Zaskakujące Lądowanie rozdział 18

Dla zniecierpliwionych...


18
Samuel  

    Szybko podnoszę koc wraz z napojem. Moje myśli nie potrafią się zatrzymać z widoku, który wypalił mi prawie korę soczewki. Fakt, nie znam jej przeszłości, lecz… Miała Mia wypadek? Została ofiarą? Czy też sama…?  
   Od siedmiu tygodni naszej znajomości jeszcze nigdy nie przeżyłem jej tak oziębłej, a wydany przez nią krzyk był bardziej przerażający niż pisk w nocy. Obojętnie jak okrutna jest jej tajemnica, tak muszę ją usłyszeć.
   Schodząc widzę Mię leżącą w pozycji embriona.’ Jasna pała!’  
Spuszczając wszystko na ziemię, zeskakuję z ostatnich trzech szczebli z nadzieją, że nie straciła przytomności.
– Mia?... Mia?! – Pośpiesznym krokiem podchodzę do niej i z ulgą słyszę jak płacze. Lepiej to, niżby pływała sobie w chmurkach. Klękam obok niej, podnoszę w pozycję siedzącą, gdzie ona natychmiast wtula twarz w mój tors, szukając w nim mysiej dziury. Okrywam ją kocem, a następnie kołyszę niczym zranionego, małego tygryska.
– Trzymam cię – staram się o uspakajający ton, lecz wcale to nie jest takie proste, gdy nie wiesz, co robić w takich sytuacjach!  
Całując ją w czubek głowy, wciągam pachnący miodem zapach włosów.
Upływa sporo czasu, zanim przestaje wylewać łzy, a pierwsze rzucające przez drzewa cienie w z grillowane plecy wysoko palącego południowego na niebie rzeźnika, wskazuje wybitą trzynastą godzinę. Brakuje jeszcze kukułki do tej kretyńskiej w mojej głowie wizji. Nawet mózg mi się zlasował od biegnących w kółko myśli.
– Znów muszę wyprać ci koszulkę – mówi cichym, ochrypniętym głosem.
– Ta... O niczym innym nie marzę, tylko o tym, żeby moja garderoba wylądowała w twojej koszmarnie głośnej pralce. – Przewracam oczami. Jak ona teraz może przejmować się jakąś szmatą, skoro ma ważniejsze problemy?! ‘Eh te Babska!’  
– Nie obrażaj mojego antyku! – grozi, ale po tonacji jej głosu, jest wszystko jasne, robi sobie jaja.
– Jakbym mógł? – odpieram takim samym udawanym oburzeniem. Zapada cisza, nie wiem, co powiedzieć. W sumie mam cholerną ochotę zapewnić ją, że obojętnie, co było tego przyczyną, to ja i tak nie zmienię do niej uczuć. Tylko w tym tkwi maluśki haczyk... Jej reakcja. Co, jeśli weźmie pięty za pas? Wypchnie mnie przez okno, gdy powiem jej, że chcę więcej, robiąc z siebie przy tym kompletnego palanta, bo ona uważa mnie tylko i wyłącznie za przyjaciela, a co gorsza… zwykłego kumpla? Czuje ona to przyciąganie? Ma, choć naparstek uczuć do mnie? Tysiące zalewających, nie do ogarnięcia pytań zostają chwilowo bez odpowiedzi. Po raz pierwszy w moim życiu dostaję zimnych płetw. Próbuję sklecić w łbie jakieś zdanie, lecz ona mnie wyprzedza.
– Jak ci opowiem, wiem, że znikniesz, a zależy mi na tobie. Kocham cię jak brata. Boję się, że to, co mamy, pryśnie niczym bańka mydlana i wtedy nie będę miała... – Nie dokańcza. Na słowa ‘kocham cię, jak brata’ czuję się silny niczym Hulk.
– Mia, słońce… Pamiętaj jedno. Jestem jak szarańcza, nie do zajebania, a moja skóra jest gruba jak u karalucha – zapewniam ją.
– A co będzie, jeśli stwierdzisz, że tu nie ma już nic do uratowania? Że jestem tak mocno popsuta? – szepcze.
– Hej. Najpierw, aby się o tym przekonać, co będzie, musisz się przełamać. Ja mam czas, ale powiem ci jedno. Im szybciej to zrobisz, tym szybciej mogę działać. – Kończę moją wypowiedź. Zatapiamy się we własnych myślach.
– Masz przy sobie coś mocniejszego? – pyta mnie twarzą wtuloną w moje ramię.
– Tu nie, ale w barze jest, od koloru do wyboru – 'Achhh niech to kurczak w sosie śmietankowym i kapustą!' czemu nie pomyślałem o winie?
– Szkoda. Takie dwa szybkie i jeden spacerowy by mi się teraz przydał – stwierdza.
– W takim razie, sprzątnę chlew na górze i palimy lacia do baru. Chcesz poczekać w Audi? – pytam.
– Pomogę ci spakować rzeczy... – Nie pozwalam jej dokończyć. Po moim trupie będzie pomagać w czymś, co sam narobiłem.
– Nic z tego słońce. Ja zrobiłem burdel. Ja posprzątam – zaprzeczam. Całuję ją w skroń, wypuszczam z ramion i wstaję.  
– Zaraz będę z powrotem – obiecuję, kierując się w stronę drabinki.

    Po dziesięciominutowej jazdy w milczeniu parkuję moją furę pod Samtajl. Otwieram Mii drzwi podając moją dłoń.
– Madame. – Lekko się uśmiecham. Kamień spada mi z serca, gdy kąciki jej ust minimalnie wędrują ku górze.
– My Lord – odpowiada, kładąc swoją dłoń w moją.  
Wchodzimy razem do pubu, który od razu zamykam od środka na klucz, aby nikt nie wpadł na pomysł, że jest OPEN.
Kieruję Mię do barowego krzesła, następnie staję przed ścianą pełną alkoholu. Hmmm i co teraz?
– Na co masz ochotę? – pytam łagodnym tonem, sięgając do drugiej półki po szklanki oraz kieliszki.
– Obojętnie, coś mocnego. – Słyszę odpowiedź.
– Mam: czystą, rum, koniak, tequila, whisky, gin, likier, wino, szampan, piwo... – Wyliczam, patrząc na duży wybór, słyszę za plecami cichy chichot.
Dobry początek? – Sejf.
– Wszystko jedno Samuel, wybierz coś, a nie gadaj, bo jeszcze będę miała ochotę wszystkiego spróbować – mówi rozbawiona.
– Nie ma problemu, to, od czego zaczynamy melanż? – Ocierając sobie ręce, podkręcam bardziej jej lepszy humor.
– Bierz pierwsze, co masz pod łapą – oznajmia. Tak, to jest zdecydowanie moja Mia.
– Oki doki. – Zamykam oczy, na ślepaka od prawej do lewej strony w powietrzu lecę palcem. Zatrzymuję się, otwieram jedną powiekę.  
Wyrok odcięcia głowy dla Jack Daniels. Sięgam po butelkę, a następnie do szklanek nalewam coli.
– Sam. Wodę – upomina mnie. Upsss… za duży rozpęd. Przecież ona pije wyłącznie kurzą benzynę i wiadro kawy.
– Ajć... Sorry. – Do tej pory nie wiem, czemu jara ją napój bez smaku. Biorę nową szklankę, nalewam życzenie mojej pani, omijam bar, zasiadam cwaniacko na krześle, otwieram Jack’a i polewam nam po kielichu.
– Za przyjaźń, która jest jak szarańcza, nie do zajebania – mówię. Stukamy się cienkim szkłem, po czym wlewamy sobie ciecz prosto w gardło.
Muszę się śmiać z miny Mii oraz reakcji otrzepania z palącego smaku.
– Pierwszy zawsze wchodzi źle. Najlepiej wypić od razu na drugą nogę a później samo poleci. – Puszczam oczko. Nie czekając na jej odpowiedź, polewam po następnym szybkim.
– Żebym nie żałowała. – Brzdęk i chlup w ten głupi dziób. ‘Za żadne skarby tego świata’ Stwierdzam w myślach. Odkładamy równocześnie kubełki.
Mia klaszcze w dłonie, bierze głęboki wdech, wykrzywiając głową w lewo i w prawo rozluźnia mięśnie karku, przypominając przy tym Rocky Balboa, a ja przygotowuję się na to, co mnie czeka. I jestem świadomy, że to nie będzie jakiś Speede Gonzales po miękkim piasaku plaży Majorki, lecz długa przechadzka po rozżarzonych ogniem żyletek.
Krzyż mi na drogę.  


Od Autora
ABsolutnie nie torturuję moich czytelników  

2 606 czyt.
96%284
AHopeS

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i erotyczne, użyła 1222 słów i 7143 znaków, zaktualizowała 27 cze o 13:54.

4 komentarze

 
  • Mikki

    Mikki · 28 czerwca · 230360609

    No nie a ja już myślałam że się dowiem co się stało 😨😨 a tu bum koniec. chyba nie zasnę 😟😟

  • Niutria

    Niutria · 28 czerwca · 201435696

    Ohh cudowne !   czekam na więcej !

  • Margerita

    Margerita · 27 czerwca

    Samuel to złoty chłopak łapka w górę może Mia w końcu to zrozumie

  • Zakochana5

    Zakochana5 · 27 czerwca

    Do Autora nie, wcale, aż chce się dalej czytać, a tu czekaj człowieku.
    I tak cię kochamy