Sunbird - cz. 8

Sunbird - cz. 8Szła na tyle szybkim krokiem, na ile pozwalały jej ciemnoczerwone szpilki na ośmiocentymetrowym obcasie, stukające o betonowe płyty chodnika. Podobnego koloru sukienka mini z krótkim rękawem, na którą spływały, sięgające nieco poniżej ramion, ciemnobrązowe włosy, mocno przylegała do jej ciała.  

Pomimo tego, że był środek nocy na ulicach tej niewielkiej w sumie mieściny, jaką było kostarykańskie Limón, plątało się sporo ludzi. Cóż... Może małe, ale jednak to miasto portowe i jedno z większych miast Kostaryki, będącej coraz popularniejszym miejscem do spędzania wakacji. Pełne więc turystów – zarówno tych przybyłych na własną rękę, jak i pochodzących z często zawijających do portu wielkich statków wycieczkowych – oraz zawsze kręcących się wśród nich miejscowych.

Noc była nie tylko bardzo ciepła, ale też o – dawno znienawidzonej przez nią – wręcz niewiarygodnej wilgotności powietrza, zwiększonej jeszcze przez opad deszczu, który niedawno się zakończył, pozwalając nocnemu życiu miasta wyjść z wszelkiego rodzaju przybytków, oferujących rozmaitą rozrywkę, na ulice. Przed niemal wszystkimi, mijanymi co ileś metrów, knajpkami, barami, dyskotekami, można było zobaczyć pary tańczące wprost na chodnikach w rytm głośno puszczanej w tych lokalach muzyki latynoskiej.

Starała się nie zwracać na to wszystko uwagi i nie zwalniać kroku, by nie zostać zaczepioną. O co było łatwo w tłumie rozbawionych i wstawionych ludzi, często szukających tylko okazji do łatwej rozrywki innego rodzaju, zważywszy na jej atrakcyjny wygląd, podkreślony strojem. Nie miała na to czasu. Musiała go złapać, zanim straci jedyną okazję na wykonanie zadania. Z mieszczącego się w obskurnie wyglądającym, klockowatym hotelu ACON, przypominającym jej architekturę PRL-u, miała tylko kilka przecznic do tej portowej tawerny, w której powinien teraz urzędować. Skręciła w jeden z zaułków, i już z daleka zauważyła neon nad jej drzwiami: "La Cascada"...

Podobnie jak przed innymi lokalami, także i przed tym miejscem stało kilka osób w okolicach jego wejścia. Zaciekawieni mężczyźni obrzucali ją taksująco–pożądliwym wzrokiem i nim zdążyła przekroczyć próg tej knajpy, zaczepił ją głos jednego z nich:

– Piękna – podsunął jej trzymaną w ręce butelkę z alkoholem. – Chodź ze mną, a nie zapomnisz tej nocy...

Uśmiechnęła się do niego. Nawet był dość przystojny, ale z gęby waliło mu wyziewami tej taniej wódy przemieszanymi z przetrawianym, i najwyraźniej ostro doprawionym, latynoskim żarciem. Poza tym: zadanie...

– Nie tym razem, amigo – pogładziła go delikatnie po lekko zarośniętym policzku. – Mam tu dziś barrrrdzo ważne spotkanie.

Odwróciła się na pięcie i szybko weszła do tawerny..., równie szybko chcąc z niej wyjść, z powodu hałasu i poziomu smrodu płynącego z przepoconych ciał, trawionego alkoholu i gryzącego tytoniowego dymu, od którego zaczynały jej łzawić oczy.  

Gdy wzrok jako tako przyzwyczaił się do oświetlenia tej nory, zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu osoby, którą miała tu spotkać. Prześlizgiwała się wzrokiem od stolika do stolika, namierzając przy okazji lokalizację baru, i sceny na której wyginała się, naga już, striptizerka w rytm "Sandstorm" La Biondy. W końcu znalazła to, czego szukała, natychmiast ruszając najpierw do baru, a zaraz po zrobionych tam zakupach, w kierunku jednego ze stołów tuż przed dziewczyną tańczącą przy rurze.

Zasłoniła mu widok, bezceremonialnie dosiadając się i stawiając przed nim butelkę whisky.  

– Interes mam – powiedziała prosto z mostu.

Wyglądał jak młoda, brodata, wersja Paździocha z popularnego polskiego sitcomu. Tyle, że był bardziej żylasty i ewidentnie dysponujący znaczną siłą, pomimo stosunkowo niskiego wzrostu i przeciętnej budowy. Zaskoczony, przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu, bo ostatnią rzeczą jakiej się chyba spodziewał, był widok ładnej dziewczyny dosiadającej się do niego w takim miejscu i stawiającej mu drinki. Wpatrywała się w niego spokojnie, z pewnością w brązowych oczach.

– Interessss... – powiedział wolno. – A jaki?
– Potrzebuję transportu, kapitanie.
– Skąd wiesz, że mam statek?
– Wiem – uśmiechnęła się lekko, odkręcając nakrętkę butelki i nalewając mu porcję trunku. – Koniec języka za przewodnika – dodała szybko, by nie zaczął snuć różnych domysłów, które mogłyby jej utrudnić misję.

Kolejna chwila milczenia, i najwyraźniej się skusił.

– Transportu czego? – sięgnął po szklaneczkę.
– Niczego, tylko mnie – odpowiedziała.
– To nie jest statek pasażerski.
– Tak, domyślam się – odparła. – Jestem turystką – dodała. – Zwiedzam świat na własną rękę. Ale na wojaże luksusowymi wycieczkowcami mnie nie stać. Właściwie to na niewiele mnie stać – dolała mu kolejną porcję, sama również osuszając swoją szklankę.
– Dokąd się wybierasz?
– Tam, gdzie płyniecie.
– A gdzie płyniemy?
– Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Nie ma to dla mnie znaczenia. Liczy się tylko to, że pewnie tam jeszcze nie byłam.
– Nie robię za darmowego przewoźnika znudzonych panienek – burknął w odpowiedzi, sam już się obsługując przy nalewaniu sobie whisky.

Wstała ze swojego miejsca, pozwalając mu po raz pierwszy w pełni ocenić swój wygląd. Odsunęła lekko stolik, minęła go, i wepchnęła mu się na kolana, obejmując ramieniem.

– Płacić można różnie... – powiedziała, patrząc mu kusząco w oczy. – Potrafię się odwdzięczyć.  

I nachylając się do jego ucha, dodała:

– A pierwszą ratę możesz otrzymać już teraz...

Wstała z jego kolan, ponownie stając przy stoliku, uśmiechając się lekko, i patrząc chwilę na niego z wysokości tych swoich 175 cm plus szpilki.

– To jak? Jest tu gdzieś toaleta?

Nie dał się prosić. Takiej okazji się nie odpuszcza. Wiedziała, że nie ma szans się jej oprzeć. Wyciągnęła do niego dłoń, którą chwycił, wstając z krzesła i pociągając ją za sobą w stronę, równie paskudnej jak ta knajpa, ubikacji.

Chwilowo była pusta. Ostatni korzystający wyczłapał z niej mocno chwiejnym krokiem, mijając ich w ciasnym korytarzu, jaki do niej prowadził. Kilka kabin z muszlami, pisuary przy jednej ze ścian, i jedna umywalka ze sporej wielkości pękniętym lustrem wiszącym nad nią, stanowiły całość wyposażenia. Zamknięte za nimi drzwi stłumiły dobiegające tu odgłosy knajpianego gwaru i grającej muzyki.

Rozejrzała się po niej szybko. Po czym niemal od razu odwróciła się w jego stronę i po krótkim pocałunku, do którego musiała się zmusić, starając się o tym nie myśleć, dotknęła przez spodnie jego krocza i zaczęła powoli obsuwać się w dół w próbie uklęknięcia przed jego rozporkiem. Powstrzymał ją przed tym. Łapiąc za ramię, podciągając z powrotem do góry, a potem podprowadzając ją do umywalki. Domyśliła się wszystkiego. Ściągając z siebie swoje czarne koronkowe majtki, obserwowała jego rosnące podniecenie.  

Powstrzymała go na moment. Sięgnęła do torebki, wyjmując z niej pudełeczko z prezerwatywami i buteleczkę żelu nawilżającego. Gumki były dla niego, podała mu je więc bez słowa, obserwując moment później, jak rozpina spodnie, wyjmuje "ptaszka", i zakłada jedną z nich na niego. Lubrykant był dla niej, bo jej pochwa transetki nie miała rzecz jasna odpowiedniego nawilżenia. Ale o tym, dlaczego go używa, on nie musiał wiedzieć. Nie chciała ryzykować, że zawali to sprawę.

Gdy wszystko było gotowe, zbliżył się do niej, a ona zarzuciła mu ramiona na szyję i, udając zachwyt, namiętnie go pocałowała.

Odwrócił ją plecami do siebie natychmiast po pocałunku. Zrozumiała. Oparłszy się o umywalkę i przelotnie rzuciwszy okiem na siebie w pękniętym lustrze, wypięła się lekko w jego stronę, pozwalając by rozstawił jej nogi tak, jak mu odpowiadało. Naprowadził swojego członka na wejście do pochwy i wszedł w nią mocnym pchnięciem.

To była młocka... po prostu młocka. Jak w najbardziej tandetnych filmach porno. Facet zapieprzał, trzymając ją mocnymi, żylastymi rękoma za biodra i posuwając ją mocnymi pchnięciami, jak Zatopek na olimpiadzie. Nie było mowy o jakiejkolwiek, z i tak niewielkiej w jej przypadku, przyjemności, jaką tego rodzaju stosunek mógł jej dać. Mogła tylko niecierpliwie czekać na to, aż nastąpi wreszcie koniec tej katorgi. Oczywiście dla pozorów, i chęci podkręcenia go w płonnej nadziei, że szybciej skończy, poudawała trochę, jak to jest jej dobrze, ale nawet i z tego szybko zrezygnowała, zobojętniale czekając już tylko na finał. Zresztą, skupiony wyłącznie na sobie i na swojej przyjemności, nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.

Wreszcie przestał, z ostatnim mocnym stęknięciem wytryskując w jej wnętrzu. Niedługą chwilę potrwało, nim uspokoił nieco oddech i wyszedł z niej w końcu, stając nieco z boku i doprowadzając się do porządku. Była obolała. I miała go, już od pierwszego momentu ich zbliżenia, serdecznie dosyć. Ale rolę trzeba było grać nadal. Wolno oderwała się od trzymanej kurczowo umywalki, wyprostowała, poprawiła sukienkę, odpuściła sobie uprzątnięcie z podłogi swoich walających się na niej majtek, brzydząc się nawet wziąć ich do ręki w tym chlewie, i spróbowała się do niego jak najmilej uśmiechnąć. Średnio jej to wyszło. Nic na to nie mogła poradzić. Potrzebowała też małej chwili nad zapanowaniem nad swoim głosem, zanim możliwie najbardziej kusząco się odezwała:

– Podobało ci się? – podeszła do niego, zarzucając mu ramiona na szyję i patrząc prosto w oczy. – Zabierz mnie ze sobą, a będziesz mógł korzystać do woli... – na samą myśl i wspomnienie tego, co działo się tutaj przed chwilą, zrobiło jej się słabo. Nie mogła mu jednak przecież tego okazać. Musiała zrobić wszystko, by zgodził się zabrać ją na pokład tej swojej cholernej krypy.

Skusił się bez namysłu. Po tym, co tu zrobili, nie miał żadnych oporów,  nie pozwalających mu skorzystać z takiej fantastycznej, jak mu się pewnie wydawało, okazji. Nawet się lekko uśmiechnął, kiwając głową na zgodę i potwierdzenie, podczas gdy jego dłonie obłapiały przez materiał nieco wygniecionej sukienki jej kształtny tyłek.

Wyszli z toalety razem. Lecz tym razem nie musiał ciągnąć jej za rękę, trzymał ją jedynie na jej biodrze przez całą drogę do wyjścia z tawerny. Starała się robić przy tym minę uszczęśliwionej słodkiej idiotki, żeby nie wypadać w najmniejszy sposób z przyjętej przez siebie roli. Na zewnątrz znacznie wygodniej jednak było iść już koło siebie oddzielnie. Choć musiał znacznie zwolnić kroku, bo w swoich szpilkach nie była w stanie za nim nadążyć.  

Było około 4 nad ranem, i o tej porze tłumki na ulicach były już mocno przerzedzone. Skręcili w jeden z zaułków tuż za tawerną, z której wyszli, przeszkodziwszy tym przez moment drobnej budowy młodej prostytutce karaibskiego pochodzenia, z fryzurą afro, w obcisłej czarnej spódniczce i równie obcisłej białej bluzce-hiszpance, w obsługiwaniu ustami solidnie podpitego klienta, na skróty podążając do jej hotelu.

Uzgodnili, że w drodze do portu wstąpią do jej hotelu, żeby mogła zabrać z pokoju swoje rzeczy. Niewiele tego było, tylko torba podróżna i niewielki plecak. Wszystko zostało już wcześniej spakowane, także pozbieranie gratów nie zabierze dużo czasu. Jedyne, co chciała jeszcze zrobić, to zmienić przy okazji buty na, dużo bardziej wygodne do marszu aż do portu, trampki.  

Do portu dotarli, gdy już zaczynało świtać. Szli pustym placem, pomiędzy portowymi budynkami a nabrzeżem, wyłożonym betonową kostka brukową. Już z daleka widać  było stojący w nim wycieczkowiec wielkości wieżowca, częściowo zasłonięty przez szpaler rosnących dosłownie na samym brzegu morza niewysokich palm. Po ich lewej stronie, kilkanaście metrów dalej, zacumowany był kolejny –  "Carribbean Princess", o białym kadłubie, z granatowymi wstęgami symbolizującymi fale oceanu, umieszczonymi na burtach jego dziobowej części. Minęli je, potem stojące na nabrzeżu, na żółto pomalowane, dźwigi portowe, by dojść wreszcie do starego niedużego kontenerowca.

Milcząco weszła za nim po trapie i stanęła na pustym pokładzie, załadowanym już stojącymi jeden na drugim, jak wielkie kolorowe klocki, kontenerami.  

Niewiele było do oglądania. Poprowadził ją zaraz do kilkupiętrowej nadbudówki statku, a potem plątaniną korytarzy do statkowej mesy, gdzie kilku członków załogi już urzędowało, czekając na śniadanie.

Nie spodziewali się takiego widoku. W wyniku ich zaskoczenia, gwar rozmów zamienił się w chwilę ciszy, która z kolei szybko została zastąpiona głośnymi gwizdami, na dźwięk których przez jej twarz przebiegł grymas satysfakcji... Może i były to dość prymitywne reakcje na jej widok, ale uwielbiała się podobać.

– Myślałam, – odezwała się do kapitana, gdy gwizdy ucichły – że znajdzie się jakaś kabina z wygodnym łóżkiem, a nie, że zagonisz mnie do garów...
– Znajdzie się – roześmiał się w odpowiedzi.  
– No to chodźmy – wyciągnęła do niego swoją dłoń, uśmiechając się przymilnie.
– Nie tak prędko... – uśmiech kapitana zniknął równie szybko, jak się pojawił. – Najpierw zobaczymy, co tam masz – wskazał na jej torbę.
– To tylko parę rzeczy...
– Parę rzeczy...? – wszedł jej w słowo. – Zobaczymy... Quintana! – zawołał.  
– Si, señior. – odezwał się głęboki, basowy głos z przylegającej do mesy kuchni a po chwili przez drzwi pomiędzy tymi dwoma pomieszczeniami przeszedł olbrzymi Metys i stanął niedaleko ich dwojga. Na jego widok zaś Sunbird dosłownie zmiękły kolana. Nie ze strachu, ale z niemal natychmiastowego i rosnącego podniecenia.

Było z niego naprawdę wielkie chłopisko, dobrze ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, o sylwetce kulturysty, w jasnoszarych płóciennych spodniach i białej koszuli z kilkoma rozpiętymi na górze guzikami. Czarne, gęste, średniej długości włosy, z grzywką zasłaniającą cale czoło. Ogolona, lecz z cieniem zarostu, twarz o raczej brzydkich rysach, jako żywo przypominających człowieka pierwotnego skrzyżowanego ze stereotypowym wyobrażeniem Indianina. A mimo to okazał się dla niej niewiarygodnie wręcz atrakcyjny. Miał w sobie jakiś dziki samczy magnetyzm, który działał na nią w sposób, jakiego do tej pory jeszcze nie doświadczyła. Pociągał ją tak bardzo, że przez moment nie wiedziała, co się dzieje. Wiedziała tylko jedno – cokolwiek się tu będzie działo w najbliższym czasie, jego musi mieć. Chociaż raz...

Kapitan kazał zabrać mu jej bagaż. Nie zamierzała się temu przeciwstawiać. I tak zresztą nie miałaby żadnych szans na skuteczny opór. Pozwoliła odebrać sobie zarówno torbę, jak i plecak, który zdjęła ze swoich pleców, nie mogąc oderwać od Metysa wzroku, ani też żadnego sensownego słowa z siebie wydusić.  Quintana podszedł do jednego z wolnych stołów mesy i zaczął grzebać w jej tobołach, wyciągając po kolei wszystko, co w nich było, na stojący przed nim stół.

A niewiele tego było... Kuferek z kosmetykami, coś, co wyglądało jak nadmuchiwany materac z pompką do niego, pasta i szczoteczka do zębów, nabyta w Limón książka, trochę ciuchów na zmianę i – tu Metys szeroko się uśmiechnął na ten widok, a zaraz za nim ryknęła śmiechem cała mesa – trzy naprawdę wielkie i grube wibratory.

– A cóż to takiego... – zakpił kapitan, podchodząc do stołu i biorąc jeden z nich do rąk.
– A... – Sunbird odzyskała już jako taką zdolność mówienia i oderwała się na chwilę od wlepiania się wzrokiem w Quintanę. – A na co to wygląda?
– Lubisz takie duże? – zdziwił się.
– A co? Masz jakieś kompleksy? – zdołała się nawet lekko złośliwie uśmiechnąć.

Zadziałało. Odłożył szybko wibrator.  

W jej torbie i plecaku, niczego więcej nie było, więc uspokojony pozwolił jej na spakowanie wszystkiego z powrotem, a po śniadaniu, na które została zaproszona, zaprowadził ją do swojej kajuty, gdzie mogła zostawić rzeczy i wreszcie się choć trochę zdrzemnąć po nieprzespanej nocy i wielokilometrowym marszu.

Gdy się obudziła, był już wieczór, a statek znajdował się już na morzu. Chwilę potrwało, nim zniknęły resztki snu, pozwalając jej się pozbierać z łóżka, pójść umyć, ogarnąć się, i przebrać w coś wygodniejszego – czerwoną sukienkę mini zastąpiły krótkie granatowe jeansowe spodnie i koszula w kratę z krótkimi rękawkami. Trampki zostały, ale stopom należały się świeże, białe skarpetki. W takim stanie mogła już iść do mesy na jakiś posiłek. Wprawdzie nie znała godzin ich wydawania, ale miała nadzieję, że znajdzie się tam coś dla niej do zjedzenia.

Znalazło się. A do tego posiłek uprzyjemnił jej ponowny widok Quintany, od spoglądania ukradkiem na którego nie mogła się powstrzymać, starając się jak najdłużej jeść, by za szybko, także tej uczty dla wzroku i wyobraźni, nie skończyć. Po posiłku nie bardzo miała co na statku robić, zostało jej wracać do kajuty. A w niej był już kapitan, który najwyraźniej nie mógł się już doczekać na kolejny raz z nią, bo niemalże rzucił się na nią od progu.

I znów się czuła, jakby odbębniała pańszczyznę – facet chyba inaczej nie umiał, jak tylko jedynie "młócić" na akord. Z tą tylko różnicą, że tym razem leżał między jej udami. Jak to dobrze, że nie będzie musiała znosić tego przez cały rejs... Resztę musi jednak po prostu wytrzymać, starając się możliwie wiarygodnie zapewniać go, jaki to z niego ogier. Ciekawe, jaki z kolei był w te klocki Quintana...? Musiała go jakoś zaliczyć, zanim... zanim przyjdzie zmustrować z tej krypy.

Szczęśliwie dla niej okazja do tego nadarzyła się już następnego dnia, gdy nudząc się jak mops, zgarnęła z kabiny koc, i z nim, oraz z czytadłem, pod pachą, znalazła sobie kawałek wolnego miejsca na rufowej części pokładu. Śpieszący gdzieś Quintana, minął ją jakąś godzinę później. Niepewnym głosem, ale zdecydowana co do zamiarów, zawołała cicho za nim jego imię.

– Señorita – stanął przed nią, siedzącą na kocyku, uśmiechając się lekko.

Odwzajemniła uśmiech, przysunąwszy się na kolanach do niego i niedwuznacznie dotykając dłonią strategicznego miejsca jego ciała przez spodnie. Zadarła lekko głowę i spojrzała do góry, wprost na jego twarz spoglądającą z kolei w dół. Wymiana spojrzeń i porozumiewawcze uśmiechy wystarczyły. Po chwili jego spodnie były już rozpięte i wraz z bokserkami opuszczone, a jego całkiem spory członek znalazł się w jej ustach i poczuła w nich jego ciepło i pulsowanie, a niedługo potem lekko słonawy smak wymieszany z jej śliną. Objęła jego uda rękoma, ssąc jego kutasa i płynnie, powolnymi ruchami poruszając swoją głową oraz ustami i językiem, pozwalając mu się przy tym głaskać po włosach. Zapomniała o wszystkim. Nie obchodziło jej w najmniejszym stopniu, że ktoś może ich widzieć.

Nie mieli zbyt wiele czasu. Kilka, kilkanaście minut musiało wystarczyć. Przytrzymał jej głowę, przyciskając ją mocno do siebie w momencie swojego szczytu i zalewając jej usta ciepłym, słonym płynem. Posłusznie połknęła wszystko, oblizując potem na koniec językiem jego nadal sterczącego członka i patrząc mu przy tym z anielskim uśmiechem prosto w oczy. Niedługo potem Quintana musiał wrócić do swoich marynarskich obowiązków. A jej zostało czekanie do zmroku na kolejną beznadziejną  kapitańską młockę... Miała dość tego pajaca w kapitańskiej czapce. Quintana, Quintaną, i bardzo chętnie by się z nim zabawiła, nawet i przez kilka dni, ale nie zamierzała tego, co z kolei wyprawiał z nią kapitan, dłużej znosić, niż było to konieczne. Przez tych kilkadziesiąt godzin odpłynęli wystarczająco daleko od brzegu. Pora było z tym skończyć. Wystarczało, że kapitańcio zaśnie...

Na jej zegarku była czwarta rano, gdy przystąpiła do realizacji swojego planu. Wysunęła się spod kołdry kapitańskiego łóżka i w jak najcichszej drodze do łazienki zabrała swoje ubranie.  

Przemyła twarz wodą, wytarła ręcznikiem. A z kieszeni spodni, które przyniosła ze sobą, wyciągnęła swój portfel. W nim, w jednej z kieszonek, była stara karta płatnicza, którą, jeszcze przed spotkaniem kapitana w limónskiej knajpie, odpowiednio przygotowała, zaostrzając jedną z jej krawędzi do ostrości niemalże żyletki. Była ona wystarczająca do wykonania jej zamierzeń. Zabrała z łazienki ją oraz ręcznik, którym chwilę wcześniej się wycierała. Na palcach wróciła do łóżka, przystając przy jego skraju.  

Spał twardym snem, niczego się nie spodziewając, gdy, przytrzymując jego głowę za czoło i przyciskając ją do poduszki, przez co szyja stała się bardziej odsłonięta, jednym mocnym ruchem, wbiła mu głęboko kartę w szyję, przeciągając nią po niej, niemal od ucha do ucha, jak nożem. Sekundę później rzucony na jego twarz i przyciśnięty do niej ręcznik, stłumił jego krzyki, a potem rzężenie spowodowane szybką utratą krwi tryskającej z jego poderżniętego gardła.  

Gdy było po wszystkim, wróciła do łazienki, zmywając w niej krew z siebie. Potem ubrała się i ponownie przeszła do pokoiku kajuty, w którym leżał trup kapitana, zabierając z łazienki, położoną tam zaledwie kilkadziesiąt godzin temu, tubkę pasty do zębów. Włączyła światło i zajęła się przygotowaniami do realizacji swojego ułożonego wcześniej planu, nie zwracając na zamordowanego najmniejszej już uwagi. Przywykła już do tego.  

Wyciągnęła ze swej torby wszystkie trzy wibratory i położyła je na niewielkim stoliku obok tubki pasty do zębów. Musiała znaleźć jeszcze jakiś nóż... Obmacała ubranie należące do jej ofiary. Domysł, że nosił ze sobą nóż, był słuszny. Zabrała go i zaczęła nim rozcinać jeden wibrator po drugim. W jednym z nich był zwój nylonowej linki, wystarczający do utrzymania pewnie nawet i Quintany, a co dopiero jej.  

Quintana... Żałowała, że okazja, żeby się z nim pieprzyć, już nie zaistnieje. Niesamowicie podniecająco na nią działał... Szkoda jej też w sumie było tego, że musiała spisać go na straty i nie mogła zabrać ze sobą. Nic jej nie zawinił, ale ze zrozumiałych względów nie mogła ryzykować poinformowania go o tym, co tu zrobiła i robi. Jak zawsze w przypadku jej pracy, starała się o tym wszystkim nie myśleć – jej zleceniodawcy chcieli, żeby krypa zatonęła bez pozostawienia świadków, to krypa zatonie bez pozostawienia świadków. Po co i dlaczego, to nie jej zmartwienie.  Nawet lepiej jest za dużo nie wiedzieć, spokojniej się śpi. W tej służbie ludzie są specyficzni – mają poczucie humoru, ale kompletnie nie znają się na żartach.

Dwa pozostałe zawierały plastik. Zaś z rozciętej tubki pasty wyjąć teraz mogła potrzebne jej zapalniki. Podzieliła materiał wybuchowy na kawałki. Dwa niewielkie przeznaczyła dla szalup ratunkowych. Trzeci, na – umieszczone na dachu nadbudówki – anteny radiostacji statku. Reszta, również podzielona na dwie części, w zupełności wystarczała na wyrwanie wielkiej dziury w burcie i poszyciu statku. Zostawało wymknąć się z kabiny i podłożyć materiały wybuchowe w wybranych miejscach.  

Najpierw uwinęła się z szalupami i antenami statku. Po pokładzie kontenerowca nawet w dzień nie chodziło zbyt wiele osób, bo nie było takiej potrzeby. Tym bardziej nikt jej nie zauważył nad samym ranem. Nie minęła godzina, od momentu, gdy wstała z łóżka, a ładunki były na miejscach. Zostawało zabranie z kajuty kapitańskiej głównego ładunku wybuchowego oraz jej rzeczy. Spakowała je raz dwa. Rzuciła jeszcze przelotnie okiem na zakrwawione zwłoki, i zabrawszy graty i ładunek, poszła z powrotem na pokład.  

Położyła torbę i plecak na stalowym pokładzie. Wyjęła z torby tylko "materac", który tak naprawdę nie był materacem a gumową dinghy, która po napompowaniu wylądowała za burtą, przywiązana linką do relingu statku. W ślad za nią za burtę poleciała jej torba podróżna, lądując w gumowej łódce. A ona sama, z plecakiem na plecach, przeszła przez reling i zaczęła się po lince zsuwać w dół. Chwilę później była w łódce. Zostawało już tylko przyczepienie do burty statku materiału wybuchowego.  

Nie ryzykowała skoku do wody, żeby zanurkować i zamontować ładunek. Statek robił kilkanaście węzłów – po znalezieniu się wodzie, raz dwa zostawiłby ją daleko w tyle za sobą. Musiało wystarczyć wychylenie się z łódki, zanurzenie ręki możliwie głęboko pod linię wody, i przyczepienie plastiku tylko na takiej głębokości. Mimo to, siła wybuchu powinna jednak być wystarczająca do zatopienia go. Aby zwiększyć szanse na powodzenie misji, ładunek został przez nią wcześniej podzielony na dwie części – jeśli jedna jakimś cudem odczepiłaby się od burty, lub gdyby zawiódł zapalnik, druga załatwiała sprawę.

Mogła teraz odwiązać linkę od dinghy. Nim nastąpi wybuch, będzie już dość daleko od statku. W oczekiwaniu na namierzający jej sygnał statek, który ją stąd zabierze.

MEM

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i thrillery, użyła 4565 słów i 25922 znaków, zaktualizowała 31 mar 2020. Tagi: #erotyczne #kryminalne #szpiegowskie #wywiad #trans #sensacyjne

1 komentarz

 
  • Historyczka

    świetnie napisane, ze szczegółami tam, gdzie były potrzebne i bez zbędnego wodolejstwa tam gdzie nie trzeba

  • MEM

    @Historyczka  

    Dzięki. :)

    Choć, tak przy okazji, co do tego "wodolejstwa", to trochę męczy mnie to, że umiejętność pisania barwnych, szczegółowych opisów u mnie leży i kwiczy. ;) Zawsze to mi jakieś takie "suche" wychodzi, ale inaczej nie umiem (przynajmniej póki co ;)). Tym bardziej więc miło, że się Ci podobało.