Fremione r.XXVII

Fremione r.XXVII- Mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje za każdym razem, gdy jestem poza sklepem – powiedziała kilka dni później Hermiona, wracając do Magicznych Dowcipów z torbami zakupów na kolację. Fred spojrzał na nią zaniepokojony znad lady, przy której stał.
- Widziałaś kogoś podejrzanego? – zapytał, odbierając od niej sprawunki i zanosząc je na zaplecze.
- Nie – zaprzeczyła, gdy ponownie zjawił się za ladą. – Po prostu czuję się tak, jakby cały czas ktoś śledził mnie wzrokiem… Przykro mi, Fred, ale nie potrafię tego racjonalniej wyjaśnić.
- Tak na szybkiego, jakbym miał powiedzieć, co to według mnie jest, to rzekłbym, że mamy tu do czynienia z czarną magią. I nie podoba mi się to!
- Fred, myślisz, że ktoś byłby w stanie rzucić na mnie zaklęcie tak, bym tego nie zauważyła? – zapytała z niepokojem. – Przecież jestem ostrożna. A Ron, wybacz mi, raczej nie był nigdy wirtuozem w rzucaniu skomplikowanych zaklęć.
- Wiem, skarbie, lecz nie zapominajmy, że ktoś pomógł mu w tej ucieczce. I najpewniej był to ktoś dysponujący o wiele większymi zdolnościami magicznymi niż ten kretyn. Zastanawia mnie jednak to, gdzie on spotkał taką osobę? Przecież zawsze zdecydowanie występował przeciwko Voldemortowi… Trzeba będzie powiadomić o wszystkim Harry’ego, Miona.
- Wiem, Fred… Martwię się. Miałam nadzieję, że po wtrąceniu Rona do więzienia, w naszym życiu wreszcie zapanuje spokój – mruknęła, przysuwając się do niego i kładąc mu głowę na ramieniu.
- Zapewniam cię, kochanie, że ten spokój jeszcze do nas wróci. Nie pozwolę, by cokolwiek złego spotkało ciebie, czy Briana – powiedział, gładząc ją po głowie. – Napiszę list do Harry’ego i poproszę go o pomoc w zorganizowaniu spotkania z Ministrem.
- A po co ci on? – zdumiała się cicho, jednocześnie obserwując myszkującego między klientami młodego ucznia Hogwartu.
- Bo wydaje mi się, że on też powinien o wszystkim wiedzieć… Dwanaście pięćdziesiąt, młody – zwrócił się do chłopaka, który położył właśnie wybrane towary na ladzie.

Dwa dni później do sklepu przyszła wiadomość, że Minister zgodził się na spotkanie z młodym małżeństwem nazajutrz we wczesnych godzinach dopołudniowych. Nie otwierali więc tego dnia sklepu. Zdecydowali, że dzień wolnego nie zaszkodzi jakoś widocznie ich interesom, a bezpieczeństwo Hermiony jest ważniejsze, niż niezadowolenie kilku zawiedzionych klientów.
W nocy oboje słabo spali, dlatego rankiem musieli pokrzepić się całkiem sporą dawką Eliksiru Na Koncentrację, po którym udało im się nie zasypiać na stojąco. Do Ministerstwa Magii postanowili się dostać za pomocą Proszku Fiuu, co było o tyle inteligentne z ich strony, iż ten, kto faktycznie rzuciłby na byłą Gryfonkę zaklęcie śledzące, nie wiedziałby wtedy, gdzie się udała. Hermiona wzięła na ręce synka i już po krótkiej chwili stała przed potężnym kominkiem w głównym atrium w Ministerstwie. Spojrzała w kierunku fontanny – rzeźby, której kiedyś tak nienawidziła za jej złe przedstawienie istot magicznych, a konkretnie ich stosunku do czarodziejów i ze zdumieniem odkryła, że rysy twarzy dwóch stworzeń, centaura i goblina uległy zmianie. Nie wpatrywali się już z uwielbieniem w czarodzieja trzymającego uniesioną różdżkę, lecz w górę, w gwiazdy, które dodano do posągu, jako element zdobniczy sufitu.
- Nareszcie to zmienili – powiedziała szeptem do Freda, który pojawił się obok niej. – Nie mogłam patrzeć na tę rzeźbę. Tak doskonale oddawała pychę czarodziejów…
- Wiem, Hermiono – odparł, uśmiechając się łagodnie. – Możemy iść? Nie wypadałoby się spóźnić.
- Masz rację, chodźmy.

Kilka minut później sekretarka Ministra wprowadziła ich do jego gabinetu. W środku oprócz Kingsley’a, czekał na nich również zaniepokojony Harry.
- Witajcie – przywitał się z nimi ciepło czarnoskóry mężczyzna. – Czy mógłbym poznać powód tak nagłej prośby o spotkanie ze mną? Bo muszę przyznać, że mnie zaskoczyliście…
- Hermiona odnosi nieodparte wrażenie, że jest przez kogoś obserwowana za każdym razem, gdy znajdzie się poza sklepem – powiedział Fred bez żadnych wstępów. – Uważam, że może być to sprawka rzuconego na nią jakiegoś zaklęcia śledzącego.
Minister i szef Aurorów wymienili ze sobą zaniepokojone spojrzenia.
- Hermiono, czy jesteś pewna, że nie jest to po prostu przewrażliwienie? – zapytał ją łagodnie Harry.
- Nie – zaprzeczyła natychmiast stanowczo. – Za każdym razem, gdy tylko poczuję, że ktoś mnie obserwuje, staram się dyskretnie rozglądać w poszukiwaniu ewentualnego intruza, ale niestety nikogo podejrzanego nie zauważyłam w swoim otoczeniu… Wiem, że w takim miejscu, jakim jest Pokątna, jest to niemal niemożliwe w obliczu tylu ludzi, którzy się tam codziennie znajdują, ale jestem pewna, że ktoś mnie obserwuje. I to tylko, gdy wyjdę ze sklepu.
- Fred, czy na Magiczne Dowcipy Weasley’ów rzuciliście z Georgem jakieś zaklęcia uniemożliwiające wykrycie? – zaciekawił się Harry, zwracając do przyjaciela.
- Najzwyklejsze zaklęcia ochronne, Harry – odparł Fred. – Dlaczego pytasz?
- Bo wydaje mi się to cokolwiek zbyt dziwne. Nie mówię, że Hermiona kłamie, ale nie wszystko trzyma mi się tu kupy. Widzicie, czemu zaklęcie może śledzić ją tylko, jeśli znajduje się poza murami Magicznych Dowcipów? Czyżby wewnątrz sklepu skumulowało się za dużo magii, która nie pozwala owemu zaklęciu przeniknąć i zlokalizować Hermionę? – spekulował Harry.
- Tutaj również nie czuję tej dziwnej obecności, Harry – odezwała się brunetka nieśmiało. Przyjaciel spojrzał na nią uważnie, a następnie zwrócił się do milczącego dotąd Ministra.
- Jeżeli mógłbym, chciałbym prosić, panie Ministrze, o zaangażowanie moich ludzi oraz ministerialnej brygady ratunkowej do dokładnego przebadania pani Weasley – powiedział.
- Oczywiście – zgodził się natychmiast Shacklebolt. – Mam nadzieję, że uda się wam ustalić, jakie zaklęcie zostało rzucone i przede wszystkim kto to zrobił. Przekaż, proszę swoim ludziom, że sprawa jest priorytetowa. Mają nie wahać się, prosić o wszelkie dostępne środki!
- Dziękuję, panie Ministrze… Chodźmy do mojego gabinetu – zwrócił się do zaskoczonych tak szybką decyzją Weasley’ów. Podszedł do drzwi i otworzył je, czekając, aż pożegnają się z Ministrem i poprowadził ich do wspomnianego pomieszczenia, gdzie natychmiast poinformował swoich pracowników o naglącej sprawie.
Gdy Hermiona spostrzegła, ile ludzi zostało oddelegowanych, by jej pomóc, zrobiło jej się strasznie głupio, o czym nie omieszkała poinformować szeptem swojego męża. Traf jednak chciał, że usłyszał to jeden z Aurorów. Starszy mężczyzna uśmiechnął się do niej dobrodusznie i powiedział:
- Niech się panienka nie obwinia. To nasza praca. Pan Potter jest wspaniałym szefem i z radością pomożemy jego przyjaciółce w potrzebie.
Jego słowa potwierdził cichy pomruk pozostałych osób.
- Hermiono, chciałbym cię prosić, byś stanęła pośrodku i się odprężyła. Nie ma się czego bać. Nasze badanie będzie całkowicie bezbolesne, lecz jak podejrzewam, może trochę potrwać, dlatego prosiłbym was oboje o cierpliwość. Zrobimy wszystko, by znaleźć urok, który na tobie ciąży i go zniwelować – powiedział Harry, patrząc poważnie na swoją przyjaciółkę. Ta skinęła lekko głową i podała synka mężowi. Następnie pocałowała szybko obydwu, jakby chciała pożegnać się z nimi przed tym nieznanym, co za chwilę miało nadejść i podeszła na środek pomieszczenia. Po chwili otoczyli ją Aurorzy i członkowie brygady ratunkowej z wycelowanymi w nią różdżkami. Przymknęła oczy i westchnęła głęboko, czekając na pierwszą falę zaklęć diagnostycznych…

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1342 słów i 8036 znaków.

Dodaj komentarz