Studnia - 01

Stara samotna studnia stała pośrodku miasteczka Atrent. Cembrowina była pokryta zielonym nalotem. Żuraw nawet z daleka wyglądał na przegniły i spróchniały, zaś z bliska można było dostrzec, że w pewnym okresie stanowił dom dla koloni korników. Zalegająca w studni woda nie nadawała się do picia. Tę starą studnię otaczała zła sława. Jeśli wierzyć bajaniom mieszkańców, studnia była starsza niż samo Atrent i krążyło o niej wiele legend. Jedna szczególnie zaciekawiła Rrinsata.

Rrin był blisko trzydziestoletnim mężczyzną. Wysokim, barczystym i szczupłym. Ubrany był cały na czarno w luźny płócienny strój z peleryną. Włosy miał gęste i smolisto czarne, wszystkie splecione w warkoczyki i związane w koński ogon na karku; długością sięgały bioder. Teraz, po długiej podróży, były potargane i w nieładzie. O kolor jego oczu, sprzeczało się pięciu miejscowych pijaczków. Dwóch twierdziło, że są zielone, trzech że niebieskie. Rrinsat lubił myśleć o swoich oczach, tak jak je określiła pewna cyganka: "są jak przybrzeżne wody oceanu w ciepły słoneczny dzień". Ta sama cyganka przepowiedziała mu, że znajdzie to czego szuka.

Legenda, która zwabiła mężczyznę do Atrent, dziać się miała jeszcze w czasach Wielkiej Wojny Magów, kiedy to czarodzieje poznali magię nieludzi i chcieli dzięki niej władać światem. Ich chciwość zniszczyła główne Źródła Magii i na blisko 300 lat magia znikła z całej planety. Wiekowe istoty wymarły, a tajniki władania magią zostały zapomniane. Studnia miała pochodzić jeszcze z tamtych czasów i służyć magowi Sawo. Mag był okrutny i czerpał przyjemność z patrzenia na cierpienie innych. Tuż przed wybuchem Źródeł Magii miał on wskoczyć do studni. Od tamtego czasu mówiło się, że jeśli ktoś pochylił się nad studnią, umierał w przeciągu kilku dni, a Sawo zabierał jego pozostałe lata życia.

Mężczyzna z warkoczykami zjadł sowitą kolację i ruszył do wynajmowanego pokoju w Przeklętej Studni, która była lichą karczmą. Usiadł na łożu, które odstraszało już samym zapachem pleśni i starych rzygowin. Rrin zrezygnował ze snu. Otworzył okno i wyjrzał przez nie. Pod ścianą ktoś spał i chrapał przy tym jak niedźwiedź. Już miał się cofnąć, ale usłyszał szelest przyległego do budynku starego drzewa. Z pewnością tego szumu nie wywołał wiatr.

Rrin zatrzasnął okiennice i zamknął okno. Oparł nagi miecz o ścianę. Zdjął buty, zgasił świecę i położył się na drewnianej podłodze przy łóżku. Czekał na nocnych gości.

Gdzieś w dali cicho zaskrzypiała podłoga. Po chwili dźwięk się powtórzył. Chociaż napastnik starał się zachować ciszę, był zbyt ciężki by deski nie zdradziły jego kroków.

Rrin natychmiast ocknął się z drzemki. Sięgnął do pasa po nóż. I czekał.

W sąsiedniej izbie rozległ się zduszony krzyk i coś ciężkiego upadło na ziemię. Odgłosy szamotaniny, uderzenie w ścianę i dźwięk kroków. A później całkowita cisza. Rrin nadstawiał uszu, ale nic się nie działo. Wzruszył ramionami i skupił się na rozluźnieniu swojego ciała. Cokolwiek stało się za ścianą, nie było jego sprawą. Rrin przybył tu, by zbadać studnię, nie zbawiać świat.

Do świtu już nie zasnął. O brzasku uzbroił się w pas z nożami i miecz. Do cholewek butów wsunął małe noże z płaskimi rękojeściami. Zabrał ze sobą worek z drabiną sznurową. Kiedy wychodził ze swojej komnaty zauważył, że drzwi sąsiedniej były uchylone. Zdusił chęć zajrzenia do środka. Zszedł na dół do kuchni. Zabrał bochen chleba z poprzedniego dnia i wyszedł przed Przeklętą Studnię. Odrywał spore kawałki pieczywa i wpychał je sobie do ust. Stał tak chwilę i żując nieśpiesznie swój łup rozglądał się po pogrążonym we śnie mieście.

Została mu tylko gruba piętka chleba. Wszedł z nią do stajni. Poklepał po pysku swojego wierzchowca i dał mu resztkę śniadania. Koń zjadł ją ze smakiem i szturchał Rrinsata pyskiem po kieszeniach. Domagał się smakołyków. Rrinsat uśmiechnął się pod nosem, chociaż z natury mało się uśmiechał.

- Jesteś wspaniałym przyjacielem, Dreszczowcu - szepnął do konia.

A później zastanowił się przez chwilkę, czy aby właśnie się z nim nie pożegnał.

Odgonił ponure myśli i ruszył do owianej złymi legendami o Sawo studni. Zajrzał do środka. Nie zobaczył lustra wody, jedynie ciemność. Nic się też nie stało. Wrzucił do środka mały kamyk. Rozległo się ciche chlupnięcie. Nadal nic się nie działo.

Rrin przywiązał sznurem jeden koniec drabiny do wysokiej cembrowiny, drugi wrzucił do studni. Woda chlupnęła, a więc drabina była wystarczająco długa. Chwilę później Rrin opuszczał się w dół. Rozglądał się bacznie, by niczego nie przegapić. Im niżej się znajdował, tym bardziej smród stęchłej wody nasilał się. Wzmagała się też wilgoć, a ściana wewnątrz studni zrobiła się śliska od pokrywającego ją śluzu.

Ledwie słyszalne chlupnięcie wyostrzyło do maksimum zmysły Rrinsata. Zatrzymał się i patrzył skupiony w dół, ale nic się już nie działo.

Coś żyło w wodzie, czy ktoś z góry był przy studni i niechcący upuścił coś malutkiego? A może oderwał się kawałek próchna z przegniłego żurawia? Lub spadło błoto spod podeszwy jego buta?

Rrin opuszczał się dalej. Do lustra wody miał już blisko. Jego uwagę przykuł wystający ze ściany prostokątny kamień z otworem w środku. Spróbował go wepchnąć, podnieść, pociągnąć, wyjąć i przekręcić w jakąkolwiek stronę, ale kamień był nieruchomy. Rrin poczuł się zawiedziony. Badał więc ścianę dookoła niego z nadzieją, że to jednak jakaś wskazówka lub dźwignia.

Coś dotknęło jego kostki. Odruchowo chciał ją unieść do góry, ale wtedy zacisnęła się na niej, pomimo skórzanej cholewki buta, bolesna pętla. Z wody patrzyły na niego dwa fosforyzujące żółtawym światłem ślepia, przecięte kocią czarną kreską. Każde wielkości zaciśniętej mańki dorosłego mężczyzny. Po ścianie wspinały się kolejne macki z charakterystycznym dla przyssawek plaskaniem. Woda kotłowała się od szybkich ruchów potwora.

Olbrzymia ośmiornica zaczęła ciągnąć mężczyznę w dół. Szczebelek boleśnie wrzynał się w zaciśnięte dłonie Rrina, a macka miażdżyła mu nogę zaciskając się na niej co raz bardziej. Musiał odciąć mackę, ale jeśli zwolniłby którąś rękę, potwór wciągnąłby go do wody. W wodzie trudniej byłoby mu zwyciężyć. Obawiał się utonięcia.

Druga macka owinęła się wokół kolana Rrina. Kolejna próbowała pochwycić jego drugą nogę. Rrin krzyknął z bólu. Coś huknęło w górze. Później drugi raz i kolejny. Uderzenia powtarzały się.

Ośmiornica znieruchomiała na chwilę zaciekawiona. Na ten zbawienny moment czekał Rrin. Błyskawicznie dobył miecza, wychylił się i z całej siły rąbnął w macki oblepiające mu nogę. Jedną prawie odciął, drugą okaleczył. Potwór zwolnił chwyt.

Woda wystrzeliła do góry po gwałtownym ruchu ośmiornicy. Drabinka chwiała się pod Rrinsatem. Mężczyzna zaczął wspinać się do góry najszybciej jak potrafił. Wraz z ostatnim uderzeniem na zewnątrz drabina razem z Rrinem zaczęły spadać. Ktoś odrąbał drabinę, zdążył pomyśleć Rrinsat nim huknął barkiem o taflę śmierdzącej wody.  

Ośmiornica natychmiast go chwyciła i ciągnęła głębiej w dół. Jej macki owijały się dookoła zdobyczy. Rrin zaplątany we własną drabinę próbował walczyć, ale z każdą próbą potwór zaciskał mocniej mięsiste odnogi i miażdżył tkanki mężczyzny. Był skrępowany zaciskającymi się pierścieniami obrzydliwych macek. W końcu Rrinsat otworzył usta do krzyku. Stęchła woda bezlitośnie wdarła się do jego organizmu sprawiając mu dotkliwy ból w piersiach. Miecz wypadł mu z dłoni. Po chwili szamotaniny jego ciało zwiotczało, a on sam odpłynął w kojącą nicość.

276 czyt.
100%32
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1438 słów i 8130 znaków ·

Komentarze (2)

 
  • AlexAthame

    AlexAthame 14 sty 18:38

    Zaczyna się jakby Rrinsat nie miał żadnych szans. Ciekawe co z tego wyniknie?

  • Somebody

    Somebody 12 sty 20:48

    Super. Bardzo lubię taki klimat