Fremione r.XXV

Fremione r.XXV- Hermiono, wydaje mi się, że już czas pomyśleć o przyjęciu z okazji urodzin naszego maleństwa — powiedział Fred, wchodząc na zaplecze Magicznych Dowcipów Weasley'ów, gdzie jego żona właśnie usypiała ich synka.
- Ciii! - syknęła. - Dopiero, co zasnął.
- Przepraszam — wyszeptał, zbliżając się do nich. - Ciągle zapominam, że gdy śpi, muszę szeptać.
- Teraz tak, ale z czasem przyzwyczaimy go do normalnych odgłosów — wyjaśniła brunetka, całując młodego mężczyznę na powitanie.
- Dobrze, skarbie — zgodził się, przytulając ją mocno.
- Miło... A o jakim przyjęciu konkretnie mowa?
- Wiesz, w naszej rodzinie jest to już tradycja, że na cześć nowego członka rodziny wydaje się przyjęcie. Zwłaszcza jeśli jest to pierworodne dziecko — wyjaśnił rudzielec, z czułością przyglądając się maluchowi. Widok ten bardzo rozczulił Hermionę. Doszła do wniosku, że w takich momentach kocha tego swojego wariata jeszcze mocniej.
- A ile osób powinniśmy zaprosić? - zapytała.
- Tylko najbliższą rodzinę i kilku przyjaciół... Myślę, że Harry z Luną i Oliver ucieszą się z tego zaproszenia.
- Jestem tego prawie pewna. Przecież pomimo rozstania Harry'ego z Ginny, on nadal uwielbia twoją rodzinę...
- I fajnie — wyszczerzył się, wychodząc wraz z brunetką z zaplecza. - Postaram się również ściągnąć z Włoch George'a z Angeliną.
- Znakomity pomysł! A Bill z Fleur, Charlie i Percy również będą?
- Mam nadzieję. Oczywiście, jeśli ci to nie przeszkadza...
- A czemu miałoby? W końcu to moi szwagrowie i bardzo ich lubię — powiedziała, stając przy kontuarze i obserwując klientów, którzy szwendali się pomiędzy półkami.
- Lubisz ich bardziej ode mnie? - zapytał ponętnie, stając tuż za nią. Jego gorący oddech owionął jej kark. Pod jego wpływem zadrżała, starając się opanować i nie rzucić na męża w akcie namiętności.
- Zwariowałeś? - zaśmiała się. - Oczywiście, że nie! Ciebie kocham, a nie żadnego z nich. To tobie dałam syna.
- Wiem — odparł cicho. - Gdyby nie to, że jesteś niedługo po porodzie, to w tej chwili zaciągnąłbym cię na zaplecze i bardzo porządnie przetrzepał! - wymruczał jej do ucha.
Spłoniła się, a gdy klienci opuścili sklep, odwróciła się w jego stronę i pocałowała go namiętnie.
- Wiesz, że jesteś zboczony?! - pokazała mu język.
- Nie moja wina, że tak na mnie działasz — odparł, luzując krawat. Hermiona zachichotała cicho.

Przez następny miesiąc dopracowywali plan przyjęcia. Robili to w wolnym czasie, którego mieli niewiele i tylko wtedy, gdy ze zmęczenia i niewyspania się nie padali na twarz. Najwięcej czasu zajęło im zgranie wszystkich członków rodziny, bo ci pracowali tak różnie, że plan wydawał się prawie niewykonalny. Dlatego, kiedy w końcu nadszedł ustalony dzień przyjęcia, mały Brian skończył już dwa i pół miesiąca.
Charlie i Percy wprost oszaleli na punkcie rudowłosego chłopczyka, który zaczął już przejawiać cechy charakteru Weasley'ów, a zwłaszcza swego ojca i wuja, którzy konstruowali mu niemal na poczekaniu różne śmieszne zabawki. A te doprowadzały go niemal do ataku śmiechu, który z kolei wywoływał u wszystkich szerokie uśmiechy.

- Uroczy chlopiec, Hermiona — powiedziała Fleur, pochylając się nad kołyską, w której słodko spał wymęczony przez zwariowanych wujków maluch. - Śpicie w nocy?
- Czasami — zaśmiała się brunetka. - Aktualnie większość czasu jedziemy na eliksirach.
- A to nie szkodzić dziecku, a?... Przecież karmisz go piersią. Ja sama widziała...
- Nie, spokojnie. Magomedycy w Mungu przygotowali nam, a zwłaszcza mnie, specjalny przepis, który nie uderza w organizm dziecka.
- Ale ty lepiej uważaj, Hermiona.
- Uważam. Przecież nie chcę skrzywdzić najważniejszego mężczyzny w swoim życiu!
- Oh, to ja już nie jestem najważniejszy? - zaśmiał się Fred, podchodząc do rozmawiających kobiet i obejmując czule żonę.
- Oczywiście, że jesteś. Zaraz po Brianie — odparła z wrednym uśmiechem.
- Brawo, Miona! Może wreszcie mój przystojny brat przestanie być takim narcyzem! - parsknął śmiechem George.
- Uważaj, bo wyglądasz tak samo, jak ja i chyba ni chcesz, bym ci trochę zmienił tę facjatę, co? - odparł przez ramię Fred, wywołując tym samym ogólny atak śmiechu.
- Fred, nie wiesz, czemu Harry i Luna jeszcze nie przyszli? Martwię się.
- Spokojnie, kochanie. Pamiętaj, że Harry jest aurorem, pewnie wezwali go na jakąś akcję i przyjdą później.

Harry zjawił się w Norze po kolejnej godzinie. Ubrany był w strój aurora i nie było z nim Luny.
- Harry, co się stało? Gdzie Luna? - zapytała go natychmiast Hermiona, gdy tylko pojawił się w domu.
- W naszym domu — odparł niespokojnie. - Kochani, mam wam do przekazania bardzo ważną informację.
- Jaką? - zapytał pan Weasley.
- W Azkabanie doszło do kolejnej ucieczki. Nie są to jednak osadzeni tam Śmierciożercy, lecz... - zawahał się, patrząc po twarzach zebranych. - Lecz Ron — dokończył z przepraszającą miną.
W salonie zapadła głucha cisza.
- To nie wszystko — kontynuował Harry. - Ktoś pomógł mu to zorganizować, a pod jego łóżkiem na ścianie odkryliśmy wyryte wasze imiona. Hermiona i Fred powtarzały się kilka razy. I były przekreślone.
- Myślisz więc, że nasz powalony braciszek zechce tutaj przyjść? By się na nas zemścić? - zapytał Fred grobowym głosem.
- W tej chwili nie wykluczamy żadnej możliwości, ale obawiam się, że tak właśnie może być. Dlatego też dostaniecie całodobową ochronę aurorską, a na wasze domy nałożymy odpowiednie zaklęcia.
- My również będziemy tak chronieni? - zainteresował się Bill, przytulając wstrząśniętą Fleur.
- Przez wasze ministerstwa. Tak — odparł Harry.
- A co z naszą pracą? - zapytał Percy. - Przecież nie możemy jej rzucić!
- Spokojnie. Aurorzy są świetnie wyszkoleni, nie będą wam wchodzić w drogę, no i pozostaną w ukryciu, by Ron się niczego nie domyślił. Zaufajcie mi, to zawodowcy.
- Harry, a co z nami? - zapytał Blaise.
- Ginny to siostra Rona, więc też dostaniecie ochronę — wyjaśnił Wybraniec. - Nikt nie pozwoli zrobić wam krzywdy. Ci ludzie przygotowani są nawet na oddanie życie w waszej obronie, więc możecie być spokojni. Gdy przyjęcie się skończy, zostaniecie odeskortowani do waszych domów... A gdy Ron zostanie już schwytany, osobiście was o tym poinformuję.
Gdy wyszedł, w salonie znów zapanowała cisza. Hermiona przytuliła się do Freda, pozostałe kobiety do swoich partnerów.
- Fred, a jeśli Ron pomimo wszystko się tutaj dostanie? - zapytała w końcu Hermiona.
- To zabiję go, jeśli tylko będzie dla was zagrożeniem — odparł rudzielec ostro. - I zapewniam, że Avada będzie dla niego zbawieniem!

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1230 słów i 6930 znaków.

Dodaj komentarz