Recall cz 6

Julia
Mark, Julia i Sara wsiedli do taksówki. Lecieli do Singapuru. Mark
wyjął telefon i wcisnął numer "7”.  
– Tak Mark, czego potrzebujesz? – zapytał Henry.
– Lecę do Singapuru i tam spotkam Leona oraz tego, kto jest większy od ciebie.
Henry przez chwilę milczał.
– Zapewniam cię, że to nie ja zabiłem tego człowieka. Może zrobił to
Leon, nie wiem. Tak, to prawda, wypadek i zamach na mnie były wyreżyserowane. Nie miałem na to wpływu i dowiedziałem się o tym później, zaraz po waszym wyjeździe. Mam nadzieję, że pieniędzy ci wystarczy i jeśli Ci się powiedzie, przekonasz się, że nie jestem, kim myślisz.
– Co ma mi się powieść lub nie?
– Nie wiem, miałem ci to powiedzieć. Wiem, że masz nadludzkie
własności, ale uważaj.
Na tym zakończyli rozmowę. Taksówka dojechała do portu
lotniczego. Na lotnisku wszystko odbyło się bez żadnych kłopotów.
Weszli do dużego boeinga. Mark usiedział w środku. Sara oparła głowę z jego jednej strony, a Julia z drugiej.
– Musisz być bardzo szczęśliwy, Mark – szepnęła Sara. – Masz
kochającą żonę i córkę.
– Och gdybyś wiedziała, co ja wiem, nie mówiłabyś tak.
– To ty mamo jesteś szczęśliwa – zaszczebiotała słodko Julia. – Bo
nie wiesz tego, co my, prawda Mark?
– Coraz częściej mówisz na tatę po imieniu. Myślę że to nie wypada,  
panienko.
– Przepraszam, mamusiu. Coś sprawia, że się zapominam.
Sara milczała przez chwilę, po czym wzięła głęboki wdech
i powiedziała.
– Gdybyś wiedziała co ja wiem, nie mówiłabyś tak, księżniczko Seen.
Złapała się za buzię.
– Dlaczego nazwałam cię księżniczką Seen, a jeszcze przed sekundą wiedziałam?
Mark poczuł nagle napływ wiedzy z nieznanego źródła i sam nie
wiedząc czemu, zapytał Sarę o coś, co nie miało pozornie sensu.
– Pamiętasz jak byłaś w ciąży?
Jej odpowiedź zaszokowała go, choć spodziewał się takiej.
– Nigdy nie byłam w ciąży, ponieważ jestem bezpłodna.
Jej słowa podziałały na Julię jak balsam, ponieważ od kilku chwil
opanowało ją pragnienie by zatopić swoje usta, w ustach Marka.
Jednak po małej chwili Sara uśmiechnęła się i powiedziała.
– Oczywiście, że pamiętam. To było miłe. Julia była spokojnym
dzieckiem, ciągle spała w brzuszku.
Mark, zszokowany pierwszą jej odpowiedzią, spojrzał na Julię,  
żeby zobaczyć jak ona to odebrała. Spojrzał i, o zgrozo, zadrżał aż do szpiku kości, bowiem zobaczył swoją ukochaną w dorosłej postaci.
Seen siedziała w przepięknej sukni z cieniutkich, złotych nitek
tworzących subtelną siateczkę, a pod siatką nie miała nic. Dostrzegła jego wystraszone oczy i odezwała się w języku, jaki używali 14 tysięcy lat temu.
– Ane-thi a ute hasure, a-ame og, u Marr, angher ta a-amar. (– Gdyby
nie to, że jesteśmy w samolocie, nic by mnie nie powstrzymało by
kochać się z tobą, lord Marr, mój umiłowany.)
Mark tym razem zachował zimny rozsądek i zapytał, bo wszystko
rozumiał.
– A-asi deii Seen, a wi hasure? (– Skąd księżniczka Seen wie, że to
samolot?)
Jednak jej odpowiedź tylko osłabiła go bardziej w jego zmaganiu.
– A elle Marr odre a deii Seen. A Julia, a Julia awi hasure. (– To ty
widzisz mnie teraz jako księżniczkę Seen. Ja jestem Julią, a Julia wie co to samolot.)
– A hosi ai avee ture ah, duti pengal, sau? (– Poznałeś mnie kiedy
miałam 25 lat, pamiętasz?)
– Sa. (– Tak.)
– Is ani natii oniile ati en deii Seen, a sa. A na ha mame Her-ge a-ame, deii Seen a tu Julia a hasii au. A ha saa. (– Więc nie wiesz jak wyglądała jedenastoletnia Seen, ja wiem. Mówię ci więc, na pamięć mojej matki, którą kochałam, Julii i Seen mają to samo ciało. I duszę.)
– To fascynujące, jestem antropologiem i zajmuję się dawnymi
językami – rzekł starszy pan, siedzący za Sarą – Co to za język?
– Używaliśmy go w okolicy księstwa Or, które potem nazwano Ur
sumeryjskim. To było 14 tysięcy lat temu – odrzekła grzecznie Julia.
– Och, to doskonałe – odrzekł rozbawiony.
Starszy pan śmiał się szczerze, sądził bowiem, że dziewczynka żartuje. Nie dawało mu to jednak spokoju. Tydzień potem zaczął dokładnie badać sumeryjski język. Zapamiętał dwa słowa: "Deii” i "hasure”, co oznaczało "księżniczka” i "samolot”, a naprawdę niewielu o tym wiedziało.
Tymczasem Mark cały czas widział Seen, obok Sary.
– To będzie teraz tak cały czas? Nie będę widział mojej córki, tylko
ciebie, Seen?
– Jak wolisz, mój panie – rzekła Julia.
Znalazła się z powrotem w swoim, jedenastoletnim ciele.
– Chciałam ci ułatwić, ale zrobiłam teraz jak sobie życzysz. Chcę ci
tylko coś powiedzieć. Istotnie On-thi nie miała dzieci, ale to nie jest
powodem, że stała się taka.
Zamilkła na chwilę. Mark czuł, że za chwilę usłyszy coś ważnego.
– Zobaczysz swoją córkę, nie mogę ci powiedzieć nic więcej na razie
– powiedziała Julia.
– Nic nie rozumiem – powiedział Mark.
Nie wiedział, że Julia powiedziała to do Sary. A Sara płakała. Mark dostrzegł to i przytulił mocno żonę.
– Wszystko słyszałam. Ja wiem, że Julia mówiła o mnie – szepnęła
przez łzy Sara.
– Pamiętasz, jak ci mówiłem – zaczął Mark – Wszystko będzie
dobrze, Dragonn Kerr się myli.
Tulił Sarę z miłością.
– Zobaczymy Dragonna Kerra, zobaczymy Leona, znajdziemy miecze.
Wziął Sarę za ramiona.
– Kiedy dotknie cię MIŁOŚĆ, zrozumiesz. Ja naprawdę cię kocham,  
On-thi.
Julia przesiadła się i teraz Sara znalazła się w środku.
– Ja też cię kocham – szepnęła Julia – I chociaż nie jesteś moją
mamą, to będziesz nią. I jak mówi tata, wszystko będzie dobrze.
Powiedziała "tata”, chociaż wiedziała, że Mark nim nie jest.
– Ja wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale tak się stanie.
Przysięgam ci, ja księżniczka Seen, na moją miłość do Lorda Marr.
Sara zaczęła płakać, ale tym razem były to łzy rozkwitającej
miłości i radości. Seen patrzyła na Marka i Sarę z miłością i zaczęła się zastanawiać kim jest właściwie Julia.
W tej samej chwili w Singapurze Dragonn Kerr poczuł dreszcz.
– Nie cieszcie się zbyt wcześnie, mam dla was niespodziankę.
Siedział na złotym tronie sprzed dwunastu tysięcy lat. Na jego
kolanach leżały dwa cudowne miecze.

                             Seen
Miedziany czerpak plusnął w dno studni. Tu na tym suchym terenie,  
trzeba było głęboko kopać, by dostać się do niezbędnej do życia wody. A przebić się przez twardą skałę, wymagało wielkiej wytrwałości i czasu. Dlatego szanowano to miejsce. Her-ge wyciągnęła z łatwością czerpak
z wodą. Jej długie, splecione w warkocz, ciemnobrązowe włosy, spadały z przodu. Zbudowany z drewnianych pali dom oddalony był może o 50 jardów. Pomimo tego, nawet teraz, kiedy poszła po wodę, nie rozstała się z mieczem. Ten znajdował się na plecach, ukryty
w skórzanej pochwie. Jego pięknie zdobiona rękojeść wystawała zaraz za jej karkiem. Tylko to pozostało jej po mężu, którego straciła dziesięć lat temu. Od tego czasu miała wiele propozycji. Pozostała nadal wdową.
Ur-tach zanim umarł pokonał pięciu silnych napastników. Zanim odszedł na drugą stronę, zostawił jej ten miecz i prosił, by opiekowała się Seen, ich jedyną córką. Dziwiono się, że nawet taki siłacz jak on, zginął. Jego imię zmieniono wcześniej, za jego zgodą, na Ur-tach – to znaczy: Ten, który pokonał rękami lwa. Her-ge kochała go, ale nikogo na świecie nie kochała tak, jak Seen. Dlatego nie musiał jej prosić o ochronę dla córką.
Od czasu jego śmierci, jej piękne ciało przybrało mięśni. Nie od
pracy, ale głównie od nauki sztuki walki. W promieniu 150 mil nie było nikogo, kto mógłby równać się z nią.  
A miała kogo bronić. Nie znano nikogo w okolicy miesiąca jazdy koniem, kto miałby złoty kolor włosów, jak Seen. W ich języku jej imię znaczyło: Bogini z gwiazd.
Senn rosła i nawet teraz, jako jedenastoletnia dziewczynka, uchodziła za piękność. Obserwowała matkę i uczyła się przy niej wszystkiego. Już kiedy skończyła pięć lat, naśladowała jej ruchy miecza, drewnianym patykiem.  
Seen kochała wszystko i wszyscy kochali ją. Miała dar rozmowy
ze zwierzętami, szczególnie z końmi i wielbłądami.
  Her-ge wróciła do chaty. Seen pilnowała gotującej się strawy.
– Mieszałaś często? – zapytała matka.
– Tak mamo, na pewno się nie przypaliło – odpowiedziała dziewczynka.
Jej głos przypominał szczebiot ptaka. Nagle świst miecza przeciął
powietrze. Seen, nie mogła wiedzieć co zrobiła matka. Jednak reakcja Seen, wyprzedziła myśli Her-ge. W tanecznym ruchu odgięła swoje smukłe ciało. Wolną, lewą ręką chwyciła stalową patelnię i ostry dźwięk szczęku metalu, rozległ się w kuchni.
– Jesteś szybka jak piorun. Już wkrótce dorównasz mi, jeśli już nie
dorównałaś – rzekła matka.
  Her-ge nie obawiała się ani przez chwilę, że zrani córkę. Nie tak
dawno pokazywała jej, na odległym od osady polu trawy, jak kontrolować drogę miecza. Ćwiczyły tam razem. Zauważyły motyla.
– Poczekaj chwilę, córeczko. Coś ci pokażę.
Motyl siedział spokojnie i spijał nektar z pustynnego kwiatu. Miecz
Her-ge ze świstem poszybował w dół. I nagle ostrze zatrzymało się
o grubość palca nad motylem.
– Och! Jak to zrobiłaś, mamusiu?
– Zabijanie jest łatwe, sztuka walki trudna, a stajesz się mistrzem
kiedy ty i miecz to jedno.
– Czy czujesz tatę?
Her-ge spojrzała na córkę wnikliwie.
– Zawsze, kiedy trzymam ten miecz.
– Szkoda, że nigdy go nie znałam – powiedziała smutno Seen.
W pięknych oczach Her-ge pokazały się łzy. Uklękła przed córką i podała jej miecz. Seen nigdy nie śmiała nawet dotknąć tej pięknej broni. Popatrzyła prosto w oczy matki i wzięła miecz. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz.
– Ten miecz ma wiele dusz – szepnęła Seen.
– Czujesz? – zapytała zdziwiona Her-ge.
– Ciebie, jego i wielu innych – rzekła spokojnie dziewczynka – To
bardzo stary miecz, ma wiele tysiącleci.… Daleko, daleko jest woda.
Nie jest słodka jak ta ze studni, ale słona jak pot. Na tej wodzie widzę ogromną wyspę. Jej mieszkańcy mają włosy jak ja. Są piękni, wysocy. Widzę wielkie kryształy... Moc, ogromna moc... Ogień, dym... Tylko nieliczni na wodzie, na małych łodziach. Widzę miecz, jest jeszcze drugi.
Seen umilkła.
– Twoje oczy jaśniały jak diamenty, kiedy to mówiłaś – rzekła
przejęta Her-ge. – Weź go, wskazała na miecz.
– Jeszcze nie czas, matko – szepnęła Seen.

                                 *
  Minęło kilka lat. Ludzie umierali, rodzili się. Seen wyrosła na piękną
kobietę. Pachniała jak pustynna róża, a poruszała się jak gazela. Matka nie uczyła jej już walki. Seen pokonałaby ją z zawiązanymi oczami, lewą ręką.
  Słońce przemierzyło połowę nieba. Tydzień temu Seen skończyła 24 lata. Her-ge, ciągle piękna i zgrabna, dostrzegła kilka miesięcy temu pierwsze siwe włosy na skroniach. Miała ponad 44 lata, lecz jeszcze wielu mężów zamieniłoby ją na o połowę młodszą dziewicę.
  Spokój osady został zmącony. Zanim pierwsi mieszkańcy usłyszeli
odgłos galopujących koni, Seen i jej matka poczuły, że coś jest nie
tak. Bez żadnego uprzedzenia, ponad dwa tuziny uzbrojonych w stal,  
wjechało do osady. Część z nich pozostała w tyle, a pięciu, pewnie
ważniejszych, stanęło prosto przed chatą Her-ge. Mieszkańcy wyszli
lekko wystraszeni ze swoich domostw. Niektórzy trzymali kije, niektórzy miecze. Dowódca grupy był pięknym, postawnym mężem. Prócz stali jego zbroję zdobiło złoto. Jego głos zabrzmiał nisko i donośnie.
– Przybyliśmy w przyjaznych zamiarach. Jeśli jednak sprzeciwicie
się nam, spalimy wasze domy, zabijemy waszych mężczyzn, a dzieci
wasze zostaną niewolnikami. Kobiety zaś, sprzedamy by zaspokajały
męskie żądze. Jestem Ran-ta, król z północy.
Her-ge czuła coś, ale wolała się upewnić. Nawet teraz nie odczuwała
strachu.
– Czego chcesz?
– Jesteś piękną kobietą, Her-ge, a sława twoich zdolności miecza
dotarła aż do mnie. Jednak sława urody twojej córki, przewyższa to, co słyszałem o tobie. Chcę ją zobaczyć i jeśli znajdzie uznanie w moich oczach, zabiorę ją ze sobą. Zostanie moją żoną i królową.
Her-ge spojrzała na niego.
– Jesteś przystojnym i sądzę, bogatym mężem. Gdybyś przybył
naprawdę z pokojem i poprosił, kto wie... Ale tak? Może zapytam ją?
– Pokaż ją zaraz! – Ran-ta podniósł nieco głos – Jechaliśmy trzy
tygodnie bez wytchnienia, nie mam czasu na zbędne gadanie.
Seen wyszła z chaty. Wśród ludzi Ran-ta powstał szmer, a on spojrzał na nią.
– To co słyszałem o tobie, nawet w połowie nie oddaje tego jak
piękna jesteś. Zabieram cię z sobą.
– Matko co postanowisz, zrobię.
– Co myślisz o nim, dziecko?
– Jest zły i okrutny, ale każdy ma szansę się zmienić.
– Posłuchaj Ran-ta, jeśli pokonasz mnie w równej walce, oddam ci
ją – rzekła Her-ge.
– Kobieto, myślałem, że masz więcej mądrości – rzekł Ran-ta.
– No cóż...
Her-ge nie dokończyła, bo jeden z ludzi Ran-ta strzelił do niej z kuszy.
Zdążyła jedynie wyciągnąć miecz. Strzała utkwiła głęboko w jej torsie, blisko serca.
– Matko! Nie! – wykrzyknęła Seen.
– Weź miecz, ja już go nie będę potrzebowała – szepnęła matka.
– Ty głupcze – wykrzyknął Ran-ta, do tego kto strzelił.
Z ogromną szybkością, rzucił w kierunku tamtego, sztyletem.
Zabójca Her-ge, spadł z konia z przebitą szyją.
– Będą mówili, że wielki Ran-ta bał się skrzyżować miecz z Her-ge.
Senn patrzyła jak oczy matki gasną...
– Jesteś już z Ur-tach – szepnęła do martwego ciała matki.
Zamknęła jej oczy. Powoli podniosła twarz i spojrzała na Ran-ta.
– Nie zabiłeś jej, ale jesteś winny jej śmierci – rzekła cicho. – Odjedź
w pokoju, a wybaczę ci – dokończyła równie cicho.
Gromki śmiech Ran-ta rozległ się po okolicy.
– Jesteś bardziej szalona niż twoja matka. A co zrobisz jeśli nie odjadę?  
Śmiał się dalej, ale przestał natychmiast, kiedy usłyszał odpowiedź pięknej dziewczyny.
– Jeśli nie, zabiję cibie i wszystkich twoich ludzi – rzekła równie cicho Seen.
– Brać tę dziką kotkę – wrzasnął.  
  Czterech jego ludzi zeskoczyło z koni. Podbiegli do dziewczyny z gołymi mieczami w dłoniach.
Ran-ta nie wiedział nic o jej umiejętnościach walki. Sądził, że pojmą ją bardzo szybko.
Czterech wyćwiczonych w walce, jego najlepszych ludzi, otoczyło ją.
– Rzuć miecz – rzekł jeden z nich.
  Jego ostatnie słowo spadło na ziemię wraz z jego głową. I nie tylko
jego. Seen w mgnieniu oka stała się jednością z mieczem. Ran-ta nie
mógł uwierzyć w to co widzi. Cztery głowy jego najlepszych leżały
obok drgających korpusów. Zeskoczył z konia.
  Król z północy doszedł do tego kim był nie tylko przez siłę, czy spryt. Znał doskonale sztukę walki. Mimo to i tak nie miałby z nią szans. Znał jednak czary, sprzymierzył się bowiem z siłami ciemności. Skoczył z konia i uderzył. Jednak Seen odbiła ten okropny cios z dziecinną łatwością. Ran-ta nie był głupcem, od razu poznał, że ma do czynienia z najlepszym szermierzem z jakim krzyżował miecz. Zniknął i pojawił się nagle z innej strony. Uderzył. Teraz stało się dla niego niezrozumiałe, jak odbiła to uderzenie, a przy tym go zraniła. W jednej chwili czterech Ran-ta otoczyło Seen.  Jednak tym razem, jego czary go zawiodły. Nie wiedział bowiem czym walczy Seen.
  Miecz, który pochodził z Atlantydy, był nie tylko piękny, ale zrobiony
ze stali, której nic na całej ziemi nie mogło uszkodzić. Miecz ten, miał duszę. A kiedy Seen go trzymała, był jej duszą, a ona jego. Miecz czekał właśnie na nią. Zaakceptował częściowo jej ojca, potem jej matkę. Zrobiono go dla niej. Teraz zaakceptował ją całkowicie. W jednej chwili wiedziała, który z czterech Ran-ta jest prawdziwy, a który zjawą. Ran-ta nie zdołał nic poczuć. Miecz Seen przeciął jego głowę na pół i zatrzymał się dopiero na wysokości splotu słonecznego.
  Ran-ta zginął, lecz to tylko rozjuszyło resztę jego ludzi. Wszyscy
chwycili za kusze i grad strzał poleciał w kierunku dziewczyny. Chociaż odbiła większość, dwie utkwiły w jej ciele. Na szczęście nie w żywotnych organach. Jedna ze strzał przebiła jej ciało trochę powyżej obojczyka, druga utkwiła w górnej części udza. Sytuacja stała się poważna. Kiedy ludzie Ran-ta dostrzegli, że jest ranna, rzucili się na nią z furią. Senn walczyła dzielnie, mimo bólu. Zabiła jeszcze kilku napastników, lecz w końcu powalili ją na ziemię. Połamali strzały, co sprawiło jej wielkie cierpienie.
Dwóch zbirów dobrało się do niej. Nie zważali na to, że jest ranna,  
rozerwali jej górną część ubioru, obnażając piersi. Szybko związali jej ręce z tyłu. Bezbronna Seen nie mogła nic zrobić. Zdarli jej dolną część ubioru. Pozostała tylko w małej przepasce, zasłaniającej łono. Tego dnia, nie było jej jednak dane zginąć w pohańbieniu. Nagle zobaczyła zdziwiona, że dwaj napastnicy, padli martwi obok jej ciała. Po chwili zrozumiała, że ktoś do nich strzelał. Miała ograniczone pole widzenia i nie miała możliwości zobaczyć co się dzieje. Z wielkim bólem uniosła głowę i wsparła się na
łokciach. Zobaczyła samotnego jeźdźca. To on czynił spustoszenie wśród bandy zbirów...

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3135 słów i 17731 znaków, zaktualizował 30 sty 2020.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Duygu

    Seen jest dzielna i myślę, że ma dużo szczęścia w życiu. Dobrze, że Ran-ta zginął, wydawał się być okrutny i bezczelny. Tylko szkoda matki Seen...

  • AlexAthame

    @Duygu Tak już jest w życiu...

  • Almach99

    Miecz Atlantow... I juz sie pogubilem

  • AlexAthame

    @Almach99 No to uważaj. Bo to opowiadanie jest trochę pogmatwane