Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Droga na skróty Cz. 1

Droga na skróty Cz. 1Serce waliło mi jak oszalałe, dudniąc w uszach niczym dzwon alarmowy w pustej katedrze. Czułam jakby falę gorąca, która rozlewała się po całym ciele, aż po same koniuszki palców.  
Skręciłam w tę wąską, cuchnącą alejkę, choć instynkt krzyczał, żebym tego nie robiła.
Powinnam była zostać na głównej ulicy, nawet jeśli oznaczałoby to spóźnienie na ostatni autobus. Ale po wizycie u ciotki w szpitalu byłam wykończona – emocje, zmęczenie, te wszystkie rurki, zapachy środków odkażających... Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu.  

„To tylko skrót. Dwie minuty. Nic się nie stanie” – powtarzałam sobie, zaciskając palce na uchwycie torebki. Moje szpilki stukały niepewnie po brudnych, popękanych płytach chodnika. Było już prawie całkiem ciemno. Tylko jedna latarnia na końcu alejki mrugała słabym, żółtym światłem, rzucając długie, rozmazane cienie na ceglane ściany pokryte graffiti. Pod stopami szeleściły relikty nędzy: zgniecione puszki, nasiąknięte wilgocią gazety i coś jeszcze... coś żywego, co czmychnęło z piskiem w stertę odpadków… Boże!
Powietrze pachniało wilgocią, moczem i czymś słodkawym, obrzydliwym. Przyspieszyłam kroku. Czułam, jak jedwabne pończochy ślizgają się po moich udach, a koronkowe manszety drażnią skórę przy każdym gwałtownym ruchu. Czułam, jak koronka majteczek lepi się do skóry – nie tylko od potu. Strach… ten znajomy, gęsty, elektryzujący strach zaczynał już robić swoje. Nagle usłyszałam za sobą kroki. Nie jeden. Kilka. Zamarłam na wpół kroku, ale nie odwróciłam się. Tylko mocniej ścisnęłam torebkę i szłam dalej.

– Ej, laleczko… zgubiłaś się? – głos był niski, chrapliwy, jak tarcie papieru ściernego o suchą deskę.  

Kolejne kroki. Coraz bliżej. Mój oddech przyspieszył. Piersi unosiły się i opadały gwałtownie pod ciasnym gorsetem sukienki, dekolt falował. Czułam, jak sutki twardnieją pod koronkowym stanikiem.

– Proszę… idę tylko na autobus – powiedziałam cicho, spokojnie, nie podnosząc głosu. Tak jak zawsze w klasie. Nawet teraz, gdy nogi mi drżały.  

Śmiech. Głęboki, męski, kilku gardeł naraz. Ktoś zagwizdał przeciągle.  

– Ładna sukieneczka… ale chyba trochę za elegancka na tę dzielnicę, co nie?  
Czułam ich za sobą. Trzech, może czterech. Cienie rosły na ścianie przede mną. Jeden z nich był wysoki, szeroki w barach. Inny – niższy. Zrobiło mi się słabo. Strach ścisnął mi gardło, ale niżej, głęboko w podbrzuszu, rozlewało się coś zupełnie innego. Gorące, mokre, pulsujące.  

„Nie patrz na nich” – powtarzałam sobie. „Idź dalej. Tylko idź.” Ale moje biodra same zwolniły rytm. Ledwie zauważalnie. Jakby chciały dać im szansę dogonić. Jakby jakaś ciemna, zakazana część mnie właśnie na to czekała.

Serce tłukło mi się w piersi tak mocno, że prawie zagłuszało stukot moich szpilek. Kroki za mną stawały się coraz wyraźniejsze – ciężkie, leniwe, pewne siebie. Nie spieszyli się. Wiedzieli, że nie mam dokąd uciec.  

– Hej, damulko… nie bój się. My tylko chcemy pogawędzić – ten sam chrapliwy głos, teraz bliżej. Tak blisko, że poczułam zapach papierosów i taniej wody kolońskiej. Zacisnęłam palce na torebce. Sukienka falowała wokół moich ud, a koronka halki ocierała się o pończochy z każdym krokiem.  

Czułam, jak wilgoć powoli, zdradziecko wytycza sobie ścieżkę po wewnętrznej stronie uda .  
„Uspokój się, Marto. Jesteś dojrzałą kobietą. Nauczycielką. Idź dalej.” – karciłam się w myślach, ale mój autorytet rozsypywał się w pył z każdym stuknięciem obcasa.  
Nogi miałam jak z waty. Kolana uginały się lekko, a biodra… biodra poruszały się jakby same z siebie, rytmicznie, prowokująco, jakby zapraszały do tańca. Perły na szyi podskakiwały przy każdym oddechu, muskając dekolt, który nagle w świetle dogorywającej latarni wydał się wręcz obscenicznie głęboki.  

– Ładnie pachniesz — szept uderzył w moje ucho, niosąc ze sobą odór tytoniu i czegoś zwierzęcego.  

Drgnęłam, a krzyk uwiązł mi w gardle, zamieniając się w zduszony jęk. Jeden z nich wyrósł po mojej lewej stronie jak cień materializujący się z dymu. Był wysoki, barczysty, z czaszką gładką jak polerowany kamień i tatuażami, które pełzły po jego szyi niczym czarne pnącza. Mógł być w wieku mojego ojca, ale w jego oczach nie było nic ojcowskiego. Jego spojrzenie, ciężkie i lepkie, ześlizgnęło się po mojej różowej sukience, zatrzymując się na biuście, który unosił się gwałtownie, próbując rozsadzić więzienie gorsetu.
Z prawej strony poczułam obecność drugiego – młodszy, o chłopięcej twarzy wykrzywionej nerwowym, drapieżnym uśmiechem. Patrzył na mnie z takim nienasyceniem, jakby nigdy wcześniej nie widział żywej kobiety z krwi, kości i koronki.

— Proszę… ja tylko chcę zdążyć na autobus — wychrypiałam. Mój głos był nienaturalnie spokojny, niemal uprzejmy, jakbym prosiła o podanie kredy, a nie o litość. — Nie szukam kłopotów.

Wysoki zaśmiał się nisko, a ten dźwięk wibrował w moich kościach.

— My też nie szukamy, panienko. Ale jak się sama pchasz w takie miejsce… w takiej kiecuszce… — znów zlustrował moje nogi, szpilki i rąbek halki, która bezwstydnie wystawała spod materiału.

Trzeci mężczyzna, największy z nich wszystkich, wciąż deptał mi po piętach. Nie widziałam go, ale czułam bicie jego serca na swoich plecach. Nagle stało się to, czego bałam się najbardziej. Dotyk.
Najpierw ledwie muśnięcie, piórkowa pieszczota na ramieniu, która sprawiła, że krew w moich żyłach zagotowała się. Potem palce zacisnęły się, brutalnie badając miękkość mojego ciała, i zjechały w dół, wzdłuż kręgosłupa, aż pod samą talię. Stanęłam w miejscu. Moje stawy odmówiły posłuszeństwa.

— Nie… — szepnęłam. To nie był protest. To było poddanie się.

Piersi falowały, a sutki twardniały boleśnie pod koronkowym stanikiem, ocierając się o szorstki materiał przy każdym rwanym hauście powietrza. Między udami pulsowało gorąco – mokre, natrętne. Strach dławił mnie w gardle, ale to drugie uczucie - ta ciemna, zakazana ciekawość, rozlewała się w moim podbrzuszu jak gorąca lawa.
Wysoki stanął bezpośrednio przede mną, odcinając drogę ucieczki. Widziałam każdą bruzdę w jego bliźnie na szczęce, czułam drapieżność bijącą z jego ciemnych źrenic.

— Spokojnie, suczko. Nikt cię nie skrzywdzi…

Jego dłoń wystrzeliła do przodu i spoczęła na moim biodrze. Mocno. Palce wbiły się w tkaninę, gniotąc ją bez litości. Młodszy oblizał wargi, a ja czułam się jak egzotyczny owoc rzucony głodnym zwierzom na pożarcie. Stałam tam – drżąca z przerażenia i… z najbardziej obezwładniającego podniecenia, jakiego kiedykolwiek zaznałam.
Wiedziałam jedno. Zaraz stanie się coś, czego nie da się cofnąć.
Stałam nieruchomo, jakby ktoś wbił mi w podeszwy szpilek długie, żelazne gwoździe, przykuwając mnie do brudnego chodnika tej przeklętej alejki. Nie mogłam zrobić nawet kroku.  
Dłoń wysokiego mężczyzny spoczywała na moim biodrze – ciężka, gorąca, władcza. Jeszcze nie ściskał. Po prostu leżała tam, jakby to miejsce należało do niego od zawsze.  
Przez cienki materiał sukienki czułam każdy milimetr jego skóry: szorstkość palców, bijący od nich żar, powolne, pewne pulsowanie krwi. Ten dotyk palił jak piętno.

– Proszę… – wyszeptałam znowu, ledwo słyszalnie, głosem tak cichym, że prawie utonął w szumie mojej własnej krwi w uszach. – Ja naprawdę muszę zdążyć na autobus…

Mój głos brzmiał absurdalnie spokojnie, niemal uprzejmie – dokładnie tak, jak tłumaczyłam uczniom skomplikowane daty bitew czy gramatykę. Tylko serce waliło mi tak głośno, że byłam pewna, iż oni też je słyszą – dudniące, dzikie, zdradzieckie.
Wysoki uśmiechnął się powoli. Blizna na jego szczęce drgnęła jak żywa istota. W żółtym, mrugającym świetle latarni jego twarz wyglądała jeszcze groźniej – twarda, doświadczona, bezlitosna.

– Autobus już dawno odjechał, złotko – powiedział niskim, chropowatym głosem, w którym pobrzmiewała satysfakcja. – Ostatni był dwadzieścia minut temu. Teraz jesteś tu tylko z nami.

Jego kciuk poruszył się leniwie, zataczając małe, powolne kółko na moim biodrze. Tylko tyle. Jedno leniwe kółeczko. Ale to wystarczyło, żeby po moim kręgosłupie przebiegł elektryzujący dreszcz. Kolana ugięły się pode mną.

Młodszy mężczyzna po mojej prawej stronie nerwowo przestąpił z nogi na nogę. Widziałam, jak jego spojrzenie sunie po mnie jak gorący olejek – po głębokim dekolcie, po falujących, nabrzmiałych piersiach, które unosiły się i opadały w rytmie mojego chaotycznego oddechu. Rumienił się lekko, policzki miał zaczerwienione jak chłopiec przyłapany na gorącym uczynku, ale oczy… oczy płonęły mu czystym, nienasyconym głodem. Ten kontrast – ta nieśmiałość walcząca z pierwotną żądzą – sprawił, że coś we mnie ścisnęło się boleśnie, słodko, niebezpiecznie.

Czułam się jak motyl przyszpilony do tablicy: piękny, bezradny i całkowicie wystawiony na widok. Strach ściskał mi gardło lodowatą obręczą, ale niżej, w najciemniejszych zakamarkach ciała, rozkwitało coś zupełnie innego.

Historyczka

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 1638 słów i 9524 znaków.

4 komentarze

 
  • Użytkownik Joannya

    ciekawe, choć osobiście widze to tak że teraz w tej chwili stanie się coś, ale hmmm powiedzmy tak na 1/3 a potem zacznie się wewnętrzna walka dziewczyny prowadząca do tego co zawsze czyli nieuchronnego powrotu, ale jestem ciekawa co tam napiszesz :D

    14 godz. temu

  • Użytkownik Historyczka

    No właśnie, co dalej panowie? Co chcielibyście by się tu wydarzyło? :)

    15 godz. temu

  • Użytkownik HankMoody

    @Historyczka Marta przechodząca z rąk do rąk. Ostro, szybko, upokarzająco. Przemyślenia naszej "cnotliwej" belferki, kiedy jest bolcowana przez kilku obcych facetów. Lubię czytać, jak opisujesz powolny proces poddawania się rozkoszy. Jak ulegasz...  

    13 godz. temu

  • Użytkownik Fantazyjny999

    Wstęp jest idealny wręcz do historii która się dziś zaczęła rodzić ... Nie mogę się doczekać co będzie dalej ...co powstało w głowie pewnej cnotliwej pani ...jak dobrze ona zaczęła ta opowieść ...

    15 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Pięknie namalowane.. tylko co dalej dalej…;)

    15 godz. temu