Sunbird - cz. 4

Na pół godziny przed północą, samolot Air France wylądował w indyjskim Porcie Lotniczym Ćennaj – jednym z największych lotnisk pasażerskich w tym kraju. Po blisko 14 godzinach lotu, z przesiadką w Paryżu, oraz 25 godzinach od momentu, gdy wsiadła w rozklekotanego busa kursującego na trasie Wałbrzych Podzamcze – Warszawa Zachodnia, zakończyła pierwszy etap swojej podróży. A właściwie ucieczki.

Po wyjściu z mieszkania Konrada i zamknięciu jego drzwi na znalezione do niego klucze. Pojechała do swojego domu, zawadzając po drodze o miejsce pracy, w którym złożyła wypowiedzenie ze skutkiem natychmiastowym. Nie wdawała się w dyskusję "po co?", "na co?" i "dlaczego?". Miała to w dupie. Głęboko.

Nim dojechała do swojego mieszkania, miała w głowie ułożoną listę rzeczy do zrobienia. Od razu po wejściu zabrała się więc do pracy.  

Zaczęła od komputera, ściągając na pendrive'a dane z twardego dysku, które chciała zachować. Potem zakupiła przez internet bilet lotniczy, aplikowała o e–Turist Visa, i zostało jej już tylko wyczyszczenie twardego dysku. Sformatowała go, instalując tylko system operacyjny i wyłączając komputer.  

Z żalem musiała powyrzucać na śmietnik niemal wszystkie swoje babskie rzeczy. Od ciuchów, przez kosmetyki, na większości drobiazgów skończywszy. Nie chciała tego zostawiać wraz z domysłami tych, którzy w końcu do opuszczonego mieszkania zajrzą. Nie mogła zabrać ze sobą, żeby nie wzbudzać niezdrowego zainteresowania swoją osobą. Zresztą, z całością gratów nie było sensu się taszczyć. Kupi coś na miejscu.

Bardzo żal jej było zostawić książki, które gromadziła od dziecka, i których przez te lata nazbierało się sporo. Wyrzucić na śmietnik nie miała sumienia – to by była zbrodnia. Latać po mieście i gdzieś je rozdawać, nie miała czasu. Musiały zostać.  

Przed ostatnim wyjściem z mieszkania, rozejrzała się po nim przez moment. Ostatni raz popatrzyła przez okno na niedaleki, przeklęty, Totenburg – mimo wszystko, jakoś dziwnie będzie już nigdy więcej nie oglądać tego widoku... Wyszła z domu, starając się o niczym nie myśleć i nie użalać nad sobą.

Z mieszkania zabrała do podróżnej torby trochę męskich ciuchów i dwie spore książki, pomiędzy których kartkami poukrywała banknoty amerykańskiej waluty, by nie musieć zgłaszać takiej ilości gotówki na odprawie celnej. Zabrała też, wcześniej zniesione do samochodu, komputer, monitor, telewizor, DVD i kilka innych rzeczy, które wraz z samochodem dało się opchnąć w pierwszym z brzegu lombardzie. Dodatkowych parę groszy zawsze się przyda... Zanim to jednak nastąpiło, wybrała się na chwilę za miasto – należące do Konrada laptop i kamery, z wyjętymi i fizycznie zniszczonymi nośnikami pamięci, oraz doszczętnie rozwalony smartfon, wylądowały w pierwszej z brzegu gliniance.  
Była gotowa do wyjazdu. Musiała tylko poczekać do wieczornego odjazdu autobusu. Przesiedziała ten kolejny upalny dzień w Parku Ułanów Legii Nadwiślańskiej, bo tam jeszcze od biedy dawało się wytrzymać upał, o wyznaczonej porze wzywając taksówkę, która dowiozła ją na przystanek, z którego odjeżdżał autobus do Warszawy.  

Całą noc tłukła się do stolicy. Ani się zdrzemnąć, ani rozprostować kości, nie licząc dwóch krótkich, kilkuminutowych postojów. Na pół śpiąca, wysiadła na przystanku niedaleko dworca Warszawa Zachodnia i nie klamocząc się z komunikacją miejską, taksówką dojechała na Okęcie.

Dopiero po tym, gdy koła samolotu oderwały się od pasa startowego, pozwoliła sobie na częściowe odprężenie. Ale jeszcze nie mogła sobie pozwolić na sen, choć organizm już się go zaczął domagać. Za dwie i pół godziny czekało ją bowiem lądowanie w Paryżu, a potem jeszcze przez godzinę musiała być na nogach w oczekiwaniu na samolot do Indii. Ale później mogła już spać przez całą drogę.

Co zresztą uczyniła, przesypiając jakieś 10 godzin i budząc się na kilkaset km przed lądowaniem. Dostała coś do jedzenia na pokładzie, a od momentu wysiadki z samolotu była zdana już tylko na siebie.  

Przekoczowała na lotnisku do rana, obawiając się włóczenia po nocy po nieznanym mieście w obcym kraju. Nie wyróżniała się z tłumu, nie wyglądała na kogoś, kogo by można było wziąć za nadzianego turystę, nikt nie zwracał na nią uwagi. Wczesnym  rankiem zaś wybrała się na poszukiwanie jakiegoś dachu nad głową na uboczu.  

Intensywnie żółta, wręcz wpadająca w pomarańcz, trójkołowa autoriksza z czarnym dachem zawiozła ją najpierw do centrum handlowego – gdzie kupiła trochę damskich ciuchów, ciemnobrązową tanią perukę z kanekalonu, buty, kosmetyki i trochę jedzenia – a potem do wątpliwej kategorii motelu. Upał zaczynał się robić nie do zniesienia, ale - biorąc pod uwagę ostatnie rekordowe upały w domu – to jeszcze jakoś znosiła. Znacznie gorzej było z niewiarygodnie dużą wilgotnością powietrza, która dosłownie ją dobijała.  
- Nie wiem, jak ci ludzie mogą tu żyć... – powiedziała do siebie, rzucając się na łóżko.

Po kilkugodzinnej drzemce i jako takim posiłku, zabrała się za doprowadzenie się do ładu. Przede wszystkim prysznic. Potem ciuchy i makijaż dopasowany do karnacji oraz koloru oczu i włosów. Buty. I po spakowaniu swoich gratów, była gotowa do wyjścia. Obsługę hotelu wprawdzie zaskoczył nagły i niespodziewany widok ciemnowłosej Europejki o brązowych oczach, ubranej w granatową jeansową spódniczkę nad kolano, żółty damski T–shirt kibica reprezentacji Brazylii, z logiem na prawej piersi i ciemnozielonymi wykończeniami rękawów i dekoltu w serek, oraz tenisówki, która nigdy wcześniej nie pojawiła się w tym motelu, ale nim cokolwiek zdążyli powiedzieć, była już za drzwiami.
  
Autoriksza zawiozła ją najpierw na zakupy małych zapasów żywności, a potem niemal na drugi koniec miasta, do portu morskiego. Z wcześniejszego planu, przedostania się lądem przez Birmę do Tajlandii, zrezygnowała jeszcze w domu. Doszła do wniosku, że to zbyt długa droga po nieznanym kraju a do tego – skoro nie chce zostawić za sobą śladów – dwie granice do nielegalnego przekroczenia. Ryzyko rosło. Port morski dawał pewną szansę załapania się na transport statkiem do Bangkoku. Ale to był kawał drogi. Frachtowiec będzie płynął przynajmniej z tydzień... Najpierw jednak trzeba jakiś znaleźć.

Kręciła się po porcie kilka godzin, zagadując mijanych ludzi i trochę łamanym angielskim pytając o statek, który mógłby ją zabrać do Bangkoku. Nie obeszło się bez gwizdów w jej stronę, ale na szczęście nikt jej zbyt nachalnie nie zaczepiał. W końcu się udało i ktoś jej wskazał stary frachtowiec. Zostało dostać się na pokład...

Upłynęła jeszcze około godzina gdy spostrzegła Hindusa, który wcześniej zszedł z jego pokładu i teraz na niego wracał. Wyglądał na marynarza. Zaczepiła go. Wyjaśniła, o co jej chodzi. Obiecała dobrze zapłacić, dając w zaliczce 50 dolarów. Wahał się przez chwilę, ale chęć zarobku zrobiła swoje. Zgodził się w końcu i przemycił ją na statek, ukrywając w jednym z pomieszczeń. Dostała kawałek koca, wiadro na załatwienie swych potrzeb, i facet zniknął, zapowiadając łamanym angielskim z nieco śmiesznym akcentem, że wypływają za kilka godzin. Nie mając nic do roboty, ułożyła się na kocu i bezmyślnie wgapiała się w sufit, dopóki nie zasnęła.

Obudziło ją dopiero uruchomienie silników i wypłynięcie statku w morze. Nie była do tego przyzwyczajona, więc organizm zareagował na nieznany bodziec. Zjadła trochę jedzenia, popijając napojem z butelki. Żarcie i picie trzeba będzie racjonować, musi starczyć na kilka dni. Nie ma co liczyć na to, że marynarz, który ją tu ukrył, coś przyniesie. Ciekawe, czy w ogóle przyjdzie... Najgorsze było to wiadro do załatwiania się. W tym klimacie i w zamkniętym pomieszczeniu, śmierdziało jak cholera...

Przyszedł. Następnego wieczoru. Przede wszystkim po obiecane pieniądze. Dała mu połowę umówionej kwoty. Zapłacenia reszty stanowczo odmówiła aż do momentu wysiadki na miejscu. Ustąpił, choć niechętnie.  

Zapytała o to, ile zajmie podróż. Odparł, że jeszcze cztery dni i będą w Bangkoku. Nie mieli o czym rozmawiać, więc nastąpiło milczenie, ale facet jakoś nie zbierał się do wyjścia... Przyglądał się jej tylko przez cały czas, gdy siedziała na kocu. W końcu popatrzyła na niego z wyraźną irytacją, że się w nią wgapia, a on wtedy podszedł do i zaczął się do niej po prostu bezceremonialnie dobierać.  

Nie miała na to ochoty. W sumie, będąc na jego łasce, dla świętego spokoju mogłaby mu ulec, ale nie miała bladego pojęcia, czy czasem po prostu nie zarazi jej czymś. Naprawdę ostatnim czego mogła sobie życzyć, było dogorywanie na ulicy w obcym kraju i tym nieznośnym klimacie na jakieś choróbsko, których była pełna gama – od żółtaczki, przez wszelakie choroby weneryczne, aż po HIV. Nie po to tłukła się na drugi koniec świata, by z tego powodu ze sobą skończyć. Równie dobrze powiesić mogła się w domu. Dlatego odepchnęła go z wyraźnie powiedzianym "don't". Nie posłuchał. Zbliżył się znów i nadal próbował, tym razem bardziej natarczywie. Wsadził jej rękę pod spódniczkę... I w tym momencie zorientował się, z kim ma do czynienia.  

Odskoczył jak od trędowatej. Zaskoczenie jednak szybko zamieniło się w złość. Zaczął coś wrzeszczeć w rodzimym języku, czego kompletnie nie była w stanie zrozumieć, i sięgnął do kieszeni spodni.  

Jednym skokiem znalazła się przy nim, łapiąc w przegubie jego rękę z dłonią włożoną do kieszeni i unieruchamiając ją, a głową mocno uderzając go w nasadę nosa. Popłynęła krew, a Hindus na chwilę został oszołomiony. Wykorzystała to, podkładając mu nogę i popychając na podłogę kabiny. Wyłożył się jak długi i już nie zdążył wstać. Przygniotła go bowiem, kolanami dociskając go podłogi, i chwytając za włosy pociągnęła głowę mocno do góry. Potem chwyciła ją oburącz i jednym, mocnym ruchem skręciła mu kark.

Odsapnęła przez chwilę i wsadziła rękę do jego prawej kieszeni. Instynkt jej nie oszukał – facet miał w kieszeni sprężynowy nóż. Udało jej się w ostatniej chwili. Teraz trzeba było się go pozbyć, zanim, szukając go, ją znajdą. Usiadła z powrotem na kocu, opierając się o ścianę i intensywnie myśląc, co zrobić.

Pozbyć się go musiała, bo będą go szukać. Zresztą nie zamierzała tu siedzieć kilka dni z coraz bardziej, w tym piekielnym klimacie, śmierdzącym trupem. Wywalenie go za burtę też nie było dobrym rozwiązaniem – czy zamknięty tutaj czy lądujący w wodzie, byłby szukany przez resztę załogi, która pewnie przetrząsnęłaby cały statek, wcześniej czy później trafiając do tego pomieszczenia, w którym blindowała. Nieee... Oni muszą faceta szybko znaleźć. Wtedy przestaną szukać a zajmą się kombinowaniem, w jaki sposób zginął. Miała tylko nadzieję, że gdy go znajdą, nie zawrócą do portu, z którego wypłynęli. Może nie zawrócą... Są od dwóch dni w drodze, licząc że płyną jakieś 35 km na godzinę, pokonali około 1/3 drogi. Poza tym mają ładunek do dostarczenia w konkretnym terminie. Nie poświęcą tego dla martwego marynarza, tym bardziej w kraju, w którym życie było cholernie tanie... Pewnie zgłoszą to władzom przez radio, wsadzą go do jakiejś lodówki i dotoczą się do Bangkoku. Trzeba tylko przesiedzieć te kilka dni cichutko na dupie...

Najpierw jednak musiała go stąd wynieść. Na szczęście nie był zbyt dobrze zbudowany. Gorzej, że wychodząc ze swej nory na pokład, ryzykowała, że ktoś ją zobaczy. Nie miała jednak wyboru i mogła mieć tylko nadzieję, że po ciemku nikt się nie będzie tak po statku kręcił jak w dzień. Przebrała się w swoje męskie ciuchy zdejmując też perukę. Koniec końców, jeśli na kogoś się natknie, w ciemności widok męskiej sylwetki nie spowoduje na statku takiego zainteresowania, jak widok kobiety, która wzięła się nie wiadomo skąd.

Ostrożnie uchyliła drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Na korytarzu było pusto i cicho.Wróciła do pomieszczenia, podniosła trupa i przerzucając sobie jego ramię na swoje ramiona i wytaszczyła go na zewnątrz. Droga na pokład trochę jej zajęła, ale miała fart i nikogo nie spotkała. Postanowiła zostawić go na rufowym pokładzie, pod nadbudówką statku, układając go na nim tak, żeby na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że z niej spadł, zabijając się. Może to wystarczy do tego, by wstępnie uznali to za wypadek. W końcu kto tutaj to zbada? A ciało przecież będą musieli sprzątnąć z pokładu. Nie będzie im przecież się w tym upale przez cztery dni rozkładało pod nosem.  

Natychmiast po ułożeniu denata, wróciła do siebie. Przez kolejne dni siedziała tam jak trusia, nie zważając na smród z służącego jej za toaletę wiadra. W końcu, jak Hindus zapowiedział, po czterech dniach, wieczorem statek dobił do tajlandzkiego portu. Teraz trzeba było z niego jakoś zejść...

Wachtowy przy trapie nie mógł uwierzyć własnym oczom i swojemu szczęściu... Oto pokładem szła w jego stronę, lekko kołysząc biodrami, wysoka, całkiem zgrabna Europejka, uśmiechając się do niego. Podeszła i wyciągnęła swoją lewą dłoń, leciutko dotykając jego policzka.

W sekundę później ten sielankowy sen zamienił się mu w koszmar, gdy kobieta jednym ruchem lewej ręki złapała go za kark, przyciągając nieco do siebie, a prawe kolano mocno wbijając w jego podbrzusze. Z bólu osunął się na kolana, a kobieta popchnęła go na plecy i leżącemu na pokładzie zamachała nożem przed oczami, przyciskając wskazujący palec drugiej ręki do swoich ust.

Zakneblowała go kawałkiem jakiejś szmaty i związała kończyny znalezionym wcześniej sznurkiem. Całość nie zajęła jej pięciu minut, po których, zabierając swoją niewielką podróżną torbę, mogła zejść na ląd. Udało się. Dotarła na miejsce. Zbiegła po schodkach trapu i wśród uliczek portu, zaczęła szukać wyjścia do miasta. I wtedy nastąpiła klęska, gdy za rogiem jednej z portowych uliczek natknęła się na patrol.

Samotna Europejka włócząca się po nocy po południowoazjatyckim porcie wzbudziła zainteresowanie. Poproszona o dokumenty, nie miała co pokazać. Zabrano ją więc na posterunek, tam przeszukano, znajdując dokumenty mężczyzny.  

To był koniec. Deportują ją i pójdzie siedzieć. Albo najpierw tu ją zamkną na dłuższy czas, a dopiero potem deportują...

3 074 czyt.
90%101
MEM

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyczne i kryminalne, użyła 2691 słów i 14945 znaków

Komentarze (1)

 
  • AnonimS

    AnonimS 11 paź 21:38

    Coraz ciekawiej. Tylko to.jakiś rambo ten przebieraniec pozdrawiam AnonimS