Fremione r.XIX

- Padam na twarz! – jęknęła Hermiona, chowając przeliczone pieniądze do kasetki. Fred zerknął na nią znad miotły, którą właśnie próbował przekonać, by sprzątała w innym miejscu, niż obecnie.
- Też jestem wykończony – przyznał, odstawiając poprzestawiane rzeczy na swoje właściwe miejsca. – Mam wrażenie, jakby przez sklep przeszło tornado... Albo dwa – dodał po chwili namysłu.
Była Gryfonka zaśmiała się cicho, gładząc swój zaokrąglony brzuszek. Rudzielec obdarzył ją czułym spojrzeniem i podszedł do niej.
- Kocham cię – powiedział łagodnie. – Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że zostanę ojcem!
- Ja również jestem szczęśliwa, Fred! – wyszczerzyła się do niego i wzięła jego dłoń w swoją, kładąc ją na ciążowym brzuchu. Czuły uśmiech rozjaśnił jeszcze mocniej i tak już uchachane oblicze Bliźniaka, pomimo tego, że nie mógł czuć jeszcze ruchów dziecka.
- Jestem ciekawy, jak radzi sobie Wood w Hogsmeade – mruknął po chwili, opierając się brodą o jej czoło.
- Możemy do niego przecież zajrzeć – zaproponowała.
- Masz na to siłę? – zapytał.
- A dlaczego miałabym nie mieć? – odparła zdumiona tym pytaniem.
- Bo jesteś w ciąży? – odpowiedział pytaniem.
- No właśnie. Nie jestem obłożnie chora! Nic mi nie będzie – zaśmiała się. – Mogę chodzić, to dopiero czwarty miesiąc, spokojnie.
- Jesteś pewna?
- Oczywiście, że tak! – pogłaskała go po policzku i zmusiła, by spojrzał jej w oczy. – Obiecuję, że nic mi nie będzie! Możemy tak iść...
- Ale jeśli tylko poczujesz się gorzej, to wracamy, jasne? – powiedział stanowczo.
- Kochanie – westchnęła – nic mi nie będzie. Powtarzam ci po raz kolejny! I jeśli będę musiała zrobić to raz jeszcze, to mnie chyba zemdli...
- Kochanie, ja naprawdę nie chciałbym cię stracić...
- Fred! Co ty wygadujesz?! – zapytała zdumiona. – Przecież mnie nie stracisz... To tylko niewinna wyprawa do Hogsmeade!
- Ale będziesz używać sieci Fiuu.
- Zawsze tak robiliśmy i nigdy nic się nie stało, więc z łaski swojej przestań już tak czarno wieszczyć i zbierajmy się, bo jeszcze chwila i nie zastaniemy już w sklepie Oliwera...
- Masz rację – przyznał. – I przepraszam... Po prostu tak bardzo się martwię. Ty i dziecko od czasu otwarcia tego sklepu, jesteście pierwszymi aspektami mojego życia, w których nie mogę pozwolić sobie na żarty. Chcę być odpowiedzialnym mężem i ojcem...
- I taki właśnie będziesz, bo wspaniale już ci to wychodzi – uśmiechnęła się i wziąwszy go za rękę, poprowadziła w stronę kominka. – Chodźmy już!

Wyszli z kominka zainstalowanego w sowiej poczcie i ruszyli szybko w stronę sklepu Zonka.
- Fred! Hermiona! – wykrzyknął zdumiony Oliver, widząc swoich przyjaciół stojących przed drzwiami sklepu. – Co wy tutaj robicie? – zapytał, wpuszczając ich do środka.
- Przyszliśmy cię odwiedzić – poinformował go radośnie Fred, zamykając za sobą drzwi.
- Wspaniale – ucieszył się były obrońca Gryfonów. – Ale widzę, że chyba o czymś zapomnieliście mnie poinformować – zauważył, spoglądając na zaokrąglony brzuch Hermiony.
- Jeszcze się nie zdarzyło – zaśmiała się, witając się z nim serdecznie.
- Ale teraz właśnie cię informujemy, że za miesiąc bierzemy ślub, na który z przyjemnością mamy zaszczyt cię zaprosić – powiedział poważnie Fred, uśmiechając się do starego przyjaciela.
- A ja z przyjemnością się na nim zjawię.
- Wspaniale! – ucieszyła się brunetka.
- Napijecie się czegoś? – zapytał z ożywieniem Oliver, prowadząc ich na wyjątkowo wysprzątany kantorek.
- A co masz? – zainteresował się Fred, z zaciekawieniem rozglądając się po pomieszczeniu, gdzie Wood ustawił kilka krzeseł, stół i ogólnie stworzył tam przyjemny salonik.
- Zwykłą herbatę, sok dyniowy i piwo kremowe. A jeśli chodzi o Freda, to również Ognistą Whisky, którą od czasu do czasu raczę się po skończeniu pracy. Ale równie dobrze możemy wyjść do Trzech Mioteł, jeśli wolicie huczniejsze towarzystwo...
- Prowadź więc – zdecydował Fred, zerkając na narzeczoną, która przytaknęła delikatnym ruchem głowy. Po chwili roześmiani weszli do wspomnianego pubu. Madame Rosmerta uśmiechnęła się szeroko do byłych uczniów Hogwartu i przyjęła od nich zamówienia, uśmiechając się do Hermiony. Dziewczyna szybko odwzajemniła uśmiech i wspólnie z chłopakami usiadła przy jednym z wolnych stolików w końcu sali.
- To... zostaniesz tatą, tak?... – rzucił pytaniem Oliver, zwracając się do rudzielca.
- Tak i jestem z tego niebywale szczęśliwy – przyznał chłopak, ramieniem obejmując brunetkę.
- Nie boisz się?
- Czego?! – zdumiał się szczerze.
- Tej całej odpowiedzialności... Nieprzespanych nocy, ograniczenia wolności... – wytłumaczył chłopak.
- Nie – odparł natychmiast Fred. – Nie boję się. Jestem dumny z tego, że stworzyłem coś tak wspaniałego! Poza tym już jestem odpowiedzialny. W końcu przecież prowadzę interes, czyż nie?
- No właśnie... Sklep. Zamkniecie go?
- A dlaczego? – zapytała zdumiona Hermiona.
- A jak wyobrażacie sobie pracę tam? Podejrzewam, że już teraz nie możesz dźwigać, a co dopiero później...
- Wood, istnieje coś takiego, jak czary – przypomniał mu Fred tuż po tym, jak otrzymali swoje drinki. – Hermiona wcale nie będzie musiała dźwigać. Poza tym spokojnie, poradzimy sobie ze wszystkim.
- I tego właśnie wam życzę – powiedział poważnie Oliver, na co narzeczeni wybuchnęli śmiechem. Atmosfera jeszcze bardziej się rozluźniła.
- A tobie jak idzie w sklepie? – zainteresował się rudzielec.
- Nie jest źle – przyznał drugi chłopak. – Czasami wiadomo, że utarg jest mniejszy, bo jakieś tam przestoje zawsze są i będą, bo nie cały przecież czas uczniowie i dorośli kupują nasze produkty, ale narzekać też nie mogę. Jestem bardzo zadowolony, zwłaszcza że zastanawiam się też nad pomocą.
- Ohoho! – zaśmiała się Hermiona. – Więc jak ona ma na imię?
- Vivien – odparł natychmiast były bramkarz Gryfonów. Rumieńce wystąpiły mu na policzki. By je jakoś zamaskować, chwycił szybko za szklankę z Ognistą i upił z niej sporego łyka. Łzy lekko zaszkliły mu się w oczach, ale widać było, że jest szczęśliwy.
- Powodzenia – powiedział Fred, klepiąc go po przyjacielsku po ramieniu.
- Dzięki, chociaż to jeszcze nic pewnego...
- Tak, bo ja cię nie znam – mruknął Fred do swojej szklanki.
Hermiona niemal zakrztusiła się pitym sokiem dyniowym i obdarzyła Wooda szerokim uśmiechem. Chłopak szybko odwzajemnił go.
- Chyba już zapomniałem, że oprócz nietuzinkowego poczucia humoru, posiadasz również cięty język – zauważył po chwili, obrzucając byłego współzawodnika lekko kpiącym, lecz przyjacielskim spojrzeniem.
- Ja? – zdumiał się obłudnie Fred. – Przecież ja jestem aniołkiem!
- Chyba diabełkiem, Fred – poprawiła go szybko jego narzeczona i poczochrała go po bujnej fryzurze.
Towarzystwo zgodnie wybuchnęło śmiechem. Zapowiadał się całkiem ciekawy i miły wieczór...

1 547 czyt.
100%101
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1222 słów i 7255 znaków, zaktualizowała 25 wrz 2018.

1 komentarz

 
  • Juliaaajl

    Juliaaajl · 28 maj 2017

    Super cześć! Taka lekka i przyjemna. Ile jeszcze rozdziałów planujesz w tym opowiadaniu?