Wybranka ognia t. II - Klątwa

Wybranka ognia t. II - Klątwa~ 10 godzin do rozgrywek ~


Sznur krępował jej nadgarstki, boleśnie wpijając się w skórę. Słyszała jak turkoczą koła wozu i czuła wyboje na pokonywanej przez nich drodze. W ustach dziewczyny tkwił knebel, skutecznie uniemożliwiając wołanie o pomoc. Moc wciąż pozostawała poza zasięgiem szesnastolatki. Zaułek, napastnicy i Tacoi… Wspomnienia sprzed chwili, przyprawiły ją o dreszcze. Serce niemal stanęło jej na myśl o przyjacielu. Przekręciła się z trudem, dostrzegając skuloną postać obok siebie. Szturchnęła nogą nieruchome ciało. Cichy jęk potwierdził, że blondyn wciąż żyje. Nieco uspokojona, zaczęła analizować sytuację, lecz nie wymyśliła nic, by ją poprawić. W końcu stanęli. Czyjeś silne dłonie podniosły ją i przerzuciły przez ramię. Chyba zemdlała. Wisiała głową w dół, niesiona ku morzu. Zapach soli drażnił jej nozdrza, a silna bryza owiewała łydki.  

- Nie jestem twoim wrogiem - powiedział spokojnie mężczyzna, sadzając rudowłosą na piasku. Obok kołysała się gotowa do odpłynięcia łódź. Delikatnie wyjął knebel z jej ust - Przecież wiesz, że zawsze jestem po twojej stronie.  

- To zawieź mnie z powrotem i oddaj moją moc!  

- Tego nie zrobię. Wracamy do domu, Fey. Twoje miejsce jest w Przystani.  

- Moje miejsce jest na arenie! Natychmiast mnie uwolnij, słyszysz?!  

- Nie rozkazuj mi. Wracamy, czy ci się to podoba, czy nie.  

- Chociaż puśćcie jego - wskazała sponiewieranego krawca - Nie ma nic wspólnego z całym tym zamieszaniem.

- Przykro mi, ale nie sądzę, żeby przeżył. Miał pecha.  

- Nieprawda! Muszę mu pomóc! - wyrwała się ku przyjacielowi, lecz więzy trzymały ją mocno. Mąż westchnął i rozciął sznury. Pobiegła do nieprzytomnego blondyna. Zmasakrowane ciało rzeczywiście nie rokowało najlepiej. Fey nie potrafiła uzdrawiać, jak Refield, zatem nie potrafiła pomóc krawcowi w żaden sposób. Bezsilność wywołała gorzkie łzy. Uderzyła kilkakrotnie pięścią o ziemię.  

- Pora na nas - rzucił łagodnie mężczyzna, ujmując ramię rudowłosej.  

- Dlaczego mi to robisz?! Tacoi jest dobrym człowiekiem i doskonałym przyjacielem!  

- Jak mówiłem, miał pecha. Złe miejsce, zły czas.  

- Wezmę udział w rozgrywkach. Gdy tylko odzyskam moc…  

- Dość tych bzdur, Fey! Nigdy więcej nie użyjesz mocy! - wrzasnął, ujawniając swoje prawdziwe oblicze. Nienawidziła go. Brzydziła się nim. Wywoływał w niej pogardę.  

- Nie zabronisz mi!  

- Nie rozumiesz… - uklęknął obok dziewczyny - Kiedy powiem ci, dlaczego nie wolno ci jej użyć, sama dobrowolnie się jej wyrzekniesz.  

- Zaskocz mnie.  

- Co pamiętasz z okresu, zanim trafiłaś na drewnianej belce do Przystani?  

- Co to w ogóle za pytanie?! Straciłam pamięć, wszyscy o tym wiedzą! Nic nie pamiętam! Nic! - krzyczała, wściekle wymachując dłońmi. Nie lubiła myśleć, o swoim "poprzednim życiu" , jak je nazywała. Za początek swojej historii przyjmowała moment, w którym odwodniona, półprzytomna, około ośmioletnia dobiła do piaszczystego brzegu, gdzie dziewczynkę znalazło małżeństwo rybaków. Nie pamiętała wówczas nawet własnego imienia. Amnezja spowodowana przeżytą traumą, stwierdzili wieśniacy. "Czasem trzeba zapomnieć, żeby nie zwariować", powtarzali, cierpliwie wdrażając znajdę w rutynę ich życia.  

- Zakonnik, który cię badał… - cichy świst przeciął powietrze i mężczyzna zawalił się ciężko na plażę razem z mnóstwem niewypowiedzianych słów. W jego szyi tkwiła strzała, spod której wypływał obfity strumień krwi. Fey wrzasnęła ni to ze zdumienia, ni z przerażenia. Trzy kolejne strzały powaliły pozostałych napastników. Piasek z wolna zaczął zmieniać barwę na jaskrawą czerwień. Dziewczyna skuliła się, oczekując na strzał. Gdzie dostanie? W szyję? W serce? W brzuch? Tylko nie brzuch, pomyślała. Od rany tam będzie umierać długo i w męczarniach. Chociaż strzelec nie bawił się w przedłużanie agonii swoich ofiar. Oddał cztery zabójczo celne strzały. Więc może, może umrze szybko. Mijały sekundy, a Fey wciąż żyła. Otworzyła zaciśnięte paniką oczy. Z klifu zbiegała ku nim jakaś postać. Na jej ramieniu wisiała kusza. Szesnastolatka złapała nóż i zasłoniła sobą przyjaciela, gotowa ich bronić.  

- Odsuń się - nakazał strzelec, zdejmując kaptur. Fey natychmiast skłoniła się nisko, rozpoznawczy przybysza.  

- Tak, Wasza Wysokość - błyskawicznie wykonała polecenie. Iridys tymczasem uklęknął przy blondynie.  

- Jestem już… - wyszeptał do nieprzytomnego mężczyzny - Jestem… - przesunął palcami twarzy krawca, mamrocząc formułki w nieznanym jej języku.  

- Iridys… - Tacoi usiadł na piasku. Wyglądał, jakby nic mu nie dolegało.  

- Jak to możliwe? - zapytała Fey z niedowierzaniem. Refield tłumaczył jej, że uzdrawianie to długi i nadzwyczaj energochłonny proces. Oczywiście, Łapacz Dusz, którym był książę, potrafiłby ograniczyć straty energii, niemniej wciąż pozostawała kwestia czasu. Nie mógł uzdrowić go tak szybko. Nie, chyba że…  

- Obiecałeś, że tego nie zrobisz… - wtrącił krawiec, patrząc na księcia z pretensją. W przeciwieństwie do Fey, zdawał się doskonale rozumieć, co zaszło i zdecydowanie tego nie pochwalał.  

- Miałem oglądać, jak umierasz?!  

- Zakon by nas znalazł… Refield…  

- Zakon? Byłbyś martwy, a ona daleko, zanim by tu doszli. Refield oprócz tupania nogami i wrzasków niewiele potrafi - zakpił królewski faworyt.  

- Nie wolno ci ryzykować… Nie przeze mnie… - Tacoi zwiesił głowę.  

- Chodzi o to, o czym myślę? - przerwała im rudowłosa. Mężczyźni wymienili szybkie spojrzenia.  

- Iridys użył daru krwi - wyjaśnił Tacoi, potwierdziwszy najczarniejsze podejrzenia Fey - Dzięki niemu nas znalazł i uzdrowił mnie.  

- Praktykowanie jest zagrożone karą śmierci - po słowach dziewczyny zapadła cisza. Niespodziewanie książę złapał dłoń nastolatki, rozcinając skórę na niej.  

- Jeśli nas zdradzisz, nigdy nie zaznasz szczęścia - oznajmił, dorzuciwszy kilka, obco brzmiących słów. Krew z zadanej przez mężczyznę rany, przybrała czarną barwę oraz kształt czaszki.  

- Nie! Iridys, proszę… - głos krawca dobiegał jak przez mgłę.  

- Wiesz, że nie mam wyboru. Muszę nas chronić - odparł zimno książę.  

- Co… Co mi zrobiłeś? - rudowłosej zakręciło się w głowie, ogarnęła ją nagła słabość.  

- Klątwa. Dla bezpieczeństwa - Iridys wzruszył ramionami. Fey zemdlała.

Ocknęła się w swojej kwaterze. Na krześle obok drzemał Refield. Delikatnie złapała go za kolano, a on wpółsennie ujął dłoń dziewczyny.  

- Dzięki żywiołom, Fey… Martwiłem się… Tacoi mówił, że twój mąż was porwał.  

- Nie chciał, żebym brała udział w rozgrywkach.  

- Całe szczęście, że piraci chociaż raz okazali się przydatni. Aż mam ochotę im podziękować - roześmiał się zakonnik. Zazwyczaj uwielbiała go takim. Tym jednak razem dołeczki w policzkach mentora nie zdołały poprawić jej nastroju.  

- Piraci? - powtórzyła zaskoczona.  

- Nie pamiętasz?  

- Ja… - urwała. Tacoi z Iridysem zapewne wymyślili jakąś zgrabną historię, żeby zatuszować udział księcia w sprawie, Fey powinna zatem dostosować się do obowiązującej wersji wydarzeń. Chociaż… Piraci? Panowie mogli się bardziej postarać - Widać, oberwałam bardziej niż przypuszczałam.  

- Już jest dobrze. Sprawdziłem.

- A moja moc? - zapytała zaniepokojona.  

- Bez zarzutu. Aktor wszystkim się zajął.  

- Nie jest… Zły na mnie? - ostatnie ich spotkanie nie skończyło się najlepiej. Wciąż pamiętała swąd spalenizny i wściekłość Łapacza.  

- Skądże znowu! Jest raczej pełen podziwu dla twoich umiejętności. Wprawdzie potraktowałaś go dość brutalnie, ale było mu to potrzebne. Także nie martw się, Fey. Nadal cię uwielbia - odrzekł Refield, kładąc nacisk na ostatnie zdanie. Dziewczyna przewróciła oczami.  

- Ile mamy czasu do rozgrywek? - poderwała się gwałtownie, przypomniawszy sobie o najważniejszym. Refield machnął uspokajająco dłonią.  

- Wystarczająco. Iridys jest ponoć niedysponowany dzisiaj i królowa przełożyła inaugurację na jutrzejszy poranek. Zdążysz wypocząć - posłał jej blady, zmęczony uśmiech.  

- Tobie również przyda się wypoczynek.  

- Aż tak źle ze mną?  

- Nie… Znaczy… - zaplątała się, lecz zakonnik był i tak zbyt nieobecny duchem, by zauważyć jej jąkanie. Jego nastrój uległ gwałtownej zmianie.  

- Szukałem cię. Szukałem wszelkimi dostępnymi sposobami, a mimo to nie mogłem znaleźć! - kopnął krzesło ze złością - A kiedy wróciłaś… Nie dzięki mnie, nie dzięki Zakonowi, tylko dzięki łutowi szczęścia… Nie lubię zawdzięczać niczego przypadkowi.  

- Nieważne… Wróciłam przecież.  

- Wiem, ale… Chciałbym móc zrobić więcej dla ciebie  - powiedział powoli, jakby długo zastanawiał się nad doborem słów.  
Ja także, pomyślała. Ja także chciałabym, żebyś zrobił więcej dla mnie. Podświadomie czuła rozczarowanie. Pragnęła, aby to właśnie Refield przybył im na ratunek, nie zważając na zakazy Zakonu. Jednak rzeczywistość odbiegała od pragnień rudowłosej. Przypomniała sobie gorzkie stwierdzenie Iridysa o tupaniu nogami. Gdyby znaczyła dla mentora cokolwiek, z pewnością przedłożyłby ją ponad jakiekolwiek zasady. Zazdrościła krawcowi więzi między nim a księciem. Dla nich nie istniało żadne prawo.  

- Zanim umarł, mój mąż powiedział mi coś bardzo dziwnego - zmieniła temat, porzuciwszy zbędne rozmyślania.  

- Co takiego?  

- Powiedział, że wyrzeknę się mocy, gdy poznam powód, dla którego nie wolno mi jej użyć. Zamierzał wyjawić mi ów powód… Pytał o moje dzieciństwo, zakonnika przeprowadzającego badanie…  

- Jeśli ma cię to niepokoić, sprawdzę archiwa - zaproponował Refield.

- Mógłbyś?  

- Oczywiście… Fey? - wypowiedział jej imię z wahaniem. Spojrzała pytająco - Twoją moc wytłumiono za pomocą silnego eliksiru. Nie sądzę, żeby twój mąż potrafił go sporządzić albo by było go stać na kupno. Moim zdaniem któryś z zawodników, musiał maczać w tym palce. Dał eliksir twojemu mężowi, planując wykluczenie twojego udziału. Dlatego… Biorąc pod uwagę taką możliwość, uważam, że zagrożenie nadal jest realne, rozumiesz?  

- Nie bardzo?  

- Życzysz sobie, abym dotrzymał ci towarzystwa? - wyrzucił szybko z siebie. Rozchyliła wargi zdumiona - Na wszelki wypadek.  

- Jeśli nie sprawi Ci to problemu - odparła, skromnie spuszczając wzrok. Przesunęła się, udostępniwszy połowę łóżka mężczyźnie.  

- Nie sprawi - mruknął, ściągając buty oraz nieodłączny, czerwony płaszcz. Następnie położył się obok dziewczyny. Zapadła niezręczna, nieznośna cisza - Więc… Jutro wielki dzień - przerwał w końcu. Nie odpowiedziała - Fey?  

- Jutro mogę umrzeć - szepnęła, podciągnąwszy kolana pod brodę. Rana po klątwie paliła jak ogień.

6 komentarzy

 
  • Duygu

    Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie.  
    Bardzo ciekawie i wspaniale napisana część. Dobrze, że mąż Fey umarł, narobiły tylko kłopotów, choć i tak zapewne nie będzie ich brakować  ;)  Tacoi żyje! Co za zaskoczenie! Czekam na rozgrywki i rozkwit miłości Refielda do Fey (oby z wzajemnością)  :D  Dziesiąta łapka ode mnie  :kiss:

  • Ladies

    @Duygu Jakie tam spóźnienie, ważne że jesteś  :przytul: Mąż tylko stał na drodze nowej miłości, więc należało go usunąć :devil:

  • AlexAthame

    :bravo:  :yahoo:

  • Ladies

    @AlexAthame Dziękuję

  • agnes1709

    @AlexAthame GDZIE ŁAPKA, PYTAM? :spanki:

  • Somebody

    @agnes1709 Dziwi cię to?  :rotfl:

  • agnes1709

    @Somebody Noł :lol2:

  • AlexAthame

    @Somebody Dalem teraz.

  • agnes1709

    No i pięknie :dancing:

  • Ladies

    @agnes1709 No i dziękuję  :przytul:

  • emeryt

    Dziękuję, wspaniały odcinek.

  • Ladies

    @emeryt Proszę, pisanie było czystą przyjemnością  :)

  • Almach99

    Magia krwi... brrr.  
    Od poczatku wydawalo mi sie, ze Fey skrywa jakas tajemnice

  • Ladies

    @Almach99 Śliska sprawa z tą krwią :sad: Każdy ma jakieś ciemne sekrety. Dziękuję za odwiedziny

  • AnonimS

    Ciekawe czy  klątwa przymusi ją do milczenia...śmiem wątpić.  Pozdrawiam

  • Ladies

    @AnonimS Może być różnie...  :devil: