– Co się naprawdę stało, Mark? – zapytała Sara.
Wyglądało na to, że nic nie pamięta, iż miała przed chwilą wizję i co mówiła później. Mark popatrzył na nią i od razu to zrozumiał.
– Ten mężczyzna, za którym wybiegłem, to jeden z ludzi, do których strzelałem. Prawdopodobnie nikogo nie zabiłem w San Francisco.
– Czy to oznacza, że Henry kłamie?
– Nie wiem. Czy pamiętasz, co mówiłaś, zanim przyszedł policjant?
Mężczyzna jednak zadał to pytanie, żeby się całkowicie upewnić.
– Nie wiem, o czym mówisz – odrzekła zdziwiona Sara.
– Mówi ci coś imię Dragonn – nie dawał za wygraną Mark.
– To nie imię, to nazwa. Dlaczego pytasz mnie o mityczne zwierze, które lata i zieje ogniem? – zapytała jeszcze bardziej zdziwiona Sara.
– Wiesz kto to, On–thi? – zapytał, ale zrobił to już tylko dla formalności.
– Nie mam pojęcia – odrzekła Sara.
Mówiła przekonywająco. Mark odniósł wrażenie, że coraz mniej rozumie. Jak to możliwe, że Sara, jego, żona nic nie pamięta, co przed chwilą mówiła? Co na to wpływało? Do tej pory, do wypadku na drodze do sklepów, jego życie trwało normalnie. Tylko uratowanie Samuela wykraczało poza normalność. Od teraz wszystko się zmieniło. Kim jest i kim jest jego córka? Julia wspomniała, że tylko jest kwestią czasu, że i Sara dojdzie do nich w tych wizjach. Mark znał Seen z wizji, tylko była tam kimś starszym i z pewnością nie jego córką, raczej ukochaną, żoną. Nie miał odpowiedniej wizji i z tego powodu zrozumienia, kim jest On-thi? Żoną Dragona Keer? Nie zwariował. Na razie doznał szoku, ale miał przekonanie, że wszystko się to da realnie wytłumaczyć, jednak jeszcze nie w tej chwili.
– Wracajmy do hotelu, zanim znowu coś wybuchnie.
Ton jego głosu wskazywał lekkie zrezygnowanie.
– Czy myślisz, że jesteśmy bezpieczni, Mark?
– Samochód wybuch po przejechaniu około dziesięciu metrów. Sądzę, że to była bomba sterowana radiem. Ten, kto uruchomił zapalnik, wiedział dokładnie, gdzie jestem. Dziękuję za pomoc, przy tym policjancie.
– Mark, wierzę ci, że jesteś czysty. Poza tym jestem zawsze z tobą.
Julia nie zapomniała, o co prosiła. Odczuła, że jest to odpowiednia chwila, aby rodzice mogli zrealizować pomysł z wprawą nad brzeg oceanu.
– Jedziemy na plażę? – zapytała dziewczynka, kiedy wsiedli do wynajętej Toyoty.
Mark chciał powiedzieć coś innego, ale spojrzał na żonę i rzekł.
– Może jedźmy na plażę, co myślisz Saro?
– Myślę, że jesteśmy tak samo bezpieczni wszędzie.
Jechali bez słów. W końcu znaleźli najbliższą plażę za pomocą GPS.
– Chcesz zadzwonić do Henrego?
– Na razie zaczekam. Leon przysłał nam dwa miliony dolarów. Jak wiedział numer konta? Poza tym powiedział mi, że nie jest moim wrogiem.
– To ja już nic nie rozumiem – rzekła Sara.
– Czekajmy.
Dojechali. Zaparkowali samochód i poszli w kierunku plaży. Usiedli na piasku. Nikogo. Julia ganiała mewy.
– Poczekaj chwilkę, pobawię się z Julią – powiedział Mark do Sary.
– Jasne, to twoja córka.
– Może – powiedział cicho Mark.
Sara nie mogła tego usłyszeć z powodu szumu fal. Julia rzucała patyki do wody. Ocean szumiał podobnie jak i nad brzegiem oceanu w ich mieście. Dziewczynka nie zauważyła, że do niej podchodzi. Zaryzykował, bo coś go jakby do tego przymusiło. Pozornie sprzeczne z realnością.
– Seen?
Julia odwróciła się.
– Tak, lordzie Marr – odrzekła zupełnie naturalnie.
Jej odpowiedź go jednak nie zaskoczyła. Czyżby dziewczynka udawała jego córkę, kiedy zapytała o plażę? Skoro tak, Mark, bo nadal sądził, że nim jest, nie Lordem Marr, zamierzał o coś zapytać.
– Rozmawiałem z Sarą. Wydaje się, że nie pamięta wizji. Nie mówi jej nic imię Dragonn ani On–thi. Co ty wiesz?
Julia nadal rzucała różne przedmioty do wody. Wyglądała na zwykłą, dorastającą dziewczynkę, cieszącą się oceanem. Odwróciła się w jego stronę i zaczęła mówić.
– To trochę skomplikowane. Kiedy złapałam tę szklankę, byłam kompletnie zaskoczoną Julią. Potem przyszły te wizje i nie wiedziałam, co z tym wszystkim zrobić. Zaczęłam myśleć i dopiero kiedy przyszła ostatnia wizja, zrozumiałam. Coś w moim środku dało mi odpowiedź i wszystko ułożyło. Teraz wiem, że jestem Julią, ale i Seen. Chociaż nie wiem, jak to jest możliwe.
– To samo mówiła Sara. Mówiła, że jesteśmy jednocześnie, jak by dwoma osobami. Może, kiedy poznamy TERAZ Dragonna Kerr, coś się nam wyjaśni.
– Wracajmy do mamy. Mogę wskoczyć, jak zawsze?
– Jasne.
Julia wskoczyła, objęła go udami, ponad biodrami, a ręce zaplotła na jego karku. Jej twarz była blisko jego twarzy.
– Muszę ci coś powiedzieć – szepnęła.
Patrzyła mu prosto w oczy.
– Kocham cię jak Julia, lecz również jako Seen.
– Rozumiem – odrzekł Mark i zaczął iść, niosąc ją nadal, w kierunku Sary.
– Nie myślę, że rozumiesz. Jako Seen, jestem twoją żoną i kochanką. O takiej miłości mówię. Mam prawie dwanaście lat i jako Julia nic o tych rzeczach nie wiem, przynajmniej praktycznie, ale czuję. Walczę z tym i mówię ci o tym na wypadek, jakby coś poszło nie tak. Chcę, abyś wiedział. Mam nadzieję, że coś się wyjaśni, zanim z tym przegram – dokończyła Julia.
Powiedziała to naturalnie, a Mark zadrżał. Uświadomił sobie, że jako Mark ani jako lord Marr nigdy nie zaznał strachu. Tak przynajmniej pamiętał. Aż dotąd. Jego wyobraźnia, a raczej jestestwo pracowało na najwyższych obrotach. Nie chodziło już o to, czy jest Lordem Marr, czy tylko Markiem Ferbisonem, a teraz zgodnie z dokumentami Tomem Lorenzo. Tu chodziło o coś znacznie innego i ważniejszego. Przecież odczuwał, szczególnie w drugiej wizji swoje nastawienie uczuciowe i fizyczne do Seen. Czyżby dorosła w ciele Seen i była w jakiś sposób ukryta w ciele niespełna dwunastoletniej Julii? To już nie reinkarnacja, w którą nie wierzył. Wyglądało to na czar, magię. Ani przez chwilę nie wątpił w swoje zdrowie psychiczne. Czasem ludzie doznawali zbiorowych halucynacji, tylko wówczas nie zachowywali się normalne, natomiast on, jak i blondyneczka wyglądali na zdrowych. Oczywiście zadrżał z innego powodu. Co by się stało, albo lepiej jakby zareagował, gdyby natura Seen nagle owładnęła ciałem jego nastoletniej córki? Tego się wystraszył. Było coś jeszcze. Jak mógł wiedzieć, że on jako Mark, jak i Marr nigdy nie zaznali strachu? Czyli on jest również Marr? Czy w jego ciele, Marka Ferbisona jest ukryty Lord Marr? Jego umysł się uspokoił i wykreował pytanie. I zadał je córce. Czemu to zrobił?
– Czy podzielimy się z tym z Sarą, o czym mówiliśmy?
Sam nie wiedział, dlaczego o to zapytał. Nie spodziewał się jednak takiej odpowiedzi, jaką usłyszał.
– O wszystkim, ale nie o ostatnim. Nie czuję się winna, a to jest trudne i bez tego.
– Dobrze Julio. Masz moje słowo, że zachowam to w tajemnicy.
Wyglądało na to, że Julia jednak udawała przed mamą, lub Sarą. Jako Julia mogła być córką, lecz nie jako Senn. Zeskoczyła na piach i z uśmiechem spojrzała na ciemną szatynkę.
– Fajnie było? – zapytała Sara.
– Tak, możemy wracać – rzekła Julia. – Chyba że wy chcecie jeszcze zostać.
– Wracajmy – rzekła Sara.
Mark prowadził spokojnie i bezpiecznie. Zdziwił się nawet czemu o tym wszystkim nie myśli. O wybuchu bomby, jak i o słowach Julii. Dojechali do hotelu. Nie było nowych wiadomości. Weszli na górę po schodach.
– Musimy porozmawiać – rzekł Mark, kiedy weszli już do apartamentu.
O ile Julia miała pojęcie, o czym będzie rozmowa, to Sara raczej nie. Ufała ojcu, że nie zdradzi najważniejszego. Oczywiście, że o tym myślała, co powiedziała. Co odebrała jako ukojenie, poza pamięcią słów, które wypowiedziała, nie czuła niczego osobliwego. Zresztą czy mogła? Sama powiedziała ojcu, że nic o tych sprawach nie wie i wcale nie czuła nagłej potrzeby, by zacząć szperać czy się domyślać co wówczas naprawdę robią dorośli. Pomyślała tylko, że to przychodzi fazowo. W większości czasu pozostawała Julią, a wówczas postępowała idealnie, jak do tej pory. W odróżnieniu od Marka nie wystraszyła się niczego i nadal pozostawała spokojna.
– Pozwólcie, że ja zacznę. Rozmawiałem z tobą Saro i wygląda, że jako Sara nic nie wiesz, że miałaś wizję. Ja i Julia wiemy, że je mieliśmy. Gdzieś, w jakimś czasie, jestem wojownikiem i nazywam się lord Marr. W tym samym czasie i miejscu Julia jest moją żoną i nazywa się Seen. W tym samym miejscu i czasie, tak przynajmniej myślę, ty Saro jesteś żoną Dragonna Kerr, który według twoich słów się nie zmienia i mamy go zobaczyć w Singapurze, w tym czasie, teraz. Z tego, co mówi Julia, jako Seen, jest on zły. Niestety, ty Saro, jako On–thi, jesteś jeszcze gorsza. Jednak w jedynej do tej pory wizji, jaką miałaś, prosiłaś mnie o pomoc. I mam ci pomóc nie jako twój mąż, który cię kocha, ale jako twój wróg, lord Marr. Muszę dodać w tym miejscu, że jako lord Marr nie czuję, że jestem twoim wrogiem, Saro. Być może ty, jako On–thi, jesteś moim. Nie wiem tego. Z tego, co wiem, ty jako On–thi, pragniesz mnie i rywalizujesz z Seen.
Mark pomyślał, że tego nie powinien powiedzieć, ale było już za późno. Sara patrzyła to na Marka, to na Julię.
– Czy to prawda? – zapytała córki.
Twarz Sary ukazywała tylko zdziwienie.
– To wiemy, na tę chwilę – rzekła Julia.– Jeśli mogę coś dodać, tata ma teraz jakieś nadnaturalne własności i ja chyba też.
– Dziękuję ci kochanie – rzekł Mark.– Poza tym musimy wyjaśnić to, co teraz się dzieje, to znaczy w tej teraźniejszości. Dlaczego Henry dał mi milion dolarów, dlaczego Leon dał mi dwa miliony? Kto zabił tego człowieka przed bankiem i dlaczego? Czy faktycznie Leon i Henry są wrogami, czy też grają wspólnie i o co w tej grze chodzi? Czy to poprzednie, łączy się z tym, co teraz? I w końcu czy to wszystko jest realne? Wiem, że to, co teraz, to rzeczywistość. Czemu te wizje przychodzą? Gdybym tylko ja je miał, sądziłbym, że to urojenie, lecz ja mam wizje i Julia ma je również i są identyczne, więc sam nie wiem, co o tym myśleć.
Zapadła cisza.
– Wiecie – zaczęła Julia – kiedy znalazłam ten numer do Leona, wśród tych liczb, to był jakby cud. – Chcę...
Nie zdążyła dokończyć, ponieważ nagle oczy Sary zrobiły się znowu stalowe w kolorze i zimne tak, że to odczuli.
– Nic nie rozumiecie, głupcy. Zniszczę was, jeśli Dragonn Keer tego nie zrobi. Będę razem z nim władać tą planetą. Teraz i później. Gdzie jest miecz...? Zmuszę cię!
Coś działo się z Sarą lub raczej On–thi...
– Pomóż mi, lord Marr!
Opadła bezsilnie na krzesło.
– Pomóż mi Mark i ty Se... Julio.
Omdlała. Mark złapał ją w ostatniej chwili, inaczej upadłaby na podłogę. Jednak szybko doszła do siebie. Jej oczy przyjęły normalny kolor brązu.
– Pamiętasz coś? – zapytał Mark.
– Nic – odrzekła Sara. Jestem bardzo zmęczona i nie wiem dlaczego. Muszę się położyć.
Położyła się na łóżko. Mark pieczołowicie okrył ją kocem, a Julia gładziła jej włosy.
– Czy myślisz, że ten Dragonn Kerr, macza w tym palce? – zapytała Julia.
– Ten, kto robi to z nami, wie, co robi. Mark patrzył na córkę. Jak mógł to poznać? Wyglądała identycznie jak wcześniej. Całkowicie jak jego córka. Nic w niej się nie zmieniło, ale czuł, że wewnątrz, nie jest teraz niespełna dwunastoletnią córką.
– Wydaje mi się, że wiem, co czujesz, tylko czy ty wiesz, co ze mną się dzieje?
Jej ciemnobłękitne oczy płonęły dziwnym blaskiem.
– Boję się – rzekł spokojnie. – Nigdy do tej pory nie zaznałem strachu. Czy to się nasiliło?
– Tak – szepnęła Julia.
Podeszła do niego. Drżał. Przytuliła głowę do jego torsu.
– Nic się nie bój, tulę cię jako Julia. Ja to kontroluję.
Nie musiał być geniuszem, żeby zrozumieć, kto to mówi. Głos miała identyczny, ale nie była to Julia. Mark nieco się uspokoił. Poczuł się dziwnie zmęczony, czyżby i jemu się udzielił stan Sary? Pozostawał na pograniczu jawy i snu.
– Kłamię – usłyszał jak przez mgłę. – Pragnę cię jako Seen w ciele Julii, jako Julia.
– Prędzej umrę – usłyszał swój głos.
Trwała cisza.
– To jeszcze tego nie wiesz, że nie możesz umrzeć – usłyszał słaby głos Julii.
Stała przy nim chwilkę, ale czuł, że jej stan chyba mija.
– Dałam radę – rzekła normalnie Julia.
Teraz wiedział, że mówi to Julia i chyba dziewczynka również zdawała sobie z tego sprawę.
– Przeszło?
– Tak.
Mark zaczął się nad czymś zastanawiać i niczego nie rozumiał. Wiedział w jakiś sposób, że jest bezbronny w stosunku do Julii albo raczej Seen. Jej głos wyrwał go z przemyśleń.
– Wiesz co tato? – zapytała Julia. – Zauważyłeś, że przez te kilka dni bardzo dorosłam duchowo?
– Dobrze, że nie fizycznie – rzekł Mark tak cicho, że Julia nie usłyszała.
Oczywiście skarcił się w myślach za wypowiedziane słowa. ,,Co za czort mnie podkusił, żeby to powiedzieć” – pomyślał jeszcze. W sekundę potem przyszła mu myśl, o czymś, co w ogóle nie powinno powstać w jego głowie czy sercu.
– Wiesz co? – zapytał Mark.
– Wiem, bo czytam twoje myśli – rzekła Julia z subtelnym uśmiechem.
– Tak, a co pomyślałem? – Nie wydawało mu się możliwe, żeby znała jego myśli.
– Nie wierzysz mi?
– Tylko się upewniam.
– Dobrze, powiem ci. Nie usłyszałam, kiedy powiedziałeś; dobrze, że nie fizycznie. Skarciłeś się w duchu za te słowa i pomyślałeś, co za czort cię skusił, ale zaraz potem pomyślałeś, co będzie, kiedy mnie przymusi, a ty będziesz miał wizje, że jesteś z Seen w sytuacji, no wiesz... – dziewczynka wypowiedziała ostatnią część zdania zupełnie naturalnie, jakby chodziło o spacer lub fruwające mewy nad plażą i brzegiem oceanu.
– Tak, dokładnie – rzekł, ale tym razem nie odczuwał strachu.
– Nie martw się – rzekła słodko Julia. – To jest nienormalne u normalnych ludzi, ale my nie jesteśmy zupełnie normalni.
– Przestań – rzekł Mark poważnie.
– Dobrze, żartowałam, ale wiesz, że to prawda.
– Co jest prawdą, bo zaczynam się gubić? – zapytał Mark.
– To, że nie jesteśmy zupełnie normalnymi ludźmi – odrzekła Julia.
Patrzyła na niego swoimi pięknymi oczami. Mark miał przekonanie, że jest zupełnie normalny. Miał przekonanie, że znajdzie racjonalne wytłumaczenie tego wszystkiego. Fakt, wypadek z Samem to podważał, to co zrobił w San Francisco, mieściło się w prawach fizyki. Pozostawało jednak jeszcze zwolnienie czasu i tego, jak na razie nie potrafił wytłumaczyć.
– Miecz, twój miecz! Oni chcą go znaleźć! – rzekła nagle.
– Jesteś genialna, córeczko. Oni pracują dla Dragonn Keer, Henry i Leona.
– To ty jesteś genialny.
Słyszał, jak coś jeszcze mówi do niego, lecz coraz ciszej...
To przyszło nagle. Wyglądało tak realne, że nie mógłby nawet nazwać tego wizją.
Leżał na gładkim posłaniu, patrzył. Panował półmrok. W rogach komnaty paliły się bursztynowe światła. Jego wzrok przyzwyczaił się do tego światła. Dostrzegł w rogach komnaty kamienie o wielkości dużych męskich pięści. Świeciły same. Wstał, żeby się temu lepiej przypatrzeć. Tak, to one same z siebie wydawały światło. Ciepłe, niegorące. Wiedza o tym, jak to jest możliwe, objawiła mu się jak otwarta księga. Dopiero teraz dostrzegł, że jest nagi. Rzucił tylko wzrokiem, na swoje ciało. Wiedział, że jako Mark, wygląda identycznie. Jego długie włosy zapinał pierścień. Zdjął go, by zobaczyć, jak wygląda. Złoty i ciężki, zdobiony trzema rubinami. Dwa boczne o wielkości grochu, środkowy duży jak wiśnia. W rogu komnaty stał jego miecz. Wydawał się lśnić swoim światłem. Rękojeść była ozdobiona szmaragdami i rubinami. Obok stał bliźniaczy miecz, należący do Seen. Marr czekał na nią. Czuł, że jest obok. Nie czekał długo. Piękna blondynka weszła do komnaty przez wejście zasłonięte sznurami pereł. Świecące bursztyny, perły i ozdoby miecza nie mogły rywalizować w swojej piękności z urodą jego wybranki. Jej długie, złociste włosy spadały na jędrne piersi i kończyły się na brzuchu. Jej ciało nie potrzebowało ozdób.
– Już czas – rzekła.
Wstał i wziął skórzany woreczek. Otworzył go i zobaczył, co jest w środku. Znalazł tam mały, delikatny łańcuszek. Od jego połowy odchodził krótszy, tuż za misternie wykonanym zamknięciem, a ten kończył się pięknym rubinem, wielkości fasoli. Marr spojrzał na kochankę i pomyślał, że łańcuszek jest stanowczo za długi na szyję. Podszedł do niej i założył go na jej biodra. Rubin zniknął ukryty w złotych loczkach jej łona. Blondynka patrzyła na niego swoimi wielkimi, szafirowymi oczami.
– Czy twój miecz, jest piękniejszy od mojego ciała, mój panie?
– Nie może być, mimo że ma twoją duszę.
– Obiecałeś całować moje usta z miłością.
– Tak, księżniczko.
– Lordzie Marr, ugaś ogień mojego ciała, albo lepiej rozpal go bardziej – szepnęła.
Marr usiadł na łożu, a młoda kobieta stała przed nim. Głowa Marr znajdowała się nieco niżej jej łona. Cała pachniała jak leśna róża, ale w tym miejscu odczuwał jeszcze całą game zapachu innych kwiatów, fiołków i konwalii. Ułożył swoje silne dłonie na wewnętrznej części jej ud troszkę powyżej kolan. Przesuwał palce wolno i niezwykle delikatnie, jakby wcale jej nie dotykał i obserwował jej delikatne złote włoski, uginają się pod palcami. Kobieta oddychała cicho i spokojnie, lecz kiedy dotarł blisko ciepła i wilgoci, jęknęła cicho. Cztery palce prawej dłoni zniknęły w różanym wąwozie, skąpane w nektarze rozkoszy, kciuk zaś odnalazł dużą różową fasolkę, która nieznacznie rosła i twardniała w tym samym czasie. Kciuk lewej dłoni uniósł całkowicie fałdkę i najmilszy punkt kobiecego ciała zupełnie odsłonięty, wprost prosił o pieszczotę. Marr delikatnie masował to miejsce kciukiem prawej dłoni, lecz nie tak długo. Po chwili jego koniuszek języka wyręczył tę część dłoni, a wówczas kciuk dołączył do swoich czterech przyjaciół i razem zniknęli w grocie, znajdującej się na dnie wąwozu róż i fiołków. Złotowłosa westchnęła głośniej, a dłońmi delikatnie gładziła głowę kochanka. Jej palce błądziły leniwie po czarnych jak smoła włosach Marr. Wzrok mężczyzny zatrzymał się na jej lewym biodrze. Ta część, jak i reszta ciała, miały jasnobrązowy kolor. Skóra była gładką i lśniąca. Tu Marr ujrzał pięć ciemniejszych plamek, równomiernie rozmieszczonych na okręgu wielkości włoskiego orzecha. Tuż obok, znajdowała się ciemniejsza nieco, łezka. Do jego uszu docierały jej słodkie westchnienia. Chciał prowadzić dalej miłosną grę, lecz wszystko zniknęło. Zobaczył śpiącą Sarę, a w chwilę potem, Julię. Dziewczynka obserwowała go uważnie.
– Miałeś wizję?
– Tak – rzekł krótko. – Jak długo to trwało?
– Och! – złapał się za usta – czy ty też miałaś wizję?
– Nie, tym razem tylko cię obserwowałam. Wyglądałeś miło. To może trwało minutę.
– Dla mnie to trwało kwadrans lub dłużej. To było tak realne, że nie nazwałbym tego wizją.
Walczył z jakąś myślą. W końcu zapytał.
– Mogę cię zapytać coś intymnego?
– Jak bardzo?
– Nie tak bardzo.
Dziewczynka spojrzała na niego naturalnie. Chyba zaczął wyczuwać, kiedy jest zdominowana przez Senn, a kiedy jest Julią, jego i Sary córką.
– Kąpałem cię kilka razy, kiedy byłaś malutka, ale naprawdę nie pamiętam.
– Co chciałbyś wiedzieć?
– Czy masz takie malutkie pieprzyki na biodrze – pokazał na lewe.
– Wiesz co Mark, nie przyglądałam się tak bardzo sobie, ale chyba tak.
Julia była tak pochłonięta i zaskoczona, że nie zdała sobie sprawy, że nazwała go po imieniu. On również nie zwrócił na to uwagi.
– Gdzie? – zapytała lekko zmieszana.
– Tu gdzie wystaje kość biodrowa.
Ona spojrzała na niego krótko, a potem na śpiącą Sarę. Uniosła nieco bluzkę. Zsunęła swoje jeansy, tylko z boku o dwa cale w dół. Mark zamarł na chwilę. Julia miała na biodrze, tuż obok wystającej nieco kości pięć symetrycznie ułożonych pieprzyków, a z boku łezkę, przypominającą księżyc w nowiu. Patrzyła na niego.
– Czy to ma coś wspólnego z wizją?
Mark zastanawiał się, czy jej powiedzieć. Oczywiście nie zamierzał jej opowiadać przebiegu wizji.
– Żona lorda Marr ma twoje oczy, włosy i te same znamiona. Jest identyczne. Jest taka różnica, że Seen ma około dwudziestu pięciu lat i czuję, że ma twoją duszę.
– A twój miecz, który jest magiczny, ma twoją duszę. Prawda, tato?
– Tak córeczko. Księżniczka Seen i ty to jedna i ta sama osoba.
– O ile pamiętam, ja mam też miecz, musimy go też znaleźć.
– Tak Julio, o ile to jest realne. – rzekł tak, chociaż widział przecież w ostatniej wizji dwa miecze.
Sara westchnęła i otworzyła oczy.
– Och, musiałam się zdrzemnąć. Długo spałam?
– Może pół godziny – odpowiedziała Julia. – Miałaś miły sen?
– Wiecie co? Śniłam, że jestem w zamku i otaczają mnie wilki. Patrzyłam na nie, a one na mnie. Klasnęłam, a one rozpłynęły się jak mgła. Zawsze bałam się wilków, ale już się nie boję – dokończyła Sara.
Przetarła dłonią oczy i uśmiechnęła się miło. Mark odczuł, że i odnośnie do żony, odczuwa różnicę. Robiło się coraz ciekawiej. Nie spodziewał się już listów gończych ani poszukiwań, pewnie obaj pozornie przez niego zabici pozostali bez szwanku. Co prawda zostały wraki rozbitych samochodów, ale być może Henry miał tak duże wpływy, że mógł to wszystko posprzątać. Pomyślał o czymś. Może Henry nie był niczego winny, a Leon to zainscenizował i on zajął się sprzątaniem wraków. Mark nie miał doświadczenia z kryminalnymi organizacjami, ale rozumiał, że tacy ludzie mieli powiązania z władzami, policją i przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości. Jedyne co zostawało, to jego praca, ale i tu czuł wyjście. Henry znał Roberta, szefa Metal–expu. Być może koledzy z pracy zostali powiadomieni, że Mark Ferbison wziął urlop. Mark nie czuł się winny śmierci człowieka przed bankiem. Nadal nie miał pojęcia, kto za tym stał i dlaczego ten nieszczęśnik musiał umrzeć. Wybuch nie był inscenizacją. Szyby wypadły z okien, sam widział wybuch i ogień. Poszkodowany musiał zginąć.
Dodaj komentarz