Sunbird - cz. 7

Sunbird - cz. 7Siedziała jak na tureckim kazaniu. W oparach taniego piwska i papierosowego dymu, przez cały wieczór musiała wysłuchiwać niekończących się wynurzeń grupki fanatycznych neonazistów o aryjskiej wyższości, "wrogach białej rasy" oraz wychwalających Andersa Breivika i jemu podobnych, jako bohaterów którym w przyszłości pomniki będą stawiać. I nie dość, że musiała tego wysłuchiwać, to jeszcze możliwie wiarygodnie sprawiać wrażenie, że jej się to podoba, choć tak naprawdę napawało ją politowaniem i przerażeniem głupotą ludzką na zmianę z obrzydzeniem.

Poznana właśnie grupka należała do organizacji, która najwyraźniej wzorowała się na Combat 18 – niesławnej brytyjskiej organizacji neonazistowskiej – jak też i na innych podobnych istniejących w Europie. A że była jeszcze dość nowa, to jej członkowie byli pełni fanatycznego zapału i koniecznie chcieli się wykazać, możliwie głośno przedstawiając się światu.

Zebranie przeciągnęło się do grubo po północy. Dawno temu wyłączyła się z dorzucania swoich pojedynczych wypowiedzi do toczących się dyskusji, siedząc tylko, robiąc odpowiednią minę do gry, i zastanawiając się momentami, czy podobnie nie wyglądały czasem zebrania NSDAP w monachijskich piwiarniach, gdy w latach 20–tych minionego wieku Hitler rozpoczynał swoją walkę o władzę... W końcu jednak znużenie, dodatkowo podsycane zamkniętym zadymionym pomieszczeniem, zaczęło brać nad nią górę, wpędzając w osowienie. Całe szczęście, że udało jej się chociaż wyłgać od picia piwa, którego smaku nie cierpiała. Przekonała Iana, że ktoś będzie musiał prowadzić samochód i że przydałoby się, żeby ten ktoś był trzeźwy, bo inaczej jego marzenia o walce o supremację białych mogą się skończyć na pierwszym z brzegu przydrożnym słupie. Oparta o oparcie kanapy, na półprzytomnie obserwowała resztę towarzystwa.

Rozbawiony przebywaniem z kolegami i rozluźniony wypitym alkoholem, siedzący obok niej Ian, czuł się  jak ryba w wodzie, coraz śmielej wyciągając swe łapy w jej stronę. I musiała mu na to pozwalać, podobnie jak nie zaprotestowała, gdy ją nagle przyciągnął do siebie i pocałował. Śmierdział piwskiem, że mało jej nie cofnęło, ale cóż... musiała to znieść, i udawać że jej się podobało. A na samą myśl o tym, co będzie dalej przy nim w takim stanie, robiło jej się po prostu niedobrze. Chwila ta nieuchronnie się zaś zbliżała, wraz z powolnym opuszczaniem towarzystwa przez wracających do swych domów członków grupy.  

I w końcu nadszedł ten moment, gdy Ian pozbierał się z kanapy, chwycił jej dłoń w swoje wielkie łapsko i pociągnął za sobą, chwiejnym krokiem kierując się do wyjścia. Posłusznie poszła za nim. Zresztą taki był przecież plan.  

Zielony Vauxhall czekał na słabo oświetlonym parkingu. Nim do niego doszli, łapa Iana wylądowała na jej tyłku. Nie protestowała, nie miała wyboru, pogodziła się z losem, choć wiedziała, że zanim coś się między nimi tej nocy wydarzy, przyjdzie się jej jeszcze do tego przełamać. Musiała się zmusić, inaczej spieprzy wszystko. Niby wiedziała, że jej życie jako kobiety i do tego w takim "zawodzie", nie będzie bajką, w której robi się tylko to, co przyjemne, ale wiedzieć to jedno, a stanąć przed koniecznością zrobienia czegoś, co odrzuca na samą myśl, to zupełnie co innego. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby nie śmierdział tym na pół przetrawionym piwskiem...  

Używając obu rąk i zapierając się mocno o ziemię, skierowała, idącego w stronę drzwi kierowcy, Iana w stronę drzwi pasażera, a gdy wreszcie przyjął właściwy kurs, sama podeszła do samochodu i gdy wcisnął guzik w pilocie, otwarła drzwi i usiadła za kierownicą. Ian wgramolił się na siedzenie obok.  
– Daj kluczyki – wyciągnęła rękę w jego stronę.
– Nie tak prędko...  – wybełkotał.  – Najpierw muszę się przekonać, czy umiesz zmieniać biegi – zarechotał obleśnie, łapiąc wyciągniętą dłoń i kładąc ją sobie na kroczu.

Jeszcze tylko tego jej brakowało do szczęścia...

– Nie tutaj – powiedziała próbując cofnąć dłoń z jego spodni i nakłonić go do tego, by zgodził się na jazdę do domu. Tam chociaż będzie go mogła wpakować najpierw pod prysznic.
– Nie – wybełkotał znów, zamykając jej rękę w mocnym uścisku. – Jesteś moją suką i będziesz ciągnąć, kiedy każę.

Jakże bardzo chciała móc wysiąść z tego samochodu, po raz pierwszy od dawna przeklinając los, że nie dał jej żyć normalnie jak mężczyźnie, którym się urodziła... Ale co mogła zrobić? Zrezygnowana, przestała się opierać. Widząc to puścił jej dłoń, opuścił nieco oparcie swojego siedzenia i wygodnie się rozsiadł, odpinając pasek i guzik spodni. Obróciła się lekko w jego stronę i rozpięła mu rozporek, wyciągając mu go z bokserek. Trzymając penisa w dłoni, jeszcze przez chwilę walczyła ze sobą, w końcu jednak zmieniła pozycję na swoim siedzeniu, i klęcząc na siedzisku fotela pochyliła się w stronę jego krocza. Jeż z daleka uderzył ją smród potu wymieszanego z resztkami oddawanego wcześniej przez niego moczu, którego źródłem było to ohydne piwsko. Westchnęła, momentalnie żałując tego, bo wraz z tym westchnieniem nabrała w płuca jeszcze więcej tego smrodliwego powietrza, i zabrała się do roboty.

Już samo włożenie go sobie w usta spowodowało, że była niemal przekonana, że zaraz zwymiotuje. Odruchowo chciała się wycofać, ale wielka łapa Iana opadła na jej głowę i przydusiła do podbrzusza. Nie miał jakichś imponujących rozmiarów, ale wystarczało, żeby gardło zostało podrażnione. Zakrztusiła się, i lekkim szarpnięciem dała mu znać, żeby ją puścił. Nacisk łapska zelżał, ale ręka nie została z jej głowy cofnięta. Nie mając kompletnie żadnego wyboru, obciągała mu dalej, starając się, by jak najszybciej skończył i tym samym skończyła się jej udręka. Po kilku minutach udało jej się wywojować tyle, że pomrukujący z zadowolenia Ian zdjął swoją dłoń z jej tyłu głowy. Mając odrobinę swobody, skupiła się tylko na obrabianiu ustami główki jego kutasa a obejmującą trzon dłonią zaczęła wykonywać rytmiczne i coraz szybsze ruchy w górę i w dół. Tego nie był w stanie długo wytrzymać, minuta, może dwie, i wytrysk zalał jej usta. Otwarła je lekko, pozwalając, by całość nasienia wydostała się z nich i spadła w dół na jego krocze. Podniosła się i wyprostowała plecy na tyle, na ile pozwalała ciasnota kabiny samochodu, sięgnęła do torebki, wyciągając chusteczki higieniczne a później sprzątając nimi bałagan, jaki został między jego nogami. Po wszystkim zapięła mu spodnie i końcu mogła ruszyć z tego cholernego parkingu i pojechać do jego domu.

Zasnął już po drodze. Na szczęście znała adres. Obudziła go szturchnięciem łokcia w jego bok, gdy dotoczyli się na miejsce gdzieś o czwartej nad ranem. Jakoś dał radę wyleźć sam z auta. I rozespany, chwiejnym krokiem poczłapał w kierunku klatki schodowej.  

Była padnięta. Nie chciało jej się tłuc na drugi koniec miasta do siebie, tym bardziej, że musiałaby mu zabrać samochód i nie wiedziała, jaka by była jego reakcja. Doszła do wniosku, że wygodniej i lepiej dla sprawy będzie, jak pójdzie spać do niego. W końcu nic gorszego niż ten niedawny oral w samochodzie jej już dziś nie czeka.

Wysiadła, naciśnięciem guzika zamknęła drzwi. I dogoniła go, zanim zamknął drzwi bramy.  

                                             ****

Obudziła się na łóżku obok niego. Jeszcze spał. Wstała i skierowała się do kuchni. Znalazła w lodówce coś do picia, a w szafce nad nią rozpuszczalne tabletki na kaca. Przyszykowała roztwór, zabierając go ze sobą, gdy wracała z powrotem do sypialni.

– Masz – podała mu kubek z rozpuszczonym lekiem na kaca.
– My wczoraj?
– Tylko do buzi w samochodzie, i nawet mi nie przypominaj...
– Łeb mnie boli... – powoli usiadł na łóżku. – Dzisiaj cię nie wezmę... Choć może by tak powtórka z wczorajszej rozrywki... – złapał ją w pasie.
– Jak nie pójdziesz się porządnie wykąpać, to nawet o tym nie myśl!

Do domu wróciła jedynie po swoje rzeczy. I tak mieszkali już razem od ponad dwóch tygodni. Jedyny czas, którego nie spędzała z Ianem, to była etatowa praca, oraz gdy regularnie, co trzy dni jechała w umówione miejsce, gdzie stała planowane  półgodziny w oczekiwaniu na to, aż ewentualnie pojawi się łącznik po odbiór informacji oraz z ewentualnymi instrukcjami. Jak do tej pory niewiele jednak miała mu do przekazania. Choć o niczym innym w tej chwili nie marzyła, tak bardzo chciała to mieć za sobą. Problem w tym, że nic się interesującego nie działo. Co tydzień grupa spotykała się w mieszkaniu jednego z jej członków, na którym w kółko, niemal jota w jotę, było to samo co na tym pierwszym. I podobnie jak na tym pierwszym kończyło się pijanym w sztok Ianem, który domagał się od niej seksu.

O ile od biedy fajnie z nim było to robić na trzeźwo – wielki, naładowany testosteronem facet mógł wzbudzać dodatkowe podniecenie, gdy musiała być mu uległa – o tyle gdy był nawalony, czuła tylko wstręt. I to nie tylko do niego. Do siebie też. Na dodatek, czy na trzeźwo czy pijany, był nastawiony jedynie na własną przyjemność. Jak każdy tego typu facet, myślał, że samo wsadzenie i mocne wydupczenie, okraszone solidnymi klapsami, załatwia sprawę. Tak pożądane przecież pieszczoty zbywał jak najszybciej, po łebkach, skupiając się na własnym dojściu i przyjemności oraz oczekując, że i ona będzie miała z tego orgazmy. Udawała więc, że jest jej "taaaaak doooobrze", w rzeczywistości niewiele czerpiąc z tych zbliżeń przyjemności, tym bardziej, że jej stworzona przez chirurgów pochwa nie była tak czuła na bodźce jak cipka biologicznej kobiety. Frajdy jednak trochę z tego wszystkiego czerpała. Po pierwsze z zaspokajania go oralnie, po drugie z silnej, męskiej dominacji, która bardzo jej się podobała. Gdyby tak jeszcze był mniej samolubny w łóżku...

Tym niemniej z wytęsknieniem czekała chwili, gdy już będzie po wszystkim i się od niego uwolni. Najgorsze jednak było to, że nie wiedziała, jak długo będzie to wszystko trwało. Mogło się skończyć dzisiaj, mogło za rok czy nawet dłużej. Powoli jednak codzienna rutyna robiła swoje, i przyzwyczajała się do takiego stanu rzeczy. Jedyne co jej przeszkadzało, to brak okazji do uzyskania większej ilości informacji, na co niecierpliwie czekała, a oczekiwanie powoli zamieniało się w obsesję myślenia tylko o tej jednej rzeczy, na którą czekała. Niestety, jeśli te informacje gdzieś były, to w komputerze Iana. Nie tym podłączonym do internetu, z którego mogła korzystać. Tym drugim, z którego korzystał wyłącznie on. A ponieważ, jak do tej pory, poza godzinami pracy, przebywali stale w swoim towarzystwie, nie miała jak się do tego kompa dobrać. Od znajomych Iana zaś, i od niego samego, niewiele mogła uzyskać. Po pierwsze, nadal była "nowa" w tym środowisku. Po drugie, była przecież kobietą. A kobiety, w myśl tej nawiedzonej ideologii, nadawały się głównie do siedzenia w domu, usługiwania męskim przedstawicielom "rasy panów" i rodzenia dzieci. Dzieci... Tu Iana czekałoby z jej strony wielkie rozczarowanie... Aż wzdrygnęła się na samą myśl, co by było, gdyby dowiedział się o jej przeszłości...

Na szczęście było to mało prawdopodobne. Jej przeszłość została w Polsce, w mieście pośrodku którego straszyło gmaszysko hitlerowskiego Totenburga. O! To miejsce na faszystowskie schadzki by jemu i tym jego brunatnym kolesiom odpowiadało... Niby pomnik historii, ale szkoda, że nie podzielił losu pozostałych dwóch takich przybytków. Bo kto wie, czy znów kiedyś nie będzie do takich celów, co dawniej, służył.

I tak leciał dzień za dniem, wypełniony etatową pracą, obowiązkami domowymi wobec "pana i władcy" oraz niecierpliwym oczekiwaniem na przełom.  
I oczekiwany – wręcz wymodlony – przełom wreszcie nastąpił. Któregoś zimniejszego dnia poczuła się gorzej. Dar od losu... Przeziębienie i lekka gorączka.

Musiała zostać w domu. Ale co najważniejsze, musiała zostać  s a m a  w domu. Ian bladym świtem popędził do roboty na budowę. Wykorzystała do maksimum swoje byle jakie talenty aktorskie, aby przekonać go, że czuje się gorzej niż się czuła, ale na tyle dobrze, że nic jej nie będzie, jak spędzi kilka godzin sama. A gdy tylko zielony Vauxhall odjechał z piskiem opon spod domu, wyskoczyła z łóżka i zaczęła omiatać wzrokiem każdy kąt mieszkania. Ale nie za jakimś skrytkami, dokumentami czy czymś w tym stylu. Musiała się upewnić, czy nie jest czasem nagrywana. Szczęśliwie, przenikliwość, podejrzliwość i przezorność "ukochanego" nie była aż tak duża... Mieszkanie było czyste. Tym samym bezkarnie można było dobrać się do tego drugiego komputera.  

Na szczęście jak większość, używał Windowsa. Hasła dostępu do kompa nie znała, ale w prosty sposób obeszła się bez tego. Rozkręciła obudowy obydwu komputerów, wyjęła twardy dysk z komputera, do którego nie miała wcześniej dostępu, podłączyła go do twardego dysku oraz komputera, z którego miała możliwość korzystania i wszystkie zgromadzone na obydwu dyskach pliki stanęły przed nią otworem.  

Nie bawiła się w grzebanie w nich i szukanie potencjalnie wartościowych informacji. To była robota dla analityków, a nie dla niej, więc niech oni się martwią. Skopiowała wszystko na pendrive'a – do osobnych folderów dane z każdego z dysków dysku. Całość zajęła godzinkę, może trochę więcej, i później mogła chorować sobie dalej do woli. Ponad miesiąc tkwienia w tym gównie, żeby w godzinę mieć wszystko na tacy... Byle teraz "wyzdrowieć" w ciągu dwóch dni, tak by móc się urwać na spotkanie z łącznikiem. I może już w końcu będzie z górki.

Dwa dni później mogła wreszcie przekazać zdobyte materiały łącznikowi, a po kolejnym tygodniu, łącznik miał dla niej malutką paczuszkę.  

Wewnątrz była karteczka z zaszyfrowanym tekstem i mały flakonik perfum. Tekst zawierał tylko jedno słowo: "Zlikwiduj.". Nareszcie... Karteczka została drobno podarta i wyrzucona, flakonik wylądował w torebce, a ona gazem wróciła do swojego domu, żeby się przebrać w obcisłe jeansy, zanim pojawi się w domu kochanka. Była tak szczęśliwa, że cała sprawa się kończy i pozwoli jej wrócić do wcześniejszej codzienności, że uśmiech nie schodził jej z twarzy. I z takim samym radosnym uśmiechem rzuciła się mu na szyję, gdy otworzył jej drzwi.

– Gdzie byłaś? – zapytał ją po pierwszym pocałunku w usta na przywitanie.  
– Na mieście – nie przestawała go całować po twarzy – Chodź  – pociągnęła go w stronę sypialni.  
– Teraz??? Za dwie godziny mamy być na zebraniu grupy...
– Zdążymy...  – przytuliła się do niego. – Chyba, że gardzisz moim lodzikiem i wolisz kolegów... – wymruczała mu przekornie prosto w ucho, gdy objął ją w pasie.
– Skoro tak stawiasz sprawę... – uśmiechnął się. Nie mógł się oprzeć. Jego wielkie dłonie wylądowały na jej, obleczonym w obcisłe, granatowe jeansy, jędrnym tyłku. – Co tam masz? – wyczuł jakiś przedmiot w tylnej kieszeni.
– Nic. Perfumy. – wyjęła flakonik, pokazując mu go, a potem chowając go z powrotem, tym razem do prawej przedniej kieszeni spodni. – No chodź... – znów złapała go za dłoń i zaczęła ciągnąć w stronę sypialni.

Posłusznie poszedł za nią w niecierpliwym oczekiwaniu na obiecaną rozkosz. Ze śmiechem pchnęła go na łóżko, lądując na nim i całując go namiętnie. Potem, nie bawiąc się w żadne podchody, od razu zjechała w stronę jego krocza, rozpinając mu spodnie i rozporek. Już się prężył, ale jeszcze nie był w pełnym wzwodzie, moment później to się zmieniło, gdy stwardniał w jej ustach, a ona powoli zaczęła poruszać głową, lekko go ssąc i trąc nim jednocześnie po swoim języku i podniebieniu. Zamknął oczy i odgiął lekko głowę, wydając z siebie coraz głośniejsze pomruki.  

Z początku zamierzała to zrobić szybko i mieć go z głowy. Ale w trakcie, jak zwykle, poczuła podniecenie i nie mogąc się temu oprzeć, postanowiła zabawić się z nim ten ostatni raz... "A zresztą..." – pomyślała. – "Niech ma tę ostatnią przyjemność z tego gównianego życia.". Zafundowała mu więc takiego lodzika – powolnego, delikatnego i tak długiego, że praktycznie przechodzącego w edging, gdy kilkukrotnie nie pozwalała mu dojść, zwiększając jego napięcie oraz wrażliwość jego członka – że słychać go było chyba w całej kamienicy. Z diabelskim uśmiechem satysfakcji uznała to za komplement jej umiejętności na tym polu, ale zabawę trzeba było wreszcie kończyć. Doszedł jak zwykle, w jej ustach, wyprężając przed wytryskiem swe biodra do góry i przyciskając jej głowę do siebie, by jak najgłębiej wejść w jej gardło, a wyrzuciwszy z rykiem spermę, oklapł tyłkiem na tapczan.  

Wyjęła go z ust, odetchnęła świeżym powietrzem, zlizała resztki z jego penisa, sprzątając po sobie, i położyła się na tym wielkim facecie. Otwarł oczy, a jego oddech wracał do normy. Uśmiechnęła się do niego, patrząc mu w oczy, i zbliżywszy swoją głowę do jego twarzy, zaczęła go namiętnie całować. W tym samym czasie jej prawa dłoń sięgnęła do kieszeni spodni. Gdy ponownie otworzył oczy po kolejnym długim pocałunku, przez ułamek sekundy zobaczył przed sobą nie tylko jej uśmiechniętą twarz, której się spodziewał, ale i wymierzony w nie flakonik perfum. W tym samym momencie nacisnęła atomizer i zawartość flakonika rozprysła się po jego oczach.

– Zwariowałaś! – odepchnął ją mocno, zrzucając z siebie i zrywając się z tapczanu. – Kurwa, piecze! Co to było?! Co mi zrobiłaś?!  

Odepchnięta, czego się spodziewała, szybko poderwała się na nogi, jak najdalej odsuwając się od niego. Co prawda nieco oślepiony specyfikiem, nadal jednak był niebezpieczny, ale to już była tylko kwestia czasu.  

– Gadaj, suko... – ruszył  w jej stronę – Co to było...

Odsunęła się aż pod samą ścianę, przywierając do niej plecami. Ian rzucił się w jej stronę, ale po kilku krokach złapał się za pierś i osunął na kolana. Środek zaczął działać. Moment później leżał już nieruchomo na podłodze, kompletnie bezbronny.

Podeszła do niego, przyklęknęła przy nim i jeszcze raz, na wszelki wypadek, psiknęła mu w oczy. Może zajmie to jeszcze trochę czasu, ale rozpylony z flakonika płyn doprowadzi do tak rozległego zawału, że facet nie miał szans już z tego wyjść.  

Nie miała wyrzutów sumienia. Od dziecka wrażliwa, nie cierpiała każdej niesprawiedliwości, w tym tej wywodzącej się z rasizmu, nazizmu i tym podobnych skrzywionych ideologii. Dla niej ludzie tacy jak on i jego brunatne towarzystwo z infiltrowanej przez nią grupy, byli ludzkimi odpadami. A śmieci należy sprzątać, zanim zaleją świat tym całym złem, jakiemu hołdują.  

Wstała z podłogi. Pozbierała wszystkie swoje rzeczy do podróżnej torby i wyszła z tego przeklętego mieszkania.

Dodaj komentarz