Quidditch. Więcej niż sport. - Cz. 2 - Oferta

Quidditch. Więcej niż sport. - Cz. 2 - OfertaHenry wszedł do małej, ale całkiem przytulnej komnaty i dokładnie omiótł wzrokiem każdy jej zakątek. Komnata znajdowała się w jednej z mniejszych wieżyczek zamku, jednej z tych położonych najbliżej boiska do quidditcha. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy to fakt, że komnata była czymś na wzór biura i sypialni jednocześnie, nie było ściany i przejścia do osobnej komnaty sypialnej tak jak się tego spodziewał.

Komnata była minimalistyczna i schludnie wysprzątana. Mniej więcej na jej środku znajdowało się pokaźne ciemnobrązowe biurko z rzędami szuflad po obu jej stronach i dość małym krzesłem o jasnoniebieskich obiciach, usytuowanym “twarzą” w stronę drzwi wejściowych. Na lewo od biurka, tuż przy ścianie stała jedna samotna szafa, również z ciemnobrązowego drewna. Na prawo zaś postawione było lustro jakiego mężczyzna jeszcze nie widział.  

Lustro było niewiele wyższe od niego i niewiele szersze od jego ramion, jednak gdy tylko podszedł do niego i przejrzał się w nim, zdawało się ono być przynajmniej czterokrotnie większe niż w rzeczywistości, pogłębiając z każdą sekundą odbicie, które się w nim znajdowało.

Na drugim końcu komnaty, za biurkiem, a pod ścianą przy dwóch wysokich lecz wąskich oknach stało szerokie, ale tak jak i cała komnata minimalistyczne łóżko bez baldachimu, których jak się słyszało, nie mogło zabraknąć choćby w uczniowskich łóżkach.

W komnacie poza wspomnianymi elementami znajdowały się jeszcze jedynie dwie walizki ułożone dokładnie na łóżku i spory kufer położony za jednym z jego końców. Na miejscu nie możliwym byłoby odnalezienie choćby jednego malutkiego śladu, że jeszcze nie dawno przez ostatnie kilka dekad mieszkała tu czarownica i była już nauczycielka Hogwartu Rolanda Hooch.

Henry podszedł do walizek i otworzył jedną z nich, zaczął powoli i dokładnie wyciągać z niej ciuchy rozmyślając nad tym jak się tutaj znalazł. “Nauczyciel i sędzia w Hogwarcie” pomyślał sobie uśmiechając się pod nosem. Nie sądził, że zgodzi się na tą propozycję wystosowaną do niego przez dyrektor McGonagall. Jednak nie sądził także, że dyrektor McGonagall jest tak przebiegła oraz że będzie w stanie zastawić na niego pułapkę, której zapewne nie powstydziłby się sam Theodorus Lex.

***

W Hogwarcie pojawił się parę dni po zakończeniu sezonu. Ubrany w czarną matową tunikę, podszywane skórą spodnie tego samego koloru oraz wysokie, wręcz toporne czarne buty. Nie zabrał ze sobą nic prócz chłodnej głowy i słowa “Nie” na końcu języka. Praca w szkole absolutnie go nie interesowała, zwłaszcza w szkole, do której nie uczęszczał. Jednak z samej grzeczności nie wypadało odmówić listownie, a należało pojawić się na miejscu osobiście i dać szansę dyrektorowi tak szanowanej szkoły, zwłaszcza tak znakomitemu dyrektorowi i czarownicy jaką niewątpliwie była Minerwa McGonagall.

Od samej tylko chwili jego pojawienia się w Hogsmeade nie zdążyło minąć parę minut, a już był prowadzony jak po sznurku przez woźnego hogwartu prosto do gabinetu dyrektora. Cała podróż przebiegła w ciszy i będąc szczerym Henry cieszył się z tego faktu, zwłaszcza że stary i okropnie markotny woźny nie wyglądał na dobrego kompana do rozmowy.

- Dzień dobry panie Maguire. - zabrzmiał dźwięczny, ale bardzo stonowany głos dyrektor McGonagall, gdy tylko mężczyzna przeszedł przez drzwi prowadzące do jej gabinetu.

W odróżnieniu od stonowanego głosu czarownicy, na ścianach jej gabinetu toczyła się istna bitwa emocji, ponieważ każdy z poprzednich dyrektorów szkoły przeskakiwał z portretu do portretu, by lepiej przyjrzeć się przybyszowi.

- Witam pani dyrektor, dziękuję za zaproszenie. - odpowiedział tak samo stonowanie i spokojnie, a po chwili, na gest czarownicy, zasiadł w fotelu naprzeciw rozmówczyni.

- Bardzo nam miło pana gościć, mam nadzieję że pierwsze wrażenie okolicy oraz szkoły było nienajgorsze. - Ku zaskoczeniu Henrego, uśmiechnęła się.

- Zdecydowanie pani dyrektor, zwłaszcza że Hogwart znam jedynie z opowieści. - rozejrzał się po gabinecie i przez chwilę jego wzrok spoczął na jedynym portrecie, który pozostał w harmonii i ładzie. Doskonale wiedział na kogo patrzy.

- Dyrektor Dumbledore zgodziłby się ze mną, że Hogwart to z pewnością jedno z mniej interesujących miejsc jakie pan odwiedził. - McGonagall również omiotła wzrokiem twarz Albusa. - W końcu od małego podróżował pan z ojcem po świecie w poszukiwaniu zwierząt i upiorów.

- Stare dzieje. - Uciął krótko Henry. - Hogwart jest nie mniej urokliwy od tamtych miejsc. Prawdziwe pytanie brzmi, nie jak coś wygląda, a co w sobie skrywa. - Uśmiechnął się delikatnie wypowiadając ulubione słowa swojego ojca.

- Zgadzam się. - Podjęła natychmiast McGonagall. - Widzę, że to co można zobaczyć obserwując pana w trakcie gry jest prawdziwym odbiciem pana osoby. Stonowany, spokojny i rozważny mentor. Właśnie kogoś takiego potrzebujemy. - Dyrektor wstała i okrążyła swoje krzesło. - Nie będę pana dłużej trzymać w niepewności, doskonale wiem, że oferta zostania nauczycielem zapewne pana nie przekonuje, myślę jednak że po naszej rozmowie zmieni pan zdanie.

- Zamieniam się zatem w słuch. - Odpowiedział krótko bacznie przyglądając się jej twarzy.

- W ostatnim czasie nastroje wśród czarodziejów stają się coraz bardziej niebezpieczne i gwałtowne. Wręcz wybuchowe. Będąc na co dzień wśród czarodziejów w miastach z pewnością pan wie o czym mówię. - Spojrzała na niego z zaciekawieniem.

- O tak, wiem. Ludzie kłócą się o byle problem, tylko dlatego, że ktoś zamierza głosować na innego kandydata na ministra magii. Od dawna nie było aż takich podziałów.

- Dokładnie. Ostatnie takie przypadki były przeszło 20 lat temu.

- Za czasów Voldemorta. - Przerwał jej krótko.
- Tak, za czasów Voldemorta. W tym rzecz, przez ostatnie 20 lat czarodzieje żyli w jako takiej harmonii pamiętając o tych wydarzeniach. Jednak z każdym rokiem harmonia ta zaczęła coraz bardziej się rozmywać i już dzisiaj pojawiają się oznaki, że jeden z kandydatów kroczy ku czarnoksięstwu. Niestety zdaje się mieć spore poparcie.

- Dobrze, jednak co ma wspólnego polityka ministerstwa do zaproponowanej mi posady? - Zapytał Henry wyraźnie zaintrygowany przebiegiem rozmowy.

- Nasze ministerstwo nie jest wyjątkiem. - Podjęła czarownica. - W innych krajach można zauważyć podobne wydarzenia. Wie pan zapewne czym jest turniej trójmagiczny? - Spytała go McGonagall.

- Oczywiście, turniej pomiędzy Hogwartem, Durmstrangiem oraz Beauxbatons.

- Tak, wszystkie nasze szkoły zauważyły wspomniane tendencje czarodziejów i wpadliśmy na pomysł, włącznie ze szkołą Ilvermorny. Stworzyć kolejny turniej, tym razem turniej quidditcha. Seria spotkań pomiędzy reprezentacjami 4 szkół mająca za zadanie uspokoić nastroje wśród uczniów jak i kibiców, którymi będą mogli zostać także czarodzieje spoza szkół. Pana zadaniem byłoby wyselekcjonowanie spośród naszych 4 domów najlepszych zawodników i przygotowanie ich do turnieju, który miałby odbyć się tutaj w Hogwarcie w przyszłym roku, tak więc miałby pan rok na przygotowanie i pełną swobodę decyzji co do formy organizacji oraz treningu. - Skończyła równie spokojnie jak zaczęła.

Henremu zapaliła się lampka nad głową. Od razu zrozumiał w czym rzecz. Hogwart, Durmstrang, Beauxbatons, Ilvermorny. 4 największe i najpotężniejsze szkoły magii na świecie, a w każdej z nich spore podziały. W samym Hogwarcie przykładem może być choćby Slytherin, który z pewnością ma wspomniane tendencje do popierania czarnoksiężników. Jego zadaniem byłoby zgromadzenie różnych uczniów i niejako stworzenie z nich zgranej, patrzącej w jednym kierunku drużyny. Jeśli jemu i pozostałym szkołą udałoby się to osiągnąć, byłoby to idealnym przykładem tego, że podziały są bezsensowne. Co w końcu może być bardziej sugestywne niż ślizgon i gryfon grający ramię w ramię do jednej obręczy?

- Naprawdę uważa pani, że to ja jestem odpowiednim kandydatem na to stanowisko? Nigdy nikogo nie trenowałem, przynajmniej nie jako trener. Nie jestem również byłym uczniem Hogwartu, może być to problemem wśród uczniów i ich rodziców, a może nawet nauczycieli. - Rozpoczął linię obrony. Nie wiedział jednak, że dyrektor McGonagall bardzo dobrze się na to przygotowała.

- Fakt, że nie był pan uczniem Hogwartu jest atutem. Nie należał pan do żadnego z domów, zatem jako jedyny będzie pan bezstronny względem uczniów i przyszłym zawodników. - McGonagall uśmiechnęła się i postanowiła, że to moment, który o wszystkim zadecyduje. - Ponadto, drużyną Durmstrangu zajmie się Viktor Krum, jest to już potwierdzone.

Serce w piersi Henrego zaczęło łomotać i próbowało wydostać się na zewnątrz, chociaż on sam nie dał tego po sobie poznać. Viktor Krum, człowiek który od lat jest stawiany obok Henry'ego w przypadku różnych analiz i porównań. Równie świetna kariera, podobna budowa i styl gry. Niejednokrotnie spotykali się w powietrzu podczas spotkań Anglia-Bułgaria. Niepodobna do zastąpienia rywalizacja i wrogość, która wręcz emanowała z każdej akcji rozegranej pomiędzy tą dwójką. Dla kibiców wrogość i być może nawet nienawiść. Dla Henry'ego sportowa rywalizacja w czystej postaci, przyjaźń i szacunek, który Henry ma do naprawdę niewielkiego grona graczy. Już podjął decyzję. Powoli wstał z fotela i rozłożył szeroko ręce.

- Czuję, że ten rok będzie prawdziwą przygodą. - Uśmiechnął się pod wąsem. - Od kiedy zaczynam?

1 komentarz

 
  • shakadap

    Brawo. Świetnie napisane. Historia się fajnie zaczyna i wciąga.
    Pozdrawiam i powodzenia.