Nie jesteś taki jak on, prawda? cz 3

Oczywiście musieli się obudzić w Sydney. Nie mieli już żadnej kontroli, a z powodu braku bagaży przesiadka poszła sprawnie. Lecieli ponad cztery godziny, bo Perth leży po drugiej stronie tego osobliwego kontynentu. Z lotniska w Perth pojechali prosto do hotelu. Lotnisko jest usytuowane po wschodniej części miasta i do hotelu QT Perth jechali tylko pół godziny. Miasto nie jest tak duże, lecz nowoczesne. QT Perth jest jednym z droższych i nowoczesnych hotelem i położony jest około pół kilometra od oceanu, o czym jeszcze nie wiedzieli. Znajdował się blisko Murray street i drogi 53, zwanej Barrack street. Recepcjonista nazywał się Nerry.
– Witamy w Australii, czy mieliście państwo dobrą podróż? – pracownik hotelu od razu musiał rozpoznać, że ma do czynienia z obcokrajowcami.
– Tak, dobrą – odrzekł Mark.
– Życzą sobie państwo śniadanie do pokoju, panie Lorenz? – zapytał powtórnie Nerry.
– Nie, dziękujemy. Chcemy odpocząć po podróży.
– Dobrze, proszę pana.
– Proszę mnie zawiadomić, jeśli będzie jakaś wiadomość do mnie, panie Nerry.
Pojechali na górę.
– Spodziewasz się wiadomości? – zapytała Sara.
– Tylko od Henrego. Przecież nikt inny nie ma pojęcia, że tu jesteśmy.
Wjechali windą na trzecie piętro. Mark otworzył pokój za pomocą magnetycznej karty.
– Dzień dobry, Australio – rzekła Sara. – Rozpoczynamy nowy rozdział. Damy sobie radę z tym wszystkim i mam nadzieje, że Julia też. Nie mów jej wszystkiego z detalami, to jeszcze dziecko.
Mogła to powiedzieć, ponieważ Julia poszła do drugiego pokoju.
Mark popatrzył na żonę. – Wiem kochanie, ale dziękuję, że to mówisz – powiedział cicho.
Dziewczynka wyszła podekscytowana ze swojego pokoju.
– Ale tu ładnie! I widać ocean. Czuję się nieco zmęczona, ale jak odpoczniemy, pojedziemy na plażę? – patrzyła to na tatę to znowu na mamę.
– Chyba tak – Sara spojrzała na męża    
– Myślę, że tak. Spałem tak długo, a czuje się zmęczony i senny – rzekł
– My też, tatusiu – dziewczynka z pewnością rozpoznała na twarzy mamy, objawy zmęczenia po podróży.
Szybko się umyli i poszli spać. Mark obudził się, kiedy dzień już się zaczął na dobre. Sara siedziała na balkonie razem z córką.
– Dobrze, że już wstałeś – zaszczebiotała Julia – myślałyśmy, że prześpisz cały dzień.
– Obudziłem się wcześniej, ale ogarnęło mnie znużenie, więc się zdrzemnąłem i oto rezultat.
– Co robimy? – zapytała Sara.
– Jesteśmy na wakacjach, chodźmy na plażę, tak jak prosiłam – odrzekła rezolutnie Julia.
– Pytałam tatę, kochanie – rzekła z uśmiechem Sara.
– Właściwie to dobry pomysł z tą plażą – odrzekł Mark.
Zaczęli się przygotowywać do wyjścia. Mark wziął krótką kąpiel. Wytarł ciało, ubrał się i wyszedł z łazienki.
– Nie jesteś głodny, kochanie? Ja i Julia, już jadłyśmy.
– Masz racje, może coś zjem.
– Zrobię ci kanapkę, z czym chcesz? Przynieśli śniadanie do pokoju, ale zeszłam na dół i wzięłam z bufetu świeże bułeczki, ser i indyczka. Do tego ogórek i pomidory. To pięciogwiazdkowy hotel, ten Henry jest naprawdę bardzo hojny.
– Cokolwiek zrobisz, będzie super. – odrzekł Mark i pominął informacje o hotelu i o człowieku, którego uratował.
Sara przygotowała mu kanapkę. Julia siedziała naprzeciwko i patrzyła jak je. Czuł, że chce go o coś zapytać. Widocznie poprzednia odpowiedź nie za bardzo ją zadowoliła.  
– Tato, co się stało, że wyjechaliśmy i mamy inne nazwiska?
Patrzyła mu prosto w oczy. W pierwszej chwili chciał jej dać wymijającą odpowiedź, ale zrezygnował z tego. Zastanawiał się, czy powiedzieć jej prawdę, ale jak to zrobić? Miała dopiero dwanaście lat!
– Coś się stało i gdybyśmy nie wyjechali, byłyby kłopoty.
– Czy to się łączy z tym wypadkiem i dlatego teraz mamy dużo pieniędzy?
– Tak.
Uznał, że połączyła idealnie fakty. Czy będzie pytać o szczegóły, a tego za bardzo nie chciał, ale jeżeli to, zrobi, już obmyślał odpowiedź.
– To mi wystarczy. Nie jestem jeszcze dorosła i nie możesz mi wszystkiego powiedzieć, rozumiem – szepnęła.
Podeszła do niego i objęła go mocno.
– Kocham Cię – powiedziała mu prosto w ucho.
– Ja ciebie też – rzekł lekko wzruszony.
Mark pomyślał, że Julia pozornie nie zwraca uwagi na to, o czym się mówi, ale doskonale łączy fakty. Uznał jeszcze, że dzieci teraz są bardzo mądre. Chyba mądrzejsze niż, kiedy on był w jej wieku. Na chwilę sięgnął pamięcią wstecz. Mark zamyślił się na chwilę i niechcący strącił szklankę z sokiem pomarańczowym. Tym razem nie miał żadnej wizji, a tylko zobaczył w zwolnionym tempie, jak szklanka spada, pochylając się w bok. I w tym momencie dostrzegł jak Julia łapie ją w połowie drogi, między stołem, a podłogą. Jej ruch był szybki i Mark uświadomił sobie w jednej chwili jak szybko musiała to zrobić. W normalnym czasie byłoby to szybko, ale on przecież widział to, w zwolnionym! Oczywiście, część płynu wylała się, ale to było niesamowite. Przez ułamek chwili ich oczy się spotkały. Mark dostrzegł w jej pięknych błękitach coś, czego jeszcze nigdy nie widział wcześniej. Trwało to dosłownie chwilę i oczy Julii przyjęły zwykły wygląd.
– Och! – krzyknęła – sama nie wiem, jak to zrobiłam.
– Ja też nie wiem, ale to było naprawdę szybko – rzekł, opanowując zaskoczenie.
Julia pobiegła do łazienki, wróciła z kawałkiem papieru toaletowego i zaczęła wycierać plamę soku z drewnianej posadzki. Mark uświadomił sobie nagle, że pamięta te oczy. Był wstrząśnięty. Te oczy znał w tym samym ,,czasie”, kiedy był mistrzem miecza. Reinkarnacja? Jak to wszystko rozumieć? Powstała w nim myśl, że w wizji, widział tylko wrogów, ale odczuł, że nie był tam sam. Ktoś mu towarzyszył i była to kobieta, o oczach córki. Cóż, szafirowe oczu nie często się widziało. Sara spojrzała tylko i nawet nie zapytała, co się stało. To właściwie mu pomogło, że żona o nic nie pytała, bo czuł się dziwnie z tym, co sobie przed chwilą uświadomił, na tyle, że prawdopodobnie jego odpowiedź nie byłaby zbyt klarowna. Wyszli z pokoju bez słów. Na dole recepcjonista odezwał się z uprzejmie.
– Przepraszam panie Lorenz, jest dla pana wiadomość.
– O tak? Dziękuję, panie Nerry.
Mark wziął kopertę z jego ręki. Nie było nadawcy. To pewnie Henry, pomyślał. Przebiegł oczami po krótkiej wiadomości. ,,Sprawdź konto”. Wyszli na dwór. Nie było gorąco, w końcu tu była zima.
– Może za zimno na plażę – rzekła Sara. – Nie sprawdzali pogody ani temperatury, ale na odczucie na dworze panowała temperatura nie przekraczająca dziesięciu stopni. 
Tak, to prawda – odrzekł Mark. – Tu jest zima.
– Zupełnie o tym nie pomyślałam – rzekła zatroskana Julia.
– Nic się nie stało kochanie, nikt z nas o tym nie pomyślał – wtrąciła Sara.
– Właściwie możemy zobaczyć jakąś plażę – rzekł Mark – Najpierw pojedźmy do banku. Coś chyba przyszło.
– Ten Henry jest naprawdę szczodry – szepnęła Sara.
Henry naprawdę o wszystko zadbał. Nie tylko mieli rezerwację w nowoczesnym hotelu, ale od razu czekał na nich wynajęty samochód. Biała Toyota Camry. Jedyne co pewnie mogło sprawić kłopot to ruch prawostronny. Jednak po uruchomieniu silnika mężczyzna stwierdził, że da radę. Mark nie znał miasta, więc posługiwał się GPS. Porównał adres na informacji od Henrego, a potem spojrzał na mapę. Ich hotel znajdował się właściwie blisko oceanu i prawie dokładnie w centrum. Po drugiej stronie 53 ulicy miał an mapie około dwudziestu banków, bardzo blisko siebie. Bank, gdzie mieli się udać znajdował się około kilometra od ich lokum. Jechali mniej niż pięć minut. Gmach banku znajdowała wybudowano prawie na ulicy Świętego Williama. Weszli do środka. Great Southern bank wyglądał podobnie jak w Stanach. Podszedł do okienka, pokazał paszport i po kilku minutach wszedł do kabiny. Był tam stoliczek, krzesło i laptop. Mark wykonał kilka operacji i wszedł na konto. Ze zdziwieniem zobaczył, że jego konto wzrosło o następne dwa miliony dolarów. Dostał poprzednio milion, a teraz jeszcze dwa. ,,Co zrobimy z takimi pieniędzmi." – pomyślał wychodząc z kabiny. Zobaczył swoje ukochane kobiety. Sara przeglądała magazyn, a Julia bawiła się z psem należącym do pary starszych ludzi, którzy siedzieli obok.
– Pytałaś, czy możesz? – zapytał Mark.
– Och, pozwoliliśmy pańskiej córce – odrzekł starszy pan. Pamela jest bardzo grzeczna.
Wyszli z banku, pożegnawszy się z parą miłych ludźmi.
– Możemy kupić psa? – zapytała Julia, kiedy wyszli na dwór.
Mark pomyślał tylko, że Julia jest bystra. Pamiętała, że ma teraz inne imię.
– Tak, myślałem o tym, ale kto będzie się nim zajmował, kiedy pójdziesz do szkoły?
– Do szkoły? No tak, zapomniałam o tym. Pogadam z mamą, dobrze? Chociaż na razie są wakacje – dodała z uśmiechem.
Sara uśmiechnęła się szeroko.
– Chyba da się to zrobić. Musimy najpierw ustalić z tatą, co i jak.
– Dobrze, fajnie – rzekła zadowolona Julia.
Wsiedli do wynajętego samochodu i wrócili do hotelu.
– Nie jest ciężko prowadzić samochód z kierownicą z prawej strony? – zapytała Sara.
– Myślałem, że będzie gorzej. Tylko chwilkę miałem kłopot.
Weszli do hotelu. Pan Nerry uśmiechnął się miło. Pojechali windą na górę. Mark otworzył drzwi i od razu usiedli na sofie.
– Myślę, że możemy rozmawiać otwarcie, nawet teraz. Sama widzisz, Saro, jaka Julia jest mądra i dorosła.
– Tak, to prawda – zgodziła się Sara. – Więc co postanowiłeś?
– Och, nie postanowiłem, raczej chcę, byśmy byli zgodni i jestem otwarty na wasze sugestie.
– To znaczy, że i ja będę miała coś do powiedzenia? – zapytała Julia, a jej buzia wyrażała prawdziwe zadowolenie.
– Tak, kochanie. Chciałbym, aby Julia poszła do szkoły. Nie myślę dalej uciekać – powiedział przekonywająco Mark.                                            
– Tak, masz rację, chociaż do czasu rozpoczęcia szkoły mamy dwa miesiące. Sądzisz, że dokumenty są tak mocne? Wiesz co się stało. Nie będzie kłopotów z władzą? Czy sądzisz, że Henry będzie cię chciał wciągnąć do czegoś? – zapytała Sara.
– Nie wiem. Na razie jest szczodry i zdaje się niczego nie oczekiwać. Wygląda, że jest wdzięczny, bo uratowałem mu życie.
– Mówisz tak, ale jakbyś czuł inaczej – powiedziała nieśmiało Sara.
– To prawda, nie mam żadnych racjonalnych dowodów, ale coś mi nie pasuję.
Wstali z kanapy i usiedli do stołu. Mark zamyślił się przez chwilę, a Sara obserwowała go. Wstała, podeszła do niego, stanęła za krzesłem, na którym siedział i zaczęła go gładzić po włosach. Julia siedziała po przeciwnej stronie stołu. Podparła głowę na dłoniach i patrzyła na Marka i Sarę. Wyraz jej twarzy pokazywał, że jest bardzo szczęśliwa. Oczywiście usłyszała rozmowę i utkwiło jej w głowie zdanie o władzy. Co mama miała na myśli to mówiąc? Mark wziął cell, który dostał od Henrego. Zadzwonił.
– Cześć, dziękuję za następne dwa miliony, naprawdę to, co mi dałeś to dużo. Jeden milion to zbyt wiele i tak. Ponieważ miał włączony głośnik, wszyscy słyszeli, co mówił Henry.
– Dałem ci milion i planowałem dać jeszcze jeden, nic nie wiem o dwóch milionach!
– Och, teraz ja nie rozumiem, kto więc dał mi dwa miliony dolarów?
– Nie ja – rzekł sucho Henry.
Czuło się zdenerwowanie w jego głosie.
– Co sugeruję, to sprawdź, od kogo jest przekaz. Jeśli będziesz mógł. Muszę kończyć, daj znać, kiedy czegoś się dowiesz. Na razie.
Mark popatrzył na żonę.
– Co o tym myślisz? Chyba zrobię tak, jak mówił Henry, ale mu nie powiem, tego, czego się dowiem.
– Czy myślisz, że to...? – zapytała Sara.
– Jest tylko jedno racjonalne wytłumaczenie. Pojedźmy jeszcze raz do banku.
Po kilku minutach pojechali. Dziewczynka zastanawiała się, czy przypomnieć rodzicom, że obiecali spacer na plaże, ale sama zrozumiał, że stało się coś ważnego i tata musi to najpierw wyjaśnić. Trzy miliony! Nie byli biedni, ponieważ ojciec i mama zarabiali nieźle, ale trzy miliony to ogromna suma pieniędzy. Blondynka pomyślała jednak o tym, że pieniądze są ważne, ale dla niej miłość jej rodziców nie mogła być porównana z nawet większym bogactwem. Sara i Julia usiadły na tych samych fotelach. Wszystko wyglądało tak samo, jak poprzednio, tylko starszych ludzi już nie było. Tym razem trwało to dłużej. Sara domyślała się, co miał na myśli Mark. Zastanawiała się tylko jak to możliwe. W końcu Mark przyniósł wydruk.
– No i co? – zapytała Sara.
Mark położył kartkę na stole. Był to wydruk, cyfry wypełniały kwadrat. Mark policzył. Cyfry znajdowały się w kwadracie 9 na 9, a więc było ich 81.
– To jakiś kod, sama kasjerka była zdziwiona. Normalnie, jeśli nie jest to utajone, bank podaje numer konta nadawcy.
Oboje z Sara patrzyli to na papier, to na siebie.
– Czy ja mogę też popatrzeć? – zapytała Julia.
– Oczywiście, kochanie – rzekł Mark.
Julia wzięła kartkę. Patrzyła. Mark patrzył na córkę. Nagle, dosłownie na na ułamek chwili, oczy Juli zrobiły się inne. Dokładnie takie same, jak wówczas, kiedy złapała szklankę w hotelu. Oddała kartkę ojcu. Uśmiechnęła się. Wzięła czystą kartkę i napisała na niej cyfry. Julia popatrzyła na niego.
– Nie wiem, skąd wiem, ale trzy ostatnie cyfry, znaczą: zadzwoń o 16, trzy razy. Trzy pierwsze wskazują na numer kierunkowy. To numer San Francisco. Trzy ostatnie 16 i 3 oznaczają, co mi się wydaję. Mark spojrzał na zegarek. Była 15:45.
– Ktoś to dobrze obmyślił.
Popatrzył na córkę. Kim jestem, to jedno pytanie. Kim jest Julia, to drugie, może ważniejsze pytanie, zastanawiał się. Panowała konsternacja, ale próbowali rozmawiać.
– Zawsze myślałam, że Julia jest zdolna, a wygląda na to, że jest genialna – rzekła Sara.
I wtedy Mark powiedział coś, czego chyba nie chciał i od razu pożałował.
– Niemożliwe, aby była w to wmieszana, ale to nie jest Julia, którą znamy całe życie.
Sara otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Oczy Julii zrobiły się wielkie i równie ogromne łzy zaczęły z nich płynąć. Nie wyglądało to normalnie, bo Mark literalnie słyszał odgłos spadających kropli o marmurową podłogę banku.
– Ja naprawdę nie wiem, jak odnalazłam ten numer, te cyfry fosforyzowały i znałam ich kolejność i naprawdę nie wiem jak udało mi się złapać tę szklankę w hotelu.
Płakała. Mark podszedł i przytulił ją mocno.
– Wybacz mi, że tak powiedziałem – rzekł do Julii. – Coś się dzieje i tego nie rozumiem. Kocham cię, córeczko.
Julia przestała płakać. Mark wziął cell. Zadzwonił dwa razy. Za trzecim razem... ktoś odebrał.
– Jesteś nie tylko super szybki, ale i genialny – odezwał się męski głos, niski z rosyjskim akcentem.
– Leon – bardziej stwierdził, niż zapytał Mark.
– Wiem, gdzie jesteś i jaki masz numer konta – rzekł Leon. – Gdyby Henry mówił ci całą prawdę, mógłbym cię łatwo wytropić.
– Dlaczego dałeś mi dwa miliony dolarów i o co tu chodzi?
– Pewnie go przebiłem, co?
– Tak. Nie jesteście w zmowie?
– Gdyby tak było, czy sądzisz, że bym ci powiedział?
– Dowiem się coś od ciebie, czy nie? – rzekł spokojnie Mark.
Leon odpowiedział po krótkiej chwili.
– Co powiesz, abyśmy się spotkali. Przyślę wam bilety. Chcecie zobaczyć Singapur?
– Zobaczę się z tobą sam – powiedział dobitnie Mark.
– Teraz tylko przy tobie są bezpieczne – odrzekł spokojnie Leon.
– Jeżeli coś knujesz...
Leon przerwał mu w połowie zdania.
– Posłuchaj Mark, sam niewiele z tego rozumiem. Wiem jednak tyle, że ani Henry, ani ja nie możemy ci zagrozić. Dlatego chcę, byś wiedział, że jestem czysty. Poza tym w Singapurze jest ktoś, kto może ci wyjaśnić wiele, jeśli zechce. Nie mogę nic obiecać, bo ten ktoś, jest większy ode mnie.
– Chyba Henry o tym kimś coś wspominał. OK, zobaczymy się w Singapurze. Sara i Julia patrzyły na niego. Do banku wszedł mężczyzna, podszedł do lady i rozmawiał z kasjerką, potem spojrzał na nich krótko i wyszedł. Brwi Marka zeszły się na chwilę. Nagle wstał i wyszedł pospiesznie.
– Za chwilę wracam – rzucił przelotnie do Sary i Julii.
Facet, którego zobaczył w banku, właśnie wsiadał do jeepa. Nawet Mark się zdziwił. Nie bardzo pamiętał, jak się znalazł przy nim i jak powalił go na ziemię.
– Moje ręce nie są sztuczne jak te kule lub pistolet, jakim strzelałem. Henry cię przysyła?
Facet miał okulary, wąsy i inny kolor włosów, mimo to Mark go rozpoznał.
– Ja nic nie wiem, wykonuję tylko polecenia – odrzekł lekko wystraszony.
Nie wiadomo czemu Mark mu uwierzył. Poczuł się lepiej. Miał pewność, że ten drugi też żyje.  
– Powiedz temu, dla kogo pracujesz, że jestem bliski rozwiązania.
Mężczyzna otrzepał ubranie i wszedł do jeepa. Mark poczuł dziwne uczucie, ale nie wiedział, co ono oznacza i z czym się łączy. Jeep ruszył bardzo wolno. Mark rzucił krótkie spojrzenie na odjeżdżający wóz. Jeep oddalił się na około dziesięć metrów. Mark wiedział chwilkę wcześniej. Właściwie odczuł. To było to samo uczucie, co przed chwilą. Z tą różnicą, że teraz wiedział, co oznacza.
Błysk i wybuch dotarł do niego prawie równocześnie. Fala gorąca, jak i fala uderzeniowa przybyły w tym samym czasie. Chociaż poczuł je, nie zrobiły mu krzywdy. Wyglądało, że znajduje się w elastycznej, niewidzialnej bańce. Kosz na śmieci znajdujący się za nim został odrzucony na dziesięć metrów. W koło włączyły się alarmy samochodowe. W sklepie, po przeciwnej stronie ulicy, prawie naprzeciwko banku, wyleciały szyby, a szerokość drogi siegała dwudziestu metrów. Okna banku były bardziej solidne, a może pancerne, ponieważ pozostały całe. Mark wiedział więcej. Ta bomba miała zabić świadka, a nie jego. Poza tym, czy mogłaby go zabić?
Julia i Sara wybiegły z banku. Na twarzy żony malowało się przerażenie. Wiedział, że nie zobaczy tego na buzi Julii. Nie mylił się. Zrobił krok w ich kierunku.
Znowu nadeszła wizja... Walczył z otaczającymi go przeciwnikami tym samym mieczem. Miał odczucie, że jego przeciwnicy nie są ludźmi, no może niezupełnie. Tym razem nie walczył sam. Za jego plecami stała dziewczyna. Miała także miecz. Nie musiał patrzeć, wiedział, kim jest. Jej długie, jasne włosy wyglądały znajomo. Walka trwała krótko. Każdy z przeciwników, kiedy został, choć lekko zraniony, padał jak rażony prądem. W tym momencie stawał się człowiekiem, lecz tylko na chwilę. Potem znikał. Mark nie miał pewności, czy ginął. Dziewczyna odwróciła się. Miała więcej niż dwadzieścia, a mniej niż trzydzieści lat. Piękna. Patrzyły na niego wielkie, piękne oczy o kolorze szafiru. Znajome.
– Lordzie Marr, nie myślę, że mnie potrzebowałeś.
Znał ten głos. Pocałowała go namiętnie.
– Potrzebuję cię teraz – rzekł w tym samym języku co ona, który nie był definitywnie angielskim. Seen, moja ukochana. Jeśli wygramy tę walkę, pocałuję twoje usta z miłością.
– Jeśli? To nie jest Dragonn Kerr, a tylko on może nam teraz zagrozić.
– Dragonn Kerr przyjmuje różne maski – odrzekł. – Seen moja umiłowana...

Wszystko zniknęło. Sara tuliła go. Mark stał roztrzęsiony.
– Dobrze, że nic ci się nie stało, Mark – szepnęła Sara.
Julia też go tuliła. Nie mówiła nic.
– Jedźmy do hotelu – zaproponowała Sara. Kim był ten człowiek?
– Wszystko wam powiem po drodze.
– Poczekajcie, zostawiłam torebkę w banku – powiedziała jego żona.
– Czekajmy, pewnie zaraz przyjedzie policja, zobaczymy jak silne dokumenty dostaliśmy od Henrego – odrzekł Mark.
– Seen – rzekł cicho Mark do Julii, kiedy Sara poszła po torebkę.
– Co powiedziałeś tatusiu? – zaszczebiotała Julia.
– Nic takiego, kochanie – odrzekł spokojnie.
Miał chwilę, by zebrać wszystkie, niewytłumaczalne zdarzenia. Dwie wizje, zwolnienie czasu, a teraz jeszcze ten wybuch i to, że coś go chroniło. Nic nie rozumiał, ale coraz bardziej miał przekonanie, że to, co powiedział poprzednio do córki, pasowało również do niego. Sara weszła do banku. W drzwiach stał menażer i kasjerka, która wydrukowała dla Marka kwadrat z cyframi. Wyglądali na bardzo zdenerwowanych.
– Policja będzie za chwilę, panie Lorenz – rzekł menażer banku.
Mark usłyszał to, ale nic nie odpowiedział, ponieważ w tej chwili mówił coś ważnego do córki.
– Jak widzisz, Julio, wszyscy są zdenerwowani...
– Tak, to zrozumiałe – odrzekła tak szybko, że nie zdążył dokończyć.
– Tylko ty nie jesteś – dokończył.
Popatrzył na nią z miłością. Tym razem milczała, więc mógł postawić istotne pytanie.
– Dlaczego? Dziewczynka chwilkę patrzyła mu prosto w oczy i dopiero po tym czasie odpowiedziała cicho.
– Kocham cię tak samo, oczywiście nie pragnę, bo jestem teraz twoją córką, Lordzie Marr. Kiedy masz wizję, ja mami je również, więc wiem to, co i ty – rzekła Julia.
Mam teraz trochę więcej niż jedenaście lat więc jest mi trudno, wierzysz mi?
To, co usłyszał, mało go nie powaliło. Prawdę mówiąc, to było mocniejsze niż wybuch Jeepa. Stał chwilę w milczeniu i próbował się, pozbierać. Po chwili Sara wróciła z torebką.
– Czekamy na policję? – zapytała.
– Tak – odrzekł.
Mark spojrzał na Julię. Coś się z nią działo. Cała drżała. Sara złapała ją w ostatniej chwili. Mimo to Julia zemdlała. Mark sprawdził puls, był słaby, ale stawał się mocniejszy.
– Zbyt dużo wrażeń dla naszego skarbka – rzekła, wyraźnie zatroskana matka.
Syreny policyjne zmieszały się z dźwiękiem straży i pogotowia. Julia dochodziła do siebie.
– Co się stało, kochanie? – zapytał córkę.
– Nie miałeś teraz wizji?
– Nie.
– Dragonn Kerr, ma żonę – rzekła cicho.
– Tak?
Mark patrzył na córkę i czekał.
– Wygląda na to, że to tylko kwestia czasu i ona też będzie wiedzieć – dodała.
– Możesz mówić jaśniej – szepnął.
Policjanci wyszli z samochodów, strażacy wzięli się za gaszenie tego, co zostało z Jeepa. Julia, zamiast odpowiedzieć, spojrzała wymownie na Sarę. Mark spojrzał na Julię. Zrozumiał.
– Nie!
– Tak! – rzekła rezolutnie Julia – to Sara. Ma na imię On–thi i z tego, co widziałam, Dragonn Kerr to grzeczny chłopiec, przy niej.
– Co tam szeptacie? – zapytała Sara.
– Rozmawiamy o tym, co się dzieje – rzekł Mark.
– Dziwnie się czuję – powiedziała Sara.
– Wszystko będzie w porządku.
Sara przytuliła się do Marka. Ku jego zdziwieniu, pocałowała go bardzo namiętnie.
– Przepraszam, że przeszkadzam, ale mam kilka pytań – rzekł młody policjant.
Sara uśmiechnęła się uprzejmie do policjanta i spojrzała na Marka.
– Myślisz, że całuję lepiej niż Seen, Lordzie Marr? – Sara nie wyglądała jak zawsze. Jej oczy zrobiły się na chwilę stalowe. Nie w kolorze, ale w twardości i temperaturze.
Lód przeniknął ciało Marka, aż do samej duszy. Jednak po małej chwilce sama Sara mu pomogła.
– Zwalczymy to. Kocham cię. Obiecaj, że mi pomożesz – tym razem mówiła jak Sara, jego żona i matka Julii.
– Tak, pomogę ci, jestem twoim mężem.
Sara spojrzała na niego z miłością. Jej oczy przyjmowały na moment normalny kolor, to znowu robiły się stalowe, tym razem tylko w kolorze.
– To nie tak, to nic by nie dało. Musisz mi pomóc jako Lord Marr, mój wróg. Wkrótce to zrozumiesz. Jesteś Lord Marr i Mark, ja jestem Sara i On–thi, a Julia jest Julią i Seen. Wizje będą przychodzić coraz częściej i będą coraz bardziej realne – zawiesiła na chwilę głos. – Musimy jechać do Singapuru. Tam czeka ten, który się nie zmienia, Dragonn Kerr.
Ich budującą konwersację przerwał policjant, a Mark coraz mniej rozumiał. Wszystko co się działo teraz przypominało jakiś bardzo realny sen, tylko coś mu szeptało, że to jednak jest jawa.
– Nazywam się porucznik O'Nill – rzekł uprzejmie. – Jesteście państwo na wakacjach, czy w sprawach zawodowych?
– W sprawach zawodowych i na wakacjach – rzekł spokojnie brunet.
– Panie Lorenzo... – rzekł uprzejmie porucznik.
– Mów mi Tom – rzekł Mark.
– Dobrze, Tom. Wypytaliśmy pracowników banku. Jedna z kasjerek zeznała, że pan Jones, ten który zginął,  

sprawdził stan swojego konta, wziął gotówkę, po czym lekko zdenerwowany wyszedł z banku. Zgodnie z zeznaniem dwóch świadków, pan wybiegł za nim, a wkrótce potem nastąpił wybuch. Czy tak było?
– Tak, to prawda.
– Czy mogę wiedzieć, dlaczego wyszedł pan za nim?
Jego ton, miał nadal uprzejmy odcień.
– Ten człowiek, wychodząc z banku, odezwał się do mnie obraźliwie – odrzekła Sara.
– Och, czy znaliście się przedtem?
– Widzieliśmy go pierwszy raz w życiu – odezwała się znowu Sara.
– Czy rozmawiał pan z nim na zewnątrz?
– Tak, złapałem go za ubranie. Po chwili rozmowy wsiadł do samochodu.
– To dziwne – rzekł policjant.
– Tak, w chwilę potem samochód wybuchł – rzekł Mark.
– Muszę te informacje sprawdzić, jeśli będę mógł, panie Lorenzo.
– Tak, rozumiem – odrzekł spokojnie Mark.  
– Tu jest numer mojego telefonu, mieszkam w hotelu „QT Perth”. Ciekawe kto to zrobił i dlaczego? – zapytał szczerze Mark.
– Też mnie to interesuję. To spokojne miejsce, dziesięć lat pracuję w policji i pierwszy raz taka sprawa. Dziękuję panu, panie Lorenzo.
Policjant się oddalił, wsiadł do swojego wozu i odjechał.

Sapphire77

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 4505 słów i 26202 znaków, zaktualizował 2 kwi o 18:52.

1 komentarz

 
  • Użytkownik Aj

    W tekstach jest dużo nieco dziwnych błędów literówki, gramatyka, no i powtórki fragmentów tekstu. Przydałoby się przeczytać przed publikacją, może "inne oczy" powinny zrobić korektę. Poza tym OK.

    17 godz. temu

  • Użytkownik Sapphire77

    @Aj Program sprawdza. Może nastepny przeczytam przed publikacją. Skoro widzisz, to możesz dać przykład błędów. Ja rozumiem, że łatwiej jest krytykować niż same mu coś napisać i opublikować. Dlaczego nie jesteś zalogowany? Nie specjalnie lubię odpisywać takim osobom.

    15 godz. temu

  • Użytkownik Sapphire77

    @Aj Fakt, przeleciałem 30% tekstu i kilka błędów znalazłem. Następnemu poświęcę uwagę, nie guarantuję tekstu całkowicie dobrego. Co masz na myśli: powtórki fragmentów tekstu?

    15 godz. temu