Droga na szczyt

Droga na szczytSpecjalne podziękowania dla J., bez którego to opowiadanie, z pewnością nie miałoby szansy powstać.  

Zza szyby samochodu spoglądałem na kolejne mijane, szare budynki. Nowy Jork o tej porze roku nie nastrajał zbyt optymistycznie. Tak żywy i tętniący zazwyczaj, dziś jakby zamarł, opustoszał, na rzecz niesprzyjającej aury. Co jakiś czas dało się jedynie dostrzec zbłąkanego przechodnia, przebiegającego pod szyldami lokali, jak najszybciej próbującego się przedrzeć do celu swej podróży.  
Krople deszczu spadające na cienką, z lekka zaparowaną szybę, oddzielającą mnie od całego paskudztwa tego świata, po krótkiej chwili osamotnienia spływały, łącząc się w strużki wody i tym samym wprawiając w melancholijny nastrój. Opadłem na jasną, skórzaną kanapę, wsłuchując się w jakże ironiczne brzmiący teraz, stosunkowo stary już hit Franka Sinatry "When you’re smilling”. Spojrzałem w stronę lusterka, łapiąc spojrzenie kierowcy, który śpiesznie odwrócił wzrok. Działał mi już na nerwy, nie mógł skupić się na drodze? Na swojej pracy? Na swoim własnym, parszywym życiu? Chciałem zmarszczyć brwi, ale zdałem sobie sprawę, że już są zmarszczone. Ciągły wyraz niepokoju nie schodził z mojej twarzy, odkąd zostałem wezwany przez niesławną komisję HUAC, zwaną też komisją McCarthy’ego. W latach trzydziestych należałem do partii komunistycznej, a teraz, najwyraźniej, przeznaczone mi było odpowiedzieć za błędy młodości. Co prawda miałem kilka możliwych rozwiązań, ale z każdym z nich łączyła się też śmierć zawodowa, a donoszenie na kolegów nie wchodziło nawet w grę. Musiałem wynaleźć jakiś sposób, żeby wyjść z impasu. I jeszcze ten cholerny chłopak… Wcale nie miałem ochoty na spotkanie z nim. Kolejny gwiazdor z bożej łaski.  

Samochód się zatrzymał. Nabrałem powietrza głęboko w płuca, po to, by po chwili powoli wypuścić je ustami, wydając z siebie westchnienie niechęci. Najchętniej w ogóle nie wychodziłbym z auta, ale z tą opcją wiązały się również kolejne minuty niezręcznej ciszy sam na sam ze wścibskim mężczyzną, co nie było zbyt kuszącą wizją. "Trudno, będę miał to już z głowy.” – kolejno wystawiłem z auta i postawiłem na zmokniętym chodniku stopy odziane w eleganckie buty. Lekko uchyliwszy głowę podniosłem się z siedzenia i przeszedłem obok kierowcy, wciąż trzymającego drzwi pasażera.  

Budynek, w którym znajdowała się wytwórnia, prezentował się okazale, co sprawiało, że czułem się ważny ilekroć, pokonawszy trzy marmurowe stopnie, przekraczałem próg gmachu. Przynajmniej kiedyś. Dziś było mi wszystko jedno.  
- Dzień dobry panu – kulturalnie skłoniła przede mną głowę recepcjonistka, kiedy tylko wszedłem do holu. Złapałem za kapelusz i uniósłszy go ku górze, odpowiedziałem skinieniem. Chłopiec od windy podciągał już charakterystyczne zabezpieczenie szybu, ale powstrzymałem go ruchem dłoni. Zamierzałem pójść schodami.  

Pewnym krokiem pokonywałem stopień po stopniu, a w drodze na szóste piętro było ich niemało. Miałem w tym swój cel i nie były nim jedynie wysportowane łydki. Chciałem wyjść od strony poczekalni. Korzystając z udogodnień technicznych, nie mógłbym przez nią przejść, nie nadkładając, w sposób bezsensowny i jakże oczywisty dla postronnego obserwatora, drogi do biura.  
Niezbyt urocza w swej prostocie klatka schodowa z burymi ścianami i kamiennymi schodami nie umilała drogi, jednak po kilkunastu stopniach moje ciało złapało rytm i ani się obejrzałem, kiedy przed oczami stanęła mi wisząca nad wejściem liczba sześć. Nareszcie. Szybko poprawiłem krawat, wygładziłem dłońmi marynarkę i swobodnym, na pozór niewymuszonym krokiem, ruszyłem w stronę poczekalni.  
Kilka kroków… I jest. Kiedy wszedłem, chłopak siedział rozwalony na końcu skórzanej kanapy. Wyglądał jak kłębek nóg i dżinsów i miał obrażoną nie wiadomo czemu minę. Na mój widok lekko skinął głową, ale przeszedłem obok niego obojętnie. Nie podobała mi się jego postawa. Kolejny chłopaczek, któremu po sukcesie na uczelnianej scenie wydawało się, że jest darem dla Hollywood i powinienem go błagać, żeby zdecydował się w ogóle ze mną porozmawiać. Niedoczekanie. Wyciągnąłem klucz, otworzyłem drzwi i zanim aktorzyna zdążył cokolwiek powiedzieć, zatrzasnąłem je za sobą. Zamierzałem wziąć go na przetrzymanie - odechce się młodemu buntu.  

Rzuciłem teczkę na hebanowe biurko, zdjąłem z siebie kolejno marynarkę oraz kapelusz i odwiesiwszy je na wieszak, usiadłem w wygodnym, skórzanym fotelu. Odsunąłem jedną z wielu szuflad i wyciągnąłem z niej skromne podanie chłopaka. Miał na swoim koncie kilka sztuk, seriali (zarówno radiowych, jak i telewizyjnych) i tak de facto niewiele sukcesów. Na moje nieszczęście został mi jednak polecony przez autora książki, którą miałem zekranizować i jednego z szanowanych reżyserów. Spojrzałem na zegarek. Minęło marnych dziesięć minut. "Trudno, czas go wpuścić.”  

- A więc, jak ci na imię? – Spytałem, nie zaproponowawszy mu miejsca siedzącego.  
- Jimmy – odpowiedział. Najwyraźniej zrezygnował z nieprzyjemnej pozy.  
- Ile masz lat? Co cię tu sprowadza? Powiesz mi coś więcej o sobie? – Czułem się trochę nieswojo, traktując aktora z góry, jednak nie zrezygnowałem z protekcjonalnego tonu.  
- Dwadzieścia dwa – zaczął odpowiadać półsłówkami. "I w takim młodym wieku przysłano go do mnie? Do poważnej produkcji?” Zapaliła mi się lampka. A więc to tak. Doprawdy, chłopak nie wyglądał na sprzedajnego. Średniego wzrostu, chudawy, z przystojną, ale jakże starą już twarzą… I ten akcent. Cholerny akcent z Indiany. – Przyszedłem na przesłuchania do filmu - kontynuował, nie wybiegając z odpowiedziami ani trochę, poza ściśle zadane pytania. Nie miał talentu do konwersacji. – Czy mogę usiąść?  

Minęło piętnaście minut odkąd przekroczył próg tego pomieszczenia, a ja już byłem wyczerpany rozmową z nim. Znów przybrał buntowniczą pozę. Denerwował mnie niesamowicie swoją zdolnością do ciągłego milczenia i wpatrywania się we mnie, bez cienia skrępowania.  
- Dobrze, czy masz coś jeszcze do dodania? – Po chwili niezręcznej ciszy rzuciłem pytanie, w kierunku nieprzerwanie patrzącego na mnie chłopaka.  
- Chce się pan ze mną przejechać motocyklem?  

Wyszliśmy przed budynek. Przestało już, co prawda, padać, ale aura wciąż nie zachęcała do wystawiania nosa z bezpiecznego, przytulnego budynku. Cóż, czego nie robi się w imię sztuki. Chłopak zapiął suwak skórzanej kurtki, (po co on ją w ogóle nosił? Była przecież symbolem przestępczości.) pod samą brodę i rzuciwszy mi zadziorne spojrzenie, ruszył przed siebie, w kierunku zaparkowanego nieopodal pojazdu. "Boże, dopomóż.” – westchnąłem ciężko, patrząc w niebo i poszedłem w jego ślady. Nie oglądając się wcale na mnie, przerzucił nogę ponad siedzeniem maszyny. Po chwili wahania powtórzyłem jego ruch i zanim się spostrzegłem, motocykl ruszył z głośnym rykiem, a pęd powietrza niebezpiecznie walczył z mięśniami mojego ciała, jakby za wszelką cenę próbując mnie zrzucić z dwukołowca. Pochyliłem się, zbliżając się tym samym do drobnego ciała chłopaka. Poczułem jego zapach, który mnie zaskoczył. Był taki… Męski. Nie tego spodziewałem się po dzieciaku. Pędziliśmy przez Broadway. Wiatr wciskał się pod moje ubranie, szarpiąc marynarkę, a ja z przymrużonymi oczami przeklinałem w myślach pozerstwo młodych. "Co mnie w ogóle skłoniło, do wybrania się z nim gdziekolwiek?” Nagle zaczęliśmy zwalniać. Coraz więcej zaczynałem widzieć, słyszeć i rozumieć. Wąska uliczka, w którą skręciliśmy, była ślepym zaułkiem. Kamienice, którymi była otoczona z trzech stron, należały do jednych z tych, które niby znajdują się na Manhattanie, ale za Manhattan, przez bogatszych mieszkańców nie są uznawane. Takie miejsca zamieszkiwali najczęściej właśnie niespełnieni artyści, próbujący sił przy okazji każdego castingu na Broadwayu. Pojazd się zatrzymał.  
- Nie powinniśmy przypadkiem zawracać? – Zwróciłem się do chłopaka, który już zdążył zejść z motocykla. Zignorował mnie i zostawiwszy samemu sobie, ruszył w kierunku drzwi wejściowych jednej z opisanych wyżej kamienic. Wyglądało na to, że nie miałem wyjścia. Albo zostanę tu, czekając jak kołek na nieprzewidywalnego dzieciaka, albo zawrócę i pieszo pójdę w dół ulicy bez jakiejkolwiek pewności, że złapię taksówkę. Szlag by to.  

Nonszalancko otworzył przede mną podwoje swego mieszkania. Wnętrze nie zachwycało, ale byłem zbyt przejęty, żeby skupiać się na zatęchłym powietrzu, czy walających się gdzieniegdzie papierach. Ten chłopak mnie przechytrzył, a teraz mnie wykorzysta. Ale czy to było takie złe? Raz na jakiś czas porzucić wszelkie zasady? Jimmy nie był przecież najgorszym aktorem, a z tego, co zauważyłem, po krótkim okresie przebywania z nim, rola zbuntowanego, skłóconego z całym światem chłopca była dla niego wręcz stworzona. Szczerze mówiąc, przypominał mi trochę Marlona Brando. Z tą różnicą, że jego pewność siebie ewidentnie podszyta była kompleksami. Jakimś… Bólem i wrażliwością? W każdym razie skrywał w sobie pokłady emocji, które do roli, w której miałem go osadzić, były niezbędne. Mogłem go nie lubić, ale trzeba było oddać mu honor – tę postać miał szansę odegrać bezbłędnie. To był ten moment. Moment, w którym podjąłem decyzje. Dopuszczałem do siebie myśl, że być może nie myślę trzeźwo, że to młodość i zadziorność dzieciaka zawróciły mi w głowie. Być może właśnie dawałem się omamić, ale, co jeśli tego właśnie chciałem?  

Jimmy wskazał mi sypialnię. Kiedy przekroczyłem próg pomieszczenia, uderzyła mnie jego układność. Niedużą powierzchnię zajmowało jedynie ustawione pod ścianą, ku mojemu zdziwieniu zasłane, podwójne łóżko i wieszak, na którym wisiało dosłownie kilka tylko ubrań. Zimne tego dnia światło zalewało pokój, wpadając przez nietypowe, okrągłe okno. Przez chwilę poczułem się, jakbym był w kajucie, a nie nowojorskim mieszkaniu.  
- Napijesz się czegoś? – Spytał gospodarz. W bardzo zręczny sposób przeszedł "na ty”. Gdyby nie moje instynktowne wyczulenie, wręcz pewnego rodzaju zboczenie zawodowe, prawdopodobnie nawet bym się nie zorientował, próbując spojrzeć z perspektywy czasu, kiedy do tego doszło. Postanowiłem nie komentować jednak sytuacji.  
- Dziękuję – odparłem. Rozejrzawszy się jeszcze raz dla upewnienia po sypialni i stwierdzeniu braku innych możliwości, usiadłem na brzegu łóżka. Jimmy stał przez chwilę, oparty w dość wyzywającej, nonszalanckiej pozie o framugę drzwi, patrząc mi prosto w oczy. To nieznośne napięcie sprawiło, że nagle zapragnąłem rzucić wszystko w cholerę i wybiec z mieszkania. Miałem jeszcze szansę uniknąć ewentualnego błędu. Mój czas jednak się skończył zanim, sparaliżowany presją, zdołałem wykonać najmniejszy choćby ruch. Chłopak delikatnie kołysząc biodrami w naturalny sposób, powoli kroczył w moją stronę, zdejmując z siebie równocześnie ekstrawagancki, zupełnie niemodny pulower z golfem oraz podkoszulkę i tym samym dając mi widok na smukłe ciało. W moich oczach delikatność zawsze była w cenie, toteż wątły, nieumięśniony tors Jimmy’ego zadziałał na mnie pobudzająco. Zsunąłem z ramion marynarkę i powoli rozpinałem kolejne guziki koszuli. Mimo że do ciała Adonisa było mi daleko, zawsze starałem się dbać o sylwetkę. Podszedł do mnie na odległość ramienia. Rozporek jego niezrozumiałych dla mnie, dżinsowych spodni był teraz na wysokości mojego wzroku, kusząc niesamowicie. Już wyciągałem w jego kierunku dłoń, kiedy dzieciak, patrząc mi równocześnie w oczy, powstrzymał moje zapędy i usiadł mi na kolanach.  

- Przystojny z ciebie mężczyzna - rzekł, pochyliwszy się jeszcze mocniej w moją stronę, przyciszonym, zmysłowym tonem. Poczułem, jak erekcja w moich spodniach rośnie. Czemu tak na mnie działał? Nie powiedział nic więcej, jednak jego usta nie odstąpiły od mojego ucha. Delikatnie zaczął pieścić płatek, by po chwili zejść do linii szczęki, a następnie dosięgnąć samych ust. Podobał mi się jego zapach i szorstka, nieogolona skóra twarzy przyjemnie drażniąca policzek. Miękkie, pełne wargi coraz pożądliwiej wpijały się w moje własne, zapierając dech w piersiach. Wplótłszy palce w me włosy, co i rusz przyciągał mnie coraz bliżej do siebie w napastliwy sposób. Chłodnymi dłońmi zacząłem krążyć po młodym ciele, celem zbadania wszystkich jego zakamarków i odkrycia czułych miejsc. Kiedy wsunąłem rękę za pasek spodni i odnalazłem ciasne, ciepłe miejsce oddech dzieciaka gwałtownie przyspieszył. Bingo. Nie przerywając pocałunków, chłopak również skierował się rękami na południe. Długie, smukłe palce szybko odnalazły mojego gotowego już penisa. Powoli zaczął suwać dłonią po trzonie, dając mi jakby zapowiedź tego, co mogę mieć. Oderwał swa usta od moich i począł metodycznie zjeżdżać z pieszczotami coraz niżej, muskając skórę słodkimi wargami. Kiedy dotarł do celu, jego język przejechał po całej długości członka, po to, by na końcu otulić czubek w miękkim pocałunku. Wziął go do buzi, starając się docisnąć twarz, jak najbliżej podbrzusza. Czułem rosnące podniecenie. W rozkoszy z gardła wydarły się pierwsze jęki. Dłonią odnalazłem wciąż jeszcze niewyswobodzony z dżinsów tyłek dzieciaka i pośliniwszy wcześniej palce, wdarłem się między pośladki. Stęknięcie chłopaka zostało stłumione przez mojego penisa, co podniecało mnie jeszcze bardziej. Jego głowa poruszała się w górę i w dół, doprowadzając mnie tym samym na skraj wytrzymałości.  

- Jimmy - wysapałem. Zrozumiał. Wstał z klęczek i złożywszy jeszcze szybki pocałunek na moich wargach, pozbył się spodni oraz bielizny. Odwrócił się do mnie plecami i ręką nakierowując mojego członka, delikatnie się na niego opuścił. Ciasne wnętrze stawiało opór, a z ust kochanka wyrywały się teraz co brzydsze słowa. Był taki przyjemny… Idealny. Odwrócił głowę w moją stronę. Patrząc na niego z tak bliska, zobaczyłem pierwsze kropelki potu, połyskujące na gładkim czole. Twarz miał wykrzywioną w grymasie bólu, zacząłem muskać ją delikatnie. Z każdym kolejnym nieśmiałym pchnięciem rozluźniał się coraz bardziej. Ból powoli zamieniał się w rozkosz. Opadł na mnie, jego plecy przywarły do torsu, tworząc jedynie małą przerwę, wynikającą z naturalnej krzywizny kręgosłupa. Spojrzałem na niego. Oczy miał przymknięte, a usta rozchylone. Ciężkim oddechem głaskałem skórę jego karku, nie pozostawał mi dłużny – jego jęki pieściły moje uszy.  
- Proszę - powiedział zachrypniętym głosem, dodatkowo szybkimi ruchami zaspokajając sam siebie. Tego było za dużo. Przyspieszyłem ruchy, zwiększając również głębokość posunięć i już po chwili zalałem jego wnętrze ciepłym nektarem, wydając z siebie równocześnie jęk spełnienia. Młody również powoli kończył. Jego stęknięcia stawały się coraz głośniejsze i co chwile w ekstazie odchylał głowę, drażniąc moją twarz lekko kręconymi włosami. Złapałem go za szczękę i odkręciłem głowę tak, by nasze usta na powrót się złączyły. Chłopak doszedł z głośnym westchnieniem stłumionym jednak przez moje wargi i bezwładnie opadł na mnie drobnym ciałem. Dłońmi zebrałem spermę z bladego brzucha i sam zlizawszy ją z palców, przekazałem dzieciakowi w pocałunku.  
Wysunąłem się z niego, a on przewrócił się tak, że nasze nagie torsy przylegały teraz do siebie. Oparł głowę na mojej klatce piersiowej, a ja wciąż jeszcze mając problemy z równomiernym oddechem, musnąłem jego czoło.  
- To było niezłe – dobiegło moich uszu. Buntowniczy ton nie działał mi już tak na nerwy. Tylko ten akcent... Cholerny akcent z Indiany.

gemma

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 2892 słów i 16444 znaków, zaktualizowała 13 kwi 2017.

4 komentarze

 
  • Mlody1

    Fajneeee. Moje klimaty, wielki plus i oby więcej takich ;)

  • gemma

    @Mlody1, cieszę się, że Ci się podobało. :)

  • Bern

    Od zawsze podchodziłam do Ciebie i Twoich opowiadań z rezerwą. Czemu? Nie wiem, wydawałaś mi się bardzo... nieszczera? Dbając nadmiernie o opinie innych? Dziś przeczytałam to opowiadanie. Cóż, poprawność i estetyka zupełnie jakby nie Twoje, ale nie w tym rzecz. W komentarzu niżej napisałaś, że spodziewałaś się krytyki, niepochlebnych opinii. Bardzo cenię Cię za odwagę i cieszę, że niewdzięcznym tematem zajął się ktoś, komu klawiatura nie jest obca, bo łapki w dół nie mogą świadczyć w tym wypadku o niczym innym, jak tylko ograniczeniu odbiorców. Ode mnie wielki buziak, samo opowiadanie piękne. Tak trzymaj!

  • gemma

    @Bern Niewdzięczny temat? Temat bardzo wdzięczny, tylko nie poruszany tak często. Już nie przesadzajmy. ;) Dziękuję w każdym razie za miłe słowa, choć nie wiem skąd takie wnioski Ci się nasunęły o mnie. Pozdrawiam :)

  • Szarik

    Wzięłaś mnie z zaskoczenia tym opowiadaniem. Napisane bardzo dobrze, co muszę zauważyć,  choć temat zupełnie mnie nie porywający. :)

  • gemma

    @Szarik  z zaskoczenia? Wielokrotnie wspominałam, że mężczyzn lubię bardzo. A co może być bardziej męskiego od dwóch samców naraz? :)

  • Szarik

    @gemma prawie się zgodzę, jeśli są w odwiedzinach u kobiety ;)

  • roy

    Nie rozumiem łapek w dół, bo osobiście, uważam to opowiadanie, za jedno z Twoich najlepszych. Zauważam progres, jaki poczyniłaś w ostatnim czasie i cholera, dziewczyno, chylę czoła. Czy powinienem się do czegoś doczepić? Prawdopodobnie, ale na razie jestem pod zbyt wielkim wrażeniem. Tekst absolutnie mnie urzekł, mimo że zrezygnowałeś w nim z humoru, który zawsze uważałem za Twój największy atut.
    Pozdrawiam. ;)

  • gemma

    @roy, skarbie, dziękuje za Twoją opinię, bo wiesz, jak cenna jest dla mnie. ;) Ja łapki w dół akurat rozumiem, spodziewałam się ich. Humor mym atutem? Jesteś pewien, że nie chodziło Ci o zawrotną długość? Komplementy zatrzymuję, ale czekam równocześnie na krytykę, poprawki. Pozdrawiam gorąco ! :)

  • roy

    @gemma, wiesz, że gdyby  istniała potrzeba, to bym Cię wcale nie oszczędzał. Tym razem jednak, odwaliłaś kawał dobrej roboty. Moje gratulacje :)