Droga do niebytu cz. 1

W bliżej nieokreślonej przeszłości istniało pewne miasto. Z pozoru idealne, wszystko należycie zorganizowane, komunikacja miejska, system rządów, zarządzanie drogami i zielenią, urbanizacja, jednym słowem wszystko w normie, a nawet ponad nią. Mieszkańcy wiedli spokojne życie, bez wysiłków, bez pracy, a jednak dostatnie, bez kłótni, sprzeczek, pełne przyjaźni i miłości. Ludzie z wszystkich innych osad bardzo im zazdrościli, bowiem miasto owe było fenomenem na skalę światową. Pieniądz, czy waluta to pojęcia mieszkańcom nieznane. A co się działo, kiedy wyjeżdżali do innych mieścin, gdzie trzeba było za wszystko płacić? To rzeczywiście byłoby problem, gdyby obywatele tego miasta gdziekolwiek wyjeżdżali, jednak mieli oni wszystko u siebie, na miejscu. Piękne jeziora, rzeki, lasy, góry i pagórki, parki rozrywki, galerie handlowe, muzea i biblioteki. A to wszystko bez egzystencji pieniądza. W wieku, w którym żyjemy wydaje się to wręcz niemożliwe, bo rzeczywiście pomysł abstrakcyjny cudem udawało się zrealizować w owym mieście, a w jaki sposób pozostało zagadką, aż do końca istnienia osady.  

Miastem rządził mądry prezydent, z którego opinią i zdaniem liczyli się wszyscy. Niemożliwe? A jednak. Władca kojarzony był z autorytetem, jednak pozostawał przy tym ciepłym przyjacielem ludności. Miasto idealne, a ludzie bez skazy. Do czasu, bo przecież wyidealizowana egzystencja nie może istnieć wieki. Po śmierci wielkiego prezydenta wybrano nowego następcę. Sprawowali oni władzę dożywotnią, ponieważ wspaniale zarządzali miastem i żaden obywatel nie śmiałby powiedzieć o nich złego słowa. Jednak prezydentowi kraju, w którym leżało owe miasto i w ogóle wszystkim innym urzędnikom bardzo nie podobał się sposób życia w mieście. Dlatego powstawały liczne konflikty, o których ludność krainy wspaniałości nie miała bladego pojęcia. Nie miała, bo i nie miała mieć. Jednak mądry prezydent zawsze dochodził do konsensusu z władcami ościennych środowisk. Takim sposobem mieszkańcy czuli się bezpieczni i chronieni.  

Jednak nowy władca, o którym już było napisane miał dziwaczne wprost hobby. To znaczy zainteresowanie samo w sobie było zupełnie normalne, jednak sposób, w jaki przekładało się one na życie społeczeństwa pozostawał osobliwy i niezwykły. Prezydenta bowiem fascynowała siatkówka. Lekkość uderzeń, upadków i zgłuszony hałas wydawany przez piłkę podczas gry. Mechanizmy gry, czyli samo naprężenie mięśnia i praca stawu stanowiły dla prezydenta niewytłumaczoną drogę do ekstazy. Siatkówka była dla niego ekstazą. A całe miasto chciał on uczynić świątynią rozkoszy, dosłownie i w przenośni. I tak barwy miejscowego klubu, którego zawodnicy z resztą nie otrzymywali wynagrodzenia, pokrywały powoli całą mieścinę. Parki zalewane falą zieleni i bieli przeistaczały się w niesamowite królestwa piłki siatkowej, samochody prowadzono do warsztatów, aby pokryć ich blachy wspaniałą, soczystą, malachitową barwą. W sklepach sprzedawano ubrania wyłącznie w patriotycznych, lokalnych odcieniach. Ludność ślepo ufała władcy, którego gabinet powoli zapełniał się bielą i zielenią, a na "ruinach” dawnej krainy wspaniałości powstawało nieziemskie zjawisko trudne do wytłumaczenia. CDN

utopia

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 568 słów i 3387 znaków.

3 komentarze

 
  • zakr3cona

    Dokładnie. Niby taki banał: siatkówka, a... No cóż. Czekam na kolejną część :)

  • utopia

    Mam nadzieję, że pozytywnie! Dziękuję ;)

  • zakr3cona

    Wow. Spodobał mi się początek, ale koniec zupełnie zaskoczył.