Pani Dwóch Krajów cz. 1

Przedstawiam tekst w klimacie femdom, osadzony w nieco ubarwionej scenerii starożytnego Egiptu.



                              I
     Nefer nie spodziewał się wezwania. Nie o tej porze. Ukończył właśnie nocne czuwanie w sanktuarium i zmierzał na kwaterę, gdy jeden z akolitów przekazał mu wiadomość, że arcykapłan wzywa go do swego gabinetu.
     "Ciekawe, co znowu wymyślił ten stary dureń” - przemknęło Neferowi przez głowę. Młodszy kapłan Nefer nie należał do ulubieńców zwierzchnika świątyni Izydy Objawionej w Abydos i dobrze o tym wiedział. Był synem zaledwie rzemieślnika, a swoją obecną pozycję w świątyni zawdzięczał zdolnościom, ciężkiej pracy i doskonale zdanym egzaminom. Arcykapłan Hethor był natomiast potomkiem pomniejszej rodziny prowincjonalnej arystokracji i uważał, że do stanu kapłańskiego powinno się przyjmować tylko synów i córki szlachty. Na każdym kroku utrudniał Neferowi życie i zrzucał na niego najbardziej niewdzięczne obowiązki. Jak chociażby nocne czuwania.... Cóż, samotny pobyt nocą w sanktuarium Bogini Objawionej miał swoje plusy... Nefer uśmiechnął się lekko do swych myśli.
     "Dość tego, ty głupcze” - zbeształ się w duchu - "Jeśli się pospieszysz, to może zdążysz jeszcze zjeść śniadanie z Aną, zanim będzie musiała iść do świątynnego szpitala.” - Związek Nefera z kapłanką-uzdrowicielką pozostawał solą w oku Hethora. Ana była córką jednego z lokalnych posiadaczy ziemskich i małżeństwo to budziło szczególną niechęć arcykapłana. Z ledwie maskowaną satysfakcją przyjmował fakt, że małżonkowie, pomimo szczerych starań i składanych ofiar, nadal nie mogli doczekać się potomstwa. Nefera przywodziło to na skraj z trudem skrywanej furii...
     Z zaskoczeniem zauważył, ze arcykapłan nie jest sam. Jeszcze większe zdumienie budziło to, że jego gościem był żołnierz. W pełnym rynsztunku, w nabijanych brązowymi guzami pancerzu i spódniczce, z mieczem przy boku, postawny mężczyzna zdawał się wypełniać obszerne przecież pomieszczenie. Żołnierze nie pojawiali się często w świątyni. Izyda była opiekunką kobiet, urodzaju, płodności... Żołnierze mieli własnych patronów: lwiogłową Sachmet, boginię-wojowniczkę, oraz Sebeka, boga-krokodyla z nieodległej świątyni w Kom Ombo.
     "Co on tu robi?” - pomyślał Nefer.
     "Oto młodszy kapłan Nefer, setniku” - w głosie arcykapłana zabrzmiała dziwna mieszanina satysfakcji i obawy. Żołnierz nie zaszczycił przybysza spojrzeniem, nadal wbijał wzrok w zwierzchnika świątyni. Nefer dopiero teraz zauważył wykonany czerwoną farbą rysunek stylizowanego Oka Izydy, który widniał na jego napierśniku.
     "To oficer Gwardii Królowej” - zdał sobie nagle sprawę. Osobista Gwardia Królowej była okiem, uchem, a w razie potrzeby sięgającą daleko dłonią rezydującej w odległej stolicy Władczyni. Jej członkowie mieli nieograniczone kompetencje, nieoczekiwana wizyta oficera tej formacji budziła obawę nawet u wysoko postawionych urzędników i... kapłanów.
     "Arcykapłanie, dziękuję w imieniu Jej Wysokości Królowej. To wszystko” - w głosie oficera brzmiał metal.
     "Jestem zawsze oddanym i wiernym sługą Naszej Pani, Oby Żyła Wiecznie. Ja...”
     "Twoja gorliwość zostanie z pewnością doceniona”... - kamienne spojrzenie żołnierza wepchnęło arcykapłanowi do ust słowa, których nie zdążył wypowiedzieć. Skłonił się pospiesznie i wyszedł. Służalcze zachowanie zwierzchnika i jego szybka rejterada z własnego gabinetu sprawiły Neferowi prawdziwą satysfakcję. Dobry nastrój młodego kapłana nie trwał jednak długo. Dokładnie do chwili, gdy spojrzenie oficera spoczęło na nim samym.
     "Młodszy kapłan Nefer” - powtórzył powoli. - "A więc to z twego powodu odbyliśmy tę podróż”. - Po chwili uniósł do ust gwizdek, który nosił na rzemieniu zawieszonym na szyi. Przenikliwy gwizd sprowadził do komnaty czterech kolejnych żołnierzy. Czekali widocznie za drzwiami. Gdy Nefer wchodził do gabinetu, kryli się zapewne za załomem korytarza.
     "Brać go” - oficer wskazał dłonią Nefera.  
     "Ale...” - zanim zaskoczony kapłan zdołał wyjąkać choćby słowo, żołnierze sprawnie pochwycili go za ramiona, rzucili na podłogę i unieruchomili. Jeden z nich zaopatrzony był w kajdany i młot. Nefer poczuł jak skuwają mu ręce, na jego szyi zacisnęła się metalowa obroża do której przytwierdzony był łańcuch.
     "O co tu chodzi, jestem...”
     "Jesteś aresztowany z rozkazu Najwspanialszej Królowej. A teraz milcz” - krótkie słowa oficera wstrząsnęły Neferem.
     "Aresztowany, ale za co...”
     Jeden z żołnierzy uciszył go uderzeniem pięści. Niezbyt brutalnym, nie było w tym nic osobistego. Ot, rutyna podczas aresztowania.
     "Zabrać go na łódź” - zakomenderował oficer. Żołnierze sprawnie postawili Nefera na nogi, trzymając pod ramiona poprowadzili szybko przez korytarze świątynne, ogrody i park, w stronę prywatnej przystani arcykapłana. Stał tam przycumowany niewielki, wyglądający na szybki okręt strażniczy, wyposażony w prostokątny żagiel i dziesięć par wioseł. Z wprawą wskazującą na duże doświadczenie, strażnicy wrzucili więźnia do niewielkiego pomieszczenia pod pokładem dziobowym. Nie rozkuli go, łańcuch przypięty do obroży umocowali do wbitego w jedną z wręg pierścienia. Łódź wkrótce odbiła od brzegu i ruszyła spiesznie w dół Rzeki, prawdopodobnie w stronę odległej Stolicy.

                              II
Tak rozpoczął się koszmar, w którym tkwił... jak długo? Od trzydziestu, czterdziestu dni? Stracił rachubę jakiś czas temu. Pierwsze kilkanaście dni zajęła podróż łodzią. Przez cały czas przebywał w pomieszczeniu pod pokładem, nadal skuty. Traktowano go z profesjonalną obojętnością. Oficer sprawdzał codziennie kajdany, jeden z członków załogi przynosił pod kontrolą któregoś z żołnierzy jedzenie i wodę oraz opróżniał drewniany kubeł na nieczystości. Karmiono skąpo, ale nie głodzono. Proste potrawy, jęczmienne placki, gotowany groch. Trochę wychudł, co zresztą dobrze mu zrobiło. Wody z Rzeki miał za to pod dostatkiem. Starał się dbać o siebie, mył się na ile pozwalały mu skute dłonie i wyrywał rzadkie włosy pojawiającego się na brodzie zarostu. Nie mógł tylko nic poradzić na włosy odrastające na głowie. Kapłani golili się regularnie, była to oznaka ich stanu. Czy jednak był jeszcze w ogóle kapłanem? To właśnie była najgorsza tortura. Trudniejsza do zniesienia niż łańcuchy i niewygody. Niepewność i niewiedza. Nikt nie chciał z nim rozmawiać. Oficer ignorował go całkowicie. Nie zniżał się do jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania, prośby, próby nawiązania rozmowy. Żołnierze też dostali widocznie podobne instrukcje, zdarzało się, że uciszali go niekiedy kopniakiem. Bez jakiejś złośliwości, po prostu tak, żeby dał im spokój i nie przeszkadzał w wykonywaniu obowiązków. Raz, zrozpaczony ignorowaniem jego słów, próbował wołać głośno i wykrzykiwał pytania.... Nic nie uzyskał, zdarł sobie tylko gardło, nikt nie raczył nawet zejść do komórki w której go więziono. A jednak słyszano jego krzyki. Przekonał się o tym, gdy następnego dnia nie otrzymał jęczmiennego placka i wody. Kara trwała na szczęście tylko przez jeden dzień. Zaczynał się uczyć, że nic od niego nie zależy, nie ma na nic wpływu.
     Zadręczał się natomiast myślami. Co się stało? Dlaczego go uwięziono? Co go czeka? Czy Ana wie o jego losie i czy jest bezpieczna? Zapewne jego aresztowanie zostało zauważone przez akolitów i służbę, po świątyni musiały krążyć najbardziej nieprawdopodobne plotki. Młodszy kapłan Nefer aresztowany przez Gwardię Królowej. Tak sensacyjne wydarzenie na długo zaprzątnie umysły szalonymi domysłami... Co Ana o tym sądzi? Czy spróbuje interweniować w jego sprawie? Miał nadzieję, że nie. Z pewnością i tak nic nie wskóra, a ściągnie tylko na siebie niepotrzebną uwagę. Nie wiedział, czy coś jej grozi. Zbiorowa odpowiedzialność rodziny za poważne zbrodnie, zdradę przede wszystkim, była regułą. Co prawda, nie był przecież żadnym zdrajcą. Ale dlaczego go uwięziono? To, że aresztował go przybyły specjalnie w tym celu oficer Gwardii oraz że wieziono go pospiesznie do stolicy (bo gdzieżby indziej?) dowodziło powagi zarzutów. Formułka "Aresztowany z rozkazu Królowej” była zwyczajna w działaniach straży i policji. Teraz jednak okoliczności wskazywały, że rozkaz musiał pochodzić z bardzo wysokiego szczebla, z pewnością z Pałacu. Może nawet istotnie wydała go sama Boska Władczyni? Na tę myśl zrobiło mu się gorąco... Ale dlaczego? Dziwne zachowanie arcykapłana sugerowało, że musiał maczać w tym palce. Tak, to z pewnością ten stary wieprz złożył na niego jakiś donos, uknuł wymierzoną przeciwko niemu intrygę. Skoro wysłano oddział gwardzistów, musiał jednak przedstawić jakieś dowody. Sam donos by nie wystarczył... Teraz dopiero oblał się prawdziwym potem, wywołanym przez strach. Czyżby ktoś dowiedział się o... tamtym? To niemożliwe, przecież nikt o tym nie wie. Był zawsze bardzo ostrożny... tylko Ana mogłaby się czegoś domyślić, ale przecież nigdy by go nie wydała. Gdy kochali się w długie, gorące noce, prosił ją niekiedy, by odgrywała dla niego rolę Boskiej Władczyni, korzystającej z usług faworyta-niewolnika. Czyniła to chętnie i miał wrażenie, że z przyjemnością... To były jednak przecież tylko niewinne zabawy kochanków. Podczas nocnych czuwań w sanktuarium Objawionej Bogini Izydy był bardzo ostrożny. Zawsze czekał do najciemniejszych godzin przedświtu, stan pobudzenia znakomicie ułatwiał zresztą opieranie się senności. Dopiero wówczas, gdy cała świątynia spała, oddawał się swym grzesznym przyjemnościom. Czołgając się przed posągiem Boskiej Królowej – Objawionego Wcielenia Izydy, pokrywając pocałunkami Jej marmurowe stopy, okazywał zresztą przecież tylko należną Bogini cześć. Może istotnie sprawiało mu to zbyt wielką przyjemność... zawsze dbał, by starannie usunąć wszelkie ślady tej przyjemności... To wszystko były jednak drobiazgi, tak przynajmniej myślał.      Naprawdę niebezpieczne mogły się okazać tylko te wiersze, poematy i opowiadania które pisał. Gdy nie mógł już wytrzymać nadmiaru uczuć, gdy ogarniało go natchnienie, napędzane niemożliwym do spełnienia pożądaniem... przelewał te myśli na papirus. Wizje spełnionych modlitw, Bogini zstępującej do sanktuarium czy świątynnych ogrodów, pozwalającej się adorować, przyjmującej wdzięcznie jego hołdy i obdarzającej swego wiernego kapłana jeszcze większymi, niewyobrażalnymi łaskami... Nie powinien pisać tych wierszy, a jeśli już napisał, powinien je spalić. Tysiąc razy podejmował taką decyzję, i tak znał je na pamięć. Był jednak z nich dumny... wyrażały jego najszczersze uczucia. Roił sobie, że ktoś, kiedyś – po wielu latach - odnajdzie je. I pozna siłę uczuć od dawna nie żyjącego kapłana Nefera oraz wspaniałość, potęgę, piękno i moc jego Bogini. To będzie trwalszy pomnik Jej chwały niż te posągi, pełne co prawda piękna i majestatu, ale jednak zimne, jak marmur, z którego je wykuto. Dlatego ukrywał zwoje zapisane drobnym, starannym pismem w specjalnej skrytce, którą urządził w budynku świątynnego skryptorium. Pracował tam często, niejednokrotnie samotnie, wykonując zlecone mu przez arcykapłana zadanie przepisywania nudnych, konwencjonalnych i suchych hymnów na cześć Boskiej Izydy. Do skrytki zaglądał rzadko, zwykle po to, by dołożyć nowy zwój. Kiedy uczynił to ostatni raz? Zaledwie kilkanaście dni temu. Napisał nowy poemat, zainspirowany krążącymi plotkami o surowym wymiarze sprawiedliwości Królowej. Dość mroczny, opisał siebie jako więźnia rzuconego do Jej stóp i oczekującego na wyrok. Jakże proroczo, nie mógł nie uśmiechnąć się gorzko na tę myśl. Dwa tygodnie to jednak za mało czasu by dostarczyć zwoje do stolicy i by przysłano stamtąd gwardzistów. A może... jeśli jego wróg był sprytny, a Hethorowi z pewnością nie można odmówić przebiegłości, mógł zabrać zaledwie kilka lub nawet tylko jeden zwój jako dowód. To z pewnością by wystarczyło dla poparcia oskarżenia. Inne zostawił, by nie spłoszyć Nefera. Czy dwa tygodnie temu zwoje były w komplecie? Nie potrafił sobie przypomnieć, zresztą nie sprawdzał zbyt dokładnie z braku czasu. Wszystko układało się w całość. Skrytka była co prawda dobrze zamaskowana... ale czy pozostawała inna możliwość? Na tę myśl ponownie oblał się zimnym potem. Jeśli Ona czytała te zuchwałe, bluźniercze słowa... był zgubiony bez ratunku.

                              III
     Koniec podróży przyjął z zadowoleniem. Wszystko, nawet perspektywa śledztwa, sądu i kary, wydawało mu się lepsze od niepewności, niewiedzy oraz jałowych rozmyślań. Tymczasem, niewiele się zmieniło...
     Okręt przycumował do brzegu bardzo późnym popołudniem. W zapadającym zmierzchu Nefera wyprowadzono na pokład, a następnie na jedno z nabrzeży pałacowej przystani. Pomimo swej niewesołej sytuacji, rozglądał się ciekawie. Nigdy nie był w stolicy, a Memfis uchodziło za jedną z największych i najwspanialszych metropolii znanego świata. Miasto rozsiadło się szerokim pasem na lewym, wyższym brzegu Nilu, co zabezpieczało je przed corocznymi wylewami Rzeki. Świątynie, budynki publiczne, rezydencje bogaczy, rozświetlały się właśnie setkami, tysiącami zapalanych lamp. Błyskały na podobieństwo gwiazd, i jak one odbijały się w szerokim, ciemnym nurcie Rzeki. Położone dalej dzielnice zwykłych mieszkańców i slumsy nędzarzy oświetlone były znacznie oszczędniej, płynęły za to od nich odgłosy i zapachy wielkiego miasta. Nawoływania zachwalających towar sprzedawców, pokrzykiwania poganiaczy osłów, porykiwania tych pożytecznych zwierząt, wybuchy śmiechu. To wszystko zmieszane z zapachami setek różnych potraw, smażonego na oleju mięsa i jęczmiennych placków, aromatem kadzidła i przypraw, wonią zwierzęcych, i z pewnością także ludzkich, nieczystości. Po zelżeniu upału miasto budziło się do życia. Ludzie wychodzili z domów, biur i warsztatów na ulice i place, podążali na targ, szukali ochłody w parkach i przy publicznych sadzawkach. Kobiety prały odzież na brzegu Rzeki i głośno plotkowały. Ich mężowie robili to samo w gospodach, przy dzbanie wina, lub wprost na ulicy, przy konwi taniego piwa. Miasto pulsowało życiem i Nefer zapragnął przez chwilę zanurzyć się w jego nurcie. Było to oczywiście niemożliwe.
     Nad miastem i Rzeką górował Pałac, usytuowany nieco na uboczu, zajmujący najwyższe i najrozleglejsze z nadrzecznych wzgórz. Ustawione w krąg na szczycie wzniesienia, monumentalne budowle przywodziły na myśl diadem, zdobiący głowę pięknej kobiety. Wrażenie to powiększały tysiące świateł, podobnych z daleka do  wprawionych w ozdobę szlachetnych kamieni. Poniżej, opadając tarasami w kierunku Rzeki, rozciągały się ogrody, aleje, szpalery drzew, parki – przypominając z kolei rozpuszczone włosy, w których tu i ówdzie połyskiwały pojedyncze klejnoty sadzawek i basenów. Całość otaczały usytuowane u stóp wzgórza wysokie mury, przebite ufortyfikowanymi bramami. Nefer chłonął i ten widok, uświadamiając sobie nagle, że gdzieś tam przebywa Ona, Bogini.
     Poprowadzono go w kierunku jednej z bram. Była zamknięta, ale na wezwanie oficera uchylono umieszczoną obok, niewielką furtę z grubego, okutego drewna. Od wewnątrz do murów przylegały liczne budynki gospodarcze i administracyjne. Przed wzrokiem mieszkańców wyżej położonej, rezydencjonalnej części pałacu, zasłaniały je szpalery  i kępy drzew. Neferf roił przez chwilę, że zostanie zaprowadzony na szczyt wzgórza, stanie przed obliczem Królowej, a Ona zadecyduje o jego losie. Były to oczywiście sny na jawie, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Pomimo tego poczuł się irracjonalnie rozczarowany, gdy zamiast na pałacowe komnaty trafił do raczej obskurnego biura, a zamiast pięknej Władczyni ujrzał nijakiego urzędnika. Formalności towarzyszące przyjmowaniu nowego pensjonariusza pałacowego więzienia przebiegały szybko. Zarówno eskortujący go dotąd oficer jak i urzędnik w widoczny sposób pragnęli zakończyć już dzień pracy, udać się do domu lub gospody... Oficerowi trudno się było nawet dziwić, podróż do Abydos i z powrotem zajęła mu ponad trzy tygodnie. Gdy wezwani przez urzędnika strażnicy więzienni wyprowadzali Nefera, oficer spojrzał na niego, po raz pierwszy od tamtej chwili w gabinecie arcykapłana spojrzał jak na człowieka... Nefer dojrzał w jego wzroku coś na kształt współczucia... Mógł się oczywiście mylić, miał nadzieję, że się myli... w przeciwnym razie to ostatnie spojrzenie napełniłoby go większym lękiem niż cała poprzednia obojętność żołnierza.
     Podążał teraz najpierw wiodącymi w dół schodami, potem plątaniną krzyżujących się korytarzy. Mały konwój minął kilka obsadzonych strażą wrót, wreszcie kapłan wylądował w niewielkiej, kamiennej celi pozbawionej okna. Na całe jej wyposażenie składała się wiązka w miarę świeżej trzciny oraz nieodzowny, drewniany kubeł na nieczystości. Od chwili, gdy znalazł się w lochach, jego nozdrza atakował silny zapach nieczystości, potu, niemytych ciał... nad wszystkim dominował jednak przemożny, choć trudny do opisania zapach strachu. Po drodze widział liczne cele, w większości zajęte. Dzięki wszystkim Bogom i Boginiom jego cela była przynajmniej jednoosobowa. Były też inne korzyści. Pomieszczenie wyglądało na suche. Nowi strażnicy rozkuli Neferowi dłonie. Ucieszył się z tego, gdyż metalowe obręcze zdążyły już silnie poobcierać jego nadgarstki. Obroża na szyi pozostała, odpięto jednak łańcuch. Wychodząc z celi, strażnicy zatrzasnęli za sobą kolejne, solidne, drewniane drzwi okute metalem – ile to już dzisiaj przekroczył takich wrót... a każde coraz bardziej oddalały go od wolności. Drzwi przebite były niewielkim otworem na wysokości głowy, zabezpieczonym uchylaną na zewnątrz kratą, zaopatrzoną w osobny rygiel. Po chwili kroki strażników i szczęk kolejnych, zatrzaskiwanych zamków ucichły w oddali. Nefer usiadł na trzcinie, opierając się o ścianę i oplatając kolana uwolnionymi z kajdan dłońmi. Ożywienie, które odczuwał na przystani, przeminęło bez śladu. Czyżby naprawdę pobudzała go nadzieja spotkania Królowej? Oto, gdzie kończą się takie sny na jawie. Nie chciało mu się nawet sprawdzać drzwi i zamków. Z pewnością są wystarczająco mocne, by go tu zatrzymać. Zresztą, jak i dokąd miałby uciekać?
     "Hej, ty nowy. Słyszysz mnie?” - ciche wołanie dobiegało zza kraty - "Kim jesteś i za co tu trafiłeś?” - Neferowi nie chciało się odpowiadać. Co mógłby zresztą powiedzieć?
     "Rusz tyłek i podejdź do drzwi. Nie mogę tak głośno krzyczeć, bo usłyszą mnie te pomioty szakala.” - Chodziło pewnie o strażników. Nefer zdecydował się w końcu podejść, może czegoś się dowie? Przycisnąwszy twarz do kraty, mógł objąć wzrokiem kilkumetrowy odcinek więziennego korytarza. W jego ścianach umieszczono w regularnych odstępach drewniane drzwi, podobne do tych zamykających jego własną celę. Całość oświetlał płomień pojedynczej pochodni, zatkniętej w metalowym uchwycie osadzonym w ścianie. Widać było przysunięte do krat twarze, palce dłoni wsunięte w wąskie przerwy pomiędzy prętami. Większość cel była zajęta, a przybycie Nefera musiało wzbudzić zainteresowanie.
     "Jak nie chcesz, to nie musisz się opowiadać. Właściwie, nikt nie gada tu o sobie.” - Głos dobiegał z celi naprzeciwko. Kapłan dostrzegł szeroką twarz jej lokatora przyciśniętą do kraty, o prymitywnych, jak gdyby murzyńskich rysach. Nie był pewny, ale zdawało mu się w słabym świetle pochodni, że właściciel twarzy pozbawiony jest uszu. Przypomniał sobie, że obcięcie uszu było jedną z kar dla notorycznych przestępców.
     "Pomyślałem tylko, że może wiesz, który zaprzęg zwyciężył w wyścigach rydwanów w dniu święta Sachmet.” - Święto bogini Sachmet wypadło nieco ponad tydzień przed aresztowaniem Nefera. Jak gdyby w innym świecie...
     "Nie wiem, jestem z Abydos i właśnie przywieziono mnie do Stolicy” – odpowiedział odruchowo.
     "Szkoda, postawiłem sporą sumkę na Horeba z pułku "Szarżujących Nosorożców”. A ci tutaj, synowie hieny, nie chcą mi nic powiedzieć. Jesteś pierwszym nowym który trafił do naszego korytarza od dłuższego czasu, i oczywiście też nic nie wiesz. To chyba kolejna złośliwość tych psów.”
     "Spodziewasz się odebrać wygraną?” - Zdziwił się Nefer.
     "Wszystko w rękach Bogów. A raczej Bogini...” - ostatniemu słowu towarzyszyło splunięcie. - "Wsadzili mnie tutaj tuż przed świętem i nic nie wiem, a miło byłoby wyobrazić sobie przegraną minę tego wieprza Pazera”- kolejne splunięcie.
     "Jesteś tu już trzy tygodnie?”
     "A tak, dziwka wyjechała w podróż po Delcie i nie zdążyła osądzić mojej sprawy. Wszyscy czekamy na jej powrót.” - Mówił chyba o Królowej. Taki brak szacunku w ustach podobnego szczura wzburzył krew Nefera. Rozpaczliwie pragnął jednak wszelkich informacji. Pohamował gniew.
     "Będzie nas sądzić osobiście Królowa?”
     "A jak myślisz, dlaczego trzymają nas tak długo w pałacowym więzieniu? Jesteśmy ciężkimi przestępcami. Czekamy, aż wróci i się nami zajmie” - zarechotał obleśnie. Typ coraz bardziej irytował Nefera.
     "To chyba dobrze dla nas. Królowa jest sprawiedliwa i miłosierna.” - Tym razem roześmiało się jeszcze kilku więźniów.
     "Gdzieś ty się uchował? Nawet w tym twoim Abydos powinniście wiedzieć, że to okrutna suka. Sędzia skaże cię na chłostę, zesłanie do kopalni, piętnowanie czy nawet śmierć i tyle. Ona często ma dużo ciekawsze pomysły, zaczyna zwykle od obcięcia jaj.” - Tym razem jego śmiech był jakby wymuszony.
     "Mylisz się albo kłamiesz, psie. Królowa jest matką swego ludu... jest piękna i dobra...” - teraz śmiali się już prawie wszyscy.
     "Z pewnością nie wygląda na niczyją matkę. Bardziej już na ladacznicę, gdy pojawia się w lektyce czy świątyni, otoczona swymi aktualnymi faworytami.” - O dziwo, w głosie rozmówcy pojawił się jakby cień zazdrości. - "Trzeba przyznać, że urody jej nie brakuje i korzysta z niej jak suka. I wiesz co... gdy zobaczy mojego małego w pełnym salucie na jej cześć, z pewnością się nim zainteresuje. W ten sposób uratuję i fiuta, i głowę. Niektórym podobno już się tak udało, nawet więźniom i niewolnikom.”
     Nefera na chwilę chwilę zatkało. Ten sprośny knur ośmielał się mówić w taki sposób o Królowej, opowiadał na głos to, o czym on sam z trudem pozwalał sobie marzyć w swoich wierszach.
     "Ty zawszony kundlu, sparszywiały szczurze, zamknij swoją zapchaną gównem gębę....” - Nefer rzucił się na kratę i, wykrzykując najgorsze znane sobie wyzwiska, zaczął jak szalony szarpać pręty. W tej chwili pragnął dopaść tę obleśną małpę i rozerwać ją na strzępy...
     "Jeszcze jeden młody dureń zakochany w dziwce” – zakpił więzień. - "Ty naiwny idioto. Nie musisz mówić kim jesteś i dlaczego tu trafiłeś. Wyglądasz na jedną z tych kapłańskich pijawek. Z pewnością aresztowali cię za zdradę. Wiesz jak skończysz? Gdy już obetną ci jaja z rozkazu twojej dziewczyny, powieszą cię głową w dół na pałacowym murze. Będziesz miał szczęście, jeżeli zdążysz się wykrwawić, zanim nadlecą kruki z pustyni.”
     Nefer nie zwracał już uwagi na jego słowa. Nadal szarpał kraty i wykrzykiwał obelgi. Spragnieni rozrywki więźniowie dopingowali rywali głośnymi okrzykami. Po dłuższej chwili rozległ się szczęk metalu i tupot obutych stóp. Na korytarz wpadła gromada strażników, którzy uderzając drzewcami oszczepów i smagając biczami, zmusili więźniów do cofnięcia się w głąb cel. Nefer zbyt późno odskoczył od kraty i koniuszek bicza rozciął mu skórę na policzku. Stopniowo powracał spokój.
     Po tym incydencie Nefer stracił ochotę na dalsze rozmowy ze współwięźniami. Zresztą i tak nikt nie miałby chęci z nim rozmawiać. Karą za nocne niepokoje było cofniecie jednodniowego przydziału wody i jęczmiennych placków dla wszystkich lokatorów tego korytarza. Tylko ten wieprz z naprzeciwka szydził czasem z kapłana, nazywał go ukochanym Królowej i opisywał szczegóły egzekucji, koncentrując się zwłaszcza na rożnych sposobach kastracji. Pogrążony w apatii Nefer ignorował go i prześladowca znudził się po kilku dniach. Inni więźniowie też mieli wkrótce dość wysłuchiwania tych ponurych przepowiedni.
     Kapłan spodziewał się śledztwa, przesłuchań, może nawet tortur... Nic takiego nie nastąpiło. Władze zdawały się o nim zapomnieć. Kolejne dni upływały podobne do siebie, nijakie. Odmierzał je blask światła wpadającego przez umieszczone w suficie korytarza, zakratowane świetliki oraz dostarczane codziennie posiłki i woda, gdy już przywrócono im racje. Karmiono podobnie jak na okręcie, tylko wody było mniej. Trzeba było posyłać po nią nad Rzekę, a zarządca pałacowej służby uznał widocznie, że ma ważniejsze zajęcia dla swoich podwładnych niż rozpieszczanie więźniów. Neferowi było to obojętne. Po pamiętnej awanturze stracił ochotę na wszystko. Przestał dbać o siebie. Nie liczył upływających dni i wkrótce zgubił ich rachubę. Nie próbował zagadywać strażników. Pewnie i tak nic nie wiedzieli o jego sprawie, a pytania innych więźniów o wydarzenia w mieście i Pałacu, nade wszystko zaś o spodziewany termin powrotu Władczyni, puszczali mimo uszu. Tkwiła w nim tylko jedna myśl... czy Ona naprawdę jest taka? Czy ten zapluty wieprz mówił prawdę? O okrucieństwie, faworytach? Musiał kłamać, to przecież notoryczny przestępca. Ale inni też się śmiali, gdy bronił Królowej... Co za różnica, to też przestępcy, szumowiny. On wie swoje.
     Z czasem zaczęły do niego wracać słowa wypowiedziane przez wroga – tak, to był wróg, Nefer nienawidził go całym sercem – z celi naprzeciwko. Czy rzeczywiście skończy na pałacowym murze, z genitaliami obciętymi z rozkazu Władczyni? Musiał przyznać, że było to całkiem prawdopodobne. Co za śmierć dla kapłana-poety, oskarżonego o pisanie erotycznych wierszy na temat Królowej...
     "Jeżeli Ona naprawdę tak rozkaże, twoje wiersze z pewnością staną się sławne, niezależnie od tego, czy są cokolwiek warte.” - Nie mógł nie uśmiechnąć się ponuro na tę myśl. – "Oczywiście, o ile nie cisną ich w ogień”.
     Zaczął też rozmyślać nad innymi słowami sąsiada.
     "Czy ten parszywy szczur naprawdę ma nadzieję wkraść się w łaski Władczyni wymachując sterczącym fiutem? Mówił coś o niewolnikach-faworytach, inni nie zaprzeczyli”. - Nefer nie mógł uwierzyć, by Królowa kiedykolwiek zniżyła się do poziomu tego bydlaka, choćby i miał fiuta jak maczugę bojową. Nie mogła, po prostu nie mogła mieć tak złego gustu. Teraz nawiedziła go jednak kolejna, szalona myśl... czy on sam miał jakiekolwiek szanse, by zwrócić uwagę Władczyni? Przez kilka dni odsuwał to pytanie, powracało jednak obsesyjnie. Pomysł był zupełnie niedorzeczny, godny wariata. Ale.. jego sytuacja i tak była beznadziejna, a pobyt w celi się dłużył. Tłumacząc sobie, że to tylko takie ćwiczenie umysłu dla zabicia czasu, postanowił zanalizować chłodno swoje szanse.
     Skoro Bogini miała osądzić ich osobiście, stanie – choćby na krótką chwilę - przed Jej obliczem. Musiał tu przyznać, że istnieje spora szansa na to, że Monarchini jednak się nim zainteresuje. Kapłan pisujący erotyczne wiersze na temat Boskiej Królowej z pewnością nie jest codziennym podsądnym. Inna sprawa to charakter tego zainteresowania, zapewne gniew i oburzenie... Ale, powinna przecież poświęcić chwilę na rozmowę z nim, choćby z ciekawości. To będzie jego szansa. Czy jest przystojny? Nigdy się nad tym dłużej nie zastanawiał. Miał 32 lata, dobiegał 170 cm. wzrostu, był proporcjonalnie, po męsku zbudowany – co zawsze podobało się Anie. Nie był rzecz jasna żadnym atletą. Wygodne życie kapłana temu nie sprzyjało. Co jeszcze? Miłe, pogodne spojrzenie głęboko osadzonych oczu... Niekiedy Ana mówiła, że lubi spoglądać na jego nogi, dobrze zbudowane, solidne... To go trochę zdziwiło, zawsze uważał nogi za atrybut urody kobiecej... Zanim został kapłanem i zaczął się golić, za swój główny atut uważał szatynowe włosy, bardzo gęste, w naturalny sposób lekko sfalowane. Teraz włosy odrastały... co prawda były brudne i skołtunione. Czy to wystarczy, by zatrzymać spojrzenie Królowej? Raczej wątpił. Mogła przecież przebierać wśród tłumów dworskich przystojniaków, wystrojonych elegantów albo, jeśli taka była Jej wola, umięśnionych jak bogowie atletów, żołnierzy, niewolników.... Doprawdy, nie wyglądało to najlepiej. A jednak... zdołał zdobyć Anę, dziewczynę piękną, inteligentną i dużo lepiej od niego urodzoną. Powtarzała zawsze, że oczarował ją jego spokojny, melodyjny głos, gdy w  świątynnych ogrodach snuł opowieści o dawnych Królach i Królowych, bohaterach i zdrajcach, słynnych kochankach, damach i kurtyzanach, wielkich namiętnościach i wielkich tragediach... Raz czy drugi powiedziała, że podziwia jego wiedzę i inteligencję... Cóż, bez fałszywej skromności... Nefer nie uważał się za głupca. Gdyby był durniem, nie osiągnąłby obecnej pozycji... Dopiero po chwili uświadomił sobie niezamierzony komizm ostatniej myśli... Tak, to były jego główne atuty: głos, wiedza, inteligencja... Ale żeby je wykorzystać, musi skłonić Królową do rozmowy z nim. Zdał sobie sprawę, że nie może zaprezentować się w Jej oczach jak wyciągnięty z rynsztoka kundel, a tak musiał teraz wyglądać. Trzeba o siebie zadbać, postanowił.
     Przeznaczał odtąd więcej niż połowę wody na regularne mycie, przy pomocy patyków z trzciny starał się czesać niesforne włosy. Nadal były bujne... zauważył. Ponieważ zaniedbał depilację, wyrosła mu broda. Było już za późno, żeby wyrywać pojedyncze włosy. Może i zniósłby ból, ale brzydkie ślady po usuniętych włosach oszpeciłyby go bardziej niż zarost. Trudno, spędził przecież szmat czasu w lochu. Może Ona to zrozumie... Regularnie ćwiczył pompki i brzuszki by odzyskać formę. Z początku szło ciężko, ale nie ustawał. Zadanie ułatwiał brak kajdan. Uprał nawet kapłańską spódniczkę i oczyścił sandały. Miał je na sobie w chwili aresztowania. Wykonane z wysokiej jakości materiałów, wytrzymały ciężkie przeżycia właściciela i po upraniu odzyskały jako taki wygląd. Wiedział, że te przygotowania musiałyby wyglądać śmiesznie i żałośnie, gdyby ktoś się ich domyślił. Na szczęście drzwi ukrywały go przed wzrokiem sąsiada z naprzeciwka. A zresztą... miał teraz jakiś cel, absurdalny, ale wszystko było przecież lepsze od ponurej rezygnacji w której pogrążał się wcześniej.
     Pobudzony umysł Nefera pracował na coraz szybszych obrotach. Królowa wyjechała przed świętem Sachmet. To by nawet pasowało. Akurat tak, by zdążyła przed opuszczeniem stolicy wydać rozkaz uwięzienia i wysłać gwardzistów do Abydos. Oraz by Nefer czekał już w pałacowym lochu, gdy powróci. Jeśli to sama Władczyni rozkazała go aresztować, wyjaśniało to także obecny zastój w jego sprawie. O ile uwięziono go z powodu jego pisaniny, a  nie potrafił wymyślić żadnego innego, to dowody winy były oczywiste. Można by dociekać, czy ktoś wiedział o tych jego wierszach, czy komuś je pokazywał. Powinno  być jednak jasne dla każdego, że to bardzo mało prawdopodobne. Cała sprawa była zresztą tak delikatnej natury, ocierała się o intymność Bogini, że każdy sędzia czy urzędnik przy zdrowych zmysłach powinien omijać ją szerokim łukiem. Ograniczono się do ścisłego wykonania rozkazów Królowej, osadzono Nefera w więzieniu, by był pod ręką gdy Ona przybędzie do stolicy i... po prostu czekano na powrót i dalsze decyzje Władczyni. Kiedy jednak Bogini powróci? Dolny Kraj, Delta Rzeki, była rozległa. Można by po niej spokojnie podróżować ponad rok. Ale dłuższa nieobecność Monarchini w Memfis utrudniała normalne odprawianie uświęconych tradycją obrzędów religijnych, dezorganizowała pracę urzędów, choćby wymiaru sprawiedliwości. O tym ostatnim świadczyło przepełnione więzienie. Bogini wyruszyła prawie dwa tygodnie przed jego uwięzieniem, kolejne kilkanaście dni zajęło przewiezienie go do stolicy. Ile czasu przesiedział w celi? Tego dokładnie nie wiedział. Przeklinał teraz swoją niewczesną apatię i to, że nie liczył dni. Innych nie miał zamiaru wypytywać. Tak czy inaczej, musiał tkwić w tej norze przynajmniej dwa, może trzy tygodnie. To oznaczało, że Władczyni podróżowała po Delcie już przez około półtora miesiąca. Dość długo... Powinna wkrótce powrócić do Stolicy i Pałacu. A wtedy... wtedy rozstrzygnie się jego los.

                              IV
     Dzień który przyniósł zmiany, nastąpił dwanaście dni po tym, gdy Nefer zaczął realizować swój szaleńczy plan. Gdy późnym popołudniem roznoszono jedzenie i wodę, zamiast tradycyjnej miski z rozgotowanym grochem albo przeklętych jęczmiennych placków (kapłan znienawidził ich smak do końca życia - jakkolwiek długo miałoby ono trwać) w odsłoniętym okienku drzwi pojawił się solidnych rozmiarów, drewniany talerz, który z trudem zmieścił się w otworze, a na nim... Nie wierzył własnym oczom... Potrawka jęczmienna w sosie ze sporym kawałkiem mięsa. Porwał te skarby z rąk strażnika roznoszącego jedzenie. Przysunął do twarzy... pachniało wspaniale.
     "Ruszaj się, to jeszcze nie wszystko. No chyba, że nie masz ochoty” - zadrwił strażnik, ale bez zwykłej niechęci. Nawet to, że w ogóle się odezwał, było czymś nowym. W okienko wsunięto koszyczek, a w nim... kolejne cuda. Banan, owoc granatu, kiść winogron. Na koniec solidna porcja wody, czystszej niż zwykle. Czyżby zamiast z Rzeki, wzięto ją z pałacowej sadzawki? Na korytarzu rozległy się okrzyki zdumienia i radości. Strażnik zamknął kratę. Kapłan był tak zajęty podziwianiem posiłku, że nie zwrócił na to uwagi.
     "Słuchajcie ptaszki.” - Głos oficera straży przywrócił go do rzeczywistości - "Tę ucztę zawdzięczacie Jej Wysokości Królowej, Oby Żyła i Wiecznie. Powróciła dziś do Pałacu i zarządziła w swej niepojętej łaskawości, by dać wam lepsze jedzenie. Ona chce, by wszyscy, nawet takie śmiecie jak wy, cieszyli się z Jej powrotu. A ja chcę usłyszeć teraz okrzyk na cześć Władczyni. Jasne?”
     "Chwała Jej Dostojności, Królowej Królów, Amaktaris Wspaniałej, Bogini Objawionej, Źródłu Życia i Światła, Pani Górnego i Dolnego Kraju, Władczyni Niebios i Ziemi, Oby Żyła i Władała Wiecznie” - nierówny chór rozradowanych głosów wykrzyknął zwyczajową formułę Powitania i Uwielbienia Królowej. Z przyklejoną do kraty twarzą, Nefer krzyczał najgłośniej ze wszystkich. Zdążył jeszcze zauważyć, że typ z naprzeciwka nie przyłączył się do okrzyku.
     "A teraz” - oficer jeszcze nie skończył - "cieszcie się dopóki możecie. Najjaśniejsza wyznaczyła też termin sądu nad wami. Odbędzie się za dwa dni. Nasza Pani zna swoje obowiązki i nawet zmęczenie podróżą nie odwiedzie Jej od ich wypełnienia. Tak więc za dwa dni poznacie królewską sprawiedliwość i przestaniecie zasmradzać powietrze w tej gospodzie.” - Zaśmiał się urągliwie z własnego żartu i wyszedł ze swymi ludźmi. Więźniowie zostali sami z otrzymanymi skarbami. Monarchini wreszcie powróciła z podróży i zapowiedziała odbycie sądu... Ta myśl powinna zelektryzować Nefera oraz wszystkich innych. Chwilowo liczyły się jednak tylko zapach i smak jedzenia. Sąd i tak czeka ich nieuchronnie, wiedzieli o tym od dawna. Takiego uśmiechu losu, takiej łaski, nie spodziewali się natomiast zupełnie.
     Młody kapłan delektował się każdym kęsem. Miał wrażenie, że od wieków nie miał w ustach nic tak wspaniałego. Przypomniało mu się jedzenie przygotowywane przez matkę. Też gotowała taką potrawkę. Obraz matki stanął mu przed oczyma jak żywy. Myra, dawna nauczycielka w przyświątynnej szkole, obecnie dobrze trzymająca się i wciąż żywotna wdowa, była zawsze bardzo dumna ze swego syna jedynaka. Nefer poczuł się winny, że tak mało myślał o niej ostatnimi czasy. Z pewnością martwiła się o niego. Wiadomość o jego uwięzieniu musiała być dla niej szokiem. A jeśli... jej serce nie wytrzymało? Była jeszcze zdrowa i silna, ale uwięzienie i nieznany los jedynego syna mogły złamać każdego. Jak sobie radzi? Dotąd mieszkała osobno, chociaż zachodziła do niego i do Any, pomagając w pracach gospodarskich. Nefer ze swej strony wykonywał w jej niewielkim domku niektóre cięższe czynności. Pochłonięty obowiązkami i swoimi fantazjami, odwiedzał ją jednak rzadziej, niżby powinien. Nie skarżyła się, wiedziała, że tak toczy się świat. Bolała nad brakiem wnuków, ale też po cichu. Czy uwięzienie syna zbliży ją do Any i znajdą wspólnie jakieś pocieszenie? Ostatnimi czasy dogadywały się całkiem nieźle.
     Ana... jego myśli pobiegły do żony. Jego piękna i mądra uzdrowicielka... Jego cudowna nagroda, którą Bogowie zesłali mu... za co właściwie? W głębi ducha, po kilku latach małżeństwa, nadal uważał, że na nią nie zasługuje. Żywa jak rtęć brunetka o długich, sięgających talii włosach, włosach godnych Królowej... Zawsze chętna do rozmowy, opowiadania o tym co działo się w szpitalu i wysłuchiwania relacji Nefera ze świątyni. Ceniono ją jako uzdrowicielkę. Interesowała się częstymi na południu chorobami oczu. Ludzie zjeżdżali się do niej po pomoc nawet z sąsiedniego okręgu. Potrafiła czynić prawdziwe cuda swymi zręcznymi dłońmi. Przywracała wzrok niewidomym, co prawda tylko na klika tygodni, ale i tak ją błogosławili. Mówiła, że gdyby szpital miał więcej ludzi i środków, lepsze narzędzia i zręcznych rzemieślników do dyspozycji, mogła by zdziałać dużo więcej. Może nawet przywracać wzrok na zawsze. Miała wielu adoratorów, wybrała jego. Była wspaniałą kochanką, czułą i ciepłą, gdy po prostu tulili się do siebie. Groźną i władczą, gdy nie mógł już znieść rozsadzających go pragnień i prosił ją o odgrywanie roli Królowej podczas ich wspólnych nocy. Nie tylko nie odmawiała, ale potrafiła tak ostro potraktować go biczem, udającym złocisty atrybut Władczyni, że autentycznie błagał o litość, a potem przez kilka dni ukrywał plecy, uda i pośladki przed wzrokiem postronnych. Na szczęście, w nauce młodych adeptów kapłaństwa rózgi oraz baty odgrywały istotną rolę pedagogiczną i stare ślady chłosty nikogo nie dziwiły. Gdy kochali się potem, doznawali wrażeń jakie niedostępne były w innej sytuacji. Ich pozycja w świątyni i szpitalu pozwalała na wygodne życie, bez trosk o jutro. Jedynym cierniem był brak potomstwa. Nie pomagały żadne ofiary, wizyty u uzdrowicieli i cudotwórców. Jak Ana radzi sobie w tej sytuacji? Zawsze potrafiła zadbać o siebie ale teraz... Mąż uwięziony pod niewiadomymi, ale z pewnością poważnymi zarzutami. Wciąż jeszcze zdarzały się aresztowania, związane z tymi spiskami sprzed kilku lat. Nefer nie miał oczywiście nic wspólnego ze zdradą, ale jeśli jego sprawa zostanie przedstawiona w złym świetle, choćby przez Hethora... Rodziny zdrajców stanu także karano z całą surowością. Przez swoją głupotę i niedorzeczne fantazje mógł łatwo sprowadzić zgubę na dwie najważniejsze dla niego istoty. Jeśli nawet sprawy nie potoczą się aż tak tragicznie, był jeszcze Hethor. Ten wyleniały sęp z pewnością nie przepuści podobnej okazji. Zawsze spoglądał na Anę z uwagą. Była bardzo atrakcyjną kobietą, potrafiła wyglądać elegancko i podobała się mężczyznom. Nic nie mogła na to poradzić, taka była jej natura. Śmiali się po cichu z niewczesnych awansów arcykapłana, dla którego Ana czuła tylko pogardę za złośliwy charakter i brak wiedzy oraz politowanie z powodu mało ciekawego wyglądu. Mówiła, że przypomina jej oskubanego z piór, starego koguta. Nefera zawsze bawiło to trafne porównanie, czy jednak żona poradzi sobie w obecnej sytuacji? Sprowadził na nią nieszczęście i w żaden sposób nie mógł jej pomóc. Ta myśl sprawiała ból.
     Zamyślił się nad prawie pustym talerzem. Szybko dokończył potrawkę, zanim zupełnie wystygła. Wylizał naczynie. Były jeszcze owoce. Zamierzał delektować się nimi długo. Jego uwagę przyciągnął cichy gwar głosów. Przycisnął znowu twarz do kraty. Niespodziewany dar Królowej sprawił, ze więźniowie zaczęli rozmawiać. Wielu, podobnie jak Nefer, wspominało swoje matki i żony czy inne kobiety. Niektórzy rozkleili się zupełnie i niemal ze łzami w oczach opowiadali o potrawach jakie jadali w dzieciństwie. Każdy mówił właściwie do siebie, nie słuchając innych. A wydawali się tacy cyniczni i twardzi. Jak łatwo było zerwać tę maskę. Większość z nich po prostu śmiertelnie się bała, niezależnie od tego, co uczynili. Za jakiś czas powróci myśl o sądzie, teraz uszczęśliwił ich pierwszy od dawna prawdziwy posiłek. Kapłan zauważył, że w ogólnej radości nie uczestniczy typ z naprzeciwka. Przypomniał też sobie jego milczenie podczas okrzyku na cześć Bogini. Nie mógł odmówić sobie drobnej satysfakcji.
     "I co, wieprzu” - zawołał głośno, przekrzykując ogólny gwar. - "Ona jest jednak dobra i miłosierna. Przyznaj, że Ją obraziłeś, że kłamałeś. I dlaczego nie wzniosłeś okrzyku, synu szakala?”
     "Nie miałem powodu” - odparł ponuro. - "Mnie twoja dziewczyna przysłała zwykłe placki” - mówiąc to, wysunął przez kratę pokruszone kawałki znienawidzonych wypieków.
     "Zasłużyłeś sobie na to, kundlu” - ucieszył się Nefer. Może nie powinien okazywać radości z cudzego pecha, ale nienawidził tego drania z całych sił.
     "Hej, wy wszyscy!” - zawołał głośno – "Skończcie tę gadaninę o żarciu i przyznajcie, że zawdzięczacie je Królowej. Dobrej i wspaniałomyślnej Królowej.” - Niektórzy nawet wyrazili swe poparcie okrzykami.
     "Wspaniałomyślność tej dziwki poznacie za dwa dni” - drań nie dawał za wygraną.
     "Wszyscy zasłużyliśmy czymś na to, że tutaj trafiliśmy. Ja także” - kontynuował Nefer. - "Nasz los w ręku Bogów. Królowa uczyni z nami co zechce, ale przecież nie musiała obdarowywać nas mięsem i owocami. Okazała nam łaskę” - zapadła dziwna cisza.
     "Ja nie dostałem żadnych owoców, a wy?” - zapytał jakiś więzień. Posypały się zaprzeczenia.
     "Widzicie, jego dziewczyna przysłała mu w podarunku owoce. Nic dziwnego, że łasi się do jej stóp jak pies. Może jeszcze wyliżesz jej tyłek, co?” - Bydlak z naprzeciwka natychmiast wykorzystał okazję, by odzyskać przewagę. Rozległy się szydercze gwizdy.
     Kapłan dał sobie spokój. Miał zresztą zupełnie inne powody do silnych emocji. Tylko on dostał więc owoce? Ponownie spojrzał na dużego, żółtego banana, nieforemny owoc granatu, soczyste winogrona. Jakim cudem trafiły akurat w jego ręce? Nie potrafił usunąć natrętnej myśli, że rzeczywiście mogła je przysłać tylko Ona, Królowa. Nie znał tu przecież nikogo, kogo obchodziłby jego los. Monarchini zarządziła wydanie więźniom lepszej strawy, poświęciła więc po powrocie kilka myśli lokatorom pałacowych lochów. Czy także młodszemu kapłanowi Neferowi? To absurdalne, ale... wszystko wskazywało na to, że tak. Przypomniał sobie ponurą minę sąsiada, wyrzucającego ze wstrętem znienawidzone placki. Najwyraźniej nie tylko on sam został wyróżniony przez Władczynię. Musiała wydać dokładne rozkazy. Ale dlaczego właśnie takie... Czyżby była to konsekwencja tamtej kłótni? Nagroda dla niego, za to, że starał się bronić Jej imienia i kara dla tamtej brudnej świni? Tylko to miało jakiś sens. Oznaczało to zarazem, że więźniów obserwowano, co nie byłoby zresztą niczym dziwnym. Ale przecież Bogini zakończyła objazd Delty dopiero dzisiaj. I nie podróżowała raczej w nocy. Przybyła do Pałacu najwcześniej późnym przedpołudniem. Miałaby zbyt mało czasu i zbyt wiele zajęć, by zajmować się takimi drobiazgami jak raporty o sytuacji w więzieniu. Chyba, że otrzymywała je już wcześniej, podczas objazdu. Musiała ich specjalnie zażądać, inaczej nikt nie marnowałby Jej czasu czymś tak mało istotnym. A więc zauważyła go, wiedziała o jego istnieniu i nagrodziła... Może nawet był to znak łaski i wybaczenia?
     "Ależ teorie wysnułem z tych kilku owoców” - pomyślał Nefer. Ale nie mógł oprzeć się radosnemu ożywieniu. Wpatrywał się w koszyk i w owoce jak w najcenniejsze klejnoty. Postanowił ich nie zjadać, by ich widok przynosił mu radość. Zmienił zdanie następnego dnia, gdy zaczęły się lekko psuć. Skoro Bogini zesłała ten dar, byłoby arogancją z jego strony odrzucać go.
     Ten dzień był już inny niż poprzedni. Dostarczono znowu zwykłe placki. Kapłanowi to nie przeszkadzało, miał przecież swoje owoce, które nadały posiłkowi niezapomniany smak. Radosny nastrój obecny wczoraj wśród więźniów cieszących się z porcji mięsa, ulotnił się bez śladu. Wyczuwało się za to napięcie. Nic dziwnego, wszyscy myśleli teraz o jutrzejszym dniu i zapowiedzianym sądzie. Nefer odbył swoje zwykłe już ćwiczenia i ablucje. Jak potraktuje go Królowa? Co w ogóle o niej wiedział, poza tym, że jest piękna i podobno okrutna? W to ostatnie tak do końca nie wierzył. Raczej sprawiedliwa i surowa dla tych, którzy na to zasługują. Czy on też zasłużył? Przekona się jutro.
     Jej Dostojność, Amaktaris Wspaniała, Bogini Objawiona, Królowa Królów, Pani Obydwu Krain – tytuły można by wyliczać bardzo długo – miała zaledwie 20 lat. Panowała i władała od lat czterech. Była jedynym i ukochanym dzieckiem wielkiego faraona Totmesa, piątego tego imienia. Niezrównanego wojownika, który pobił wszystkich wrogów i rozszerzył granice Egiptu od Eufratu w Azji po Nubię i czwartą kataraktę Rzeki na Południu. Jej matką była natomiast dawno zmarła królowa Taramis. Jedyna i prawdziwa miłość Totmesa. Jeszcze jako następca tronu zakochał się do szaleństwa w pięknej kapłance-uzdrowicielce, która wyleczyła go groźnej z rany odniesionej w jakiejś pogranicznej potyczce. Była córką zaledwie oficera, niedawno uszlachconego. Służyła Bogom i ludziom w jednej z prowincjonalnych świątyń.
     "Jak Ana” - uprzytomnił sobie. - Tyle, że ja nie jestem faraonem, na jakiego z pewnością by zasługiwała”. - Związek Księcia i zwykłej uzdrowicielki od samego początku budził zaciekły opór arystokracji i wyższych kręgów świątynnych. Ale Totmes postawił na swoim. Odczekał do chwili śmierci ojca i objęcia władzy. Potem poślubił Taramis i posadził ją obok siebie na tronie królów Egiptu. Lud szybko pokochał Królową. Nadal pomagała ludziom, za przyzwoleniem męża urządziła nawet w pałacu szpital. Księżniczka Amaktaris była ich jedynym dzieckiem. Królowa bardzo pragnęła dać ukochanemu syna, niestety, Bogowie okazali się zawistni – a może maczali tu palce kapłani. Tak czy inaczej, Taramis zmarła podczas drugiego połogu, wydając na świat martwe bliźnięta. Totmes nigdy już nie spojrzał na inną kobietę, ukojenia szukał w kolejnych wyprawach i bitwach. Mówiono, że pragnął zginąć, ale znajdował tylko zwycięstwa. Nienawidził kapłanów, do których miał zapiekły żal o śmierć swojej Królowej. Nie zdołał nigdy nic udowodnić, ale podejrzewał ich rękę w tragicznym połogu. Całą miłość przelał na córkę. Zastąpiła mu żonę i syna. Ogłosił ją następczynią tronu. Po matce odziedziczyła urodę i mądrość, po ojcu siłę charakteru. Totmes uczył ją wszystkiego, co sam umiał. Sztuki rządzenia państwem, a także prowadzenia wojny. Dorastającą Księżniczkę zabierał do obozów wojskowych, potrafiła powozić rydwanem i znakomicie strzelała z łuku. Żołnierze pokochali ją natychmiast. To ostatnie bardzo się przydało, gdy Totmes zmarł nagle przed czterema laty. Podjęto próby uzurpacji, pojawili się kandydaci do ręki Amaktaris, usiłujący zmusić Ją do małżeństwa. Ale żołnierze pozostali wierni pamięci Totmesa i swojej Księżniczce. Szybko opanowała sytuację. Odwrotnie niż kiedyś ojciec, zdołała udowodnić udział najwyższych kręgów kapłaństwa i arystokracji w otruciu faraona. Zabójcom ojca nie okazała litości. Kary jakie ich spotkały, do dzisiaj były przedmiotem trwożnych opowiadań. Nikt zresztą nie żałował spiskowców, popełnili największą możliwą zbrodnię. Spisek był bardzo szeroko rozgałęziony i jego korzenie wyrywano jeszcze obecnie. Zajmowały się tym specjalne oddziały Gwardii, oznaczone czerwonym Okiem Izydy. Kilku sąsiednich władców uznało śmierć Totmesa i rządy młodej Królowej za dobrą okazję do odwetu na Egipcie. Oni również przekonali się o swojej pomyłce. Armia pozostała tak samo sprawna jak dawniej, a obecność w obozie młodej Władczyni uskrzydlała żołnierzy i wielu zakochanych w niej oficerów. Potem zawarła pokój, dla przywrócenia zgody oddając dobrowolnie niektóre ze zbyt odległych zdobyczy ojca. Nie chciała tylko za nic przystać na oferowane jej propozycje małżeństwa z zagranicznymi książętami. Władała nadal sama i to władała dobrze. Kraj cieszył się pokojem. Odpoczywał po wojnach Totmesa. Amaktaris nie była pierwszą Królową w dziejach Egiptu. To ułatwiało Jej zadanie, chociaż żadna z kilku poprzedniczek nie zasiadła na tronie w tak młodym wieku.
     "Tak, jest młoda, ale powinna pomyśleć o przyszłości” - osądził Nefer. - "Los państwa i dynastii opiera się tylko na Niej. Powinna wziąć sobie męża i urodzić synów.” - Ostatnia myśl sprawiła Neferowi podwójny ból, ale była z gruntu słuszna. Zasnął wreszcie na swojej wiązce trzciny i śnił o owocach granatu.

                              V
     Ruch w więzieniu zaczął się wkrótce po tym, gdy pierwsze promienie światła wpadły przez świetliki. Z innych korytarzy dochodziły odgłosy otwieranych drzwi, stukot sandałów, głośne pokrzykiwania i szczęk łańcuchów. Wreszcie straże dotarły również do ich części lochów. Wszystko przebiegło bardzo sprawnie. Na początek, przez uchylone okienka wsunięto do każdej celi wiadro z wodą i miskę popiołu trzcinowego.  
     "Jazda, macie doprowadzić się do porządku, żeby nie cuchnąć przed obliczem Królowej. Ona tego nie lubi i śmierdziele nie mają co liczyć na Jej łaskę.” - Taka zapowiedź nadzorcy zdopingowała wszystkich, nawet zatwardziałych przeciwników higieny. Czasu nie dostali zbyt wiele i efekty tych ablucji nie mogły być duże. Chodziło zresztą tylko o to, by nie wonieli odrażająco. Nefer pogratulował sobie w duchu swoich uprzednich starań. Teraz zdążył jeszcze obmyć się pospiesznie, otrzepać włosy ze strzępów trzciny, nałożyć spódniczkę i sandały. Strażnicy otwierali kolejno drzwi, wpadali po kilku do cel i skuwali na plecach dłonie więźniów. Również nogi spinali w kostkach krótkimi łańcuchami, tak, by można było stawiać tylko małe kroki. Pierwsi oporni obrywali drzewcami oszczepów, kolejni nie próbowali już niczego. Skutych więźniów wyciągano z cel, ustawiano w szereg i spinano dodatkowo łańcuchami przymocowanymi do noszonych na szyjach obroży. Nadzorował to urzędnik, zapisujący coś rylcem na woskowej tabliczce. Okazało się, że w korytarzu Nefera przebywało razem dziewięciu więźniów. Kapłana ustawiono w szeregu jako ostatniego. Przed nim stał jego znienawidzony wróg. Dzielił ich zaledwie niewielki odcinek łańcucha. Był to rzeczywiście murzyn. Potężnej postury, z plecami poznaczonymi śladami dawnych batów i faktycznie pozbawiony uszu. Raz czy drugi złośliwie szarpnął łańcuchem, zaskakując tym Nefera, którego głowa poleciała nieprzyjemnie do przodu. Korzystając z tego, że stał ostatni i nikt go nie przytrzymywał, zbliżył się od tyłu do prześladowcy i, pomimo krótkiego łańcucha, kopnął go krawędzią twardej podeszwy sandała w wewnętrzną stronę łydki. Z opowieści Any wiedział, gdzie dokładnie celować, by sprawić największy ból. Gdyby nie skute nogi i brak możliwości zamachu, przy odrobinie szczęścia mógłby złamać mu kość i unieruchomić. Tak się niestety nie stało, ale murzyn zawył z bólu i wściekłości. Rzucił się w kajdanach, nadbiegli jednak strażnicy i uspokoili ich uderzeniami oszczepów. Odtąd zwracali na ich dwójkę baczniejszą uwagę, co zresztą kapłanowi odpowiadało. W dłuższym starciu z taką górą mięsa nie miał przecież większych szans. Zauważył, że tamten też przygotował się na spotkanie Królowej. Podczas gdy wszyscy inni mieli na sobie bardziej lub mniej złachmanioną odzież, murzyn był całkiem nagi. Istotnie miał dużego fiuta, który co prawda – wbrew zapowiedziom – jakoś wcale nie sterczał.
     "Może to z bólu. Szkoda, że nie mogłem sięgnąć wyżej” - pomyślał z satysfakcją.
     Po opanowaniu sytuacji, strażnicy powiedli ich kolumnę kolejnymi korytarzami, na sporych rozmiarów dziedziniec. Zobaczył tutaj około setkę więźniów, skutych podobnie jak on sam i jego towarzysze w kilkanaście kilkuosobowych szeregów. Każdy z nich nadzorowany był przez zaaferowanego urzędnika. Wśród uwięzionych była też pewna liczba kobiet. Otoczeni strażą, poprowadzeni zostali nie na szczyt wzgórza, jak spodziewał się kapłan, lecz drogą wzdłuż wewnętrznej ściany murów. Nefer zauważył z mściwym zadowoleniem, że jego sąsiad lekko utykał. Odczuwał więc skutki uderzenia. Wyprowadzono ich przez jedną z bram. Miejsce wymierzania królewskiej sprawiedliwości znajdowało się na zewnątrz murów, u stóp zwróconego na zachód, w stronę pustyni, zbocza pałacowego wzgórza. Do muru przylegał tam obszerny, wyniesiony nieco w górę kamienny taras, na który prowadziło z każdej strony kilkanaście stopni. Na platformie umieszczono wsparty na drewnianych słupach, zadaszony pawilon, pozbawiony bocznych ścian. Na kolejnym, kilkustopniowym postumencie stał tam, w dającym osłonę przed palącym słońcem cieniu, masywny, drewniany tron o rzeźbionym oparciu i poręczach. Był w tej chwili pusty, ale Nefer i tak poczuł dreszcz podniecenia. To mogło być miejsce przeznaczone wyłącznie dla Niej. Tym bardziej, że na platformie i prowadzących ku niej stopniach stały już liczne straże, kręcili się urzędnicy i dworzanie. Więźniów zaprowadzono do usytuowanej u podnóża muru i tarasu drewnianej zagrody. Ich pojawienie się powitały gwizdy i szydercze okrzyki zgromadzonego u stóp podestu tłumu mieszkańców Stolicy. Pomimo narastającego szybko upału, wielu poddanych chciało obejrzeć jak wymierzana jest królewska sprawiedliwość, tym bardziej, że po przeciwnej niż zagroda stronie tarasu, także u podnóża muru, przygotowano już miejsce kaźni. Stały tam dyby, pręgierze, klatki, wbite w grunt pale i inne przerażające konstrukcje, w dwóch miejscach dymiły kosze z rozżarzonymi węglami. Wszystko to nadzorowane przez kilkunastu groźnie wyglądających osobników, zapewne królewskich katów. Od wyroków wydawanych przez Królową nie było odwołania i wykonywano je natychmiast, ku uciesze zgromadzonego tłumu. Był on oddzielony od podestu, zagrody i placu kaźni niewysokim murkiem, obsadzonym jednak przez silne straże. Tłum falował niecierpliwie, oczekując na rozpoczęcie widowiska. Wciąż jeszcze od strony miasta nadciągali spóźnialscy, starając się przepchnąć do przodu, by zająć lepsze miejsca. W ludzkim mrowiu kręcili się sprzedawcy wody, piwa, wina, zimnych i gorących przekąsek. Panowała atmosfera święta i oczekiwania na rozrywkę.
     "Ten motłoch czeka na krew” - pomyślał kapłan. - "I z pewnością ją poczuje”. Nadal w łańcuchach, grupki więźniów starały się zająć skrawki cienia u podnóża pałacowego muru, tak jednak, by zarazem mieć widok na to, co będzie się działo na podeście. Słońce prażyło już mocno, po kilku tygodniach pobytu w zamknięciu skóra Nefera była bardzo wrażliwa. Jeżeli spędzi tu kilka godzin, a cienie stawały się coraz krótsze w miarę jak słońce przesuwało się po nieboskłonie, z pewnością dostanie jutro oparzelin. O ile oczywiście dożyje następnego dnia.
     Oczekiwanie nie trwało jednak długo. Zebranego, niespokojnego tłumu nie należało bez potrzeby drażnić. Nawet Królowa musiała zdawać sobie z tego sprawę i nie odwlekała zbytnio swego przybycia. W pewnym momencie przez szum ludzkich głosów przedarł się dźwięczny, czysty dźwięk wojskowych rogów. Wtórował mu grzmot bębnów i z tej samej bramy, przez którą niedawno wyprowadzono więźniów, wyłonił się orszak Monarchini.
     "Oto Jej Dostojność, Królowa Czterech Stron Świata Amaktaris Wspaniała, Bogini Objawiona, Dawczyni Życia i Światła, Pani Obydwu Krajów, Władczyni Niebios i Ziemi, Oby Żyła i Władała Wiecznie. Oddajcie Jej pokłon” - ponad tłumem wzniósł się wyszkolony głos herolda.
     "Chwała Królowej i Bogini, Oby Żyła i Władała Wiecznie”- rozległ się w odpowiedzi ogłuszający krzyk zebranego mrowia ludzkiego. Z wyjątkiem żołnierzy i strażników, wszyscy obecni padli na kolana i uderzyli czołami o ziemię. Nefer wpatrywał się bramę, starając się dostrzec wszystkie szczegóły. Ujrzał Władczynię, zasiadającą na przypominającym kolejny tron krześle, umieszczonym na platformie złocistej lektyki, dźwiganej przez ośmiu rosłych niewolników. Wyniesiona ponad tłum dworzan, urzędników i straży, zachowująca nieprzenikniony wyraz twarzy i trwająca w hieratycznej pozie ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma, w których trzymała oznaki władzy królewskiej - zakrzywioną pasterską laskę i złocisty bicz, istotnie przypominała bardziej posąg Bogini niż żywą kobietę. Zapatrzony w swoją Królową, kapłan zapomniał o konieczności oddania pokłonu. Poczuł nagłe, silne uderzenie drzewcem oszczepu w plecy, które rzuciło go na kolana. Murzyn wykorzystał oczywiście okazję, klęczał już i nie omieszkał dołożyć własnego szarpnięcia łańcuchem. Nefer pospiesznie wbił twarz w pokrytą pyłem, twardą ziemię. Nic już nie widział. Słyszał tylko grzmot rogów i bębnów, odgłosy mieczy i włóczni uderzających o żołnierskie tarcze oraz okrzyki herolda, wzywające do oddania czci Bogini Objawionej. Po dłuższej chwili końcowa fanfara stała się sygnałem do powstania z kolan. Natychmiast skierował spojrzenie ku podestowi. Królowa zasiadła już na tronie. Nawet ze sporej odległości, z której Jej się przyglądał, nie mógł nie zauważyć, że nie jest jednak posągiem, lecz piękną, młodą kobietą. Nie mogły tego ukryć ani dostojna poza, ani bogata szata z białego lnu przetykanego złocistą nicią, ani wspaniała złota biżuteria godna Bogini – szeroki, ciężki naszyjnik, bransolety i kolczyki, które pięknie lśniły na gładkiej, lekko śniadej skórze, ani oznaki władzy – bicz, laska oraz ozdobiona ureuszem – wizerunkiem kobry - korona lilii i lotosu, spoczywająca na Jej ściśle upiętych, czarnych jak noc włosach. Zdradzała Ją kobieca sylwetka o dumnie sterczących piersiach, krągłe biodra, smukłe nogi. Nade wszystko jednak uśmiech szczerej radości ze zgotowanego Jej, życzliwego powitania. Uśmiech odsłaniał drobne, białe zęby Władczyni, sprawiał, że twarz Królowej – o regularnych rysach, prostym nosie i szerokich wargach, promieniała jak latarnia w ciemnościach nocy. Tak, Amaktaris Wspaniała, Pani Górnego i Dolnego Kraju, z pewnością nie była posągiem... Dopiero po chwili, uporczywie wpatrując się w twarz Monarchini, dostrzegł przenikliwe spojrzenie czarnych, głęboko osadzonych oczu, podkreślonych mocnym, tradycyjnym makijażem przedłużającym brwi. Spojrzenie to lśniło inteligencją, siłą i zdecydowaniem. Władczyni wiedziała, że przybyła tutaj, by wymierzać sprawiedliwość. Często bezlitosną, ale zbędna litość okazywana chwastom przez ogrodnika szkodziła pożytecznym roślinom. Królowa była ogrodnikiem, miała władzę i narzędzia by usuwać chwasty, dawać Światło i Życie tym, którzy na to zasługiwali. To był Jej obowiązek i nie zamierzała się przed nim uchylać.
     Myśli te przemknęły przez głowę Nefera gdy podziwiał Monarchinię, obserwując zarazem gorączkową krzątaninę wokół Jej Boskiej Osoby. Dworzanie i urzędnicy zajmowali swoje miejsca, uzależnione od rangi i wykonywanych dziś obowiązków, straże stanęły w gotowości, za tronem ustawili się dwaj niewolnicy z wachlarzami ze strusich piór, których zadaniem było zapewnić Władczyni orzeźwiający powiew w narastającym szybko upale. Dwaj inni padli na kolana nieco z tyłu i w bok od tronu, trzymając w dłoniach tace z owocami i napojami. Królowej towarzyszyła bardzo młoda służka, właściwie jeszcze dziewczynka, na pograniczu kobiecości. Mogła mieć 10-11 lat. Krzątała się wokół swej Pani, poprawiła źle ułożoną fałdę szaty, przysunęła podnóżek, na którym Bogini wsparła obute w złociste sandałki stopy. Nefer wyciągnął szyję, ale Królowa znajdowała się zbyt daleko, by mógł przyjrzeć się im bliżej. Był jednak pewien, że Jej stopy muszą być cudownie piękne. Na koniec służka podała swej Pani kiść winogron. Królowa nagrodziła ją, głaszcząc po włosach oraz wsuwając do ust jeden z owoców. Na ten widok Nefer przypomniał sobie podarunek otrzymany przed dwoma dniami i poczuł przypływ nadziei.
     "Ludu Egiptu, oto Najdostojniejsza Królowa wymierzy sprawiedliwość swym poddanym, przypatrujcie się i wyciągnijcie naukę” - zagrzmiał głos herolda. Na skinienie Władczyni straże poprowadziły w górę tarasu pierwszy szereg więźniów. Ustawiono ich z boku, na stopniach. Kolejno odpinano przypięte do obroży łańcuchy i podsądnych doprowadzano pojedynczo przed oblicze Monarchini. Tam, z własnej woli lub popchnięci przez straże, padali na kolana i uderzali czołem o kamienne płyty. Królowa widziała właściwie tylko ich pochylone plecy i karki. Herold ogłaszał imię i rodzaj zbrodni popełnionej przez więźnia. Odpowiedzialny za kolumnę urzędnik szybko referował sprawę. Królowa zadawała zwykle jakieś pytania, czasami nawet samemu podsądnemu. Raz czy drugi chciała też obejrzeć jego twarz. Szczegóły indagacji Władczyni mogli usłyszeć tylko stojący na tarasie lub schodach. Pozostałym herold ogłaszał wyrok wydany przez Monarchinię. Więźnia sprowadzano w dół schodami wiodącymi w stronę placu kaźni. Wkrótce zaczęły dobiegać stamtąd świst biczów, przeraźliwe okrzyki bólu, jęki i błagania o łaskę. Od wyroków Bogini nie było odwołania, a królewską sprawiedliwość wymierzano bez żadnej zwłoki. Tłum natychmiast podzielił uwagę, wielu wolało przypatrywać się kaźni. Kapłanowi przechodziły od tego ciarki po plecach, aby utrzymać strach w ryzach rozpaczliwie myślał o owocach granatu.
     Pierwsza była sprawa niejakiego Hefera, handlarza płótnem, który najął jakichś zbirów by podłożyli ogień pod magazyn konkurenta. Królowa skazała go na obcięcie prawej dłoni i spalenie jej w ogniu. W takiej właśnie kolejności. Gdyby zdecydowała inaczej, kolejność mogła być odwrotna. Do tego chłosta i konfiskata połowy majątku, częściowo celem wypłacenia odszkodowania. Kupiec miał szczęście, że w pożarze nikt nie ucierpiał, wtedy sam zginął by w ogniu. Wyrok był łagodny i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, nawet skazaniec odszedł ze łzami ulgi, błogosławiąc Boginię.
     Sprawy toczyły się szybko, każda zajmowała kilka chwil. Głównie przestępstwa pospolite, napady, kradzieże, morderstwa, oszustwa. Królowa decydowała bez zbędnego wahania, gdy przekonała się o winie podsądnego, bez zwłoki wydawała wyrok. Niemal zawsze chłosta, jako wstęp przed zesłaniem do kopalni lub na galery, sprzedażą w niewolę, piętnowaniem albo obcięciem członków. Kilku gwałcicieli istotnie wykastrowano. Zapadło też kilkanaście wyroków śmierci. Dotyczyły zawsze morderców lub takich, których czyny w pośredni lecz nieunikniony sposób doprowadziły do czyjegoś zgonu. Skazańców tracono jednak bez szczególnego okrucieństwa, poprzez ścięcie toporem. Tych, którzy dopuścili się bardziej odrażających czynów, chłostano aż do śmierci. Tylko dwa wyroki odznaczały się wyrafinowaną bezwzględnością. Jeden z nich dotyczył młodej kobiety, drugiej żony bogatego kupca. Otruła swego męża i dwóch pasierbów, by zagarnąć majątek i bez przeszkód szukać rozkoszy w ramionach kochanka-niewolnika. Pomagał jej w zbrodni. Oboje skazani zostali na śmierć z pragnienia. Królowa rozkazała wystawić ich w klatkach na żar słońca. W zasięgu dłoni każdego z nich miano umieścić puchary z wodą, w kilku miała być ona czysta, w kilku zmieszana z silną, powodująca długi i bolesny zgon trucizną. Drugi przypadek odnosił się do handlarza mięsem, który oszukiwał ubogich klientów, sprzedając im mięso hien, szakali i szczurów. Wielu ludzi pochorowało się od tego, kilku zmarło. Władczyni rozkazała wychłostać go do krwi, przeciąć mu ścięgna pod kolanami, wywieźć na pustynię i porzucić w miejscu, gdzie często polowały hieny. Na rozpaczliwe błagania odprowadzanego nieszczęśnika okazała jednak pewną łaskę. Poleciła zaopatrzyć go w krótki sztylet, tak by mógł się bronić przed drapieżnikami lub...
     Sądy przeciągały się, kolumna Nefera wciąż czekała na swoją kolej. Kapłan zauważył, że Władczyni jest coraz bardziej znużona. Kilka razy sięgała po podany Jej przez służkę puchar z napojem. Przy pomocy delikatnej pomady dziewczyna rozpylała też wokół twarzy Monarchini wonne zapachy, mające zapewne chronić ją przed odorem tłumu i podsądnych. Królowa dostrzegła, że usługujący Jej niewolnicy padają ze zmęczenia. Skinieniem dłoni zezwoliła wymienić nosicieli wachlarzy i służących podtrzymujących tace. Jej samej nie mógł jednak nikt zastąpić. Indagacje stawały się coraz krótsze, decyzje jakby surowsze. Wyroków uniewinniających nie było. Kapłan z niepokojem zdał sobie sprawę, że ich kolumna będzie ostatnia. A ostatnim więźniem w kolumnie będzie on sam. Wreszcie i ich pognano w górę stopni, w kierunku tronu. Królowa szybko zadecydowała o losie siedmiu poprzedzających Nefera więźniów. Nadeszła pora osądzenia murzyna, jego wroga. Straże rzuciły go do stóp Władczyni. Wbrew zapowiedziom, jego fiut wcale nie sterczał.
     "Woźnica Kruto, oskarżony o gwałt” - ogłosił herold. Jego głos nadal brzmiał dźwięcznie.
     "Kogo zgwałcił?” - spytała Królowa.
     "Ośmioletnią dziewczynkę, córkę złotnika. Zgubiła się na targu, a on zwabił ją do pustej stajni” - odpowiedział urzędnik.
     "Co za bydlak” - pomyślał Nefer. - "Miałem rację, mam nadzieję, że Królowa rozprawi się z nim tak, jak na to zasługuje”.
     "Czy wina jest pewna?”
     "Tak, Najdostojniejsza. Schwytano go na gorącym uczynku. Nie zauważył, że w sianie spał chłopiec stajenny. Wymknął się i sprowadził straże. Patrol był akurat w pobliżu.”
     "Co z dziewczynką?”- w głosie Królowej pojawiło się napięcie.
     "Nie zdążył jej tknąć, tylko pobił. Ale wyzdrowieje, jest pod opieką rodziców”.
     "Wyślijcie jej w podarunku kosz słodyczy i owoców. A gdy dojdzie do siebie, zaproście z rodzicami do Pałacu na audiencję” - kapłan nie był pewien, czy dobrze słyszy. - "Kim jest ten chłopiec stajenny?”
     "To niewolnik właściciela stajni, Najwspanialsza. Jest bardzo młody.”
     "Wykupcie go i dajcie miejsce w pałacowych stajniach. Był bardzo dzielny. Za klika lat niech wstąpi do szkoły albo do armii, jak zechce. Dowódcę patrolu awansować, żołnierzy nagrodzić. A tego tu... pięćdziesiąt ostrych batów, wykastrować i zesłać do kopalni miedzi na Synaju.”
     Straże ruszyły by wykonać wyrok. Wyprowadzany Kruto zaczął się jednak szarpać.
     "Wielka Pani! Okaż sprawiedliwość! To wszystko kłamstwa. Ta mała to dziwka, sama mnie zaczepiła i chciała żebym jej wygodził. Spójrz, Pani, mam bardzo piękną łodygę, wiele kobiet jej pragnie. Ja wolę prawdziwe kobiety, a nie smarkate zdziry. Chętnie im służę i są zawsze zadowolone. Daj mi szansę...” - Strażnicy chcieli go uciszyć, ale Królowa powstrzymała ich skinieniem dłoni. Wstała z tronu i zeszła po schodach w stronę woźnicy. Bawiła się trzymaną w ręku pasterską laską, oznaką swej władzy. Przyjrzała się przyrodzeniu więźnia. Było istotnie duże, ale wcale nie sterczało.
     "Ta mała miała szczęście, nawet gdyby jej nie zabił, sam ten przyrząd musiałby ją rozerwać” - pomyślał Nefer. Z coraz większym zdziwieniem obserwował poczynania Amaktaris. Królowa dokładnie zlustrowała bowiem więźnia i kilka razy trąciła jego opadłą łodygę koniuszkiem laski...
     "Chwalisz się na darmo, psie. Wcale nie jesteś do niczego gotowy.”
     "Wielka Pani, osłabłem w więzieniu, ale daj mi choćby jeden dzień...”
     "Zobaczymy” – powiedziała jakby do siebie Władczyni. Przyzwała jednego z niewolników i wydała mu krótki rozkaz. Pomknął w stronę bramy i Pałacu. Oczekiwanie na powrót sługi trwało jakiś czas. Na wargach Kruto zagościł triumfujący uśmieszek. Nefera aż mdliło z obrzydzenia. Niewolnik wreszcie powrócił. Przyniósł dwie pary skórzanych rękawiczek, takich, jakie używali woźnice rydwanów. Królowa naciągnęła rękawiczki na swoje piękne, arystokratyczne dłonie o długich palcach. Ponownie podeszła do woźnicy. I stała się rzecz niebywała. Nefer nie wierzył własnym oczom.
     "To niemożliwe. Ona nie może. To bydlak i najgorsza świnia, a Ona...” - nie zważając na rozbiegane myśli Nefera, Władczyni ujęła w dłoń męskość woźnicy i zaczęła nią poruszać w sposób zdradzający pewną biegłość w tych sprawach. Kapłan poczuł jednocześnie obrzydzenie i gwałtowny przypływ pożądania. Kruto uśmiechnął się z jawnym już teraz triumfem, ale jego przyrodzenie zaledwie nieco się uniosło i wcale nie chciało stanąć na baczność, pomimo niewyobrażalnego zaszczytu jaki go spotkał. Królowa po chwili zrezygnowała z dalszych starań.
     "Wolisz prawdziwe kobiety, psie” - odezwała się zimno – "ale ja ci nie wystarczam. Może ktoś inny cię ożywi.” - Podeszła do służki, która trzymała się nieco lękliwie z daleka od woźnicy. Pochyliła się ku niej, powiedziała coś cicho. Niewolnica potrząsnęła głową. Królowa nadal przemawiała do niej łagodnie, po chwili nałożyła na jej dłonie drugą parę rękawiczek. Służka podeszła wolno, z obawą, do murzyna. Królowa dodawała jej odwagi, kładąc dłoń na ramieniu dziewczynki. Niewolnica z wahaniem ujęła ledwo pobudzoną męskość woźnicy i niewprawnie zaczęła poruszać palcami. I oto łodyga Kruto wystrzeliła jak zwolnione ramię katapulty. Sterczała jak pal, duża, z odsłoniętą, lekko wilgotną żołędzią.
     "Wystarczy, moja droga. Dziękuję ci” - łagodne słowa Władczyni skierowane były wyłącznie do służki, która szybko cofnęła się w kierunku tronu. Lodowatym wzrokiem zmierzyła woźnicę i jego sterczącą pałę. Postukała w nią kilka razy koniuszkiem laski.
     "Widzę teraz, jakie kobiety prawdziwie cię podniecają” - mówiąc to, nagłym, szybkim ruchem uniosła laskę i całą siłą ramienia wymierzyła cios. Koniuszek laski precyzyjnie trafił w sterczącą żołądź. Błyskawicznym skrętem dłoni, godnym wyćwiczonego w walce na miecze wojownika, zatoczyła następnie łuk i uderzyła laską poziomo, tym razem wprost w genitalia więźnia. Kruto zawył z bólu i zwalił się na kamienie jak ścięte drzewo. Chciał osłonić przyrodzenie dłońmi, ale te miał przecież skute na plecach. Wił się tylko jak robak z przetrąconym grzbietem, rycząc z bólu. Nefer poczuł rozsadzające go podniecenie. Ta świnia wreszcie dostała to, na co zasłużyła.  
     Królowa zdjęła rękawiczki, podeszła do skulonej przy tronie, mającej łzy w oczach służki, i także jej dłonie uwolniła delikatnie od rękawiczek. Podała obie pary jednemu z niewolników.
     "Spalić to, są brudne.” - Nagą już dłonią gładziła dziewczynkę po głowie, przytuliła ją i mówiła coś uspokajająco. Po chwili służka przestała szlochać i objęła swoją Panią. Ale Władczyni miała przecież jeszcze obowiązki. Nieskończenie delikatnie i z wyraźną niechęcią uwolniła się od uścisku. Podeszła ponownie do wciąż wijącego się z bólu ale przytomnego już woźnicy. Spojrzała na mężczyznę jak na kupę gnoju, którą znalazła na lustrzanej posadzce swej komnaty.
     "Sto batów, bicz z ołowianymi kulkami. Tylko żeby przeżył. W razie potrzeby - na raty. Zamiast kastracji niech wypalą mu przyrodzenie rozżarzonym prętem, każde jądro osobno. W tygodniowych odstępach. Potem do kopalni. Zabrać to ścierwo z moich oczu!” - Zadysponowała władczym głosem. Herold ogłosił wyrok przy głośnym aplauzie tłumu, uprzednio zaskoczonego nieco zachowaniem Monarchini. Podczas gdy straże wlokły woźnicę ku jego niewesołemu losowi, Nefer przeżywał gwałtowne zmiany emocji. Królowa zaskakiwała go co klika chwil. Gdy zajmowała się przyrodzeniem tej świni i zachowywała jak ladacznica... kapłan nie wierzył własnym oczom i miał niemal mdłości z obrzydzenia. Gdy dumnie i królewsko, z siłą i zdecydowaniem godnym Władczyni-Wojownika, rozprawiła się z gwałcicielem – poczuł wielki przypływ podziwu i dumy. Była jak Bogini, osądzająca czyny śmiertelników. I ta delikatność okazana niewolnicy... Teraz jednak zdał sobie sprawę, że nadeszła jego kolej. Był ostatnim podsądnym. O ile wcześniej Amaktaris wydawała się zmęczona i znudzona, o tyle teraz była zdecydowanie ożywiona. Tyle, że z wyraźną niecierpliwością chciała już zakończyć sądy, wrócić do Pałacu i uspokoić małą niewolnicę. Z wysokości tronu spojrzała niechętnie na Nefera i skinęła dłonią. To nie wróżyło nic dobrego.
     "Miejcie mnie w opiece, wszyscy Bogowie i Boginie, zwłaszcza Boginie. Szepnijcie za mną słówko swej Córce i Siostrze” – modlił się żarliwie, gdy straże prowadziły go do stóp tronu. Upadł na kolana, popchnięty przez żołnierza, uderzył czołem o kamienie. Nic nie widział, nawet stóp Władczyni, o których jeszcze niedawno marzył.
     "Młodszy kapłan Nefrer ze świątyni Izydy Objawionej w Abydos. Oskarżony o zbrodnię obrazy Majestatu Jej Dostojności Królowej, Oby Żyła i Władała Wiecznie – ogłosił herold.
     "Jesteś kapłanem, Neferze? - Jej głos był zaskakująco łagodny i melodyjny.
     "Tak, Najdoskonalsza, a raczej byłem nim.”
     "W jaki sposób mnie obraziłeś?”
     "Pisałem wiersze, w których zbyt śmiało wielbiłem Twoją Boską Osobę” – odważył się odpowiedzieć.
     "Ach tak.” - W zimnym teraz głosie Władczyni trudno było doszukać się śladu zainteresowania. - "Jakie są dowody?”
     "Zwoje zapisane jego własną ręką. Przysłano je z Abydos i przekazano do Twej osobistej dyspozycji, o Najjaśniejsza.”
     "Istotnie, coś sobie przypominam. Masz coś do powiedzenia na swoją obronę, kapłanie?”
     "Najwspanialsza Królowo, napisałem te wiersze. Ale wielbiłem w nich Twe Imię, to arcykapłan Hethor, mój wróg, musiał przedstawić wszystko w złym świetle.” - Przemawiając z zapałem, Nefer uniósł nieco głowę, chcąc ujrzeć reakcję Monarchini. Silne szturchniecie drzewcem oszczepu przypomniało mu o niestosowności takiego zachowania.
     "Komu mam wierzyć? Arcykapłanowi i zwierzchnikowi świątyni czy tobie, młodszemu kapłanowi znikąd? - spytała chłodno.
     "Najczcigodniejsza Pani, zechciej jednak zbadać bliżej tę sprawę” - błagał Nefer, czując, że za chwilę zapadnie skazujący go wyrok. Ale Władczyni straciła już zainteresowanie.
     "Wysłać go na targ niewolników i sprzedać w niewolę” - zimny, obojętny głos jego Bogini przesądził o losie Nefera.  
     "Młodszy kapłan Nefer z Abydos skazany na sprzedaż w niewolę” - ogłosił herold. Nie wzbudziło to specjalnego zainteresowania tłumu. Większość wolała przyglądać się rozpoczętej właśnie chłoście woźnicy. Nie stanowiła ona już dla kapłana żadnej pociechy. Wywlekany przez straże, dostrzegł jeszcze, jak Królowa z ulgą skinęła na herolda i znowu pochyliła się ku służce.
     "Koniec sądów. Ujrzeliście królewską sprawiedliwość i głoście jej pochwałę na cały świat.” - Tradycyjna formułka w ustach herolda wydała się Neferowi podsumowaniem jego losu i przekreśleniem wszystkich nadziei.

100%21
nefer

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka, użył 13659 słów i 78798 znaków.

12 komentarze

 
  • AHopeS

    Z początkiem nie moja liga... ale jestem pozytywnie zaskoczona.  

  • nefer

    @AHopeS dzięki za wizytę i zapraszam.

  • AHopeS

    @nefer z chęcią poczytam dalej  

  • Jejko

    Mozna gdzies doczytac czesc 1 czy to jest juz koniec , u mnie urwalo w pol zdania .

  • nefer

    @Jejko a niech to, nie sprawzdałem od dawna, a tu rzeczywiście końcówkę jakimś sposobem urwało. Postaram się uzupełnić. A całość można znaleźć rownież na stronie Najlepsza Erotyka, pod tym samym tytułem, wersja bardziej dopracowana. Linka nie podaję, bo portal Lol nie przepuszcza.

  • nefer

    @Jejko Hej. Problem jest poważniejszy, jak widzę. I zależy bardziej od Administracji portalu. Urwało końcowe fragmenty ośmiu pierwszych części powieści. Są one dłuższe niż kolejne, każdy składa się z pięciu rozdziałów. Kolejne rozdziały wstawiałem już pojedyńczo i są wcałości. Ten problem musiał poijawić się niedawno, może w związku z jakąś przebudową portalu. Sygnalizujesz to jako pierwszy. Napiszę do Administracji z prośbą o wyjaśnienia. Tymczasam zapraszam na wsponianą stronę Najlepsza Erotyka. Tekst można szybko znaleźć wchodząc przez zakładkę czytelnia, a potem powieści.

  • Jejko

    @Jejko Dzieki wielkie lece szukac .

  • nefer

    @Jejko Cześć.
    Napisałem do Administracji i usunęli błąd, ktory powodował obcinanie końcowych parti dłuższych tekstów. Obecnie, jak mnie zapewnili, błąd został skorygowany. a wszystkie teksty przywrócone do właściwej postaci za pomocą kopii zapasowych. Przyznam, że działają szybko i sprawnie, w sposób godny pochwały. Można więc czytać moją "Panią Dwóch Krajów" bez przeszkód na Lol. Dodam tylko, że na NE tekst jest po kilku dodatkowych korektach, także zewnętrznych, więc prezentuje się z pewnością lepiej pod względem językowym. Ostrzegam tylko, ze do krótkich nie należy.  

  • anonim S

    AB OVO...????

  • klamra

    Genialne. Nigdy dotad nie czytalam czegos podobnego, ale jestem zachwycona. Czekam na ciąg dalszy

  • Osoba czytająca

    Dziękuje za odpowiedz. Z chęcią przeczytam te opowiadanie jeszcze raz bo jest krótko mówiąc boskie.

  • nefer

    No to wystraszyłeś wszystkich w okolicy. Tak, kilka lat temu napisałem 40 rozdziałów opowieści o przygodach Nefera. Teraz dodałem kilka nowych, kolejne w głowie. Nie chciałem jednak zamieszczać tu za jednym zamachem takiej masy tekstu. Portal pewnie by wytrzymał, ale czytelnicy niekoniecznie. Zamierzam wrzucać  części bardziej strawne objętościowo (a i tak niemałe). Przeglądam je oczywiście i koryguję stylistykę oraz różne drobiazgi, jednak bez znaczenia dla rozwoju akcji.
    Nieścisłości historyczne się trafiają, niektóre zamierzone (np. nie chciałem by - zwłaszcza  bohaterki - występowały w perukach lub z ogoloną na łyso głową, z kolei staroegipskie łoża i sypialnie nadawały się wyłącznie do spania), inne wynikają pewnie z mojej niewiedzy. Ważniejsze zasygnalizuję, żeby nikogo nie wprowadzać w błąd, co do reszty - proszę o wyrozumiałość, to nie rozprawa naukowa.
    Wstęp - chodzi chyba o rozmyślania Nefera. Drań lubi czasem pomyśleć, a przez dłuższy czas nie miał nic innego do roboty.

  • Osoba czytająca

    Neferze czy zamierzasz pozmieniać coś w tym tekście który tutaj wpisujesz czy będzie on dokładnie taki sam jak dawniej. Pytam ponieważ z ciekawości przeczytałem owe 40 rozdziałów które znalazłem. Pozdrawiam.

  • car

    Nuda, za długi wstęp nie pisz więcej takiego długiego wstępu!!!!! Ale poza tym to ok.

  • nefer

    Dzięki za opinie. Nie przypuszczałem, że ktoś będzie pamiętał tę opowieść po kilku latach. Istotnie, swego czasu zamieszczałem kolejne rozdziały na jednym z forów internetowych. Potem z różnych powodów musiałem porzucić Nefera, a i samo forum następnie zniknęło. Teraz zacząłem skrobać ponownie, będą więc kolejne części, także zupełnie nowe. Wszystko po kolei.

  • somebodytofuck

    noo.. czekam na więcej...masz talent..ale długie...ona chyba lubi tą jej służącą  :-)

  • nienasycona

    Nefer, to jest świetne! Wow! Brawo!

  • Ramol

    Ten cykl opowiadań był parę lat temu w sieci. Nagle został przerwany z braku czasu autora... Mam nadzieję, że teraz uda się poznać całość. Trzymam kciuki za powodzenie. Ciekawy obraz starożytnego Egiptu z dużą dbałością o szczegóły. Czyta się dobrze.