Seen
Miedziany czerpak plusnął w dno studni. Tu na tym suchym terenie, trzeba było głęboko kopać, by dostać się do niezbędnej do życia wody. A przebić się przez twardą skałę, wymagało wielkiej wytrwałości i czasu. Dlatego szanowano to miejsce. Her–ge wyciągnęła z łatwością naczynie z życiodajnym płynem. Jej długie, splecione w warkocz, ciemnomiedziane włosy, spadały z przodu. Zbudowany z drewnianych pali dom, znajdował się może pięćdziesiąt stóp. Pomimo tego, nawet, teraz kiedy poszła po wodę, nie rozstawała się z mieczem, ten przebywał, na jej plecach, ukryty w skórzanej pochwie. Jego pięknie zdobiona rękojeść wystawała zaraz za jej karkiem. Tylko to pozostało jej po mężu, którego straciła dziesięć lat temu. Od tego czasu miała wiele propozycji. Pozostała nadal wdową. Ur–tach, zanim umarł, pokonał pięciu silnych napastników. Zanim odszedł na drugą stronę, zostawił jej ten miecz, prosił, żeby i opiekowała się Seen, ich jedyną córką. Dziwiono się, że nawet taki siłacz jak on, zginął. Jego imię zmieniono wcześniej, za jego zgodą, na Ur–tach. Znaczyło: Ten, który pokonał rękami lwa. Her–ge kochała go, ale niczego na świecie nie kochała tak, jak Seen. Dlatego nie musiał jej prosić o ochronę nad córką.
Od czasu jego śmierci, piękne ciało matki, przybrało mięśni. Nie od pracy, ale głównie od nauki sztuki walki. W promieniu stu piędziesięciu mil nie było nikogo, kto mógłby równać się z nią w walce na miecze. Miała bowiem czego bronić. Nie znano nikogo w okolicy miesiąca jazdy koniem, kto miał złoty kolor włosów, jak Seen. W ich języku jej imię znaczyło: Bogini z gwiazd. Błękitnooka rosła i nawet teraz jako jedenastoletnia dziewczynka, uchodziła za piękność. Obserwowała matkę i uczyła się przy niej wszystkiego. Już, kiedy skończyła pięć lat, naśladowała jej ruchy miecza, drewnianym patykiem. Kochała wszystko i wszyscy kochali ją. Posiadała dar rozmowy ze zwierzętami, szczególnie z końmi i wielbłądami. Matka wróciła do chaty. Dziewczynka pilnowała gotującej się strawy.
– Mieszałaś często? – zapytała.
– Tak mamusiu, na pewno się nie przypaliło – odpowiedziała dziewczynka.
Jej głos przypominał szczebiot ptaka. Nagle świst miecza przeciął powietrze. Seen, nie mogła wiedzieć, co zrobiła matka. Jednak reakcja dziewczynki, wyprzedziła myśli Her–ge. W tanecznym ruchu odgięła swoje smukłe ciało. Wolną, lewą ręką chwyciła stalową patelnię i ostry dźwięk szczęku metalu, rozległ się w kuchni.
– Jesteś szybka jak piorun. Już wkrótce dorównasz mi, jeśli już nie dorównałaś.
Miedzianowłosa nie obawiała się ani przez chwilę, że zrani córkę. Nie tak dawno, pokazywała jej, na odległym od osady polu trawy, jak kontrolować drogę miecza. Ćwiczyły tam razem. Zauważyły motyla.
– Poczekaj chwilę, córeczko. Coś ci pokażę.
Motyl siedział spokojnie i spijał nektar z pustynnego kwiatu. Miecz Her–ge ze świstem poszybował w dół. I nagle ostrze zatrzymało się o grubość palca nad motylem.
– Och! Jak to zrobiłaś, mamusiu?
– Zabijanie jest łatwe, sztuka walki trudna, ale stajesz się mistrzem, kiedy ty i miecz to jedno.
– Czy czujesz tatę?
Miedzianowłosa spojrzała na córkę wnikliwie.
– Zawsze, kiedy trzymam ten miecz.
– Szkoda, że nigdy go nie znałam – powiedziała smutno nastolatka.
W pięknych oczach matki pokazały się łzy. Uklękła przed córką i podała jej miecz. Dziewczynka nigdy przedtem nie śmiała nawet dotknąć tej pięknej broni. Popatrzyła prosto w oczy matki i wzięła miecz. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz.
– Ten miecz ma wiele dusz – szepnęła.
– Czujesz? – zapytała zdziwiona matka.
– Ciebie, tatę i wielu innych – rzekła spokojnie dziewczynka. – To bardzo stary miecz ma wiele tysiącleci. … Daleko, daleko jest woda. Nie jest słodka jak ta ze studni, ale słona jak pot. Na tej wodzie widzę ogromną wyspę. Jej mieszkańcy mają włosy jak ja. Są piękni, wysocy. Widzę wielkie kryształy... Moc, ogromna moc... Ogień, dym... Tylko nieliczni na wodzie, na małych łodziach. Widzę miecz, jest jeszcze drugi.
Seen umilkła.
– Twoje oczy jaśniały jak diamenty, kiedy to mówiłaś – rzekła wzruszona matka. – Weź go, wskazała na miecz.
– Jeszcze nie czas, matko – szepnęła.
*
Minęło kilka lat. Ludzie umierali, rodzili się. Seen wyrosła na piękną kobietę. Pachniała jak pustynna róża, a poruszała się niby gazela. Matka nie uczyła jej już walki. Córka pokonałaby ją z zawiązanymi oczami i to lewą ręką, chociaż potrafiła walczyć obiema, jednak odrobinę lepiej władała prawą.
Słońce przemierzyło połowę nieba. Tydzień temu blondynka skończyła dwadzieścia pięć lat. Her–ge ciągle piękna i zgrabna, dostrzegła kilka miesięcy temu pierwsze siwe włosy na skroniach. Miała ponad czterdzieści cztery lata, lecz jeszcze wielu mężów zamieniłoby ją na o połowę młodszą dziewicę.
Spokój osady został zmącony. Zanim pierwsi mieszkańcy usłyszeli odgłos galopujących koni, błękitnooka i jej matka poczuły, że coś jest nie tak. Bez żadnego uprzedzenia, ponad dwa tuziny uzbrojonych w stal, wjechało do osady. Część z nich pozostała w tyle, a pięciu, pewnie ważniejszych, stanęło prosto przed chatą Her–ge. Mieszkańcy wyszli lekko wystraszeni ze swoich domostw. Niektórzy trzymali kije inni, miecze. Dowódca grupy był pięknym, postawnym mężem. Prócz stali, jego zbroję zdobiło złoto. Jego głos zabrzmiał nisko i donośnie.
– Przybyliśmy w przyjaznych zamiarach. Jeśli jednak sprzeciwicie się nam, spalimy wasze domy, zabijemy waszych mężczyzn, a dzieci wasze zostaną niewolnikami. Kobiety zaś, sprzedamy, by zaspokajały męskie żądze. Jestem Ran–ta, król z północy.
Miedzianowłosa czuła coś, ale wolała się upewnić. Nawet teraz nie odczuwała strachu.
– Czego chcesz?
– Jesteś piękną kobietą, Her–ge, a sława twoich zdolności miecza dotarła aż do mnie. Jednak sława urody twojej córki, przewyższa to, co słyszałem o tobie. Chcę ją zobaczyć i jeśli znajdzie uznanie w moich oczach, zabiorę ją ze sobą. Zostanie moją żoną i królową.
Miedzianowłosa spojrzała na niego.
– Jesteś przystojnym i sądzę, bogatym mężem. Gdybyś przybył naprawdę z pokojem i poprosił, kto wie... ale tak? Może zapytam ją o zdanie?
– Pokaż ją zaraz! – Ran–ta podniósł nieco głos. – Jechaliśmy trzy tygodnie bez wytchnienia, nie mam czasu na zbędne gadanie.
Seen wyszła z chaty. Wśród najeźdźców powstał szmer, a on spojrzał na nią.
– To, co słyszałem o tobie, nawet w połowie nie oddaje tego, jak piękna jesteś. Zabieram cię z sobą.
– Matko, co postanowisz, zrobię. – dziewczyna, a właściwie młoda kobieta, nie zastanawiała się ułamka chwili, zanim to wyrzekła.
– Co myślisz o nim, dziecko? – w głosie matki nie czuło się nawet odrobiny strachu.
Piękna blondynka o szmaragdowych oczach tylko przelotnie spojrzała na Ran–ta.
– Jest zły i okrutny, ale każdy ma szansę się zmienić.
Postawny król z północy zgrzytnął zębami, ale nie wyrzekł słowa. Czekał.
– Posłuchaj Ran–ta, jeśli pokonasz mnie w równej walce, oddam ci ją – rzekła Her–ge po chwili namysłu.
– Kobieto, myślałem, że masz więcej mądrości – rzekł postawny brunet.
– No cóż...
Kobieta nie dokończyła, bo jeden z ludzi Ran–ta strzelił do niej z kuszy. Zdążyła jedynie wyciągnąć miecz z pochwy. Strzelec ukryty za sylwetką przywódcy musiał być mistrzem. Może z tego powodu, że pozostawał prawie całkowicie ukryty, Her–ge zareagowała zbyt późno. Strzała utkwiła głęboko w jej torsie, blisko serca.
– Matko! Nie! – wykrzyknęła Seen.
– Weź miecz, ja już go nie będę potrzebować – szepnęła matka.
– Ty głupcze! – wykrzyknął Ran–ta, do tego, kto strzelił.
Z ogromną szybkością, rzucił w kierunku tamtego, sztyletem. Zabójca Her–ge spadł z konia z przebitą szyją, zanim zdołał zrobić najmniejszy ruch.
– Będą mówili, że wielki Ran–ta bał się skrzyżować miecz z Her–ge.
Senn patrzyła, jak oczy miedzianowłosej, gasną...
– Jesteś już z Ur–tach – szepnęła do martwego ciała.
Zamknęła jej oczy swoimi palcami. Powoli podniosła twarz i spojrzała na dowódcę zgrai.
– Nie zabiłeś jej, ale jesteś winny śmierci – rzekła cicho. – Odjedź w pokoju, a wybaczę ci tę zbrodnię – rzekła równie cicho.
Gromki śmiech króla z północy, rozległ się po okolicy.
– Jesteś bardziej szalona niż twoja matka. A co, jeśli nie odjadę?
Śmiał się dalej. Przestał natychmiast, kiedy usłyszał odpowiedź pięknej dziewczyny.
– Jeśli nie, zabiję cię i wszystkich twoich ludzi – rzekła równie cicho Seen.
Król z północy nie spodziewał się takiej riposty. Poczuł, że krew uderzyła mu do głowy. Dawno nikt nie śmiał powiedzieć takiej zuchwałości
– Brać tę dziką kotkę – wrzasnął.
Czterech jego ludzi zeskoczyło z koni. Podbiegli do dziewczyny z gołymi mieczami w dłoniach. Ran–ta nie wiedział nic o jej umiejętnościach walki. Sądził, że pojmą ją bardzo szybko. Czterech wyćwiczonych w walce, jego najlepszych, otoczyło ją, bo odeszła tylko kilka kroków od martwego ciała matki z pochylonym ku ziemi ostrzem.
– Rzuć miecz – rzekł jeden z nich.
Nikt nie zdołał niczego zauważyć. Zabójca jej matki miał szybkość, Ran–ta większą, lecz żaden z ludzi króla z północy nie widział jeszcze w życiu takiej prędkości operowania bronią. Jego ostatnie słowo spadło na ziemię, wraz z jego głową. I nie tylko jego. Seen w mgnieniu oka stała się jednością z mieczem. Ran–ta nie mógł uwierzyć, co widzi. Cztery głowy jego najlepszych ludzi leżały obok drgających korpusów. Krew tryskała silnym strumieniem na piaszczystą murawę. Zeskoczył z konia.
Król z północy doszedł do tego, kim był nie tylko przez siłę, czy spryt. Opanował doskonale sztukę walki. Mimo to i tak nie miałby z nią szans. Znał jednak czary, sprzymierzył się bowiem z siłami ciemności. Skoczył z konia i uderzył. Jednak Seen odbiła ten okropny cios z dziecinną łatwością. Ran–ta nie był głupcem, od razu poznał, że ma do czynienia z najlepszym szermierzem, z jakim krzyżował ostrza. Zniknął i pojawił się nagle z innej strony. Uderzył. Teraz stało się dla niego niezrozumiałe, jak odbiła ten cios, a przy tym go zraniła. W jednej chwili czterech Ran–ta otoczyło Seen. Jednak tym razem, jego czary, zawiodły go całkowicie. Nie wiedział bowiem, czym walczy Seen.
Miecz, który pochodził z Atlantydy, był nie tylko piękny, ale zrobiony ze stali, której nic na całej ziemi nie mogło uszkodzić. Ten piękny miecz, miała duszę. A kiedy Seen go trzymała, był jej duszą, a ona jego. Ta piękna broń czekała właśnie na nią. Zaakceptowała częściowo jej ojca, potem jej matkę. Wykuto i przygotowano ją dla niej. Teraz miecz zaakceptował ją całkowicie. W jednej chwili wiedziała, który z czterech Ran–ta jest prawdziwy, a który zjawą. Brunet nie zdołał nic poczuć. Miecz dziewczyny, o szafirowych oczach, przeciął jego głowę na pół i zatrzymał się dopiero na wysokości splotu słonecznego. Dumny mocarz zginął, lecz to tylko rozjuszyło resztę jego ludzi. Nieustraszeni, ochrzczeni we krwi zabitych, nie ulękli się obdarzonej niezwykłą szybkością dziewczyny. Wszyscy chwycili za kusze i grad strzał poleciał w kierunku blondynki. Chociaż odbiła większość, dwie utkwiły w jej ciele. Na szczęście nie w żywotnych organach. Jedna ze strzał przebiła jej ciało trochę powyżej obojczyka, dwa cale od szyi, druga utkwiła w udzie, bardzo blisko intymności.
Sytuacja stała się poważna. Kiedy ludzie Ran–ta dostrzegli, że jest ranna, rzucili się na nią z furią. Złotowłosa walczyła dzielnie, mimo bólu. Zabiła sześciu napastników, lecz w końcu powalili ją na ziemię. Połamali strzały, co sprawiło jej wielkie cierpienie. Dwóch zbirów dobrało się do niej. Nie zważali na to, że jest ranna, rozerwali jej górną część ubioru, obnażając piersi. Szybko związali jej ręce z tyłu. Bezbronna Seen nie mogła nic zrobić. Zdarli jej dolną część ubioru. Pozostała tylko w małej przepasce, zasłaniającej łono. Nie było jej jednak dane zginąć w pohańbieniu, tego dnia. Nagle zobaczyła zdziwiona, że dwaj napastnicy, padli martwi obok jej ciała. Po chwili zrozumiała, że ktoś do nich strzelał. Miała ograniczone pole widzenia i możliwości, zobaczenia, co się dzieje. Z wielkim bólem uniosła głowę i wsparła na łokciach korpus. Zobaczyła samotnego jeźdźca. To on siał spustoszenie wśród bandy zbirów.
Również mieszkańcy osady zaczęli walczyć z napastnikami.
Jednak nadal wielu najeźdźców, pozostało. A nieznajomy jeździec nie miał już strzał. Otoczyło go siedmiu.
– Och – jęknęła dziewczyna.
Zrobiła to nie tylko z powodu bólu, ale głównie z obawy o swego wybawiciela. Przemknęła jej myśl, że jej ojciec, którego nigdy nie znała, pokonał ponoć pięciu. A tu chłopak miał siedmiu, przeciwko sobie. Spodziewała się długiej walki i obawiała się wyniku tego nierównego pojedynku. Zdziwiła się bardzo, ponieważ młody mężczyzna o długich czarnych włosach upiętych złotą spinką, poruszał się tak, że ona w dobrej kondycji nie mogłaby mu dorównać. Po chwili cała siódemka leżała martwa. Mieszkańcy osady zabili ostatniego z napastników. Nikt z nich, jak się później okazało, nie zginął. Kilku mieszkańców miało rany od oparzeń, a kilku cięte rany od mieczy. Jeden ze starszyzny zraniony został z kuszy.
Teraz dopiero, Seen zaczęła płakać po stracie matki. Przez łzy patrzyła na wybawiciela. Chłopak miał dwadzieścia kilka lat. Tak sądziła. Ubranie świadczyło, że pochodzi z jakiegoś wysokiego rodu. Jego długie, ciemnobrązowe, prawie czarne włosy, upinała piękna, misternie zrobiona sprzączka z rubinami. Nie to jednak przykuło uwagę przepięknej blondynki. Miecz. Od razu poznała, że to ten z wizji. Chłopak spojrzał na nią, lecz nie zauważyła w jego oczach niczego. A przecież nie miała prawie nic na sobie!
– Zaraz przyniosę coś do okrycia – rzekł, prawie tak lekko, jakby chodziło o coś nieistotnego.
Robił wrażenie, że cała sytuacja i to, że zabił wielu napastników, nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.
– Poza tym mam lek na twoje rany, już nie płacz — dokończył, patrząc niby na nią, lecz jakby obok.
Błękitnooka dostrzegała szczegóły jego ubioru, twarzy i nawet próbowała pojąć, czemu unika widoku jej półnagiego ciała.
– Płaczę, bo moja matka została zabita – rzekła spokojnie.
Młody mężczyzna o jasnym obliczu spojrzał dosłownie na ułamek chwili w jej oczy, a potem omiótł wzrokiem najbliższą okolicę.
– Kto tu walczył z nimi? – zapytał, widząc mnóstwo trupów.
Delikatny wyraz zdziwienia zarysowa się na jego twarzy.
– Ja – odrzekła delikatnie Seen.– Nie dali mi wyboru.
– Musisz znać drogę miecza, kto cię uczył?
Wyglądało, że to, że blondynka posiadła niezwykłe umiejętności władania bronią, ma dla niego większe znaczenie niż jej stan.
– Matka – odrzekła dziewczyna.
Blondynka na chwilę zapomniała o całej sytuacji i swoim położeniu. Poznała ludzkie reakcje, ale z czymś takim spotkała się pierwszy raz.
– Zaraz, zaraz... – rzekł.
Sądziła, że może jednak jej się wydaje, lecz on zupełnie nie zwracał na nią uwagi!
Młodzieniec dopiero teraz zauważył jej miecz.
– To twój? – wskazał na misterną broń, która leżała obok jej nagiego ciała.
– Tak, należał do mojego ojca, potem matki, a teraz jest mój.
Młody mężczyzna nadal interesował się tylko mieczem.
– Mój jest identyczny. – odrzekł chłopak. – To dziwny miecz, wydaje się przyspieszać moje ruchy.
Senn uznała, że musi przerwać tę konwersację.
– Nie chcę być niemiła. Dziękuję za uratowanie mnie i osady, ale leżę tu naga, a ty wspomniałeś coś o leku.
– Och, wybacz – rzekł tylko.
Pobiegł w kierunku swojego wierzchowca i wrócił po małej chwili. Okrył jej ciało. Starszyzna przybliżyła się do nich.
– Dziękujemy ci nieznajomy, uratowałeś wielu.
– Jestem Marr – rzekł chłopak.– Przynieście mi trochę czystej wody. Opatrzę jej rany, trochę się na tym znam.
Seen poczuła się trochę dziwnie, zaczęła widzieć niejasno. Marr spojrzał w jej twarz.
– Zatruli strzały. Na szczęście to pewnie jad węża.
Zanim zdążyła coś powiedzieć, wlał jej gorzki płyn do ust.
– To powinno pomóc, możesz być nieprzytomna dzień lub dwa, ale nie umrzesz – zawyrokował.
Powiedział to tak, jakby chodziło o parę chwil, a nie dni. Dziewczyna walczyła ze sobą, by nie zemdleć. Marr wziął ją na ręce, jakby nic nie ważyła, zaniósł ja do domu i położył na łożu.
– To będzie trochę bolało.
Wyjął resztę strzały z przebitego miejsca, tuż przy szyi. Nawet nie jęknęła.
– Dzielna jesteś. To dobrze, bo drugie miejsce, będzie więcej bolało. Grot utkwił w udzie, będę musiał je rozciąć. Popatrzył na nią i uśmiechnął się miło.
– Może lepiej zemdlej.
– Zaczynaj, Marr.
Już nieco przyzwyczaiła się do jego inności.
Bolało naprawdę. Lekko syknęła.
– Naprawdę jesteś dzielna, zaczynasz mi się podobać!
– O tak?
Odezwała się w niej urażona kobiecość.
– Zaczynam ci się podobać, bo jestem odporna na ból?
– Tak. Czy coś źle powiedziałem? – zdziwił się.
Dziewczyna powoli traciła przytomność, jednak pozostała nadal trzeźwa w ocenie. Marr był bardzo dziwny.
– Nie, chciałam się tylko upewnić – rzekła, słabym głosem.
Jak zza ściany usłyszała jego miły głos.
– Wybacz, muszę wyssać jad z rany.
Zaczął od obojczyka, poczuła jego usta i lekki ból. Potem ssał jej rozcięte udo. Seen poczuła jego dłoń, bardzo blisko swojej intymności. Dotknął nawet jej delikatnycj i wrażliwych na dotyk, w pewnych okolicznościach, naturalnie pulchnych fałdek. Ułamek chwili przed omdleniem, poczuła mimo bólu, przyjemny dotyk jego rąk...
Obudziła się. Spała długo, nie wiedziała jednak ile czasu minęło. Marr leżał na skórze, obok jej łoża. Właśnie wszedł jeden ze starszych osady.
– Długo byłam nieprzytomna?
– Pięć dni, ale jest już dobrze. To dobry chłopak, powiedział nam, że to mocna trucizna. Dobrze, że masz silne ciało. On nie spał prawie cztery dni, zmieniał ci opatrunki. Niebo go zesłało. Bez niego... kto wie – rzekł starszy.
– Matka? – zapytała Seen.
– Czekaliśmy na ciebie, zabezpieczyliśmy jej ciało. Jesteś gotowa na obrządek?
– Tak – odrzekła smutno.
Wieczorem uroczyście spalono zwłoki Her–ge. Ciała najeźdźców spalono tego samego dnia, kiedy przybył Marr. Chłopak pozostał w osadzie jeszcze dwa dni.
– Muszę jechać dalej — powiedział w tym samym, lekkim tonie.
Właściwie przez te dwa dni nie odzywał się inaczej, niż wcześniej. Dziewczyna uznała, że jest ciepły, a nawet serdeczny dla reszty mieszkańców osady, a ją jakby ignorował. Mówił lekko, nie zwracał na nią uwagi, więcej niż musiał. Seen nie rozumiała dlaczego tak jest. Ze swojej strony odzywała się do niego ciepło, lecz bez żadnych zażyłości. Uratował jej życie, jak i całą osadę, lecz nie zamierzała go błagać o większą uwagę. Powiedział te słowa, bez zwłoki wskoczył na konia.
Wspiął mustanga i ruszył ostro. Seen patrzyła za nim. Może minęło parę chwil czasu, kiedy powiedziała nagle.
– Konia, mojego.
– Jesteś jeszcze słaba – rzekł jeden ze starszych.
– Jeżeli teraz go stracę, nigdy go nie odnajdę.
Wskoczyła na konia jak stała, zabrała jednak miecz, bo podobnie jak jej matka, cały czas od momentu, gdy zaczęła chodzić o własnych siłach, trzymała miecz w pochwie, na plecach. Oczywiście z wyjątkiem czasu, kiedy spała, ale i wtedy broń znajdował się bardzo blisko.
– Żegnajcie, kocham was wszystkich.
Goniła jak szalona, potem jednak zwolniła.
,,Co mu powiem"– pomyślała.
Zatrzymała konia. Zobaczyła, że jakiś konny się zbliża w jej kierunku. Przełożyła spokojnie prawą dłoń na rękojeści broni, lecz po chwili się uspokoiła, poznała bowiem sylwetkę Marr.
– Tak czułem, że chcesz jechać. Nawet cię chciałem zapytać, czy nie pojedziesz ze mną.
– To, czemu nie zapytałeś?
– Z kobietami są same kłopoty, no może z tobą będzie ich mniej – rzekł, śmiejąc się.
Jechali chwilę w milczeniu. Blondynka zastanawiała się, czy powinna się pogniewać za te słowa. Znała życie osady. W jej mniemaniu to mężczyźni stwarzali więcej kłopotów, ale być może jej wybawiciel miał inne doświadczenie. Teraz o tym nie myślała, ale odczuła, że chce wyjaśnić pewne sprawy i dowiedzieć się o nim więcej, kiedy nadarzy się sposobność. Przyjął jej towarzystwo i z jego słow wynikało, że chyba nawet chciał z nią jechać. Uważała, że jest inny, trochę dziwny, z drugiej zaś strony podobał się jej wizualnie i wyczuwała, że jego postępowanie to maska. Czuła, że w głębi jest dobry i szlachetny. To, że nie zwraca wcale uwagi na jej urodę, stanowiło dla niej tylko drugorzędne pytanie
– To, co z tym mieczem? – zapytał jakby nigdy nic.
,,Chyba mu się w ogóle nie podobam" – pomyślała smutno. ,,To dziwne, bo wszyscy mówią, że jestem piękna."
Nagle mniej ważne pytanie, się stało kluczowym.
Nawet nie wiedziała, jak bardzo się myli. Marr myślał bowiem, że nigdy jego oczy nie widziały tak pięknej kobiety, a w swoim krótkim życiu, widział już wiele pięknych przedstawicielek niewiast. Poza tym czuł, że jest miła i dobra. Wiedział również, że jest świetna w mieczu. Jej zapach powodował w jego jestestwie odurzenie. W tym najlepszym i miłym rodzaju. Przed zaśnięciem stał mu przed oczami jej obraz, tylko czasem, na bardzo krótki czas, pojawiała się mu twarz młodej dziewczynki o brązowych włosach i wielkich, brązowych oczach. Osoby, która do chwili, kiedy poznał Seen, całkowicie wypełniała jego serce i duszę. Młodej osóbce, która z pewnością go kochała i pragnęła w swoim dziewiczym ciele. Przyjaciółki z dzieciństwa, oddanej mu całkowicie i bez reszty, Sa–ra. Miłującej go bezwarunkowo i całkowicie.
Tak się poznali. Mimo że poczuli miłość do siebie od pierwszego wejrzenia, nie chcieli tego wyjawić. A potem musiało minąć ponad czternaście tysiącleci, by dowiedzieli się jeszcze czegoś, może ważniejszego niż wszystko inne. W swojej wspólnej wędrówce poznali dwójkę świetnych mistrzów miecza: Dragonn Kerr i On–thi. Stali się razem prawdziwymi przyjaciółmi, aż do dnia, kiedy znaleźli kryształ.
Dodaj komentarz