Nie jesteś taki jak on, prawda? cz 5

Czworo przyjaciół

Słońce stało wysoko. Na niebie o barwie szafiru z trudnością można było dostrzec delikatne, pierzaste obłoki. Znajdowały się one bowiem daleko na horyzoncie, tuż nad odległym pasmem gór. Pustynny wiatr zabrał całą wilgoć z powietrza, dlatego czterech konnych nie czuło palącego żaru. Płaski teren ustępował drobnym pagórkom. Konie zwietrzyły wodę i zmieniły nieco kierunek jazdy.
– Woda – rzekł starszy z mężczyzn.
– Są nieomylne, nie ustępują wielbłądom – dodała starsza z kobiet.
Rzeczywiście za pagórkiem znajdowało się jeziorko. Zeskoczyli z koni, a te podeszły i zaczęły pić. Ludzie podeszli do wody i także gasili pragnienie.
– Jak daleko do Or? – zapytała młodsza z kobiet.
   Miała długie, gęste włosy o kolorze złota, splecione rzemieniem. Przerzuciła je do przodu i zaczęła spłukiwać swój kark chłodną wodą.
– Hej Marr, Seen, pospieszcie się. Musimy zdążyć do Or przed zmierzchem, bo jest tu pełno pustynnych wilków – zawołał starszy mąż. Odziany w spodnie i bluzę, bez rękawów, uszyto ze skóry jelenia. Buty wszyskich zrobiono z najlepiej wyprawionej skóry bawoła. Służyły i cztery dekady. Cała czwórka miała za uzbrojenie proste, stalowe miecze. O ile rękojeści mieczy starszej dwójki były po prostu ozdobione na końcu sporymi rubinami, miecze drugiej pary stanowiły istne cuda. Jeśliby ktoś przyjrzał się im, musiałby przyznać, że są bliźniacze. Końce uchwytów zdobiły rubiny wielkości śliwki. Otoczone wieńcem szafirów o wielkości wiśni. Sama rękojeść, którą można było trzymać jedna lub dwiema dłońmi, obciągnięto twardą skórą. Przy końcu uchwyt klingi, osłonięty był stalowym pierścieniem. Od wewnętrznej strony pierścień zdobiły szafiry, szmaragdy, rubiny, topazy i diamenty. Spoczywały w skórzanych pochwach. Każdy z czwórki miał je na plecach. Obok nich, mieli kołczany wypełnione strzałami. Z obu stron siodeł wisiały stalowe kusze. Każda z nich, zdolna była ponieść strzałę, przy bezwietrznej pogodzie, na odległość czterystu yardów.
Miało upłynąć dwanaście tysiącleci, zanim na tej stronie Ziemi, miał urodzić się, w rodzinie cieśli, ten, którego nauki i czyny miały zmienić wiarę wielu. Teraz jednak trzydzieści wieków po zatopieniu całego kontynentu, wierzono, że Ziemia jest matką, a Słońce ojcem i nikt ani mieczem, ani ogniem nie pragnął zmienić tej wiary na inną. Jednak krew przelewano dla innych celów. Walczono o władzę, złoto, a czasem o kobiety. Siła, szybkość i spryt decydowały czy siwe włosy zdążyły ozdobić skronie.
Nareszcie, kiedy ludzie i zwierzęta, zaspokoili pragnienie, czwórka przyjaciół wspięła rumaki, by dotrzeć przed ciemnością do Or. A ciemność spadała tu szybko. Wraz z nią, nawet upalny dzień zmieniał się w chłód.
– Poczekajcie – krzyknęła On–thi, piękna kobieta o smukłym, umięśnionym ciele i brązowych, prawie czarnych włosach.  
– Co tam znowu? – zawołał starszy z mężczyzn z delikatną niecierpliwością w głosie.
On– thi odczuła delikatne prądy w dole brzucha. Dziwiła się, że tak się działo, ilekroć ten mężczyzna powiedział cokolwiek. Dragonna Keer natura obdarowała dodatkowo muskularnym ciałem i piękną twarzą, ozdobioną gęstą, czarną jak smoła brodą. Dragonn Kerr, Senn i Marr skierowali swoje konie do miejsca, gdzie On–thi zatrzymała, swojego wierzchowca.
Zaraz u brzegu jeziorka, niepozorny pagórek porośnięty trawą i drobnymi krzewami zaabsorbował jej uwagę. A właściwie nie pagórek, tylko światło bijące ze szczeliny, rozdzielającej mały wzgórek na pół.
– Co to może być? – zapytał mocno zdziwiony, starszy z mężczyzn.
Nie łatwo można go było zadziwić, znał się na wielu zjawiskach jak mało kto i widział już nie jedno w swoim ponad czterdziestoletnim życiu.
Światło bijące ze szczeliny zmieniało kolor. Pulsowało kolejnymi barwami tęczy. Czwórka jeźdźców z trudnością przecisnęła się przez wąskie przejście. Ich oczom ukazał się niespotykany obraz. Na lśniącej bazaltowej skale leżał kryształ o wielkości ludzkiej głowy. Nie tylko pulsująco świecił, ale również wydawał delikatne buczenie.
– Weźmy ten kamień, wygląda fascynująco – rzekł Dragonn Kerr i ujął chłodny kamień w swoje silne dłonie.
– Może nie po.... winieneś – rzekła On–thi, a Seen i Marr intuicyjnie uchwycili rękojeści swoich mieczy.
Gdy tylko mężczyzna ujął dziwny kamień, ten zaczął wydawać coraz wyższe tony, a światło zaczęło pulsować szybciej, dodając złotojaskrawe rozbłyski do kolorów tęczy. Dragonn, ten nieustraszony wojownik, chciał puścić kamień, ale jakaś tajemnicza siła sparaliżowała jego dłonie. W następnej sekundzie zarówno światło, jak i dźwięk zgasły równocześnie. Wówczas bezgłośny wybuch światła, poraził oczy całej czwórki. Jakby sto piorunów rozbłysło naraz. Ich ciała stały się świecące. Upadli bez życia na bazaltowe sklepienie. Jeszcze długo, potem kiedy ich ciała dawno zgasły, miecze Marr i Seen pulsowały coraz rzadziej złotym światłem, aż w końcu i one przestały świecić. Całą jaskinię ogarnął mrok o gęstości smoły, bo wybuch światła zamknął szczelinę jaskini.
   Pierwszy odzyskał przytomność starszy mężczyzna, a zaraz po nim On–thi. Dragonn nie czuł kryształu w swoich dłoniach. Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zrozumiał, że dziwny kamień zniknął. Zarówno Dragonn, jak i On–thi czuli, że coś się zmieniło. I oni się zmienili. Spojrzeli tylko beznamiętnie na leżące ciała Seen i Marr. Wyszli z groty. Okolica się zmieniła, została porośnięta bujną trawą i wysokimi krzakami. Tylko słońce stało na błękicie niemal w tym samym miejscu. Po koniach nie zostało śladu.
– Jak dotrzemy do Or? – zapytała On–thi.–– I co z nimi?
Dragonn spojrzał na nią zimnym wzrokiem.
– Nic nie czujesz?
– Tak. Co to jest?
– Moc, kobieto. Moc.
Usiadł na trawie i zapadł jakby w zadumę. Spojrzała na piękną twarz mężczyzny. Nic się nie zmienił, tylko oczy. Palił się w nich zimny blask.
W jakiś czas potem grupa jezdnych zbliżyła się do nich. Mężowie mieli dziwną broń, a ich odzienie On–thi widziała pierwszy raz na oczy. Jeden z nich odezwał się do nich w nieznanym języku. Mimo to zrozumieli. Dragonn Kerr spojrzał na nich z lekką wzgardą i wyciągnął lewą dłoń w ich kierunku. W mgnieniu chwili pozostał z nich szary popiół, lecz zwierzętom nic się nie stało. Konie zarżały nerwowo. Dragonn wsiadł na jednego z nich i rumak uspokoił się od razu.
– Nie mamy broni, mój panie. Nasze miecze i kusze ze strzałami również zniknęły.
– Nie potrzebujemy broni.
Pognali w kierunku Or.
   Słońce chyliło się ku zachodowi, powiększyło swoją tarczę i zmieniło barwę na czerwoną, kiedy Seen wzięła głęboki wdech i usiadła. Oczywiście nie wiedziała, że zbliża się koniec dnia, ponieważ cały czas pozostawali w prawie całkowitej ciemności. Pogładziła czule długie włosy Marr. Podobał jej się od dawna, a teraz nie rozumiejąc przyczyny, poczuła do niego coś więcej. A to uczucie rosło i rosło z każdym kolejnym oddechem.
– Obudź się, Marr – szepnęła.
On poczuł jej dotyk i wstał. Wyszli na zewnątrz.
– Nie znałam jeszcze mężczyzny, ale chcę, byś był mój – rzekła czule.
– Widzę miłość w twoich błękitach, przy których niebo blednie w piękności — odrzekł czule i pogładził jej policzek.
– Twoje słowa ośmieliły mnie, by powiedzieć ci, że już dawno moje serce biło mocniej przy tobie i dla ciebie. Coś zmieniło się, ale nie tylko dlatego mogę powiedzieć, KOCHAM.
– Zatop swoje usta, miły, w moich i zagaś ogień w mim ciele – szepnęła tylko. – Albo rozpal go bardziej, lordzie Marr – powiedziała bardzo sugestywnie.
– Pozwól nacieszyć się najpierw moim oczom, widokiem twojego ciała.
Ich usta złączył gorący pocałunek.
– Pragnę całować całe twoje ciało – powiedział cicho Marr.
Ona powoli zdejmowała swoje odzienie, aż stanęła przed nim zupełnie naga.
– Obiecaj mi nie zostawić nawet skrawka ciała, które nie dotkną twoje usta.
Zaczęli tulić swoje ciała z miłością... Zakończyli miłosne zmagania, kiedy ostatnie gwiazdy gasły i ustępowały światłu porannej zorzy..
*
Kiedy zobaczyli w oddali mury Or, Dragonn pozwolił, by dwa konie z grupy, zatrzymały się i zawróciły. Wiedział. Uśmiechnął się do swoich myśli. Potrzebował walczyć, a chciał mieć kogoś za przeciwnika, kto będzie mu równy. Mijali ludzi, ustępujących z drogi, w końcu konie weszły po kamiennych schodach, prosto do zamku zbudowanego z wielkich głazów, ułożonych bez zaprawy. Nikt nie śmiał ich zatrzymać. Król i królowa siedzieli na swoich zdobnych tronach.
– Czego chcesz, nieznajomy? – zapytał król, nie wstając.
Mówił w tym samym języku, co właściciele koni.
– I dlaczego nikt was nie zatrzymał?  
Strażnicy króla stali po lewej i prawej stronie dwójki podróznych, lecz nie śmieli nawet zmienić pozycji swoich ostrych dzid, które dzierżyli w dłoniach.
– Czy wiesz, kim jestem? – zapytał Dragonn Kerr.
Król chciał coś powiedzieć, lecz On–thi przerwała mu, gdy tylko otworzył usta.
– Jest twoim królem, głupcze, więc jeśli chcesz żyć, wstań i pokłoń się przed swoim nowym panem.
– Co ty mówisz, kobieto? Nie macie broni i jest was tylko dwoje i co...
Nie dokończył, bo On–thi wyciągnęła swoje ręce i król zaczął krzyczeć z bólu, ponieważ jego ciało trawił jasny płomień ognia.
– Tamci nie zdążyli nawet nic poczuć, mój panie – rzekła słodko do swojego druha ,a teraz, pana.
– Jesteś zła, On–thi! Dlatego zostaniesz moją żoną i będziesz królować ze mną.
– Jak sobie życzysz, mój panie.
Nawet nie spojrzeli, że wszyscy wraz z królową padli na twarz przed nimi. On–thi i Dragonn Kerr zasiedli na tronach.
– Biegnijcie i znajdźcie ich. Potem, wiecie, co zrobić – rzekła On–thi.
Podniosła obie ręce. Wszyscy łącznie z królową zamienili się w pustynne wilki. Klasnęła w dłonie, a wilki znikły. Całe stado zaczęło gnać przez miasto w poszukiwaniu dwojga.
*
– Zaznałeś rozkoszy, ukochany?
– Tak miła, ale radość, że miłuje cię moje serce, jest większa.
Zaczęli się ubierać, kiedy zziajane konie wbiegły na oświetloną porannym słońcem polanę.
– Odpocznijcie, przyjaciele – rzekła do spienionych rumaków.
Czarny, piękny ogier podszedł do niej i dotknął pyskiem jej ramienia. Młoda kobieta delikatnie pogładziła zwierze po muskularnym karku. Siedzieli na trawie i patrzyli na gwiazdy.
– Piękne są – rzekła.
– Nie tak jak ty, ukochana.
Popatrzyła na niego swoimi szmaragdowymi oczami, a potem rzekła.
– Dziękuję ci, że uczyniłeś, o co prosiłam, ale zostawiłeś jedno miejsce na moim ciele, które nie tknęły twoje usta.
Mówiąc to, odchyliła włosy nad lewym uchem i pokazała palcem punkt poniżej.
– Wybacz miła – rzekł Marr i pocałował ją tam czule.
– Oddalcie się przyjaciele – rzekła do koni.
Prędzej niż zwierzęta, poczuła zagrożenie.
Seen wskazała kierunek ręką. Konie oddaliły się posłusznie we wskazane miejsce. W chwilę potem Marra i Seen otoczyło mnóstwo błyszczących ślepi.
– Ależ to nie są wilki! – szepnął Marr.
Wilki znikły i zmieniły się w uzbrojonych napastników. Otoczyła ich grupa wojowników z mieczami a ich ilość przekraczała cztery tuziny. Za plecami Marr stała jego umiłowana.
– Nie myślę, abyś mnie potrzebował.
Pocałowała go namiętnie.
– Jeśli wygramy tę walkę, ucałuję twe usta z miłością – rzekł Marr.
– Jeśli? Nie myślę, że ktoś może nam zagrozić, poza nim.
– On przyjmuje różne maski.
– Masz na myśli Dragonna Keer?
– Oczywiście – odrzekł krótko.
Zaczęli walkę, jeśli można by to było nazwać walką. Jeśli miecz Marr lub Seen tylko dotknął któregoś z przeciwników, ten natychmiast znikał. Po chwili zostali sami. Konie wróciły.
– Chcesz znowu całować moje usta, najdroższy? Czy tylko tak powiedziałeś? – zapytała cicho.
Marr popatrzył na nią z miłością.
– Nie wiem, czy bardziej cię kocham, czy pragnę.
– Czy jest dla ciebie różnica, w tej kwestii?
– Nie, najdroższa, nie można tego rozdzielić. Jest coś, co chcę ci powiedzieć. W czasie walki miałem wizję. Widziałem cię w innym, dziwnym miejscu. Stały tam nieznane mi budowle, a zamiast koni widziałem inne stwory o różnych ślepiach i kołach, zamiast nóg. Nie to jest jednak najważniejsze. Ty tam byłaś jako mała dziewczynka, może dwunastoletnia.
– I ja miałam też, to widzenie.
Patrzyła na niego swoimi błękitnymi oczami.
– Jestem tam twoją córką, lecz kocham cię jak teraz. To nie jest złe, prawda?
– Nie, miłość, która jest miłością, nigdy nie jest zła.
– Tak, to prawda lordzie Marr — rzekła cicho — W tamtym czasie, pragnę cię i moje młode ciało płonie. Czemu tak, miły?
– To tylko wizja, ukochana.
Przytuliła głowę do jego torsu.
– Masz rację, najdroższy.
Jednak coś, głęboko w jej duszy mówiło, że tak nie jest.
Marr odezwał się po chwili.
– Musimy powstrzymać Dragona Kerr i On–thi. Oni są dla mnie, nadal przyjaciółmi. A teraz stali się bardzo źli. To przez ten kamień.
– Nie, lordzie Marr. Ten dziwny kamień tylko wypełnił ich pragnienia.
Marr popatrzył na nią smutno.
– Tak, masz rację. Będę jednak walczył o nich, bo czy przyjaźń nie jest siostrą miłości?
Popatrzyła na niego, że poczuł jej miłość jako fizyczne gorąco.
– Dlatego cię kocham – rzekła — bo jesteś miłością.
Spojrzała na nią swoimi dobrymi oczami.
– Ty jesteś nią również, księżniczko Seen.
Marr widział jej oczy i wzrok jego umiłowanej dotykał go niby dłońmi i dawał rozkosz nawet większa niż ich poprzednie zespolenie.
*
   Dragon Kerr wstał z tronu, po wydaniu kilku poleceń do poddanych.
– Chodźmy do sypialni, już dawno cię pragnąłem – rzekł do On– thi.
Ona poczuła drganie w swoim ciele.
– I ja dawno chciałam poznać twe męskie ciało, nie mogę się doczekać.
Kochali się drapieżnie lecz bardzo szybko. Dragon Kerr leżał nago. On–thi patrzyła na niego. Naprawdę był przystojny i jego ciało nie miało skazy. Zaspokoił swoje fizyczne pragnienie i nie miało to dla niego wielkiego znaczenia, jak ona to odbierze. Czuł w sobie moc, widział, że trwa i że czas zatrzymał się dla niego i jego towarzyszki i teraz, kochanki. On–thi, mimo że robiła wrażenie, że jest gorsza, miała odrobinę dobra w sobie. Co dziwne, chciała miłości. Tej fizycznej i tej duchowej. To, co powiedziała Seen, było prawdą. Ten dziwny kamień nie zmienił ich. On ich tylko wypełnił. Wypełnił do końca ich pragnienia. Dlatego jej rozkosz była słaba i nie wiedząc czemu, wyobrażała sobie, że kocha się nie z Dragonn Kerr, ale z Marr. Sądziła, że jest to zakryte przed nim, lecz myliła się w tym.
– Ja trwam i czas dla mnie przestał istnieć – rzekł Dragonn Kerr. – Czy wiesz, że zanim obudziliśmy się w grocie, minęło ponad dwadzieścia wieków? Wyślę cię w przyszłość i tam będziesz żoną tego, kogo pragniesz w swojej wyobraźni. Tam będziesz dobra i to sprawi ci radość. Aż do czasu, kiedy uświadomisz sobie, kim jesteś. Potem twoja miłość będzie dla ciebie jak cierń. Co do nich, sprawię, że jego ukochana stanie się dla niego jak córka. Twoja rywalka, będzie twoją córką. Będzie kochać go i pragnąć, a przecież będzie dla niego jak córka. On będzie cierpiał i coraz bardziej topniał, bo jest to przecież tylko Seen. I znienawidzi mnie i będzie chciał mnie zabić, a przecież ja jestem nieśmiertelny!
– Oni też są. Tylko jeszcze tego nie wiedzą.
– Ty nie wiesz wszystkiego, On–thi. Ja ich zniszczę, wiem jak.
Oczy kobiety zmieniły się i nieśmiertelny Kerr poczuł strach.
– Jeśli tobie się nie uda, ja ich zniszczę i będziemy razem władać tą planetą – rzekła On–thi.
Dragonn Kerr widział śmierć wiele razy, ale jeszcze nigdy tak blisko i wyraźnie.

Julia

Mark, Julia i Sara wsiedli do taksówki. Lecieli do Singapuru. Mark wyjął cell i wystukał numer ,,7”.
– Tak Mark, czego potrzebujesz? – zapytał Henry.
– Lecę do Singapuru i tam spotkam Leona oraz tego, kto jest większy od ciebie.
Henry przez chwilę milczał.
– Zapewniam cię, że nie ja zabiłem tego człowieka. Może zrobił to Leon, nie wiem. Tak, to prawda wypadek i zamach na mnie był wyreżyserowany. Nie miałem na to wpływu i dowiedziałem się o tym później, po waszym wyjeździe. Mam nadzieję, że pieniędzy ci wystarczy. Jeśli ci się powiedzie, przekonasz się, że nie jestem, kim myślisz.
– Co ma mi się powieść lub nie?
– Nie wiem, miałem ci to powiedzieć. Wiem, że masz nadludzkie własności, ale uważaj.
Na tym zakończyli rozmowę. Taksówka dojechała do portu lotniczego. Na lotnisku wszystko odbyło się bez żadnych kłopotów. Weszli do dużego Boeinga 747. Mark usiedział w środku. Sara oparła głowę z jego jednej strony, a Julia z drugiej.
– Musisz być bardzo szczęśliwy, Mark – szepnęła Sara. – Masz kochającą żonę i córkę.
– Och, gdybyś wiedziała, co ja wiem, nie mówiłabyś tak.
– To ty mamo jesteś szczęśliwa – zaszczebiotała słodko Julia. – Bo nie wiesz tego, co my, prawda Mark?
– Coraz częściej mówisz na tatę po imieniu, nie myślę, że to wypada, panienko.
– Przepraszam, mamusiu. Coś sprawia, że się zapominam.
Sara milczała przez chwilę, po czym wzięła głęboki wdech i powiedziała.
– Gdybyś wiedziała, co ja wiem, nie mówiłabyś tak, księżniczko Seen.
Złapała się za buzię.
– Dlaczego nazwałam cię księżniczką Seen, a jeszcze przed sekundą wiedziałam?
Mark poczuł nagle napływ wiedzy z nieznanego źródła i sam nie wiedząc czemu, zapytał Sarę o coś, co nie miało pozornie sensu.
– Pamiętasz, jak byłaś w ciąży?
Jej odpowiedź zaszokowała go, choć spodziewał się takiej.
– Nigdy nie byłam w ciąży, bo jestem bezpłodna.
Jej słowa podziałały na Julię jak balsam, ponieważ od kilku chwil opanowało ją pragnienie, by zatopić swoje usta, w ustach Marka.
Jednak po małej chwili Sara uśmiechnęła się i powiedziała.
– Oczywiście, że pamiętam. To było miłe. Julia była spokojnym dzieckiem, ciągle spała i mało kopała.
Mark zaszokowany pierwszą jej odpowiedzią chciał spojrzeć na Julię, by zobaczyć, jak ona to odebrała. Odwrócił twarz i o zgrozo, zadrżał aż do szpiku kości, oto zobaczył swoją ukochaną w dorosłej postaci. Seen siedziała w przepięknej sukni z cieniutkich, złotych nitek tworzących subtelną siateczkę, a pod siatką nie miała nic. Dostrzegła jego wystraszone oczy i odezwała się do niego w języku, jaki używali czternaście tysięcy lat wcześniej.
– Ane–thi a ute hasure, a–ame og, u Marr, angher ta a–amar.
( – Gdyby nie to, że jesteśmy w samolocie, nic by mnie nie powstrzymało, by kochać się z tobą, lordzie Marr, mój umiłowany. )
Mark tym razem zachował zimny rozsądek i zapytał, bo wszystko rozumiał.
– A–asi deii Seen, a wi hasure?
( – Jak księżniczka Seen wie, że to samolot? )
Jednak jej odpowiedź tylko osłabiła go bardziej w jego zmaganiu.
– A elle Marr odre a deii Seen.
( – To ty widzisz mnie teraz jako księżniczkę Seen. Ja jestem Julią, a Julia wie, co to samolot. )
– A hosi ai avee ture ah, duti pengal, sau? (– Poznałeś mnie, kiedy miałam dwadzieścia pięć lat, pamiętasz?)
– Sa. ( – Tak. )
– Is ani natii oniile ati en deii Seen, a sa. ( – Więc nie wiesz jak wyglądała dwunastoletnia Seen, ja wiem. )
– A na ha mame Her–ge a–ame, deii Seen a tu Julia a hasii au. ( – Więć mówię ci. Na pamięć mojej matki, którą kochałam, Julii i Seen mają to samo ciało. )
– A ha saa. ( – I duszę. ) – dodała na koniec.
– To fascynujące, jestem antropologiem i zajmuję się dawnymi językami – rzekł starszy pan, siedzący za Sarą. – Co to za język?
– Używaliśmy go w okolicy księstwa Or, które potem nazwano Ur sumerskim. To było czternaście tysięcy lat wcześniej – odrzekła grzecznie Julia.
– Och, to doskonałe! – odrzekł rozbawiony.
Starszy pan śmiał się szczerze, sądził bowiem, że dziewczynka żartuje. Nie dawało mu to jednak spokoju. Tydzień potem zaczął dokładnie badać sumeryjski język. Zapamiętał dwa słowa: ,,Deii” i ,,hasure”, co oznaczało ,,księżniczka” i ,,samolot”, a naprawdę niewielu o tym wiedziało. Wówczas zaczął się zastanawiać jak tamci ludzie z samolotu to wiedzieli.
Tymczasem Mark cały czas widział Seen, obok Sary.
– To będzie teraz tak, cały czas? Nie będę widział mojej córki, tylko ciebie, Seen?
– Jak wolisz, mój panie – rzekła Julia.
Znalazła się w swoim, dwunastoletnim ciele.
– Chciałam ci tylko ułatwić, ale zrobię teraz, jak sobie życzysz. Chcę ci tylko coś powiedzieć. Istotnie On–thi nie miała dzieci, ale to nie jest powodem, że stała się taka. Zamilkła na chwilę. Mark czuł, że za chwilę usłyszy coś ważnego.
– Zobaczysz swoją córkę, nie mogę ci powiedzieć nic więcej, na razie – powiedziała Julia.
– Nic nie rozumiem – powiedział Mark.
Nie wiedział, że Julia powiedziała to do Sary. A Sara płakała. Nie zwracała już uwagi, że Julia mówiła znowu do ojca po imieniu.
Mark przytulił mocno żonę.
– Wszystko słyszałam. Ja wiem, że Julia mówiła o mnie – szepnęła przez łzy.
– Pamiętasz, jak ci mówiłem – zaczął Mark. – Wszystko będzie dobrze, Dragonn Kerr się myli.
Przytulił mocno Sarę z miłością.
– Zobaczymy Dragonn Kerr, zobaczymy Leona, znajdziemy miecze.
Wziął Sarę za ramiona.
– Kiedy dotknie cię MIŁOŚĆ, zrozumiesz. Ja naprawdę cię kocham, On–thi.
Julia przesiadła się i teraz Sara znalazła w środku.
– Ja też cię kocham – szepnęła Julia. – Chociaż nie jesteś moją mamą, to będziesz nią. I jak mówi tata, wszystko będzie dobrze.
Powiedziała: tata, chociaż wiedziała, że Mark nim nie jest.
– Ja wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale tak się stanie. Przysięgam ci, ja, księżniczka Seen, na moją miłość do lorda Marr i na miłość do mojej matki, Her–ge.
   Sara zaczęła płakać, ale tym razem były to łzy rozkwitającej miłości i radości. Seen patrzyła na Marka i Sarę z miłością i zaczęła się zastanawiać, kim jest właściwie Julia. W tym samym nieomal czasie, Mark analizował całą ich rozmowę. Pozostawał częściowo w świadamości Marra, chociaż nie miał żadnej wizjii. Jednego nie rozumiał. Seen powiedziała mu w języku, jaki używali czternaście tysięcy lat temu, że on nie wie jak wygląda dwunastoletnia Julia, a ona wie. Co miało to znaczyć?
Przecież Julia była jego córką i widział ją codziennie...

W tej samej chwili w Singapurze Dragonn Kerr poczuł dreszcz.
– Nie cieszcie się zbyt wcześnie, mam dla was niespodziankę.
Siedział na złotym tronie sprzed dwunastu tysięcy lat. Na jego kolanach leżały dwa cudowne miecze.

* Mark i Marr, bo w pewien sposób, to ta sama osoba, cierpi na dwie fobie, o czym nie wie. Pedofobię i Gymnofobię. Senn też sie czegoś obawia, ale o tym dowiecie się dopiero, prawie na końcu opowiadania. Każdy z czterech bohaterów czegoś się boi. To jest dla każdego z nich tak straszne, że pragnie o tym nie wiedzieć.

Sapphire77

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 4247 słów i 23874 znaków.

Dodaj komentarz