Wybranka ognia t. II - Druga szansa

Wybranka ognia t. II - Druga szansaRefield szybkim krokiem przemierzał kręte uliczki Grelez z rzadka oświetlone pojedynczymi latarniami, które zdawały się jedynie pogłębiać mrok niż go rozpraszać. Nie potrafił zebrać myśli. Postępek Fey nie mieścił mu się w głowie. Przecież sobie ufali, tak przynajmniej sądził. Dlaczego postanowiła go zawieść? Przecież daliby radę bez uciekania się do magii. Wściekły rozbił pięścią szklany klosz lampy, po czym wpatrywał się tępo w strużkę krwi, płynącą wzdłuż krzywizny jego dłoni. Musiał coś zrobić. Nieważne, że wybrała łatwe rozwiązanie, w końcu każdy popełnia błędy… Powinien dać Fey drugą szansę. Powinien? Chciał. Chciał dać jej szansę. Lecz nie mógł wrócić tam, do niej, jak gdyby nigdy nic. Jak miałby spojrzeć jej w oczy? Po chwili zastanowienia ruszył w kierunku gmachu Zakonu. Nigdy nie nazwał tego miejsca domem, ani zakonników braćmi. Jego serce nie było niepodzielnie i czyste wobec jedynej prawdy. Tak powiedziałaby Ja'ehel gdyby była świadoma jego wątpliwości. Szczęśliwie, matka przełożona nie żywiła w stosunku do niego podejrzeń. Może dlatego, że Refield bardzo starał się tych podejrzeń nie wzbudzać. Zaangażowaniem, gorliwością, czasem wręcz fanatyzmem dusił dręczące go wahanie. Póki co, skutecznie. Jednak, odkąd pojawiła się Fey, zaczął być coraz bardziej sceptyczny względem swoich przekonań, a jego wizerunek idealnego wyznawcy zyskał kilka rys. Ot, spóźnienie na poranny apel, kwestionowanie na forum kary śmierci dla niewiernych… Pojedyncze kawałki składające się na obraz słabnącej wiary. Teraz kolejny raz planował nagiąć dla dziewczyny obowiązujące go surowe zasady. Wcześniej musiał jedynie zadbać o zachowanie pozorów. W tym celu, udał się do sali rozmyślań, gdzie uklęknął przed posągiem założyciela Zakonu. Liczył na obecność Ja'ehel, która lubiła medytować wieczorami. Chciał, żeby zakonnica zastała go pogrążonego w głębokiej modlitwie. Nie zawiódł się. Przełożona weszła do sali i uklęknęła obok Refielda. Mężczyzna spojrzał na nią z udawanym zaskoczeniem.  

- Matko, przepraszam, zasiedziałem się za długo. Nie będę Ci przeszkadzał - wstał pospiesznie, lecz kobieta złapała go za nadgarstek.  

- Porozmawiajmy.  

- Oczywiście. O czym? - zapytał spokojnie, choć oblał go zimny pot.  

- Zastanawiałam się dzisiaj… Jak rozpoznać obłudę? Fałszywe oddanie? - Ja'ehel musnęła jego ramię, podczas gdy jasne oczy kapłanki spoglądały w dal. Refield przełknął ślinę, czując jak lepią mu się dłonie.  

- Obłudę? - powtórzył wolno, próbując odzyskać równowagę. Tylko opanowanie mogło go uratować - Myślę, że z upływem czasu każda maska opada. Nie sposób udawać w nieskończoność - odparł z namysłem.  Kobieta pokiwała głową.  

- Czas… Tak… Czas pokaże, kim naprawdę jesteśmy - mruknęła srebrnowłosa, po czym spojrzała na chłopaka uważnie, jakby czytała jego duszę - Jesteś bardzo bystry. Dobrze mieć cię w pobliżu… Bracie.  

- Cieszę się  - wydusił ze sztucznym uśmiechem. Co miała znaczyć ta dziwna dyskusja, która… No właśnie… Czyżby jego pozycja nie była tak mocna jak sądził? Czyżby matka przełożona nabrała podejrzeń? Mając wrażenie, jakby wokół jego szyi zaciskała się niewidzialna pętla, udał się w stronę zakonnej biblioteki. Miał plan, który należało zrealizować. Oprócz siebie, nie dostrzegł nikogo więcej w dusznym, pozbawionym okien, pomieszczeniu pełnym ksiąg na każdy temat. Szczęście dopisało mu pierwszy raz tego dnia. Naturalnie, nie było nic złego w tym, co robił. Zbiory biblioteki udostępniono wszystkim, więc miał pełne prawo sięgnąć po kilka dzieł o magicznych rytuałach, prawda? Prawda? Ułożył tomy w stos na drewnianym biurku, zapalając lampkę. Jęknął w duchu nad ich rozmiarem, po czym zaczął szybko wertować kartki w poszukiwaniu czegokolwiek o Uśmiechu Losu. Niestety, wiara w potęgę Zakonu znów go zaprowadziła go donikąd. Nie znalazł nic poza wzmianką, że rytuał jest niebezpieczny i należy zlikwidować maga zdolnego do jego przeprowadzenia, ble ble ble… Według nauki Zakonu magia oraz wszystko, co z nią związane należało bezwzględnie zniszczyć, zatem nie zdziwił go taki wpis. Refield przewrócił oczami. Stało się oczywistym, że nie zdobędzie tutaj żadnych informacji. Musiał… Przełknął z trudem ślinę. Musiał odwiedzić pewną osobę, której jako gorliwy zakonnik absolutnie nie powinien widzieć. Po co tak ryzykował? Może powinien dać sobie z tym spokój i przestać się narażać. Lecz… No właśnie, pozostawało owo "lecz". Nie chciał odpuszczać tak łatwo. Fey stanowiła znak zapytania, którego nie mógł ignorować. Odkładając księgi na półki, równocześnie układał plan odwiedzenia Ishti, przyjaciółki swojej matki i… Czarodziejki. Ostatecznie, podwójne "i" w jej imieniu nie wzięło się znikąd. Tak samo jak u Iridysa. Stanowiło święty symbol, a także sposób na rozpoznanie się przez osoby parające się magią. Refield postawił wysoko kołnierz płaszcza, szykując rzeczy do wprawdzie niedługiej, lecz dość męczącej podróży. Zgłosił potrzebę oddalenia się w celu dogłębnej medytacji. Oczywiście, brat wpisujący przyczynę nieobecności Refielda nie zakwestionował ani nie sprawdził jego słów, bo niby jak miałby? Tłumiąc poczucie winy, zakonnik dotarł na obrzeża Grelez, po czym wjechał w las, otaczający miasto. Nie lubił tej drogi, nie lubił wąskiej ścieżki, tonącej między napuszonymi krzewami. Nie lubił zapachu tartaku, ani hałasu pił. Zbyt dużo czasu zmarnował tu w dzieciństwie. Z powodu mocy traktowano go niczym zło konieczne, więc wyzwiska, czy bicie nie były mu obce… Ostatecznie, wydostał się stąd, wywalczył lepsze życie, przewyższył swoich prześladowców pod każdym względem, więc dlaczego… Dlaczego wciąż czuł strach, gdy przejeżdżał obok wioski drwali? Dlaczego nadal drżał pod ciężarem spojrzeń mieszkańców? Oceniali go. Jego wyszczotkowanego, szybkiego konia, gdy ich własne ledwie powłóczyły kopytami. Obrzucali zazdrosnym wzrokiem ciepły, czerwony płaszcz z drogiej wełny, wart więcej niż ich domy. Miękkie, skórzane rękawiczki chroniące nienawykłą do chłodu, delikatną skórę dłoni. Lśniące, wysokie buty, uzupełnione srebrnymi sprzączkami. Złoty łańcuszek, zwisający leniwie spod rękawa, kłujący błyskiem w oczy, którym dane było oglądać jedynie miedziane podróbki. Daleko zaszedł, mimo ich niechęci. Dużo dalej niż ktokolwiek z nich…  

- Panie… Błagam, moja żona jest chora… - Refield spojrzał na skulonego przed nim mężczyznę. Znał go. Doskonale pamiętał jak ten obecnie silny, barczysty drwal wyśmiewał niedowagę przyszłego zakonnika, dźgając palcem jego klatkę piersiową tak mocno, aż zostawiał po sobie okrągłe siniaki.  

- Zajmę się twoją sprawą, gdy będę wracał - odparł uzdolniony wyniośle, cmoknąwszy niecierpliwie na konia.  

- Moja żona nie ma tyle czasu…  

- Ja również go nie mam.  

- Refield, przepraszam, ja zrobię, co zechcesz, tylko błagam… - gardło drwala ściskały łzy, złapał strzemię siodła zakonnika, dotykając czołem czubka jego buta. Brunet kopnął go ze złością. Twarz mężczyzny zalała krew.  

- Zejdź mi z drogi, człowieku - warknął Refield poirytowany sytuacją. Nie potrafił zapomnieć, nie potrafił wybaczyć. Być może był małostkowy, być może zły… Nie miał dla tych ludzi współczucia. Mógł im dać wyłącznie nienawiść. Zresztą, oni także nim gardzili. Potrzebowali mocy, za którą niegdyś chcieli go spalić żywcem, wyzywając od Niszczycieli. Tej mocy pragnęli, tej samej, za którą odmawiali przyznania racji żywnościowych, licząc, że chłopak nie przeżyje kolejnej zimy albo jego matka złamie się, pozwalając go zatłuc. Bezrozumny, interesowny tłum… Dopiero Zakon otoczył go prawdziwą opieką, oferując udział w rozgrywkach. Jednorazowa szansa, której nie należało odrzucać. Mógł narzekać, mógł nienawidzić, ale w głębi serca czuł, że bez Ja'ehel i braci byłby nikim. Fey musi zrozumieć, że nie magią, a właśnie troską Zakonu osiągnie każdy cel. Refield wcisnął pięty w boki konia i pogalopował dalej, byle dalej od tego przeklętego tartaku pełnego niechcianych wspomnień.

1 komentarz

 
  • Duygu

    Ta część jest prosta, ale zarazem niezwykła... Trafił do mnie jej mocny przekaz. Dodałam do ulubionych. Coś czuję, że mam trochę wspólnego z Refieldem... Walcz, chłopie, o swoją kobietę!  <3   :kiss:

  • Ladies

    @Duygu Nie taki diabeł straszny jak się okazuje. Da się chłopinę trochę zrozumieć. Walczyć będzie, w końcu jest typem wojownika  :weapon: Dziękuję za przemiły wpis  <3