Bestia cz. III

Bestia cz. IIIWszystko zaczęło się od tego, że bolała go noga, choć „bolała”, to mało powiedziane. Nakurwiała tak mocno, że miał ochotę wyć albo wgryzać się w ścianę. Tabletki przeciwbólowe sprawiły, że przynajmniej był w stanie chodzić, ale na bycie miłym zwyczajnie już nie miał siły. Nic dziwnego, że trzech rekrutów zarobiło dodatkowe okrążenia, a przynajmniej piątka oberwała niewybrednym komentarzem.  Dlatego też, kiedy po południu pułkownik wezwał go do siebie, spodziewał się reprymendy. Pewnie jeden z bardziej wrażliwych szeregowych poskarżył się i teraz trzeba będzie wysłuchać moralizatorskiej gadki o dawaniu dobrych wzorców. Krzysztof zazgrzytał zębami i w głowie wygłosił tyradę o nadwrażliwych mięczakach, którzy na polu nie wytrzymają nawet godziny. Za czasów jego szkolenia… Ech, cholera, znowu zaczynał narzekać jak stary dziad.  
– Siadaj, Radecki – nakazał pułkownik.  
Dowódca pochylił i wyjął z szafki małe, metalowe pudełko. Wyciągnąwszy niespiesznie papierosa,  zaproponował drugie Radeckiemu, ale ten odmówił gestem. Domański oparł się wygodnie na krześle i uśmiechnął szeroko.  
– Masz minę, jakby cię znowu na misję mieli wysłać – zażartował i wypuścił dym z płuc. – Słuchaj… Krzysiek. Znamy się nie od dziś i wiem, że tylko ciebie mogę o to prosić. To taka delikatna sprawa. Prywatna. Chodzi o Hankę.  
Pułkownik nie zauważył, że jego rozmówca drgnął na dźwięk imienia dziewczyny. Kontynuował:
– Ona… sporo ostatnio przeszła, a tu roi się od napalonych szczyli, którzy pewnie spróbują to wykorzystać. Mógłbyś rzucić na nią okiem? Widzisz, mnie szanują ze względu na stopień, ale wydaje mi się, że ciebie się to po prostu trochę boją. Hukniesz na jednego, warkniesz na drugiego i już się zeszczają w gacie – zaśmiał się starszy mężczyzna.
– Tak jest, panie pułkowniku – odparł Radecki.  
– Doskonale. Możesz odejść – gestem wskazał mu drzwi. – Pamiętaj, że masz moje zaufanie. Nie spierdol tego.  
Krzysiek zawahał się zanim nacisnął klamkę. Wiedział, że choć wszystko to było zawoalowane w przyjacielską prośbę, to jednak brzmiało zdecydowanie poważniej niż mogłoby się zdawać. Ostatnie, rzucone niby żartem zdanie stanowiło bardziej groźbę niż dowcip.  

Od ostatniego przeciwbóla mijało sześć godzin – nie musiał patrzeć na zegarek, by to wiedzieć. Noga zaczynała palić żywym ogniem. Spiął każdy mięsień w ciele, zacisnął zęby tak mocno, że dziw, że żadnego nie ukruszył i powoli dokuśtykał do pokoju. W ustach czuł krew z przygryzionej wargi. Oparł się o umywalkę jedną ręką, a drugą sięgnął do szafki z lekami. Otworzył opakowanie, lecz zanim udało mu się wyjąć tabletkę, nogę przeszył ból, którego nie mógł zagłuszyć żaden inny bodziec. Usłyszał czyiś przeraźliwy krzyk i dopiero po chwili zorientował się, że dobiega z jego własnego gardła. Wył, leżąc na zimnych kafelkach, a po policzkach ciekły mu łzy bezsilności. Pigułki rozsypały się po łazience, a on nie mógł się ruszyć. Boże, jaki był żałosny. Bezużyteczny. Nienawiść i obrzydzenie do samego siebie wypełniły Radeckiego na tyle, że chciał zrobić wszystko, byle pozbyć się tych okropnych uczuć. Podniósł pięść i uderzył się dokładnie w miejsce, z którego rozchodziły się fale bólu. Zawył głośniej, myśląc, że jeszcze chwila i straci przytomność. Tak się jednak nie stało, więc uniósł rękę po raz kolejny.  
– Co ty do cholery robisz?!  
Nie zauważył, kiedy weszła, widocznie stało się to, gdy akurat krzyczał. Tak czy inaczej, Hanka stała tam przed nim z przerażeniem w wielkich, niebieskich oczach. Jej widok zadziałał jak kubeł zimnej wody.
– Odpoczywam – warknął Krzysiek zachowując się, jakby Hanka niczego nie widziała. – Czego chcesz?
– Wezwę pomóc – powiedziała już robiąc krok w stronę drzwi, ale mężczyzna ją powstrzymał.  
– Ani mi się, kurwa, waż!  
Hanka podniosła brwi ze zdziwienia, a Radecki pożałował swoich słów tak szybko, jak je wypowiedział. Widział, że dotknęła ją ta reakcja, jednak nawet kiedy zaproponowała mu pomoc przy wstaniu, odmówił ostro:  
– Dam radę. Zostaw!  
Gorsze od bólu było tylko to okropne uczucie wstydu. Patrzyła na jego pokiereszowane ciało, na to, jak czołga się po ziemi, a na twarzy widać ślady po łzach. Widziała go słabego, kalekiego i jeszcze bardziej obrzydliwego niż zwykle.  
– Powiedz, co się dzieje – nie ustępowała.  
Mężczyzna poczuł, że zbliża się kolejny atak i to taki, przy którym na pewno nie chciałby mieć Hanki przy sobie. Wydusił więc tylko:  
– Spierdalaj. Zostaw. Mnie. Kurwa. W spokoju.
Ledwo zatrzasnęły się za nią drzwi, a ból sprawił, że Radecki wgryzł się we własną dłoń. Potem, na szczęście, stracił przytomność.  

***  

Następnego ranka Hanka ostentacyjnie unikała spotkań z porucznikiem. Nie odpowiadała na jego wiadomości, nie odbierała telefonu. Przechodząc obok nie zaszczycała go nawet spojrzeniem. Ból w nodze zmalał do poziomu, w którym nafaszerowany lekami mógł prowadzić zajęcia i nawet nie kuśtykał za bardzo. Przeklinał się w myślach, że tak potraktował dziewczynę, ale jednocześnie wiedział, że to najlepsze rozwiązanie. Wystarczająco upokarzająca była jej obecność w czasie, gdy toczył walkę z własnym, zdradzieckim ciałem. Westchnął głęboko, zwlókł się z łóżka i przechodząc obok lustra rzucił do siebie:  
– Jesteś skończonym kretynem, Radecki.  
Powtarzał to jak mantrę, kiedy „jak jakiś palant z romantycznych ballad” łaził nocą po terenie szukając przeprosinowego kwiatka. Udało mu się znaleźć jakieś rachityczne badyle, które przy dozie dobrej woli mogłyby zostać uznane za kwiaty. Kiedy już zbierał się do powrotu do budynku, a w głowie układał dobrze brzmiące wytłumaczenie, ostre światło latarki uderzyło go po oczach.  
– Stać! Ręce do góry!  
– To ja, porucznik Radecki – odparł, ale posłusznie uniósł dłonie.  
Patrolujący zmierzył go wzrokiem, a potem przyjrzał się zebranym na szybko kwiatom.  
– Dobry wieczór, poruczniku. To dla panienki Haneczki? – spytał dużo łagodniejszym tonem.  
– Lipka, a co cię to obchodzi? – zirytował się Krzysiek.  
Szeregowy westchnął głośno.  
– Bo żal panience Haneczce coś takiego dawać. Pan porucznik się nie obrazi, ale takiego wiechcia to nawet teściowej bym nie dał. A okropna to baba, zaręczam, jak raz moja Ala…
Radecki spojrzał jeszcze raz na zebrane miniaturki i przerwał podwładnemu:  
– Do rzeczy.  
– Pan porucznik wie, dlaczego mężczyźni kupują kwiaty?
– Bo kobiety je lubią? – odpowiedział pytaniem na pytanie.  
Lipka pokręcił głową i odrzekł:
– Bo to proste rozwiązanie.  
– To mam jej dać coś innego?
– Liczyłem, że się porucznik domyśli.  
Tego było już za wiele. Krzysiek jednym ruchem zgniótł kwiaty i cisnął nimi o ziemię.
– NIE ZACHOWUJ SIĘ JAK ONA!  
Jego głos poniósł się echem po placu. W jednostce zapaliło się światło, ale na szczęście po chwili zgasło.  
– Jak pan sądzi, dlaczego panienka Haneczka wybrała właśnie pana? – odezwał się Lipka.  
– Bo jest niespełna rozumu.
–  Bo nie lubi prostych rozwiązań – skontrował. – Raz moja Ala miała kota…
– Na litość boską, Lipka! Czy doczekam się konkretnej odpowiedzi?!  
– No to niech mi porucznik nie przerywa!
Radecki łypnął na towarzysza i burknął coś, co mogło znaczyć, żeby mówił dalej.
– W zeszłe lato moja Ala znalazła kocura. Ach, paskudne to było kocisko, słowo daję, wychudzone, poranione, a i przysięgam, że po prostu jakoś źle mu z oczu patrzyło. Mówiłem: niech się wyleczy i oddajmy, bo tylko nieszczęście przyniesie. Ale żona się uparła, a jak ona się uprze, to…
– Lipka…  
– …to będzie jak ona chce – kontynuował. – Nie chcę wiedzieć, ile żeśmy w końcu wydali na tego pchlarza. Z początku pod kanapą siedział całe dnie, jedynie w nocy do miski przychodził. Potem jak już po domu łaził, to wciąż dziki był jak cholera! Nic się dotknąć nie dał, syczał i na obcych i na swoich. Jednak tydzień po tygodniu moja Ala oswajała skurczybyka. Słowo daję, nie mogłem uwierzyć, że to ten sam kot! A jaka Ala dumna była, że się udało. I ja tak myślę, że panienka Haneczka to trochę do mojej żony jest podobna. Już porucznik rozumie?  

Z tej pokręconej metafory wywnioskował, że 1) Hanka ma nie po kolei w głowie; 2) żona Lipki nosi spodnie w ich związku; 3) żeby ugłaskać Hankę, musi wyjść spod kanapy. Choć Lipka nie był najostrzejszą kredką w pudełku, miał dobre serce i oko do ludzi – to trzeba było mu oddać.  Krzysiek mruknął coś w stylu podziękowań i zwrócił się w stronę drzwi.  
– Lipka? – rzucił na odchodne. – Co się stało z tym kotem?  
– Jesienią wleciał teściowej pod koła.  
Krzysiek zaklął pod nosem, a przez myśl przemknęło mu, że mógł nie pytać.

Gdy zapukał do pokoju Domańskiej, było po drugiej. Właściwie nie liczył na to, że otworzy, ale chciał przynajmniej spróbować. Kiedy pojawiła się w drzwiach, Radecki zapomniał słów zgrabnie ułożonych przeprosin. Hanka miała na sobie biały szlafrok wykończony koronką, ale to nie jej strój tak zadziałał na porucznika. Dziewczyna niedawno płakała, a Krzysiek czuł, że to przez niego. Bez większego rozmyślania z jego ust wydobyło się jedynie:  
– Przepraszam.  
Stał tam jak zbity pies, aż Hanka wyciągnęła dłoń i pogładziła go po policzku. Upewniwszy się, że nikt nie patrzy, wszedł do pokoju i usiadł na skraju łóżka. Wziął głęboki oddech i zaczął mówić. Nie patrzył jej w oczy, gdy opowiadał ze szczegółami o atakach bólu, jakie co jakiś czas przeżywał. Ze wzrokiem wbitym w podłogę oraz palcami zaciśniętymi na materiale spodni zwierzał się ze swoich największych obaw i wstydu. Bo tak, cholernie się bał, że kiedy zobaczy go w tamtym stanie, przestraszy się, odejdzie. Nawet pewnie by ją zrozumiał. Kiedy skończył, Hanka przerwała nieznośną ciszę. Delikatnie dotknęła jego uda.  
– To ta noga? – spytała.  
Radecki kiwnął głową. Dziewczyna przykucnęła i musnęła ustami to miejsce. Następnie bardzo delikatnie pocałowała jego zaciśniętą pięść, tors, zdeformowany policzek. Znaczyła wargami wszystkie miejsca, które napawały Krzyśka obrzydzeniem, których w sobie nie znosił. A ona… ona akceptowała. Gdy sięgnęła do klamry paska, powstrzymał ją.  
– Nie… dziś inaczej – szepnął.  
Nie spodziewała się, że tak nagle ją podniesie, więc krzyknęła cicho. Zaplotła ręce za jego szyją, cmoknęła w policzek, a chwilę później leżała już w pościeli i oddychała szybciej. Krzysiek pociągnął za wiązanie szlafroka i z zachwytem spojrzał na nagie ciało dziewczyny. Nie należała do chudzinek, Radecki w myślach określał ją bardziej jak „przyjemnie miękką”. Lubił jej piersi: dwie, równe półkule, jędrne i pełne. To właśnie tam złożył pierwszy pocałunek, zahaczył językiem o prawy sutek, a dłoń przesunął niżej, na brzuch. Czuł pod palcami niewielkie fałdki, na które pewnie większość kobiet narzekałaby do lustra. Hanka zadrżała, gdy zaczął muskać ustami po tych wszystkich nierównościach, nieidealnych skrawkach kobiecego ciała. Lubował się w znajdywaniu rys na jej pięknie – jakby czuł się wtedy odrobinę bardziej wart jej uczuć. Hanka odszukała jego dłoń i wplotła w nią palce. Miała małe, ciepłe dłonie, wprost skrojone, by pasować do Radeckiego. Krzysiek pozwolił dziewczynie zacisnąć palce, po czym patrząc w jej oczy, zaczął powoli schodzić niżej. Nie potrzebowała wiele – czuł, że robi się wilgotna, ale to wcale nie znaczyło zapowiedzi szybkiego końca zabawy. Wręcz przeciwnie: unikał przejścia do rzeczy, wędrował po wnętrzu jej ud, zataczając coraz to mniejsze kręgi. Uwolnił dłoń z uścisku, by przenieść ją na lewą pierś dziewczyny. Prawym kciukiem dotknął wejścia do pochwy i zachęcony jej niskim pomrukiem, wsunął go do środka. Kobieta poruszyła biodrami, wyraźnie sugerując, że to za mało. Zanim jednak Radecki dołączył kolejne palce, użył języka, aby wyczuć łechtaczkę i zacisnął na niej wargi. Hanka wydała z siebie zduszony okrzyk. Mężczyzna nie poruszył się – używając wyłącznie języka drażnił wrażliwy punkt w doskonałym rytmie. Wiedział, jak łatwo wywołać ból w tym miejscu, więc starał się, by każdy ruch był przemyślany. Wkrótce do samotnego kciuka dołączył palec wskazujący i razem zaczęły się miarowo poruszać w ciepłym wnętrzu pochwy. Hanka poczuła, że ma cały mokry tyłek od własnych soków, które spływały też na prześcieradło, powoli formując ciemniejszy ślad. Oczywiście, nie zwracała na to uwagi, zupełnie pochłonięta czerpaniem przyjemności, którą dawały usta i dłoń Krzysztofa. Roztapiała się pod jego dotykiem. Porucznik  delikatnie przygryzał płatki jej kobiecości,  a ruchy, jakie wykonywał w jej wnętrzu udowadniały, że nie wielkość, a technika ma kluczowe znaczenie w sztuce dawania rozkoszy. Systematycznie zmieniał natężenie i tempo, badał odpowiedzi jej ciała, zauważał szczegóły i reagował na nie. Widząc, że jest blisko, przyspieszył, atakował mocniej, nie spuszczając wzroku z twarzy Hanki. Poczuł, jak mięśnie pochwy zaciskają się na jego palcach. Wykorzystał ten moment, by ostatni raz dotknąć językiem pulsującej łechtaczki. Hanka krzyknęła z rozkoszy, jej ciało wyprężyło się, a po chwili opadła na pościel, próbując wyrównać oddech. Kiedy zasypiała oparta o jego pierś, Krzysiek pomyślał, może głupio i zbyt szybko, że chyba ją kocha. Na szczęście, zanim zdecydował się to powiedzieć, sam odpłynął w objęcia Morfeusza.  

________________________________________________________
I'm back! Życie zaatakowało z półobrotu i nie zostawiło miejsca na kreatywne pisanie. .

Sinner

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i dramaty, użyła 2419 słów i 14252 znaków, zaktualizowała 3 lut o 22:14. Tagi: #romans #różnicawieku #wojsko #żołnierz

1 komentarz

 
  • AlexAthame

    Ja myślę, że z półobrotu to tylko Chck Norris walił. Życie używa prawy prosty. Żal mi Krzysztofa. Może mu się poprawi, bo jak tak dalej będzie to ... Nie chcialbym żeby Hania cierpiała. :)