Wybranka ognia - Pieniądze i reputacja

Wybranka ognia - Pieniądze i reputacjaStała pod ogromnym molochem, pokrywającym cieniem plac przed nim. Budynek Zakonu wywoływał u Fey nieprzyjemny dreszcz. Nigdy nie zwiastował niczego dobrego dla niej. Szarpnęła sznur gongu dwukrotnie. Znudzona twarz dyżurnego wyjrzała przez okienko w masywnych wrotach.  

- Do Refielda - rzuciła pewnie, pamiętając wskazówki krawca. Wyprostowała plecy, w myśl zasady "jak nie dopowie to dowygląda", a trzeba przyznać, że dzięki złotym palcom blondyna miała czym "dowyglądać". Nie różniła się niczym od napuszonych arystokratek, ba, biła je na głowę pod względem wyczucia stylu.  

- Była pani umówiona?  

- To raczej spontaniczna wizyta.  

- Rozumiem… W takim razie muszę się zorientować, czy będzie mógł panią przyjąć. Pani godność, jeśli można?  

- Nie można - odparła wyniośle. Zadziałało lepiej niż przypuszczała. Strażnik cały się zaczerwienił i starał się pokryć zmieszanie ukłonami.  

- Naturalnie, przepraszam. Proszę zaczekać w holu - otworzył drzwi, wpuszczając dziewczynę do przedsionka Zakonu, zbudowanego, aby imponować każdemu wchodzącemu. Siedem monumentalnych ołtarzy poświęconych żywiołom przytłaczało aurą boskości. Była tu czara pełna wiecznego ognia, kolumna spowita lejem silnego wiatru, akwarium z wodą, przybierającą przeróżne kształty, ściana barwnych pnączy, wydających jednocześnie kwiaty i owoce, świetlista kula złociście oświetlająca całe wnętrze, oraz czarna dziura mroku, pochłaniająca wszelki przejaw życia. Nad wszystkim zaś miotały się długie jęzory błyskawic. Zawsze marzyła, by zobaczyć tę salę, gdzie ogień, woda, powietrze, ziemia, światło, mrok oraz energia tworzyły jedność. Wcześniej, gdy była tutaj z Refieldem weszli od zupełnie innej strony i nie miała okazji obejrzeć tych cudów - Refield prosił, aby przekazać, iż jest obecnie zajęty, pani.  

- Nalegam - mruknęła groźnie ze zmarszczonym czołem. Dyżurny pobiegł prędko.  

- Refield powiedział, iż cierpliwość jest wspaniałą cnotą, pani - poinformował mocno zdyszany chłopak.  

- Z pewnością. Podobnie jak szacunek dla bliźnich - rzuciła pewnie, obracając głowę ku płomieniom. Wartownik znów zaczął biec, bawiąc dziewczynę swoją gorliwością. Nie przywykła, by traktować ją niczym wielką damę, chociaż zdecydowanie jej to odpowiadało. Wsunęła dłoń w ogień, który pod postacią kobry zaczął wspinać się po skórze rudowłosej. Nagle hol ogarnął chłód i włoski na karku nastolatki podniosły się gwałtownie, oznajmiając przybycie Refielda.  

- Przemyślałam parę spraw - zaczęła mówić pierwsza, wedle rady krawca. Chciała pokazać zakonnikowi, że nie jest zabawką i od teraz będzie musiał liczyć się z jej zdaniem - Wezmę udział w rozgrywkach z tobą jako moim mentorem…  

- Doskonale, jeśli to wszystko…  

- ALE - kontynuowała swoją wypowiedź - pod paroma warunkami. Po pierwsze, nie będziesz miał żadnych sekretów, które utrudniałyby naszą współpracę. Po drugie, nie podejmujesz żadnych decyzji dotyczących mnie, bez uprzedniej konsultacji ze mną. Po trzecie, jesteśmy sobie równi.  

- Tyle, moja pani? - zapytał kpiąco służalczym tonem.  

- Na razie - odparła, patrząc wyzywająco w oczy mentora.  

- Dobrze.  

- Co? - zdziwiła ją szybka zgoda mężczyzny. Oczekiwała zażartej dyskusji, sprzeciwu, problemów… Refield uśmiechnął się lekko, jakby czytając jej myśli.  

- Zgadzam się z tobą. Ostatnia kłótnia była niepotrzebna.  

- Och… To… - wybił ją zupełnie z rytmu swoją uległością. Odchrząknęła nerwowo - Skoro tak… Może zabierzemy się za jakiś trening albo…  

- Później. Teraz muszę załatwić kilka spraw.  

- Jakich?  

- Dla Zakonu. Zainteresowana?  

- Chętnie zobaczę jak pracujesz - Refield skinął na nią zrezygnowany, obrzuciwszy uprzednio krytycznym spojrzeniem jej kreację.  

- Tak ubrana?  

- A co? Źle wyglądam?  

- Nieodpowiednio do sytuacji. Może załóż chociaż płaszcz, poczekaj… - po krótkiej chwili przyniósł długą, czerwoną pelerynę. Drobne ciało dziewczyny zatonęło w krwistym materiale ku wyraźnemu rozbawieniu Refielda. Podwinął rękawy płaszcza, by odsłonić jej dłonie.  

- Masz jakiś pasek? - zapytała, bezradnie uniósłszy wiele za duży materiał. Mężczyzna zdjął skórzany pas z bioder i podał rudowłosej.  

- Powinien dać radę.

- Jesteś pewien? - uniosła brwi z wahaniem.  

- Wybacz, nie nazywam się Tacoi i nie posiadam dziesięciu szuflad pełnych pasków - warknął zniecierpliwiony zwlekaniem dziewczyny. Oplótł jej talię i zacisnął aż syknęła. Jego oddech delikatnie omiótł przy tym szyję rudowłosej, a dłonie musnęły jej biodra. Zareagowała na dotyk mężczyzny o wiele silniej niż by sobie życzyła, ledwie powstrzymując pragnienie połączenia ich ciał.  

- Pięciu. Ma pięć szuflad pasków - odparła naburmuszona, mimo rozszalałego tętna. Wzruszył ramionami, prowadząc Fey do powozu.  

- A my mamy dwa zadania. Pierwsze dla pieniędzy, drugie dla reputacji.  

- Czyli?  

- Lodowe ogrody królowej - odparł lakonicznie Refield. Fey słyszała o tym magicznym miejscu, lecz słyszeć to było niewiele w porównaniu z zobaczeniem. Tysiące kwiatów zamrożonych w pełni rozkwitu. Gałęzie drzew pokryte białym puchem spod którego przebijała świeża zieleń. Oszronione posągi, altany wyrzeźbione w lodzie, firanki sopli nad głowami spacerowiczów zachwycały do utraty tchu. Pośrodku tego zimowego raju, znajdował się zamarznięty staw pełniący funkcję lodowiska. A wszystko dostępne przez cały rok, niezależnie od pogody.  

- Niesamowite… Ty utrzymujesz lód? - zwróciła się do Refielda. Pokręcił głową.  

- Za duży obszar. Ja dbam jedynie o staw - mówiąc to, dotknął gładkiej tafli. Dostrzegła ogromny wysiłek na jego twarzy, gdy kolejna warstwa szronu zaczęła pokrywać wodę. Tymczasem na horyzoncie zamigotały dwie postaci. Iridys prowadził za rękę małą, ciemnowłosą dziewczynkę, zapewne księżniczkę. Wyglądali na beztroską i szczęśliwą rodzinę, chociaż Tacoi mówił Fey coś przeciwnego - Już - głos Refielda przywrócił dziewczynę do rzeczywistości.  

- Myślisz, że królowa go kocha? - zapytała. Zakonnik podążył wzrokiem za jej spojrzeniem i westchnął.  

- Tego nie wiem. Z pewnością Iridys jest niezwykle inteligentnym mężczyzną, skoro potrafi utrzymać swoją pozycję tak długo. Jej Wysokość nie słynie ze wstrzemięźliwości. Ciągle ma nowych kochanków, niemniej do Iridysa wraca za każdym razem. Zresztą, tylko on cieszy się tytułem księcia-ojca. Spory awans  dla arystokraty z podupadłego rodu - odparł Refield analitycznie. Obserwowali zarysy księżniczki i królewskiego faworyta z ogromną ciekawością.  

- Więc to prawda, co mówią? Że królowa nie przepuści żadnemu mężczyźnie? - pociągnęła temat nastolatka, rozgrzana porcją gorących ploteczek.  

- Zdecydowanie lubi towarzystwo.  

- A tradycja zaproszenia zwycięzcy rozgrywek do jej prywatnych komnat? Istnieje, czy stanowi jedynie mit?  

- Dlaczego pytasz, Fey?  

- Chcę wiedzieć z pierwszej ręki.  

- Istnieje - przyznał Refield niechętnie - Kiedy wygrałem rozgrywki, Jej Wysokość  posłała po mnie. Aktor wyjaśnił mi, że taki obowiązuje zwyczaj. Królowa lubi uzdolnionych… Ale nie martw się, Fey, ciebie nie zechce. Woli mężczyzn.  

- Byłeś z nią tylko raz? Nie chciałeś pozostać "w łasce" nieco dłużej?  

- Nie bawię się w Iridysa. Królowa to wulgarna, prostacka kobieta o niskich instynktach - zakonnik zacisnął wargi w cienką, pełną irytacji kreskę.  

- Nie wolno ci tak mówić.  

- Taka prawda. Współczuję Jego Wysokości. Musieć dbać o względy kobiety jak królowa, to na pewno wyzwanie. Nie dziwi mnie, że dał jej jedno dziecko przez te wszystkie lata. Powiem więcej, dziwi mnie, że w ogóle dał jej dziecko. Moim zdaniem powinien wziąć pieniądze, poślubić jakąś miłą szlachciankę, podpalić cały ten syf  na pożegnanie i wyjechać do Uns - rzucił gorzko Refield, Fey pospiesznie zakryła mu usta dłonią, rozglądając się wokół zaniepokojona.  

- Przestań!  

- Niby czemu? Królowa nic mi nie zrobi. Nawet ona nie może igrać z Zakonem.

- Dlatego dołączyłeś do Zakonu? Żeby przed nią uciec?  

- Ja nie uciekam.  

- Czyżby?  

- Nie będę się kłócić. Chodźmy stąd, mamy jeszcze sporo pracy.  

- No tak… Reputacja - przewróciła oczami.  

- Jest ważna. Przekonasz się, podczas rozgrywek.  

Tym razem odwiedzili dzielnicę biedoty. Próżno było szukać tutaj jakichkolwiek udogodnień. Wąskie ulice cuchnęły od płynących nimi ścieków. W kilkupiętrowych domach brakowało okien, a odrapane ściany budynków dopełniały obrazu nędzy. Fey zebrało na wymioty od smrodu rynsztoku i niemytych ciał. Refield podał jej perfumowaną chusteczkę, którą zakryła twarz.  

- Co to za miejsce? - zapytała, gdy wysiedli przed zniszczonym domem. Mimo dziurawego dachu, komin wciąż bez zarzutu wypuszczał kłęby, swędzącego w oczy, dymu.  

- Sierociniec. Szpital. Stołówka. Szkoła. Hotel. Nazywaj jak chcesz. Pełni wiele funkcji. Przychodzisz tutaj, kiedy nie masz dokąd pójść - wyjaśnił zakonnik - Fey…  

- Tak?  

- Za tymi drzwiami… - Refield spojrzał na dziewczynę, jakby szukając właściwych słów - Bywa naprawdę ciężko. Nie musisz iść ze mną, jeśli nie czujesz się gotowa - nieśmiało ujęła jego dłoń w swoją. Ich palce splotły się w mocnym uścisku.  

- Chodźmy - powiedziała stanowczo. Skinął głową i pociągnął ją ku skrzypiącym drzwiom. Odór choroby uderzył w nozdrza szesnastolatki od progu. Błyskawicznie sięgnęła po chusteczkę. Na spotkanie wyszedł im wychudzony chłopak.  

- Przyjechałeś za późno, panie - poinformował od progu.  

- Dlaczego za późno? Gdzie Esme?  

- Zaraza, panie. Esme leczyła chorych i ją złapało… - słysząc słowa chłopaka, Refield osunął się bezwładnie na kolana - Spaliliśmy jej ciało wczoraj - zakonnikiem wstrząsnął niemy szloch. Rudowłosa objęła mężczyznę, a on wtulił się w pierś dziewczyny z wdzięcznością.  

- Mogę jakoś wam pomóc? - wydusił, powoli odzyskując kontrolę nad emocjami.  

- Odkąd nie ma Esme… Trochę nas przerosły obowiązki - chłopak zaczął dłubać stopą w posadzce. Refield otarł twarz i wstał całkowicie spokojny. Jedynie podpuchnięte oczy świadczyły o przeżytym przez niego ciosie.  

- Pokaż mi zapasy, potem odwiedzę chorych - polecił sucho. Zaprowadzono ich do piwnicy, gdzie w drewnianej skrzyni dostrzegła nadgniłe warzywa, nieco zboża oraz parę słoików dżemu - Pieniądze?  

- Wszystko poszło na czynsz, panie.  

- Masz - Refield wyjął parę złotych monet - Tylko nie mów nikomu, bo je zabiorą. Kup buraki, dłużej się utrzymają. Zabierz swoich nad wodę, nałówcie ryb. W lasach wciąż są grzyby. Nazrywajcie pokrzyw, nałapcie żab… To będzie trudna zima, musicie przygotować zapasy.

- Wiem, panie, dziękuję - Chłopak przywarł wargami do ręki zakonnika.  

- Nie dziękuj, tylko zabierajcie się do pracy albo nie przeżyjecie pierwszych mrozów.  

- Poradzimy sobie.  

- Wiem.  

- Pokażę ci chorych, panie - weszli do pomieszczenia z rzędem łóżek. Refield nachylał się nad każdym uważnie sprawdzając stan zdrowia pacjentów.  

- Będzie dobrze, dajcie jej ziół, okłady dwa razy dziennie - wydał pierwszy werdykt i przeszedł dalej - Jeśli gorączka nie minie do wieczora, poślijcie po mnie - sprawnie poszedł do kolejnego łóżka. Starannie zbadał leżącego na nim mężczyznę, po czym pokręcił smutno głową  - On umrze. Za tydzień, może dwa... Jakaś rodzina?  

- Jest sam.  

- Ktoś go pochowa?  

- Ja z chłopakami.  

- Doskonale - zakonnik położył dłonie na piersi chorego. Cichy jęk i umierający wraz z powietrzem wypuścił  kryształki lodu. Refield cofnął ręce, po czym zasłonił prześcieradłem twarz mężczyzny.  

- Zabiłeś go… - szepnęła Fey z niedowierzaniem. Czuła oburzenie, szok i rozczarowanie postępkiem zakonnika.  

- Skróciłem agonię - stwierdził z przerażającą obojętnością. Zupełnie, jakby nic nie zaszło. Zupełnie, jakby odbierał życie regularnie. Miała wrażenie, że utknęła w jakimś koszmarze.  

- Nie wolno ci decydować o czyimś losie! - wykrzyknęła, pragnąc się obudzić, pragnąc odzyskać swojego mentora, nie tego zimnego mężczyznę, który zabijał bez wyrzutów sumienia.  

- Nie ja zdecydowałem.

- Gdyby leżała tutaj ta cała Esme, też zamroziłbyś ją bez chwili namysłu? - ciągnęła uparcie, mimo ostrzegawczego błysku w oczach zakonnika. Lodowaty podmuch pchnął rudowłosą pod przeciwległą ścianę, ostry sopel spoczął na jej krtani. Przełknęła ślinę, spanikowana. Zakonnik był od dziewczyny silniejszy, wściekłość podkręcała jego moc do niewyobrażalnego poziomu.  

- Nie waż się wspominać o niej!

- Skróciłbyś jej cierpienie? A może uzdrowiłbyś ją, jak uzdrowiłeś niewolnicę Aktora? - Fey nie ustępowała, choć spod sopla wypłynęły pierwsze krople krwi.  

- Zrobiłem to, co należało. Zrozumiesz, gdy poznasz tutejsze realia...

- Nie jesteś sobą!  

- Ależ jestem. Arena zmienia ludzi, Fey. Najwrażliwsi stają się najbardziej okrutni - odparł zakonnik w zamyśleniu, ostrożnie puściwszy dziewczynę. Furia opuściła go bezpowrotnie. Zaczął tamować krew wprawnymi ruchami. Odrobina lodu wystarczyła, by zamrozić ranę. Ból zniknął, lecz została przekroczona pewna granica, o czym oboje wiedzieli. Fey zamilkła, zapanował poważny nastrój. Czyżby rozgrywki miały aż tak na nią wpłynąć? Wolałaby uniknąć takiej przemiany. Chciała pozostać sobą. Na przekór wszystkiemu.

2 komentarze

 
  • Duygu

    Obecna!  ;)  

    Bardzo dobra i ciekawa część. Dziewczyna mnie zaskakuje. Świetnie sobie radzi. Oby tak dalej. Refield ma dość ciężki charakter, ale lubię go. Ciekawy wątek z królową.
    Cudownie Wam idzie!

    Czekam na kolejną  :kiss:

  • Ladies

    @Duygu Dziękuję za przybycie  ;) Dziewczyna daje radę póki co i dobrze, bo nie chciałyśmy sierotki-Marysi  :lol2: Co do Refielda, faktycznie bywa czasem wrzodem na tyłku, więc ktoś go będzie musiał ogarnąć :rotfl:

  • AnonimS

    Jak zwykle ciekawe. Dziewczyna próbuje utrzymać niezależność ale chyba do.czasu.  każdy sukces ma swoją cenę.
    pozdrawiam

  • Ladies

    @AnonimS Dziękuję