
Szesnastoletnia Ania była niewysoką brunetką, z lekko kręconymi, długimi włosami. Urodziwą i zgrabną. Odpowiednio rozwiniętą jak na swój wiek, o delikatnych rysach twarzy. Nie odbiegała zbytnio urodą od większości swoich koleżanek, przeciętna nastolatka, jakich w Polsce było sporo. Uczciwa, sumienna, bogobojna i dobrze wychowana. We wsi lubiana i nikt z mieszkańców złego słowa o tej dziewczynie powiedzieć nie mógł.
Podstawówkę ukończyła ze świadectwem z czerwonym paskiem, co kosztowało ją sporo wyrzeczeń. Cóż, z tego, skoro w domu się nie przelewało. Po rozparcelowaniu miejscowego PGR-u większość mieszkańców tej nawet sporawej wsi straciła miejsce pracy. Bardziej myslący i mający jakieś zaskórniaki, widząc, co się dzieje, zainwestowali w swe gospodarstwa, jednak tymi zaradnymi nie byli rodzice dziewczyny.
Ojciec, od kiedy pamiętała, miał ciągoty do kieliszka, a po likwidacji PGR-u, gdzie pracował jako mechanik, jego nałóg jeszcze bardziej się pogłębił. Matka, sklepowa w jednym z dwóch znajdujących się we wsi placówek handlowych, był jedyną osobą, która zarabiała, choć właściciel sklepiku czasami płacił w ratach, a o podwyżce mogła było zapomnieć. Straszy brat Ani, odbywał zasadniczą służbę wojskową w jednym z garnizonów położonych na zachodnich terenach Polski.
Marzyła, by pójść do Liceum Ogólnokształcącego na humanistyczny kierunek, a potem zostać nauczycielką albo na biologiczno-chemiczny i być lekarzem, bo biologia też ją interesowała, ale rodzice szybko wybili jej nastolatce z głowy. Cztery lata utrzymywania jej, a potem wizja kolejnych dwóch, bo przecież po ogólniaku, to nawet na pocztę nie przyjmowano bez znajomości, było w sytuacji tej rodziny nie do przyjęcia.
— Zawodówka, a najlepiej taka przyzakładowa, żebyś jakieś pieniądze zarabiała — wybełkotał pijany ojciec, gdy nieśmiało wspomniała o swoich marzeniach.
Na próżno odwiedziła rodzinny dom Ani, wychowawczyni z podstawówki — pani Teresa, która próbowała wyperswadować rodzicom dziewczyny, że ta zmarnuje się w zawodówce. Nie było dyskusji, matka przystała na zdanie ojca, grzebiąc marzenia nastolatki.
Ile wtedy łez wylała w poduszkę, ale zacisnąwszy zęby, przyjęła wolę rodziców i ukończyła pierwszy rok przyzakładowej szkoły zawodowej o specjalności krawieckiej, przy znajdujących się kilka kilometrów od wsi zakładach szyjących ubrania robocze i mundury dla wojska.
Nastał wrzesień, ojciec mniej pił, co nie było niczym dziwnym, gdyż najmował się do prac pomocniczych w gospodarstwach u tych, co jakoś dawali sobie radę. Przez wakacje pomagała w domu, na bok, odstawiając hulanki i zabawy. Gdy tylko miała wolny czas, pędziła do wiejskiej bibliotek, zlokalizowanej w budynku OSP, by wypożyczyć kolejną ciekawą lekturę.
Wieczorem, gdy wszyscy domownicy kładli się spać, zasiadała przy stoliku lub kładła się z książką do łóżka i przy marnym świetle latarki śledziła losy bohaterek i bohaterów.
Z pąsami na policzkach czytała o miłostkach, pocałunkach, czułych uściskach i fizycznej miłości opisywanych postaci. Nieraz, gdy naprawdę opisy były (jak dla niej), dość śmiałe, czuła tam na dole wilgotność, a na ciele gęsią skórkę. Tak, kwestia seksu interesowała nastolatkę. Znała swoje ciało, wiedziała, że dotkniecie pewnych części ciała, dawało przyjemność.
Pierwszy raz masturbowała się w wieku piętnastu lat, tak piętnastu, bo wbite jej przez zakonnice, na lekcjach religii poczucie, że własne ciało to siedlisko grzechu, a zadaniem kobiety jest tylko rodzić dzieci, a ze stosunku nie odczuwać przyjemności tkwiło jak cierń w świadomości dziewczyny.
Przebudziły ją wtedy odgłosy zza ściany. Matka jęczała, łózko rodziców skrzypiało. Cienki ściany domu, nie tłumiły dobrze.
— Ooo, ooo, ta, ta, jeszcze — dało się słyszeć.
Wtedy po raz pierwszy poczuła przyjemność po samogwałcie. Sprawnie, lecz nie za głęboko operowała palcami w szparce, drażniąc ścianki pochwy i nabrzmiałą łechtaczkę. Pierwszy raz była tam bardzo wilgotna. Robiąc sobie dobrze, jedną dłonią, drugą zatkała usta, by nie wydać żadnego odgłosu, który by ją zdradził. Ta fala przyjemności, drganie ciała, pulsowanie wnętrza i to wszystko… Tego nie dało się opisać. To nie to samo, co delikatne głaskanie dłoni, czy nóg. Coś fantastycznego, nieopisywalnego.
W kwestii seksualności wiedziała tyle, ile wyniosłą z zajęć „Przysposobienia do życia w rodzinie”, lekcji biologii, opowieści starszych koleżanek, choć miała wrażenie, że te ostatnie to bardziej fantazjowały. Matka zbywała ją prostym „Jeszcze na to czas”, a brata zapytać się wstydziła. Krótko mówiąc — za wiele w tej materii nie wiedziała.
Nie sposób było, by nie zapoznała się z męską anatomią. Dom był mały, drewniany, na końcu wsi i zmuszona była dzielić pokój z bratem. Nieraz wparowała bez pytania, gdy ów się przebierał. Sprawne oko dziewczyny dostrzegało, że gdy wstawał rano, to pod slipkami mężczyzny tkwił penis w stanie wzwodu, a raz nawet to jej się wydawało, że Maciej, bo tak miał na imię jej braciszek, w nocy ostro majstrował w okolicy krocza, a i oddech miał jakiś inny. Wtedy jednak, a miała jedenaście lat, nie za bardzo wiedziała, o co chodzi, choć mogła się domyślać.
On też, nieraz widział ją nagą i lustrował wzrokiem rozwijające się ciało siostry. Byli w tej kwestii fifty / fifty. Jedno jednak musiała przyznać — nigdy, ale to nigdy, nie próbował się do niej dobierać, nawet po swojej osiemnastce, gdy pijaniutki wrócił do pokoju, który razem dzielili.
Teraz tkwiła w łóżku i czytała kolejne romansidło. Czasami była zła na siebie, bo jak się wkręciła, to nie mogła się oderwać, a potem te kilka kilometrów do szkoły, pedałując na rowerze, pokonywała na wpół przytomna. W myślach wtedy klęła na siebie, ale nie żałowała. Wczuwała się w przeżycia bohaterów, żyła ich troskami i bolączkami. Gdy pochłaniała kolejne opisy czułych uścisków i pocałunków, marzyła, by takie uczucie spotkało ją.
Żaden, znany jej rówieśnik nie odpowiadał marzeniom nastolatki. Tym było jedno w głowie. Poprzytulać się, wymacać w wolnym tańcu na zabawie w remizie i na koniec rzucić jakże prostackie „Może pójdziemy za remizę albo do stodoły?” Nawet ci starsi, tak się zachowywali.
„Polska rzeczywistość” — powiedział sobie w myślach, ale nie zamierzała zaprzestać czytania lektury. Wszak bohaterka miała na kolejnych stronach przeżyć upojną noc z ukochanym.
Pochłaniając kolejne kartki, poczuła, że poliki znów goreją, a tam na dole staje się mokra. Pochłaniała tekst, który coraz bardziej nabierał rumieńców tak jak i ona. W końcu zamknęła tomik, zgasiła lampkę. Czytając, zdała sobie sprawę, że nie rozumie niektórych stwierdzeń i wyrazów, ba całych zwrotów, które odnosiły się do ars amandi.
Gdy zamknęła oczy, ubrana w białą bawełnianą koszulę nocną, miała przed oczami wyobrażenie tamtych przeczytanych stron. Jednak tkwiły tam jakieś dziury.
„Poproszę panią Stefanię, może ona mi wytłumaczy o co w tym chodzi” — to myśląc, wsunęła palce w wilgotne miejsce.
Stefania była bibliotekarką, miłą, fajną i uczynną wdową. Męża pochowała niedawno, wypadek samochodowy, sprawca zbiegł z miejsca zdarzenia, prokuratura umorzyła sprawę. Dobiegająca sześćdziesiątki lekko grubawa kobieta, była jedną z nielicznych osób, które Ania szanowała i była dla niej autorytetem w tym małym środowisku. Zawsze potrafiła doradzić dziewczynie, dobrą lekturę, a rozmowy z nią… To była czysta przyjemność dla nastolatki. Pamiętała jak nieraz siedziały, nawet po zamknięciu obiektu i dyskutowały o odczuciach dotyczących przeczytanych opowiastek. Ania, gdyby mogła, nie wychodziła, by z biblioteki, a Stefania, raz do roku, w ramach konkursu na najlepszego czytelnika, obdarowywała ją nagrodą w postaci dyplomu i książki.
— Którą chcesz dostać? Mów śmiało — przypomniała sobie rozmowę nastolatka, przed ostatnią ceremonią. — Mów, bo na goły tyłek dostaniesz — dodała bibliotekarka, uśmiechając się dobrodusznie, a dziewczyna wiedziała, że ta by na nią ręki nie podniosła.
Dwóch synów Stefanii — Piotr i Paweł, czmychnęło w czasie stanu wojennego do Austrii, przez zieloną granicę, dlatego ją, z Poznania wraz z mężem skierowano tutaj za karę. Była podobno wcześniej nauczycielką na wyższej uczelni, a mąż inżynierem w zakładach badawczych. Tu znaleziono im posady — dla niej bibliotekarki, a zarazem kierowniczki wiejskiej świetlicy, a dla niego — sztucznie wygenerowane stanowisko w PGR, gdzie tak na dobrą sprawę niczym konkretnym się nie zajmował. Zdegradowani, zesłani na to zadupie, bez szans na powrót, choć światełko nadziei po ustrojowej zmianie się tliło.
— Jak ja bym chciała mieć taką córkę — te słowa bibliotekarki, Annie utkwiły w pamięci.
Drobne palce dziewczyny rozpoczęły grę na instrumencie, jaki miała między nogami. Najpierw spokojnie, by potem delikatnie przyśpieszyć, jednakże nie za szybko. Za ścianą, dało się słyszeć głośne chrapanie ojca, który skonany powrócił z „fuchy” i z pewnością, na sam koniec napojony przez gospodarza, nie miał zamiaru harcować z matką. Ta ostatnia, po dwunastogodzinnym maratonie w sklepie, bo właściciel owej placówki handlowej za nic miał kodeks pracy, marzyła tylko o tym, by się wyspać i stan męża był jej na rękę.
Gdy jedna z dłoni baraszkowała pomiędzy udami, druga poczęła stymulować, jędrne, krągłe i duże piersi. Ocierała całą wewnętrzna powierzchnia dłoni sterczące sutki, za chwilę
gniatając jedną półkulę, przy czy stymulowanie brodawek, dawało przyjemniejsze odczucie i większe doznania.
„I znów nie pójdę do komunii w niedzielę, a potem proboszcz będzie wypytywał w konfesjonale, dlaczego i co myślałam” — przeleciało jej przez myśl, ale potrzeba była silniejsza.
„To grzech” — ciało jednak pragnęło, a ona nie potrafiła temu się oprzeć. Chciała i grała na swoim instrumencie, tak jak sama się nauczyła: prosto, po wiejsku, bez podpowiedzi, zgodnie z wcześniejszym doświadczeniem.
Głębokie oddechy, napięcie i rozluźnienie ud, pulsujące łono, fala przyjemności i dreszcze przeszywające ciało, a na końcu uczucie odprężenia, bo nigdy nie przeciągała tego dalej, ciesząc się tym pierwszym uderzeniem.
„Będziesz się smażyć w piekle” — przeklęty wyrzut sumienia po tym, co zrobiła.
Zastrzyk przyjemności, tak bardzo potrzebny, a z drugiej strony wizja potępienia, bo to grzech. Przed jej oczami stawała siostra zakonna Stanisława, wiecznie niezadowolona, wiecznie wskazująca, jakimi to niedoskonałymi istotami jesteśmy.
— Przeznaczeniem kobiety jest rodzić dzieci i być posłuszną mężowi. Wchodzącą zachodnia moda wam powie co innego, ale w Panu nadzieja. Nie słuchajcie tego. Nasz papież… — w myślach widziała twarz zakonnicy, a te słowa, po spełnieniu Anny, tłukły się w głowie.
Nastoletnie ciało dziewczyny dochodziło do siebie. Przewróciła się na prawy bok, podłożyła dłoń pod twarz i zasnęła.
W sobotni poranek, gdy tylko pomogła rodzicom w domu, pędziła w kierunku biblioteki, mając w reklamówce ostatnią wypożyczoną książkę. Nie, nie chciała jej oddać; pragnęła przedłużyć wypożyczenie i jednocześnie dopytać bibliotekarkę o pewne niezrozumiałe dla niej rzeczy.
Wrześniowy dzień był pogodny, słońce jeszcze operowało tak jak w wakacje. Oparła rower o ścianę budynku i, pędząc jak szalona, wpadła do środka.
— Aniu, co się stało? — usłyszała na dzień dobry.
— Bo ja bym chciała…
— No mów, co.
— Ale się trochę wstydzę — powiedziała, rozglądając się dookoła.
— Nie ma nikogo. Mów. Chodź, pójdziemy do mnie jak zawsze. Teraz wykopki, przecież nikt tu nie przyjdzie — głos pani Stefanii był ciepły i serdeczny. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że kobieta traktuje ją prawie jak córkę.
Czajnik zagwizdał, postawiony wcześniej na gazowej kuchence w zapleczu biblioteki. Bibliotekarka zalała, kultową „gruzińską” i posłodziwszy przygotowany napój, postawiła szklanki w jakże typowych wtedy koszyczkach przed nimi.
— Co się stało, powiedz, bo widzę, że jesteś bardzo podniecona.
„Dlaczego padł ten wyraz? Czy to aż tak po mnie widać?” — przeraziła się Anna.
Kobieta dotknęła dłoni nastolatki, a ta nie cofnęła jej. Spojrzały sobie prosto w oczy, tak jak już nieraz to robiły. Bibliotekarka dostrzegła coś dziwnego i jako pierwsza zadała pytanie, odkładając szklankę z herbatą.
— O co chcesz mnie zapytać Aniu?
Pąsy i rumieńce, jakie wykwitły na twarzy dziewczyny, dały doświadczonej kobiecie jasny sygnał. To musiało być coś osobistego, skrywanego.
— Bo ja, czytając to… nie rozumiem paru rzeczy… co znaczy… — głos nastolatki się łamał, wbiła wzrok w podłogę i zacięła się w pewnym momencie.
Długo trwało wyjaśnienie, ale Stefania była dobrą słuchaczką. Nie przerywała dziewczynie, która zagmatwała się maksymalnie.
— Poczekaj, zaraz wrócę — poprosiła dziewczynę i udała się na zaplecze biblioteki.
Serce Ani biło mocno; nigdy w życiu nie otworzyła się tak emocjonalnie, jak teraz przed nią. Wiedziała, że ta kobieta jej nie wyśmieje, nie zasieje plotek, a wszystko zachowa dla siebie.
— Michalina Wisłocka. „Sztuka kochania”. Jeszcze nadal mam to w zbiorze dla pełnoletnich, ale masz. Ona wyjaśnia wszystko, tu dowiesz się wiele. Tylko trzymaj w ukryciu. To najlepiej zachowana pozycja. Te, które były wcześniej, to rysunki wydarli. Czytałam wcześniej, jeżeli masz zamiar zapytać czy warto teraz to zrobić… dziewczyno, zostaw swój skarb temu jedynemu. Obiecaj mi to. Warto.
Ania wstała i pocałowała kobietę w policzek.
— Dziękuję pani.
— Pamiętaj, seks to nie wszystko, fascynacja wygaśnie, dzieci was zajmą, a potem to…
Ania nie czytała. Ona połykała, a nawet dławiła się tym, co tam było napisane. Błogosławiła fakt, że miała pełną wersję. Te rysunki, to wszystko, czym się teraz napawała, było niczym w stosunku do tego, co wiedziała wcześniej.
Kiedy rodzice poszli do pracy, nie wiedziała, gdzie schować ów periodyk. Jeżeli wcześniejsze pozycje czytała jako soft erotyki, to tu dostawała mocny zastrzyk.
„Dlaczego tego nas nie uczono?” — zadawała sobie w myślach pytanie, czytając kolejne rozdziały.
Po przeczytaniu, w zaciszu swojego pokoju znów musiała to zrobić. Im częściej to robiła, tym mniej czuła się winna.
„Jestem jakaś zboczona?”
Wrzesień, dwa tygodnie po wypożyczeniu „Sztuki kochania”.
Przeklinała ten dzień Oddać taką pozycję. Pozbyć się jej. Zapisała sobie w pamiętniku, bo nigdzie indziej nie mogła, na samym jego końcu, jakieś rzeczy, by mogła sięgnąć po nie później, gdyby nie za bardzo rozumiała.
Znów była sobota. Wpadła do biblioteki na godzinę przed jej zamknięciem. Stefania powitała dziewczynę szczerym uśmiechem. Usiadły za stolikiem i przez chwilę milczały.
— I jak? Podobało ci się? Coś ci pomogło? — starsza kobieta zarzuciła nastolatkę pytaniami.
Ta tylko skinęła głową, nie mogąc z siebie wydobyć słowa.
— Ej, Aniu, co się dzieje, czemu nic nie mówisz? Zawsze byłaś taka rozgadana, a dzisiaj…
Dziewczynie trudno było wydobyć z siebie choćby zgłoskę. Lubiła bibliotekarkę, była dla niej bliską osobą, taką starszą koleżanką i mentorką. Jednak pytanie, jakie chciała jej zadać, było bardzo niezręczne i wstydliwe. Poliki dziewczyny płonęły. Rozejrzała się, czy nikogo nie ma w pomieszczeniu.
— No wyduś to z siebie wreszcie. Nikogo nie ma.
Dziewczyna nabrała powietrza w płuca i wreszcie zdobyła się na odwagę.
— No bo ja chciałam zapytać, ale się trochę wstydzę…
— Pytaj, pytaj o co chcesz, obiecuję, że nie będę się śmiała i nikomu nie powiem. Słowo Stefanii — to mówiąc, dotknęła drobnej dłoni dziewczyny położonej na blacie stołu, delikatnie ją głaszcząc.
— Czy to jest przyjemne? Bo tak tam jest napisane, i czy naprawdę tak jest cudownie, jak no… ludzie się… kochają… tak fizycznie — młoda osoba szeptała to tak cicho, że bibliotekarka ledwo usłyszała, a twarz dziewczęcia oblała się rumieńcem.
Starsza pani uśmiechnęła się dobrodusznie i dotknęła jej twarzy, bo Ania opuściła ją i wzrok miała wbity w politurę mebla.
— Tak, to cudowne uczucie, taka ekstaza, coś niesamowitego, ale do tego potrzeba czasu i doświadczonego partnera. Za pierwszym razem zaboli, to normalne, potem może nie odczujesz orgazmu przez kilka razy, ale tylko szczera rozmowa z chłopakiem, pokazanie mu, jak ma cię stymulować spowoduje, że będziecie razem się cieszyć z fizycznego kontaktu. Faceci też na początku to łapu-capu, szybko, bo oni to zawsze mają, ale z czasem to sama przyjemność dla obojga — bibliotekarka opowiedziała to tak spokojnie i wyczerpująco, że Ania była nieco zaskoczona otwartością rozmówczyni.
Zostały skruszone pierwsze lody. Ośmielona dziewczyna miała jeszcze kilka pytań.
— A ten pierwszy raz bardzo boli?
— Mnie bolało, ale nie tak znowu bardzo, poleci trochę krwi. Ważne, żeby chłopak był delikatny i czuły, no i żeby sam się nie wystraszył.
Wstyd i zakłopotanie minęły po tych pierwszych pytaniach. Starsza z kobiet zrobiła herbatę jak zawsze. Przegryzając ciasteczka rozmawiały.
— Jeszcze o coś chciałam… ale może nie, to za bardzo wstydliwe — ostatnie pytanie Anny, które chciała zadać, było mocno intymne.
— Pytaj. Jak nie będę chciała odpowiedzieć albo uznam, że to za bardzo osobiste, to nie odpowiem.
— No, to lizanie… tych naszych… tam na dole i branie chłopakowi do buzi jego… — tu dziewczę się zacięło na dobre i nie mogło wydobyć z siebie ostatniego wyrazu.
— Penisa.
Ania tylko kiwnęła głową.
— Tak, jest przyjemne, gdy nas tam mężczyzna stymuluje oralnie jak oni się czują, gdy bierzemy im członka w usta nie wiem, ale chyba dobrze, bo chcą.
„Dlaczego ona nas nie uczyła na WDŻ-cie, dlaczego matka nie chcę ze mną porozmawiać na te tematy jak Stefania. Dlaczego?” — zastanawiała się nastolatka i pomimo faktu, że chciała zadać jeszcze pytanie na temat miłości analnej, to nie zdecydowała się. Jakoś, wsadzanie sobie w pupę jakieś rzeczy ją nie pociągało, nie wyobrażała sobie tego.
— Poczekaj — rzuciła bibliotekarka, widząc, że dziewczyna ma zamiar już iść do domu. — Coś ci wypożyczę, choć nie powinnam, bo to od osiemnastu lat wzwyż, ale traktuję cię jak córkę, trochę złamie przepisy — dodała i zniknęła za regałami.
Ania cała była jak chodzący skład materiałów wybuchowych. Wystarczyłaby iskra, a dziewczyna by eksplodowała. Teraz jeszcze takie zaskoczenie. Stefania miała dla niej coś ekstra.
— Masz, to ostatni nabytek, jeszcze go nikt nie wypożyczył. To „Album intymny”, Zbigniewa Lwa Starowicza. On to taki męski odpowiednik Wisłockiej, ale ją bardziej wolę, bo to kobieta i pisze tak po babsku. Tylko dobrze schowaj i nie pokazuj nikomu — powiedziała, kładąc na stole pachnący jeszcze farbą drukarską periodyk. — I musisz zwrócić za tydzień, bo już się o niego ktoś dopytywał, ale skłamałam.
— Dziękuję, dziękuję pani. Pani jest… — Anna nie kryła radości i pocałowała starszą kobietę w policzek.
— Nie ma za co. Tylko pamiętaj, tydzień i zwracasz, i nikomu nie pokazuj ani się nie chwal — usłyszała. — I nie spiesz się z tym, nie warto dać skarbu dziewictwa byle komu, pierwszemu lepszemu. Lepiej zachować dla ukochanego, on jak będzie dobry i mądry doceni, a ty ofiarujesz mu coś, co nie ma ceny. Nie spiesz się, nie tędy droga.
— Obiecuję, przysięgam, nikomu nie powiem i nie pokażę.
Pożegnały się. Annę, aż korciło, aby po drodze, choć tylko zerknąć, tak na jedną lub dwie strony. Zaspokoić pierwszą ciekawość. Pamiętała jednak słowa bibliotekarki.
Z soboty na niedzielę nie spała całą noc, pod kołdrą, przy latarce oglądała album. Te zdjęcia, rysunki, opisy, to wszystko, połykała w trybie ekspresowym, by po pobieżnym przejrzeniu i pierwszej tej nocy masturbacji, teraz już dokładniej czytać ponownie wszystko i napawać wzrok grafiką.
Znów była podniecona, znów cipka stała się wilgotna. Palce same znalazły drogę do muszelki, a wnętrze od dawna napraszało się pieszczot. Nad ranem, gdy zaczęło świtać postanowiła zrobić to inaczej niż wcześniej. Wypięła pupę do góry, a twarz ułożyła na poduszce. Jedna z dłoni, stymulowała łechtaczkę, druga zaś piersi.
Oparta tylko głową o poduszkę, wbiła się w nią tam mocno, że ta zatkała jej prawie usta. Fale przyjemności, teraz jakieś mocniejsze i to drżenie ud, całego ciała. Padła po drugiej masturbacji, tak oszołomiona i szczęśliwa jak nigdy.
„Ja jestem zboczona, naprawdę zboczona, ale to jest takie przyjemne” — to się ganiła, to rozgrzeszała.
Wsadziła album pod poduszkę i padła spełniona. Nawet nie wiedziała, kiedy zapadła w głęboki sen.
Całą niedzielę chodziła półprzytomna i nawet tato to zauważył. Zbyła go krótkim stwierdzeniem, że ma migrenę i źle się czuje.
— A może masz ciotkę? Jucha ci tam nie leci? Migrenę to mają miastowe — no cały ojciec, prostak w pełnej krasie. Znawca miastowych kobiet, tylko, jakby go zapytać, kiedy był w Krośnie, to trudno byłoby mu odpowiedzieć, o stolicy, czy Krakowie nie wspominając.
Matka omiotła go tylko chłodnym spojrzeniem, a ten, widząc to zamilkł.
„Boże, co ta mama w nim widziała?”
Tydzień później.
Cała w skowronkach pedałowała w kierunku biblioteki wiejskiej. W sklepiku, nie w tym, gdzie pracowała matka, kupiła dla Stefanii czekoladę, taka najtańszą, bo na lepszą ją nie było stać, Znów zakład zalegał jej z płatnością za pracę, choć szyto na potęgę. Takie, to były uroki kapitalizmu w nowej Polsce. Trudne, bolesne i cholernie uderzające w tych na samym dole.
Album przeczytała i przeglądała do ostatniego dnia. Zgodnie z daną obietnicą nikomu się nie pochwaliła, żadnej osobie nie pokazała. Gdy jechała do szkoły, chowała go na strychu, tam, gdzie od dawien dawna nikt nie wchodził.
Przez te dni, gdy go oglądała, gdy wzrokiem połykała ilustracje i czytała, jaka pozycja ma swoje zalety i wady, co stymuluję bardziej kobietę, a co faceta, to czuła podniecenie. Pochwa stawała się wilgotna, myśli krążyły tylko wokół tego.
Zaspokajała się codziennie i dlatego rano wstawała nieco zmęczona i niewyspana, bo czekała, aż rodzice usną. Tak, dwa, czy trzy razy dało się słyszeć przez ścianę pojękiwania matki i sapanie ojca. To był dodatkowy bodziec dla nastolatki, ale według niej to oni… no sama nie wiedziała, jak to określić. Ta ich miłość fizyczna nie była taka, jaką sobie wyobrażała.
Oparła rower o ścianę remizy i szybkim krokiem ruszyła do wnętrza budynku. Kolejna sobota, jak zawsze przybyła na godzinę przed zamknięciem, gdy tylko pomogła rodzicom w gospodarstwie.
W tym dniu, jednak nie była ubrana tak jak zwykle. Pragnęła posiedzieć dłużej. Podziękować Stefanii za to, co dla niej robiła. Porozmawiać z nią jak ze starszą, doświadczoną przyjaciółką, zadać to pytanie, które nie zadała ostatnio. Przecież ta kobieta, była dla niej, jak matka i nieraz mówiła, że chciałaby mieć taką córkę jak ona.
Wyglądała nieco może komicznie, zaiwaniając na poczciwym rowerze Wigry w krótkiej plisowanej spódniczce sięgającej delikatnie powyżej kolan, białej bluzce, lekkim kremowym sweterku, bo powoli stawało się chłodno, czarnych rajstopach w delikatne grochy i białych tenisówkach. Ot, taki, jakby to młodzi w tych czasach powiedzieli, look wiejskiej dziewuchy, ale przecież ze wsi się wywodziła.
„Dopytam się Stefci jeszcze o to, choć dawno jej we wsi nie widziałam” — w myślach już miała pytania do swojej mentorki.
Nacisnęła drzwi wejściowe do biblioteki i wparowała do środka, dzierżąc w ręku opakowany w szary papier album. O dziwo, był ktoś. Starszy pan, teraz poznała Kwiatkowskiego, miejscowego emeryta, który stał przy biurku i jeszcze młodszą od niej Lucynę, córkę policjanta z posterunku, który mieścił się przy kościele.
— Na pewno to będzie dobre, polecasz — usłyszała i coś jej nie pasowało, bo starszy pan, w życiu na ty nie zagadałby do Stefanii.
— Tak, do dobry kryminał, wczoraj wrócił, już do mnie dzwonił pan Tobiasz i dopytywał o niego — dał się słyszeć męski głos.
Kwiatkowski minął ją, a Anna stanęła jak wryta, widząc za biurkiem Tomasza, starszego brata Kasi, z którą chodziła do podstawówki.
Nogi nastolatki ugięły się, świat zawirował. Miała ochotę wyjść stąd jak najszybciej, ale nie była w stanie. Stała i patrzyła na niego, a on na nią. Coś ją zatrzymało, blokowało, odjęło siłę i moc, by podjąć decyzje o wycofaniu się.
— Cześć młoda, co przyniosłaś? — zapytał i ruszył w jej kierunku.
Nim zdołała coś zrobić, ten wyciągnął spod pachy dziewczyny książkę i wrócił za biurko.
— Zapraszam — dodał, wskazując jej krzesło przy meblu.
Gdyby mogła, wybiegłaby stąd i wskoczywszy na rower z trzecią prędkością kosmiczna wróciła do domu, ale tak się nie stało. Tkwiła niczym kołek w płocie i patrzyła jak dwudziestoparoletni Tomasz otwiera album, szuka jej karty, by odhaczyć, że zwróciła wypożyczoną knigę.
„Gdzie jest Stefania?" — to nastolatce tłukło się we łbie.
— O dobrze, że pozycja zwrócona, bo czytelnik się pytał — rzucił i jakoś dziwnie się do niej uśmiechnął. — Idź sobie coś poszukaj, o tam — wskazał regał dłonią. Poszła.
Tomasz, brat Kasi, z którą chodziła do szkoły, był starszy od niej o dziewięć, góra dziesięć lat. Student ostatniego roku, ale czego to już nie pamiętała, bo ów zmieniał szkoły dość często.
Najpierw Politechnika w Rzeszowie, ale tam nie zagościł długo, do pierwszej sesji. Potem, coś w Krakowie, ale znów nie pyknęło. Uwalił rok, gdzieś się przeniósł, bo panicznie bał się, że go wezmą do wojska.
Kaśki nie lubiła. Te jej świdrujące oczy, ten charakter plotkary, którą rajcowały wszelakie intrygi. Tylko, to była ustawiona rodzina. Niezbyt lotna Kasia, była teraz tam, gdzie aspirować chciała Anna. Nieważne było co masz w głowie, ważne było, komu posmarujesz.
Matka, przewodnicząca Rady Parafialnej walcząca katoliczka, która byłaby skłonna wywołać kolejną krucjatę, w obronie jedynej słusznej religii. Wdowa, bo maż kipnął nagle na zawał, dwa, czy trzy lata temu. Wanda, bo tak na imię miała matka Tomasza pracowała w szkole jako intendentka, ale zamierzchłych latach. Gdy nastała „Solidarność” zrobiła nagły obrót wraz z ojcem Tomasza i Kasi. Internowanie męża, ona biedna z dwójką dzieci. Faktem było, że należała do PZPR, podobnie jak mąż, ale teraz przeszłą do opozycji. Takie to były chorągiewki, które wiedziały, kiedy się obrócić.
Msze za Ojczyznę, odprawiane przez proboszcza, paczki z Zachodu, ale cholera, te najlepsze z ciuchami i fruktami trafiały do jej znajomych i rodziny. Zaangażowała się matka Tomusia tak bardzo, że na wsi grzmiało, czy aby nie została nałożnicą księdza, bo często noce spędzała na plebanii, tłumacząc się później, że dzieli dary i tak jej zeszło do rana.
Tomaszek też był jakiś dziwny, nie ciągnęło go do dziewcząt, zawsze jakiś wycofany, samotnik. Przyspawany do kościoła, był ministrantem, potem wskoczył na wyższą półkę, prawie drugi po księdzu. Zawsze przy proboszczu, a ten miał teraz dużo do powiedzenia.
W tej wiejskiej społeczności, ją i jego dzieliła spora różnica. Rodzina Tomasza, ustawiona, uznawana mająca głos. Jej rodzice — biedacy, odpad z PRL-u, ludzie bez szans i dobrych rokowań.
Brat Ani nigdy o nim nie wypowiadał się dobrze. Coś w tym musiało być. Tylko co? Tego nastolatka nie wiedziała.
— Tak, to lektura, za dwa tygodnie do zwrotu. Jasne! — oj, jaki Tomaszek był ostry w stosunku do Lucyny.
A podobno w podstawówce był pipą. Chłopaki z jego rocznika się śmiali, ale to on, a nie oni był na studiach. Tylko że 80% jego kolegów, założyło rodzinę, mieli dzieci, a on?
Stała przed regałem i sama nie wiedziała, co wybrać. Ta sytuacja ją zaskoczyła. Nie tak miało być, nie on miał tu siedzieć.
„Wracam do domu, podjadę do Stefanii, zapytam, co się stało” — przeszło dziewuszce przez myśl i ruszyła do wyjścia, nie wybierając nic.
— Znalazłaś coś? — zapytał, a Ania chwilowo omiotła go wzrokiem i dostrzegła jak wstaje zza biurka.
— Nie, pani Stefania mi zawsze dobrze doradzała, poczekam, aż wróci — odparła szeptem, tak, by nikt nie usłyszał.
— Jak wyjdziesz, to ona tu nie wróci, a jak wróci, to wywalą ją dyscyplinarnie. Umiem liczyć, nie masz osiemnastu lat, nie powinna ci wydać tej pozycji — usłyszała i nogi dziewczyny po raz kolejny stały się miękkie.
Nacisnęła klamkę drzwi, ale te się nie otworzyły, musiał je zamknąć po wyjściu ostatniej klientki.
— Wypuść mnie! Już! — zaprotestowała.
Zbliżył się. Stanął dosłownie krok od niej i patrzył jakimś dziwnym wzrokiem.
— Będę krzyczeć — ostrzegła.
— Droga wolna panno. Proboszcz, rodzice, moja mama, Kasia, dowiedzą się co z ciebie za ziółko. To ja byłem tym, któremu zależało na tej pozycji i dobrze wiem, co wypożyczasz. Sprawdziłem kartę, ostatnie dwie pozycje to same bezeceństwa. Stefania pojechała, bo jej siostra jest w szpitalu i szybko napisała prośbę o zastępstwo, a ja studiuję bibliotekarstwo. Rozumiesz? Potem ma sanatorium, dwa tygodnie.
Wszystko, w tym momencie dziewczynie się zawaliło. Nawet nie zareagowała, gdy Tomuś wziął ją za rękę i wprowadził za regały biblioteczne. Poddała się temu. Tkwili na samym końcu, tam, gdzie była sekcja dla dorosłych.
Odwrócił ją i lekko popchnął na drewniany mebel. Poczuła jak jego dłonie objęły jej ciało, a on sam przylgnął do niej.
— To jak? — padło pytanie, wyszeptane do ucha z nastolatki.
Nim zdołała odpowiedzieć, Tomasz obie swe dłonie położył na piersiach Ani. Oplótł ramionami ciało dziewczyny, tak że nie mogła się ruszyć. Była zablokowana, dopchnięta do regału. Bezbronna.
— Nie rób mi krzywdy proszę. Ja nie chcę. Błagam.
— Popieścimy się tylko teraz albo Stefka leci na bruk, prawie przed emeryturą.
W głowie młodej dziewczyny kłębiło się sto myśli. Obce dłonie rozpinały guziki sweterka.
„Co zrobić, co począć?
Wszak jej mentorka chciała dobrze. To nie Stefania była winna, to ona powinna się wycofać w momencie, gdy dostrzegła Tomasza. Zrobić w tył zwrot, wsiąść na rower i odjechać, a kara za zwłokę? Zapłaciłaby ją za jakiś czas. Trudno.
— Ale tylko pieszczoty, nic więcej? — szepnęła.
Nie usłyszała odpowiedzi, palce mężczyzny rozpinały kolejne guziki swetra, przy okazji ugniatając piersi. Był nieco pochylony nad nią, wszak górował wzrostem. Czuła ciepły oddech na karku, docisnął się do niej tak blisko, że wyczuła, że miał erekcję.
Żywiła nadzieję, że ją nie zgwałci, ot tak tylko wymaca, jak to chłopaki w podstawówce nieraz robili w żartach. Tylko tamci byli gówniarzami, a on dorosłym facetem.
Zsunął jej sweter z ramion, a ten zatrzymał się na łokciach, Skrzyżowanymi rękoma starała się bronić obu półkul, Zdziwiło ją, gdy poczuła jak delikatnie muska ustami jej kark. Nie, to nie było jak z opisów w romansidłach, robił to jakoś tak niezręcznie, bez uczucia. Mogła przypuszczać, że czyni to pierwszy raz.
Długie palce jednej z dłoni pracowały teraz przy drobnych guziczkach bluzki, drugą ręką odciągał w dół dłonie Ani. Pomimo faktu, że napięła mięśnie górnych kończyn była na przegranej pozycji.
— Zsuń ręce — wydał jej polecenie szeptem, przerywając wcześniejsze pocałunki.
— Nie rób mi krzywdy…
— Nie zrobię, opuść ręce — wyszeptał ponownie.
Rozpinanie drobnych guzików nie szło mu najlepiej. Nic w tym dziwnego, nie miał wprawy. W końcu udało mu się rozpiąć pierwsze dwa od góry. Wtedy skapitulowała i opuściła obie dłonie, wierząc w to, co powiedział.
Położyła ręce wzdłuż ciała. Znów zaczął całować jej kark i włosy. Wyprostowywała i zginała na zmianę palce swoich dłoni, naprężała się, powoli, unosząc ciało, lecz jego oparta na ramieniu dziewczyny broda blokowała ruch ku górze. Gdy poczuła jak obmacuje piersi przez materiał bawełnianego, białego biustonosza, przymrużyła oczy.
Dłonie mężczyzny przez chwilę ugniatały je, by po chwili wsunąć się pod miseczki stanika.
— Och — wydała z siebie odgłos i czuła jak tam na dole staje się wilgotna.
Nie chciała się podniecić. Nie z nim! On nie był tym wymarzonym, wyśnionym, to był zwykły brat koleżanki z klasy. Brodawki od pewnej chwili stały się twarde i sterczące. Gdy je musnął westchnęła tylko.
To jej przyzwolenie, tylko rozochociło Tomaszka. Nie miał zamiaru zakończyć na wymacaniu piersi. Opuszkami palców uchwycił sterczące sutki i począł je, jakby pociągać.
— Boli — jęknęła cichutko, bo rzeczywiście nie było to przyjemne odczucie.
Przestał i ośmielony uniósł obie miseczki biustonosza dziewczyny ku górze jedną z dłoni, a drugą, pociągnął za bluzkę, tak że pozostałe guziki puściły i poleciały na podłogę.
Ania sama nie wiedziała, co ma zrobić. Z jednej strony Tomasz stawał się coraz bardziej zaborczy, z drugiej podnieciła się, a co gorsza, tego drugiego nie chciała, ale jednak tak się stało. Znów ruchem dłoni zsunął kolejną część garderoby nastolatki do łokci, tak że rękoma nie za bardzo jak mogła poruszać.
Chwycił obie piersi od dołu i począł mocno ugniatać. Nie, to nie było dla dziewczyny przyjemne odczucie. Teraz zdała sobie sprawę, że on nigdy z kobietą nie był. Czy ją to uspokoiło? Może trochę. Tkwiła na stojąco, od czasu do czasu, przestępując z nogi na nogę, ze zwartymi udami.
Łydki i kolana drżały, nie wiadomo, czy ze strachu, czy z podniecenia. Bawełniane figi w kroczu stawały się coraz bardziej wilgotne.
Ugniatał piersi, chwytając je z góry z dołu, z boku. W pewnym momencie począł to robić, tak jakby chciał wydoić krowę. Jedyną przyjemność z tych pożal się Boże pieszczot, jaką odczuwała — gdy przesuwał wewnętrzną część dłoni po nabrzmiałych sutkach.
Nie mówiła nic, nie naprowadzała go. Była zestresowana, a zarazem podniecona. Mix, strachu, wstydu, zażenowania. Mieszanina nie do opisania.
Przesunął głowę do przodu, jakby chciał ustami dostać się do cycuszków, ale nie dał rady. Uniesiony biustonosz zasłaniał je, a po drugie musiałby mieć szyję jak żyrafa, aby tam sięgnąć. Gdy natarł na Anię ciałem, próbując to zrobić, ta głową oparła się na regał z książkami nieco się pochylając.
Wtedy poczuła jak prawa dłoń Tomaszka posuwa się po jej ciele w dół. Lewą nadal ją obejmował pod pachą i nie przestawał ugniatać prawej piersi, wykonując teraz koliste ruchy.
Czuła jak dłoń faceta zsuwa się po boku i dochodzi do bioder. To spowodowało, że jeszcze mocniej zwarła uda.
— Nie — pisnęła cichutko, lecz on nic nie odpowiedział.
Majstrował przy zapięciu spódnicy. Starała się poruszać biodrami, odwrócić się jakoś, lecz nic z tego nie wychodziło. Kręciła ciałem bez ładu i składu. Guzik został rozpięty, potem odsunięty zamek. Mogła rozszerzyć nogi, by spódnica zatrzymała się, lecz nie była w stanie. Ta zsunęła się i opadła na podłogę.
U góry obnażona, z piersiami na wierzchu, na dole w samych rajstopach, figach i tenisówkach, a za jej plecami on. Ugniatający prawego cycuszka i przesuwający prawą dłoń w kierunku krocza dziewczyny.
Czuła szeroko rozpostartą dłoń na udach, najpierw na zewnętrznej stronie, a potem wsuwającą się pomiędzy wewnętrzną część. Długie palce mężczyzny torowały sobie drogę, wsuwał je na siłę.
Łydki drżały, podobnie jak biodra, w majteczkach było mokro, a on uparcie dążył do jej gniazdka.
— Nie… proszę… nie… ja jeszcze nigdy — dukała szepcząc i mając nadzieję, że go to powstrzyma.
Nic nie mówił, czuła tylko coraz wyraźniejszy oddech faceta. Od tyłu swoją nogę próbował wsunąć pomiędzy zwarte kończyny Ani, kolanem, torując sobie drogę.
Udało mu się. Sprawnie wpakował dłoń pomiędzy uda Ani. Momentalnie dwa palce Tomasz zaczęły ocierać się o krocze dziewczyny, wykonując najpierw powolne ruchy do przodu i do tyłu.
Nie była w stanie się tak twardo opierać. Poprzez materiał rajstop i fig drażnił wargi sromowe. Dodatkowa stymulacja prawej piersi kruszyła jej opór. Zagryzła wargi, zmrużyła oczy i zwolniła uścisk ud.
O to mu chyba chodziło. Teraz całą dłonią ocierał się o krocze dziewczyny. Przyśpieszał ruchy palców, od czasu do czasu je, zaciskając, jakby chciał uchwycić przez materiał jedną z warg.
Dla Ani były to silne bodźce. Nie chciała odczuwać przyjemności z tego macania, ale tak się działo. Kręciła jeszcze biodrami, ale ruchy tych stawały się coraz słabsze, a działania Tomasza coraz odważniejsze.
Była cała w rumieńcach, rozpalona, z jednej strony gotowa się wyrwać, ale zdająca sobie sprawę, że stymulacja osłabia wolę. Zaczęła głęboko oddychać, coraz częściej zdarzało jej się westchnąć.
Poczuła dłoń na swoim brzuchu. Bez pardonu wsuwała się pod rajstopy i figi.
„Nie, nie, nie mogę, nie może” — przeleciało dziewczynie w głowie.
Palce przesuwały się po owłosieniu łonowym, dążąc do wyznaczonego celu.
— Nie, nie wkładaj mi głęboko, nie — błagała, piskliwym głosem.
Poczuła je na wzgórku łonowym, a po chwili bezwstydnie paluchy dotykały sromowych warg. Ślizgały się po nich. Jeden z palców zaczął wykonywać zgięcia, pozostałe obmacywały narządy Ani.
Dziewczyna wiedziała, że Tomaszek musiał zdać sobie sprawę, że jest podniecona. Nawet jeżeli nie miał kobiety wcześniej, to z pewnością wyczytał to w książkach albo usłyszał od kolegów. Na razie nie penetrował wnętrza paliczkami, Bardziej badał strukturę jej płatków. Dotykał ich powierzchni, przesuwał się po nich.
Przeklinała siebie, że pozwoliła mu na to, że nie zaczęła krzyczeć. Być może ktoś by usłyszał, ktoś pomógł. Teraz było za późno. Opór malał.
„Niech tylko znajdzie łechtaczkę i po mnie.”
Niestety, Tomasz tylko wiedział, że kobieta ma łechtaczkę, ba czytał nawet o magicznym punkcie G, ale jak owa pierwsza rzecz wygląda i gdzie ulokowana jest to w teorii tak, a w praktyce nie, bo nigdy z kobietą przyjemności nie miał. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że kilka razy, operując paliczkami w muszelce Ani otarł się o ten organ, a ona jęknęła tylko i ciało dziewczyny przeszedł delikatny dreszcz.
Nastolatka jeszcze jakoś się broniła, ale słabła w defensywie. Uda mimowolnie rozchylały się, wnętrze pulsowało i stawało się ciepłe. Gdy któryś z palców wsunął się zbyt głęboko, podnosiła się na palcach i wyginała ciało.
— Nie! Za głęboko, nie! — jęczała, bojąc się, że paluchy mężczyzny naruszą błonę dziewiczą.
Dobrze wyczuł, kiedy już była na skraju oporu. Wtedy zwolnił lewą rękę i sprawnie nią rozpiął rozporek.
Anna nie zdołała zareagować. Była już tak wymęczona tym, co się tu działo i doprowadzona do takiego stanu, że nie mogła zadziałać natychmiast. Poczuła tylko jak pomiędzy udami znalazł się twardy męski organ, a Tomaszek począł wykonywać frykcyjne ruchy.
Nie, nie penetrował jej wnętrza. Fallus ocierała się o jej krocze. Był bufor rajstop i fig.
— Nie rób tego, nie rób — błagała urywanym głosem, obawiając się, że za chwilę kutas Tomka zagości w cipce.
Mężczyzna począł mocniej oddychać, sapać. Lewą ręką nakierował kutasa, tak, by ten ocierała się o nylon. Przestał ją stymulować, obie dłonie położył na udach dziewczyny, dając wyraźny znak, by je zwarła.
„Co on robi, co się dzieje?” — Ania była zaskoczona. Najczarniejszy scenariusz odpływał, choć wszystko się jeszcze mogło zdarzyć.
Zsunęła dolne kończyny, tak jak to zasugerował. Tomasz wyprowadzał najpierw płytkie, a potem mocniejsze pchnięcia, operując pomiędzy udami dziewczyny. Ocierał się o krocze, i to ponownie dawało jej przyjemność.
„Dobrze, niech skończy”, niech tak skończy”.
Gdy zaczął jęczeć, sapać i przyśpieszać ruchy, które na dodatek stawały się coraz głębsze, zdała sobie sprawę, że za chwilę nastąpi finał. To ocieranie, znów ją podnieciło. Figi miała przesiąknięte po całości.
— Ooo och — jęknął, ułamek sekundy wcześniej wydając z siebie nieartykułowane dźwięki.
Jeszcze kilka mocnych pchnięć, konwulsje jego ciała, jakie odczuła, będąc w bliskości i nagle opadł na nią jak kukła.
Nie zdołała się utrzymać. Oboje runęli na podłogę biblioteki.
Wyczołgała się spod niego. Teraz dojrzała na rajstopach białe smużki spermy. Wstała i szybko nakładała na siebie zsunięte ubrania. To był ten moment, by stąd czmychnąć.
Ania była spostrzegawczą osobą. Gdy szli tam za regały, dojrzała pęk kluczy w otwartej szufladzie.
Gdzież jemu było do jej brata. Tamten sprawny, pewny siebie, wysportowany dorwały ją w połowie drogi. Gdy prawie biegiem, w locie, zapinając guziki swetra dopadła biurka i chwyciła klucze, Tomasz dopiero się podnosił.
Wtedy zobaczyła jego kutasa. Zwisającego, niewielkiego, w całości okrytego skórką, z takim smoczkiem na końcu.
— Poczekaj Ania, poczekaj — wreszcie się odezwał.
Nerwowo przymierzała klucze do zamka. Udało się. Nim doszedł do niej była na zewnątrz i pędziła do postawionego przy płocie bicykla.
— Ania! Poczekaj! Stój! — gonił ją głos Tomasza.
Wskoczyła na rower i mocno nacisnęła na pedały. Pędziła jak szalona do domu.
„Boże, jego plemniki na rajstopach, tam w kroczu, moje wilgotne majtki. Czy nie zajdę w ciążę? — tłukło się głuptasce w głowie.
Ot, poziom edukacji na zajęciach z WDŻ w wiejskich szkołach. Pomimo faktu, że czytała Wisłocką, liznęła Starowicza, to nadal ciemnogród królował. Wszak zakonna siostra mówiła, że… to, co mówiła można było sobie między bajki włożyć. O seksie — cicho, bo to tabu, ale wywalić trzynastolatkom film „Niemy krzyk”, gdzie rozczłonkowane płody oglądasz, to tak.
Tomasz zbierał się po tym seksualnym spektaklu. Po raz pierwszy dotykał kobiety, a to, że była to rówieśniczka jego siostry, dużo młodsza od niego, to szczegół.
„Chyba jestem OK, wilgotna tam na dole była, podobało jej się to. Dobry jestem” — oceniał swe działania.
Szkoda mu było, że uciekła, ale nic nie było stracone. Miał tę wieśniaczkę w garści.
„Następnym razem będzie lepiej, dam jej… — i tu na chwilę jego zachwyty przyćmił pewien fakt.
Miał chyba stulejkę albo takie zwężenie napletka, że poza to wybrzuszenie fajfusa, skórki sobie nie mógł ściągnąć, a jeżeli już to ta nie mogła powrócić naturalnie na swoje miejsce.
Pamiętał, jak się kiedyś masturbował i sobie to zrobił. Potem lament i jazda i olaboga, bo okazało się, że miał załupka. Ciasny napletek pozostał mu wtedy za rowkiem zażołędnym i za nic w świecie nie chciał powrócić do poprzedniego stanu. Udało się jakoś, pomogła bliska koleżanka matki, Stasia. Zrobiła jakiś okład na kutasa, nałożyła jakąś maść czy coś i odwiodła skórkę.
Ale wtedy dostał pasy od matki, a potem od ojca, i to przy młodszej siostrze na gołą dupę. Stasia zastrzegała, że nikomu nie powie i chyba słowa dotrzymała. Tomasz przyjaźnił się z jej najstarszym synem — Damianem, młodszym o dwa lata, teraz klerykiem. Duma pani Stasi i duma całej wsi.
Damian był po obłóczynach. Miał trafić tutaj, na swoją wioskę, na wikarego. Miejscowy proboszcz miał dużo do powiedzenia w kurii, wszak to był „walczący ksiądz”, drugi Jankowski, przecież z nim miał zdjęcie. Ci teraz „bohaterowie” w tych latach błyszczeli. Brylanty, szafiry, słowem niezłomni, gdzie spora ich część była współpracownikami UB i tylko fakt, że „Okrągły Stół” załatwił to wszystko… Wszystko wyszło później, a teraz byli królewiątkami, bohaterami. Bo gdyby nie nasz papież, bo gdyby… — grzmieli z ambony.
Prawda była brutalna, ale nikt tego nie chciał przyjąć. Gdyby nie wyścig zbrojeń pomiędzy Wschodem a Zachodem, to ZSRR by nie upadł.
Potem w myślach przeszły mu baty kablem od prodiża, od matki, gdy przyłapała go jak masturbował się rajstopami. Wzdrygnął się na samą myśl o tym. Młodsza siostra go nakryła i od razu poleciała do matki.
Obtarł kutasa szmatką będącą przy kuchence.
„Podnieciła się, to jest ważne, jestem prawdziwym facetem” — ocenił siebie i zaczął gasić światła w bibliotece.
Miał zamiar wrócić do domu, ale po drodze spotkał Damiana. Objęli się jak bracia.
— Coś ty taki rozpalony, zadowolony jesteś, jakbyś w totka wygrał — rzucił kleryk.
— A bo wiesz.
— Dawaj do mnie, pogadamy — zaproponował przyszły klecha i pociągnął starszego kolegę za sobą.
Nie było żadna tajemnica we wsi, że Tomaszek miał słabą głowę i po gorzałce stawał się rozmowny. Nieraz wykorzystywał to proboszcz, pojąc go mszalnym winem. Matka nie trawiła go pijanego, ale gdy padło, że walił z klechą, było momentalne rozgrzeszenie i zero pretensji.
— Co tam u ciebie, mów? — zapytała kleryk, zasiadając na wersalce w swoim domu i odganiając dwóch upośledzonych braci. — Dobrze Piotrek, dobrze Paweł, przyszedł Tomek, porozmawiamy, potem z wami pogadam. Dobrze? — zbył ich obu.
Posłuchali się brata. Dwójka mężczyzn pozostała sama w pokoju. Damian wyciągnął z barku markowy koniak i polał do kieliszków.
— Ej, ty…
— Nie pierdol, pij, stać mnie — zgasił Tomasza kolega.
Zaczęli konwersację od pierdół. Wspomnienia starych znajomych, kto umarł, miejscowe ploty. Gospodarz polewał szybko, a Tomaszkowi robiło się coraz bardziej przyjemnie i stawał się cholernie rozmowny.
— A dziewczyny u ciebie, jak tam? — zadał mu pytanie przedstawiciel watykańskiego państwa.
— Słuchaj, dzisiaj, ale nie powinienem mówić…
— Mów Tomek, prawie księdzem jestem. Mów.
— Ale dzisiaj Damian miałem, ale miałem… — zaczął Tomaszek.
Kto ma najlepszy wywiad na świecie. Jedni mówią Mossad, inni GRU, trzeci CIA. Wszyscy są w błędzie. Najlepszy wywiad ma Watykan. Nie płaci agentom, oni sami w kruchcie przekazują dane.
— Aleś się sponiewierał — stwierdził, układając kolegę na otomanie.
Wyciągnął z niego, to co potrzebował. Ułożył kolegę i nakrył kocem. Otworzył drzwi i wszedł do pokoju matki. Ta podniosła się z łóżka.
— Coraz trudniej mi z nimi synu, mają osiemnaście lat, kutasy im stają, już nie zwracam uwagi, że sobie konia walą — zaczęła.
— Twój krzyż matko. Modlę się za nich. Leć do Golińskich i powiedz, że Tomasz jest u nas, niech się nie martwią — nie poprosił, to było polecenie. — Oni się masturbują, to grzech, nie powinnaś pozwolić — skarcił matkę, następnym zdaniem.
Podniosła się z łóżka i narzuciła na gołe ciało sukienkę sięgająca kostek. Bez słowa sprzeciwu skierowała swe kroki w nakazanym przez syna kierunku.
On sam ruszył w kierunku plebani.
— Obudź się kurwa, obudź się! — usłyszał Tomasz, będąc jeszcze mocno nawalony.
Nie pamiętał za bardzo, co stało się wczoraj. Był przykryty kołdrą, chyba w domu Damiana, na wersalce.
Gdy otworzył oczy, dojrzałą że stoją nad nim proboszcz i kleryk. Momentalnie zerwał się z łóżka.
— Oj Tomaszu, Tomaszu — usłyszał od starszego z mężczyzn.
— Co? — tyle z siebie w tym stanie mógł wyrzucić.
— Chujów sto, zbieraj się! — wczorajszy kompan zaklął ostro.
Wpakowali Tomka do samochodu i dowieźli na plebanię.
— Bierz go pod prysznic, musi dojść do siebie.
Bez zażenowania rozebrali go do naga i wrzucili do wanny. Mocny strumień lodowatej wody, chwilowo ocucił bibliotekarza.
Myli go zimną wodą, z lubością polewając narządy płciowe Tomaszka. Moszna mu się zmniejszyła, kutas stał się malutki. Nagiego przenieśli do pokoju.
— Słyszysz mnie? Kumasz? — Tomaszowi się to jeszcze wszystko zlewało.
— To Ania, to od tych na końcu wsi? To ona? — zadawał pytania proboszcz.
— Taa, ona — zdołał z siebie wyrzucić, chwilowo ocucony.
Na pierwszej mszy jej nie było, na drugiej podobnie. Nie, pleban nie wierzył, że to dziewczę nie przyjdzie. Ono musiało, bo tak ją nauczono. Wpajał i tresował to wiejskie stadko odkąd tu przybył. Tylko ta Stefania i stary komuch Tomasiak, to były ciernie w jego parafii.
Była, o szesnastej. W skromnej pastelowej sukience, cielistych rajstopach i lekkiej kurteczce. Jej rodzice byli wcześniej, ojciec znów wyglądający, jakby tankował gorzałę przez tydzień.
Obudzili Tomasza, nie wyglądał najgorzej. Minęło kilkanaście godzin. Obaj nawalili mu do głowy co ma tej dziewczynie powiedzieć. Na szesnastej zawsze było mało wiernych.
Ania nie chciała z nim się spotkać, ale skoro ją zaczepił, po wyjściu z kościoła, nie miała zamiaru uciekać.
— Nie doniosę na Stefanię, ale musisz przyjść, będzie jak ostatnim razem. Przysięgam, nic się nie bój — zaczął, patrząc na nią błagalnym wzrokiem.
— Nie, nie chcę, tak nie można — odparła, mając zamiar odejść.
Chwycił ją za przegub dłoni.
— Nie zależy ci na Stefanii? Nie było ci przyjemnie? Przecież widziałem. To ostatni raz, obiecuję. We wtorek mam mieć dostawę nowych książek, zdołam do popołudnia rozpakować, dla ciebie też coś ciekawego zamówiłem — szantażował, kusił i obiecywał.
Nie wiedziała, co mu odpowiedzieć. Nie chciała, by przez nią Stefania tuż przed emeryturą straciła pracę. Dodatkowo nęcił jakąś ciekawą pozycja i obiecywał, że to ostatni raz.
— Dobrze, ale ostatni raz. Przysięgnij — zażądała.
— Przysięgam, tylko proszę cię przyjdź w rajstopach, bardzo ładnie w nich wyglądasz i pamiętaj na sam koniec, żeby nikt nam nie przeszkadzał — Był wyraźnie zadowolony.
Wracała do domu i przez całą drogę zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, zgadzając się na to drugie spotkanie. Jedno ja mówiło nie idź, zostań, drugie podpowiadało, by podjąć ryzyko.
Miała na podjęcie decyzji jeszcze czterdzieści osiem godzin…
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
4 komentarze
Jaśko
Jeśli piszesz, że ten cykl ma mieć trzy części to w trzeciej bardzo chętnie zobaczyłbym Radka vel Wiktora z krótką wizytą wśród czarnych😁. A z drugiej strony Ask ma rację nie każdy ksiądz jest szują, ja zawsze powtarzam że nam się trafił porządny proboszcz. Aktywnie wspiera kobiety, szczególnie te które pałają się zawodem z wielo tysięczną tradycją oraz budżet Państwa płacąc sumiennie wszelakie akcyzy. Miałem epizod na taxi i kilka razy udało mi się odbierać naszego proboszcza z adresów znanych wśród taksówkarzy w stanie takim że pewien byłem że mnie raczej nie pozna tym bardziej, że bardzo rzadko mieliśmy okazję do konfrontacji face to face.
Pumciak
@Jaśko z Wiktorem to badzo dobry pomysł
Pumciak
Jammer znowu zaczynasz mieszać c o ona ci zrobiła czekam na cdn.
Jammer106
@Pumciak Mieszanie, to moja druga natura.
Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.
Hart
No to było 👍🏻i mam nadzieję że to nie koniec na tym , co wynika z zakończenie. Tym razem pozwoliłeś sobie na rozbudowanie wątku pobudzania czytelnika😉. A tak poważnie bardzo ciekawy tekst akcja i napięcie . Jest kilka literówek ale nie przeszkadzają w całości tego opowiadania. Zaskoczyłeś mnie trochę i to bardzo pozytywnie tym opowiadaniem. Liczyłem bardziej na następną część z ulubionej serii. I jak ty pociągniesz teraz dwa tematy ? Ty żart oczywiście . Pozdrawiam i czekam na cdn.
Jammer106
@Hart
Dziękuję za komentarz. Docelowo ta seria ma mieć trzy odcinki i nie będzie to pitu,-Pitu tylko nieco mroczny dramat, a że na razie nic na to nie wskazuje to inna sprawa.
Z serią ulubioną przez Was , to stanąłem w połowie kolejnej części, jak koń w piachu i ruszyć nie mogę, co napiszę, to potem kasuję. Bardziej pójdę w tę serię
Część literówek poprawiłem
Pozdrawiam serdecznie.
Ask
Jammer, przeczytałem i mam dylemat. Z tego może być coś ciekawego, masz na pewno plan, może nawet trochę się domyślam, jaki. Ale - do Strażniczki czy 2 serca - w tej chwili dość daleko. Nie przesądzam, oczywiście, ale mnie nie powaliło, tak, jak Twoje "sztandarowe" cykle.
Cóż, dobrze ująłeś klimat lat 90. na wsi. Akurat w 1990 przeniosłem się z dużego miasta na wieś, gdzie był PGR (w tym czasie go rozparcelowano, a pola - jak się zdaje - przekazano któremuś z "ubogich" zakonów, tak, że indywidualni rolnicy musieli siostrzyczkom płacić słono za dzierżawę). Znam ten klimat kupowania na zeszyt, bezrobocia, alkoholizmu, kradzieży metali. wysprzedawania państwowego za bezcen - swoim oczywiście. Co ciekawe - wieś na Śląsku, między dwoma wielkimi miastami przemysłowymi, wokół pełno przemysłu. Różnica do krośnieńskiego ogromna. A jednak podobnie.
Tu uwaga, nie po raz pierwszy widzę Twój krytyczny stosunek do Kościoła i kleru. Nawet na tej mojej wioseczce moje kontakty z księżmi były niezbyt przyjemne. Z jednym wyjątkiem, ale tego dobrego i mądrego księdza Bóg przedwcześnie powołał do siebie. Inni mieli poczucie, że to oni rządzą wsią. Tu zgoda między nami. Dla mnie to było zdumiewające po kontaktach z duchownymi z wielkich miast. Ale musimy pamiętać, że to tylko pewien mały (mam nadzieję) procent kleru. Łyżka dziegciu w beczce miodu. Mam nadzieję. Spotkałem porządnych księży, nieciekawych, łajdaków - szczęśliwie - nie, bo dla mnie proboszcz z kochanką to nie problem, jego sprawa i jej, a kwestię moralną będzie sobie musiał wyjaśnić kiedyś nie z biskupem, lecz znacznie, znacznie wyżej, tam, gdzie fundusz kościelny go nie ochroni.
Scena w bibliotece - bardzo realistyczna. Tak to przecież wyglądało w naszej młodości (no, może nie do końca) - te pierwsze uniesienia. Ale włączenie się księży na tym etapie - i to w jakiś zagmatwany sposób - napawa mnie niepokojem. Chyba nie chciałbym czytać o pedofilii duchownych, szantażu i innych obrzydliwościach.
Cóż, mam nadzieję, że to się rozwinie w ciekawy cykl. Jednak szkoda, że nie kontynuujesz innych twoich opowiadań. Lubieżnicy - czekają już długo na kontynuację, a tu jest potencjał. Szkoda, że zostawiłeś po jednym opowiadaniu Wystawiony przez siostrę. Tu naprawdę widzę potencjał. Szkoda, że Utulnię ograniczyłeś do jednego opowiadania, można było opisać kolejne dzieje tej miłej pary, ślub, dzieci, służbę wojskową. No i ciągle mam nadzieję, że kiedyś wrócisz do Rescuera.
Pozdrawiam i życzę ostrego pióra. I nie zapominaj o Klaudii i Radku/Wiktorze
Ask
Jammer106
@Ask
Z 2s2s na razie stanąłem. Wena padła, w głowie co innego się wykluło. Czy ta seria Ci się spodoba, chyba raczej nie. Sporo tu będzie brudu, polskiej zawiści, przemocy, wiejskich zachowań i oczywiście klecha będzie owym szwarc charakterem.
Te lata to właśnie ich czas łowów. Byli w glorii chwały, pusząc się, stawiając wszystkich do pionu, to także wysyp spraw pedofilskich (tu szczęśliwie bohaterka ma 17 lat). Od dawna chodziło po mojej głowie napisanie takiej serii, pewnie dostrzeżesz w kolejnych odcinkach ( konkretnie w III), nieco zmodyfikowaną wersję "zbrodni połanieckiej". Słowem, nie będzie to seria podobna do poprzednich. Zawiście, brud, poniżenie i charakterystyczne wiejskie zachowania. Pewnie stracę tak wiernego Czytelnika jak Ty, ale chcę się z tym zmierzyć.
Tak, nie pałam do kleru miłością, wręcz przeciwnie, aptrząc jak są y byli butni. Może dostrzegam tylko ten niewielki procent, ale co chwila jesteśmy bombardowani informacjami o ich przestępstwach i zbrodniach. Najgorsze to że kościół tuszuje te zachowania, kręci, kombinuje, utrudnia, zamiast wypalić to ogniem.
X część 2s2s stanęła gdzieś w połowie (napisane 20 stron i za cholerę nie mogę ruszyć do przodu), czy Lubieżnicy doczekają się kontynuacji - pewnie tak, ale w ostatniej ich części to będzie orgia starych panów z młodą dziewuszką, więc tu wodotrysków się nie spodziewaj. Na Kolejną część Rescuera mam pomysł i nawet tytuł. Pozostałe opowiadania to one-shoty, nie mam zamiaru ich kontynuować.
Jak zwykle ciepło Cię pozdrawiam, mój najbardziej wnikliwy recenzencie i dziękuje za komentarz.
Ask
@Jammer106 Cóż, z wena tak już jest. Kapryśna, cholera. Też mam teraz kryzys twórczy, chociaż w zupełnie innej materii - entropii zjawisk nieodwracalnych - ale mniejsza o te szczegóły bardzo techniczne.
Na pewno nie stracisz w mojej osobie czytelnika, nie miej takiej nadziei. Ale też będę, być może, surowszym recenzentem. Czas pokaże.
Co do kleru. Też nie pałąm tu miłością. Kościół czasami zachowuje się zgodnie ze starą mafijną zasadą cosa nostra. Nic wam do tego, owieczki, to nasze wewnętrzne sprawy. Wiele razy miałem problemy, obserwując niemaskowana butę, poczucie wyższości księży. Zwłaszcza na wsiach, niekoniecznie zapadłych. A poziom intelektualny tych panów też pozostawiał wiele do życzenia, o moralnym nie mówiąc. Ale uznałem: jak to ich sprawa, to niech się sami potem tłumaczą. I nie przed biskupem, tylko wyżej. Myślę, że Tam inna będzie sprawiedliwość dla kleru, niż na ziemi. I inna, niż dla ludzi świeckich, często nieświadomych. Zawsze uważam, że prawnicy, ci zwłaszcza związani z wymiarem sprawiedliwości, powinni odpowiadać dwukrotnie surowiej za przestępstwa, niż zwykły, szary obywatel. Niestety, jest "prawie na opak".
Zbrodnią połaniecką zmartwiłeś mnie. To jedna z bardziej obrzydliwych zbrodni, osobliwa mieszanka wiejskiej nienawiści, zemsty, prymitywnej głupoty i jeszcze bardziej prymitywnej "religijności", czy może raczej zabobonu. Ekstremalnie surowe wyroki (4 KS) były zupełnie słuszne, nie oceniam dwóch praw łaski Rady Państwa. Za to postawa adwokatów... spuśćmy zasłonę milczenia, zwł. na min. Dykę.
Ale na pewno przeczytam.
A kontynuacja Lubieżników i Rescuera napawa mnie nadzieją na długi jeszcze czas naszych wzajemnych korespondencji literackich. Może kiedyś sam się zdecyduję coś na LOLu napisać, ale jak dotąd to, co napisałem w stylu choćby do LOL zbliżonym, uznałem za totalne badziewie. A dość chyba zaawansowane analizy historyczne, moje prawdziwe hobby, na pewno nie znajdą tu uznania.
Pozdrawiam serdecznie
Ask