznań. Było tutaj tak pięknie, tak cudownie, aż zapomniała, po co właściwie przyszła. Chciała jedynie dalej się bawić. Gdy tylko orkiestra wznowiła skoczną grę, dziewczyna pierwsza ruszyła do tańca. Uskrzydlona wykonywała piruety, podskoki, nawet raz zrobiła salto. Potem znów nastąpiła przerwa, kielich wina, taniec, wino, taniec, więcej wina, Fey już nie tańczyła, ona leciała jak ptak, wyżej i wyżej aż gwiazdy stały się kolorowymi punkcikami wokół niej, a potem nagle zgasły, pozostawiszy ją w zupełnej ciemności.  

Dławiąc się własnymi wymiocinami, otworzyła oczy, by nie dotrzec nic prócz dziwnie rozmazanych smug.  

- Zawsze wpadam na ciebie w takim stanie… Powinienem nazywać to szczęściem - poczuła, jak czyjaś stanowcza dłoń, ociera jej brudne wargi chustą - Czy raczej prześladuje mnie pech? Hm?  

- Szukałam cię… - wymamrotała, spoglądając mętnym wzrokiem na Aktora.  

- Tyle wiem. W końcu cię nie zapraszałem, a jednak się pojawiłaś, standardowo psując mój plan.  

- Plan? - jęknęła, czując ucisk na skroniach. Głowa niemal jej eksplodowała. Zdecydowanie przesadziła z trunkiem, o ile faktycznie było to wyłącznie wino. Znając Aktora spodziewała się wszystkiego. Mężczyzna uniósł trzęsące się dłonie.  

- Ach… Ja… Nie wiedziałam, że ty… No wiesz znowu… - urwała niepewnie. Teraz zrozumiała cel całej zabawy. Taniec, muzyka, światła… Wybierał kolejną ofiarę. Obrzydzenie i niechęć przez moment kazały dziewczynie uciekać, lecz pokonała swój własny lęk, zdecydowana dostać to, po co przyszła.  

- Cóż, powinienem był iść w magię jak Iridys, wtedy wystarczyłby mi jeden posiłek na dekadę, ale niestety… Zawsze byłem zbyt leniwy, żeby zapamiętać te wszystkie rytuały, zaklęcia… - ziewnął teatralnie - W każdym razie, ponoć mnie szukałaś…  

- Tak! Refield mnie zostawił i nie mam mentora i muszę wygrać i pomyślałam…

- Zwolnij, zwolnij, dziewczyno… Dlaczego Refield cię zostawił?  

- Uśmiech losu - wyznała zawstydzona.  

- Proszę proszę, wybrałaś drogę na skróty… O co poprosiłaś?

- Długie życie.  

- Całkiem rozsądnie.  

- Wolałabym to odkręcić… - spojrzała z nadzieją na Łapacza. Ten jedynie wzruszył ramionami.  

- Nie da się. Jakby się dało, Iridys dawno by skorzystał, a skoro nie skorzystał… Sama rozumiesz. Nie lubię go, ale muszę przyznać, że zna się na swojej robocie. Zresztą, tytuł maga nie jest czymś łatwym do zdobycia. Lata pracy, ciężkiej pracy…  

- Próbowałeś? - przytaknął niemo, wyraźnie przemilczając kryjącą się za tym historię.  

- Dawno. Czary nie są moją bajką - powiedział zdawkowo -  Wracając… Zapewne zastanawiasz się, co dalej… Bez Refielda nie weźmiesz udziału w rozgrywkach, a Zakon, wiedząc o twoim potencjale nie pozwoli Ci wrócić do tej twojej wioski i łowić ryb.  

- Jak to?  

- Moja droga, uzdolnieni nie mogą biegać po ulicach bez kontroli… To by doprowadziło do chaosu, nadużyć,  rozumiesz…  

- Czyli, co teraz? - zmarszczyła brwi zamyślona. Aktor westchnął.  

- Zakon prawdopodobnie przyśle kogoś, może nawet Refielda, żeby dyskretnie rozwiązał problem, który stanowi twoje istnienie.  

- Och… To… Ale… - Refield miałby ją zabić? Tak po prostu? Potrafiłby? Zamrozi ją jak tamtego chorego w ulicznym szpitalu? "Przecież nikt nie zauważy twojego zniknięcia", jego słowa… Rozmyślania przerwał jej ciepły głos Łapacza.  

- Ale przyszłaś do mnie, a ja nie dopuszczę do takiego scenariusza. Ostatecznie, poprosiłaś o długie życie, prawda?  

- Ja…  

- Lubisz Aralbez?  

- Aralbez?  

- Twój nowy dom, Fey. Jedynie miejsce, gdzie możesz obecnie przeżyć. Jurysdykcja Zakonu nie obejmuje Bramy Szeptów. Tak długo jak tam pozostaniesz, tak długo będziesz bezpieczna. Oczywiście, życie tam będzie trudne, ale przecież chciałaś żyć długo, o szczęściu nic nie wspomniałaś.  

- Jak bardzo trudne? - wydusiła. Nawał informacji zalewał rudowłosą, aż straciła orientację w swojej sytuacji.  

- Wyobraź sobie zbieraninę uzdolnionych, którzy ukrywają się tam przed Zakonem z powodu mniejszych lub większych przewin. Jako osoba młoda lub dziecko możesz wybrać trzy opcje przetrwania. Dwie gwarantuje Biblioteka, oferując szkolenie w kierunku maga bądź siepacza. Trzecim wyborem jest ulica, gdzie rządzą gangi. Możesz dołączyć do złodziei, dziwek, galadiatorów albo skrytobójców. Cokolwiek wybierzesz, twoje życie będzie stanowić wegetację w ciągłym strachu przed jutrem aż pewnego dnia jutro nie nadejdzie.  

- Iridys… Przecież tamto miejsce… -  Fey zająknęła się, pamiętając ukwieconą łąkę. Była odległa od opowiadania Aktora.  

- Iridys zabrał cię do świętego kręgu magów - odparł mężczyzna, jakby czytając jej myśli - To enklawa, ostatni przyczółek bogów w świecie demonów. Spędziłem sześć lat w Bibliotece, cztery poza nią… Wiem, jak tam naprawdę jest.  

- Opowiesz mi? - poprosiła. Aktor przeczesał nerwowo włosy palcami, nim zebrał się w sobie i rozpoczął opowieść.  

- Bywa, że kiedy rodzice mają kłopotliwe, uzdolnione dziecko, po prostu je oddają do Biblioteki, żeby pozbyć się kłopotu. Szkoła słynie z żelaznej dyscypliny i spektakularnych efektów, niemniej pobyt w niej jest raczej karą, nie nagrodą. Miałem czternaście lat, gdy trafiłem do klasy magów. Tam poznałem Iridysa, wtedy ledwie dwunastoletniego gówniarza. Już wtedy zadzierał nosa. Zachowywał się jakby był od nas lepszy, jakby jego rodzice przysłali go tam w trosce o edukację, a nie ponieważ się go bali. Chociaż, patrząc z perspektywy czasu, może tak sobie radził z otaczającym nas koszmarem. Koniec końców, byliśmy wszyscy porzuconymi szczeniakami. Zaprzyjaźniliśmy się, o dziwo i staliśmy nierozłączni. Tylko my byliśmy Łapaczami, resztę stanowili czystej krwi ludzie, więc musieliśmy mierzyć się z dodatkowymi kpinami… Nauczyciele łamali nas dzień po dniu, godzina po godzinie, usiłując zdusić najlżejszy przejaw buntu. Bicie, głodówki, wyzwiska były nieodłączną częścią nauki. Opór nie miał najmniejszego sensu. Po jakimś czasie totalnie zatraciliśmy siebie, stając się posłusznymi marionetkami. W szesnaste urodziny dowiedziałem się, że muszę spłacić dług wobec szkoły. Mieszkanie, jedzenie, nauka, nic z powyższych nie było za darmo. Dali mi wybór… Albo zostanę mordercą na ich usługach albo prostytutką. Po bliżej nieokreślonym czasie, mieli mnie zwolnić. Zostałem mordercą, bo przecież byłem dumny. Cztery lata. Sto ofiar. Potem pozwolono mi odejść. Zakończyłem naukę ze  stopniem guślarza i wylądowałem na ulicy. Po kolejnych czterech latach ojciec przypomniał sobie o moim istnieniu. Wróciłem. Ugrzeczniony, spokojny, "dobrze wychowany"... - Aktor roześmiał się gorzko.  

- A Iridys? Porzuciłeś go tam?  

- Nie chciałem - twarz mężczyzny pokrył cień - Był mi wówczas bliski, prosiłem nawet, żeby pozwolono mi odpracować jego dług.  

- Czy wy… No wiesz… - mruknęła, świadoma upodobań faworyta oraz luźnych poglądów Aktora.  

- Nie. Wprawdzie wtedy było to dość naturalne, ale ja zawsze traktowałem go jak brata. Zmuszono mnie, bym go porzucił bez słowa, czego nigdy mi nie wybaczył. Bogowie świadkami, żałuję tego do dzisiaj. Nie pomaga mi świadomość, że miał bardzo dużo szczęścia, jeśli patrzeć kategoriami Aralbez. Bardzo dużo. Jako nieprzeciętne utalentowany zrobił ogromne wrażenie na pewnym potężnym magu, który zapłacił jakąś niewyobrażalną sumę, aby Iridys był wyłącznie jego. Po dwóch, trzech latach uwolnił chłopaka, który wrócił do domu.  

- Gdzie zabiłeś mu rodziców i przekląłeś ukochanego…  

- Po tym, co przeszliśmy nie powinno go dziwić, że pozbyłem się sentymentów… Dostałem rozkaz i go wykonałem. Iridys doskonale wie jak to działa. Chciał mieć królową, więc musiał zapłacić cenę. Żeby dostać, trzeba najpierw stracić. Przykro mi, oczywiście, niemniej… Życie wyciąga z nas to, co najgorsze, żebyśmy mogli przetrwać. Ciebie także to czeka, Fey - zakręcił kosmyk jej włosów wokół palca, spoglądając z nostalgią na twarz nastolatki, jak na coś, co wkrótce przestanie istnieć. Wyjął spod koszuli znany jej już medalion i wydmuchnął obłok srebrnego pyłu - Powodzenia, dziewczyno…

- Czekaj…! - krzyknęła, ale było za późno. Znalazła się niespodziewanie pod bramą ponuro wyglądającej fortecy. Masywny budynek przypominał nieco siedzibę Zakonu, lecz w jego murach czaił się o wiele głębszy mrok. Jaka przyszłość ją tutaj czekała? Cóż, z pewnością jakaś, pomyślała, ciągnąc za sznur gongu, który ponurym uderzeniem obwieścił jej przybycie.

Ladies

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2018 słów i 11720 znaków. Tagi: #opowiadanie #fantasy #nastolatki #arena #romans

2 komentarze

 
  • Duygu

    Bardzo ładnie napisane. Jestem zachwycona. Mam nadzieję, że Fey uda się przekonać Refielda, być może nawet do niej wróci i coś z tego będzie... Dziewczyna zasługuje na szczęście. Znowu skończyłyście w takim momencie!  :lol2:  Niedługo padnę tu na zawał!  :smiech2:  

    Czekam na kolejną i przesyłam buziaki  <3   :kiss:

  • Ladies

    @Duygu Może im się uda w końcu... Ech, skomplikowane charaktery mają  :lol2: Dziękujemy pięknie za odwiedziny  <3

  • emeryt

    @Ladies, ten odcinek bardzo trudno skomentować.  Dla mnie  jest to kolejny ciąg dziewczyny /kobiety/ o nadzwyczajnych zdolnościach. Serdeczne pozdrowienia w tym kolejnym roku, dużo zdrowia i wspaniałej weny w dalszym ciągu na przyszłość.

  • Ladies

    @emeryt Dziękujmy bardzo i również życzymy samych pozytywów  :)