Pierwszy wróg i ostatni wróg cz 8

— Na Bermudy, ale w tym roku może pojadę na Hawaje.
— A gdzie to jest?
— Daleko, na koniu byś nie dojechał. Jest wielka woda, słona. I tam są wyspy. Wyspa to takie miejsce, otoczone wodą.
— Wiem co to wyspa.
— Och tak? Nie wiedziałem, że to wiesz. A co jeszcze wiesz?
— Że z białych, lekkich chmur nie pada. Tylko z ciężkich, sinych.
— A wiesz, że minałeś się z ludźmi ze swojej osady o kilka mil? Dotarli bezpiecznie do Lordeny.
— To znaczy, że nikt nie zginął. Chwała Bogu.
— Tak, chwała.
Greyann wyraźnie na coś czekał.
— To co, widzisz drzwi?
— Niestety.
Kerst zrobił krok do przodu i złapał się za czoło.
— Och, w coś uderzyłem.
— W ścianę, nadal nie widzisz?
— Nie.
— Popatrz z innej strony. Powoli.
Kerst zaczął patrzeć i nagle... zobaczył. Dom był z czegoś twardego i białego.  
— Widzę! Dlaczego przedtem nie widziałem?
— Nie wiem. Wchodzimy, widzisz drzwi?
— Tak.
Kerst zobaczył solidne ciemno-czerwone drzwi. Popukał.
— Dębowe.
— Nie, orzechowe — odrzekł Greyann.
Chłopak patrzył. Było tam coś z jasnego metalu. Zobaczył jakieś znaki. Bez namysłu zaczął je dotykać. Nacisnął jasny metal i drzwi się otworzyły. Weszli. Nic co zobaczył w środku nie przypominało tego co widział do tej pory. To znaczy podłoga była z drewna, dywan. Chodziło o resztę. Same dziwne przedmioty. Rozgladał się i poczuł, że Greyann patrzy na niego.
— Coś nie tak?
— Wszystko dobrze, zastanawiam się tylko jak znałeś kod.
— Że co?
— Naciskałeś coś na drzwiach, kod cyfrowy. A właściwie literowy.
— Tam było imię mojej siostry, to proste.
— Tak, dla kogoś kto umie czytać. A ty nie umiesz. Poza tym w twoim kraju mówi się po Lordeńsku. A litery na drzwiach były chińskie.
— Och, doprawdy? Nie zastanawiałem się. Widziałem Halsa i tak nacisnąłem.
— Dobrze, ale jeśli znasz kod wejściowy na moim komputerze, to nie nazywam się Greyann.
— A co to ,,komputerze”?
— To taka mądra skrzyneczka. Zaraz ci pokażę.
Greyann podszedł z Kerstem do płaskiej czarnej i połyskującej skrzyneczki.  
Kerst otworzył i nacisnał okrągły przycisk.  
— Dalej nie wiem, poddaje się.
— Poczekaj chwilkę.
Greyann podszedł do mniejszej świeconcej skrzyneczki i dotknął ją.  
— Poczekaj, zaraz wracam.
Kerst rozglądał się po komnacie. Greyann wrócił po chwili.  
— To dziwne. Mówi, że ci nie mówiła. Dobrze bierzemy się do jedzenia.
Jedli bardzo dziwne jedzenie, ale smakowało. Chłopak poczuł się senny.  
— Mało spałem ostatnio. Masz tu łoże?
— Tak, możesz się tu położyć.
— Dziękuję.
Kerst położył się i zasnął tak szybko, że nie zdąrzył nawet pomyśleć, że bardzo tęskni za Halsą.

Obudził się na drewnianym łożu. Był w zwykłej chłopskiej chacie. Zastanawiał się co za dziwny sen miał. Zobaczył Greyanna. A więc to nie sen! Ale gdzie te wszystkie przedmioty!
— Wyspałeś się, mniemam.
— Długo spałem?
— Długo.
— Śniło mi się, że było całkiem inaczej.
— Czasem mamy dziwne sny.
Przynieś wody. Wiadra są za drzwiami. Pamietaj żebyś trzymał je na wyciągniętych rękach. Jak zjesz śniadanie, zaczniemy robić miecz dla ciebie.
— Och, bardzo się cieszę. Chciałem się tylko upewnić co do jednego. Mówiłeś mi, że Halsa jest bezpieczna, czy tak?
— Tak, to ci się nie śniło.
— A kiedy ją zobaczę?
— Jak tylko pokonasz pierwszego wroga.
— No tak, to wiem. Ale kiedy to będzie?
— Tego ci nie moge powiedzieć, to zależy od ciebie.
— Jeżeli tak, to chciałbym się z nim zmierzyć dzisiaj.
— Dobrze, pójdziemy na drugą strone skały, odnajdziemy Kruuna i podasz mu rękę na zgodę.
— Co takiego. Jeśli go zobaczę, zabiję.
— No to na razie nie jesteś gotowy.
— Żartujesz, prawda?
— Nie, mam słabe poczucie humoru.
— Dobrze, to może jutro będę gotowy. Teraz idę po wodę.
Greyann patrzył jak Kerst wychodzi.
— Przepraszam cię, mój chłopcze. Ten drań jest warty żeby go zabić. Ale musi dopełnić swojego zła.
No cóż nawet poczciwy Greyann się mylił...
                                        *
Halsa szła z Rey świetlistym korytarzem. W koło widniała błękitna poświata. Czuła się dobrze. Najważniejszym powodem było to, że nareszcie miała obok Rey. Drugi powód miał zabarwienie więcej fizyczne niż duchowe. Trzymała jej dłoń. Rey miała uśmiech na swojej ślicznej buzi. Cieszyła się nie mniej niż Halsa. Weszły przez perłową bramę. Znalazły się na łące. Trawa była soczysta i pachniała. Co jakiś czas dziewczynka widziała mlecz lub niezapominajkę. Spojrzała do góry. Niebo było mocno błękitne, bez najmniejszego obłoku.  
Rey była śliczna. Miała wzrost i budowę Halsy. Czarne jak smoła włosy opadały na jej plecy. Miała suknie z białego, delikatnego materiału. Szła boso. W oddali stał zamek na lekkim wzgórzu. Wyglądał dużo bardziej okazale niż zamek Alsadyna. Już z daleka Halsa zobaczyła młodych ludzi stojących po obu stronach drogi. Droga miała różowy kolor. Kiedy podeszły bliżej, Halsa zauważyła z jakiego powodu droga jest różowa. Wszędzie leżały płatki róż. Białe, czerwone i różowe. W powietrzu unosił się cudowny zapach. Po obu stronach drogi w odległości około dziesięciu yardów stali ludzie. Sami mężczyźni. Młodzi, około dwudziestoletni. Niektórzy mieli jasnobrązową skórę. Inni ciemnobrązową inni zupełnie czarną. Wszyscy mieli jasne stroje. Ale Halsa nie dostrzegła nikogo w białym. Kiedy dziewczynki mijały mężczyzn, ci się nisko kłaniali. Rey z uśmiechem oddawała im również ukłony i z tego powodu nie posuwały się zbyt szybko do przodu.
— Wszyscy kochają królowa Rey, królową południowych zórz, o włosach jak przedni onyks, o oczach jak niebo w południe i o zapach skóry jak świeży owoc mango — szepnęła miedzianowłosa.
Rey spojrzała na Halsę z cudownym uśmiechem.
— Nie mówiłam ci o tym, zatem jak wiesz to wszystko?
— Pewnie ponieważ czuję twoja dłoń i jesteśmy razem. Czy pomyliłam się?
— Ależ nie, przyjaciółko królowej południowych zorzy. Halso droga! O włosach w kolorze złota z królewskiego skarbca zmieszanym z jedną porcją soku maliny z królewskiego ogrodu. O oczach jak trawa z królewskiej łaki. O skórze w kolorze jednej porcji papki z sandałowego drzewa z królewskiego ogrodu, jednej porcji soku z soku malin z królewskiego ogrodu i pięciu porcjom mleka krów z królewskich stadnin.
— Jesteś pewna, miła. Nie sześciu porcjom mleka królewskich krów?
— Najzupełniej.
Weszły do pałacu. Posadzka była wykonana z białego marmuru, złotych płyt i wszystkich drogich kamieni.  
— Jesteś głodna, przyjaciółko moja?
— A co jada moja najmilsza i droga królowa południowych zorzy, to będę jadła i ja, służebnica twoja.
— Halso najmilsza. To ja raczej służebnicą twoją jestem. Ale doprawdy nie wiesz co jadam? Skoro wiedziałaś moje imiona, sądziłam, że wiesz i to. Chociaż zupełnie nie wiem jak to wiedziałaś. A jestem tu królową i do dzisiaj nie było rzeczy, której nie wiedziałam lub nie rozumiałam.
Zbliżyły się do wielkich drzwi zrobionych z przedniego drzewa, prawdopodobnie orzechowego. Drzwi miały złotą klamkę, ornamenty zrobione z różnych gatunków drzew. O różnych kolorach. Od ciemnobrązowego hebanu to jasnej brzozy. Kiedy dziewczynki były już blisko, dwóch młodych dworzan otworzyło drzwi. Weszły do sali. Druga sala miała podłogę z samego drzewa, ale za to leżały na niej dywany w różnych kolorach. Na przeciwnej ścianie, Halsa dostrzegła parę drzwi.
— Halso droga. Jedne drzwi prowadzą do mojej sypialni. Drugie do sypialni, przyjaciółki królowej południowych zorzy. Prawo królestwa mówi, że nikt, ale to nikt nie może wejść przez te drzwi do sypialni królowej południowych zorzy. Oczywiście poza samą królową. A na razię nie chcę zwoływać nadzwyczajnego posiedzenia ministrów w celu przedyskutowania zmiany prawa, królestwa królowej Rey. Królowej południowych zorzy...
— O oczach jak fiołki, włosach jak przedni onyks z kopalni na północy gór Magradowych. I o skórze jak chleb z królewskiej piekarni.
— Tak Halso, umiłowana. Ponieważ królewski dekret mówi również, że do sypialni przyjaciółki królowej południowych zorzy o oczach jak fiołki, włosach jak onyx i skórze jak chleb z królewskiej piekarni może wejść tylko królowa Rey. I tylko, jeżeli przyjaciółki królowej Rey będzie miała zły sen.
A ponieważ to się prawdopodobnie nie zdarzy, więc...
Halsa patrzyła z delikatnym uśmiechem na śliczną buzię Rey.
— W twojej sypialni jest szafa na ubrania. W jej środku znajdują się drzwi...
— Rozumiem. Też bardzo bym chciała... Czy chcesz powiedzieć, Rey moja umiłowana, że sama zmieniasz sobie pościel?
— Och! Jestem dzisiaj taka szczęśliwa, że wreszcie ciebie mam, że zapomniałam powiedzieć. Nikt, ale to nikt nie może wchodzić do mojej sypialni po zmroku. Moje służki zmieniają mi pościel codziennie, zaraz jak tylko słońce przejdzie środek nieba.
— Chciałbyś poszeptać ze mną? Mówiłam Kerstowi, że jestem już za duża, żebym z nim leżała w jednym łózku, bo uwielbiałam z nim szeptać. Ale obie jesteśmy dziewczynkami. To możemy, prawda?
— Halso, miła. Dziękuję ci, że to powiedziaś. Bardzo tego pragnę. To już jesteśmy umówione. Teraz mogę ci przedstawić radę ministrów, królestwa królowej Rey.
— Dobrze, miła.  
    Wróciły do wielkiej sali i obie skierowały się  
do innych drzwi. Znowu dwóch młodzieńców otworzyło drzwi zrobione z gładkiego drzewa. Weszły do sali tronowej.
                                        *
Kerst obudził się kiedy słońce stało wysoko. Zastanawiała się przez chwilkę gdzie jest. Powoli przypomniał sobie wszystko. Tylko dziwne przedmioty i dyskusja o czymś na drzwiach, nie mieściła się w sferze realności.  
Nadsłuchiwał, ale nie wychwycił żadnego dzwięku. Wyszedł za potrzebą. Dopiero teraz zobaczył, że obok leży nowe ubranie. Wyszedł na dwór w samych kalesonach. Nabrał wody ze studni i zaczął się myć.  
Chłopak zapomniał, a stary nic nie powiedział, że już raz się obudził i krótko rozmawiali.
— No nareszcie wstałeś. Masz zostać wielkim wojownikiem, a na razie jesteś śpiochem.
— Przepraszam, Greyann. Od jutra będę wstawał z tobą. Dawno wstałeś.
— Jeszcze zanim wstało słońce. Upiekłem chleb, nakarmiłem moje kurki, krówkę. Podlałem i wypieliłem w ogrodzie. I oczywiście modliłem się do Pana. Zrobiłem ci śniadanie. Jestem miły?
— Och tak, drogi Greyannie. Bardzo dziękuję.
Na stole w dużym płaskim drewnianym talerzu leżały pajdy chleba z żółtym serem. W kubku było mleko.  
W większej misie dostrzegł pełno owoców. Morele, truskawki i jabłka.
— Jak zjesz, przedstawię ci moje przyjaciółki.
— Och! Całkiem zapomniałem. To było dziwne przejście. Gdzie mój Sa!
— Nie trap się. Stoji w stajni obok Kamili.
— Obok kogo?
— Zjedz spokojnie. Wszystko po kolei.
— Dziekuję, ża ubranie. Jest trochę za duże, ale podwinąłem rękawy i nogawki.
— Urośniesz, to będzie akurat.
— To będę tu dłużej niż u Rextana?
— Jak już mówiłem, wszystko zależy od ciebie. Jeśli chcesz się czegoś nauczyć, musisz poświecić na to trochę czasu.
Kerst zjadł śniadanie. Wziął miskę, talerz i kubek i zaczął myć w dużej misie.
— Zmywarka jest szybsza, ale płyn do mycia nie jest zbyt zdrowy — powiedział cicho do siebie Greyann.
Kerst zmył wszystko i powycierał do sucha szmatką.  
— Pokażę ci wodospad. Jest niedaleko. Pieszo pół godziny. Na koniu dziesięć minut.
— Nie bardzo wiem co mówisz. Co to godziny i minut.
— To taka miara czasu. Pokażę ci klepsydry. Godzina to pół straży. A godzina ma sześćdziesiat minut.
— Umiem liczyć chociaż tylko do dziesięciu...
— To dobrze. Choćmy teraz, pokaże ci moje przyjaciółki.
Wyszli z chałupy i udali się do dużego pomieszczenia. Kerst domyślił się, że tam Greyann trzyma zwierzęta.
— Wiem, że jesz kury. Ale moje kurki znoszą jajka. I nie są do jedzenia. Nie jem mięsa.
— To zupełnie jak Halsa. Och, moja kochana siostrzyczka. Bardzo się martwię...
— Widziałem, że miałeś ze sobą lalkę. To Halsy?
— Och, dobrze, że mi przypomniałeś. Halsa powiedziała, że jest ze mną i Rey również. Muszę zapytać Rey czy wszystko w porządku. Martwię się.
Kiedy Kerst wymienił imię lalki na twarzy Greyana pojawił się krótki grymas. Ale Kerst nie mógł tego widzieć, ponieważ stary szedł za nim.
Weszli do stajni i kurnika. Pierwsze co Kerst zauważył, a właściwie poczuł... Tak w prawdzie, nie poczuł. Przeważnie te miejsca miały mocny zapach. A tu czuł tylko świeże siano. Sa stał blisko ładnie utrzymanej krowy. Zwierzęta skubały świeżą trawę.
— To Kamila. Kamila to Kerst.
Krówka popatrzyła na chłopca. Sa również spojrzał na niego i lekko zarżał. Z tyłu przybiegły trzy kurki. Pierwsza była biała i miała tylko czerwony grzebień. Druga była prawie czarna z wyjątkiem środka skrzydeł gdzie miała kilka granatowych piórek. Trzecia kurka miała chyba wszystkie możliwe kolory.
— Witajcie, przyjaciółki. Dziękuję, że przyszłyście z ogrodu. To jest Kerst.
Kurki popatrzyły na chłopca, a czarna podeszła blisko.
— Bardzo mądre jak na kury. Czy one rozumieja co mówisz? Ta czarna nawet podeszła bliżej.
— Mądre? To najmądrzejsze kury. Po pierwsze kiedy znoszą jajka wiem która, bo każda ma charakterystyczny głos. Biała ma na imię Matylda.
Kiedy tylko Greyann wypowiedział jej imię, biała kurka zagdakała. Miał dość wysoki głos.
— Czarna ma na imię Aksana. Pewnie miała w rodzinie kruka. Umie liczyć.
— To niemożliwe.
— Przecież ci mówiłem, że nie żartuję. To znaczy czasem. Ale w zasadzię mówię zawsze prawdę. Staram się mówić prawdę. Aksana ile jest dwa i dwa.
Kerst liczył jej gdakanie. Doliczył się czterech.
— To pewnie przypadek.
— Niedowiarek. Aksana ile jest trzy razy pięć.
Teraz Kerst doliczył się piętnastu. Chociaż musiał dodać dziesięć i pięć.  
— A co to razy. Umiem tylko dodawać i odejmować?
Greyann mu wytłumaczył. Twało to chwilkę.
— To dobrze policzyłem.
— Aksana jak wyglada jajko?
Kura popatrzyła na niego i zaczęła drapać ubita ziemię. Teraz Kerst nie mógł wyjść z podziwu. Czarna kurka nabazgrała pazurem kształt jaja.
— Niebywałe.
— No na reszcie uwierzyłeś. Ta kolorowa to Anastazja.
Oczywiście kurka zagdakała.
— Dziękuję wam przyjaciółki. Możecie iść do ogrodu.
Kurki odeszły. Greyann wyprowadził Sa i Kamilę. Pomieszczenie zostało puste.
— Nie obawiasz się, że się zgubią?
— O nie.
— A nikt nie ukradnie?
Greyann zrobił dziwną minę.
— W sumie okolica nie zaludniona.
— Właśnie myślałemo tym. Nie sądzę, że tu przyjdą. Ale gdyby obeszli góry?
— Trochę daleko by musieli iść.
— Trochę mi żal mojej Chmury. Dobra klacz.
— Jeśli chcesz mogę się rozejrzeć.
— Tam może być niebezpiecznie.
— Sądzę, że Kruun wrócił do swojego kraju. Zbiera siły, żeby zaatakować królestwa południa. Ale jak wiesz, mają więcej wojska niż Paxton, więc chwilowo nie ma kłopotu.
— A nie mogę iść z tobą?
— Raczej nie. Sam będę mógł się skoncentrować na szukaniu Chmury. Jak byłbym z tobą, to bym musiał mieć i ciebie na oku.
— Dobrze. Powiedziałeś znowu jakieś dziwne słowo...
— Och, myślałem, że je znasz.
Greyan położył kilka kamyków na ziemi, a potem położył je ponownie bardzo blisko siebie.
— Są teraz skoncentrowane. Rozumiesz?
— Tak.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 2750 słów i 15792 znaków, zaktualizował 10 sie 2019.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Margerita

    łapka w górę widzę, że ktoś nie był jeszcze na Hawajach

  • AlexAthame

    @Margerita Hawaje są daleko :)

  • Duygu

    Ciekawa część, fajne dialogi. Tajemnice, tajemnice i jeszcze raz tajemnice  :)  Faktycznie, fajne te kury   :P  Też chcę takie!  :lol2:  Łapa w górę

  • AuRoRa

    Greyann jest z naszych czasów? Ma komputer, zmywarkę. Fajne te kolorowe kury ;)

  • AlexAthame

    @AuRoRa  Nie mogę Ci powiedzieć nic o Greyannie. Dowiesz się na końcu. :P