Serce sklejone złotem — rozdział 6

Caterina

Pogoda na zewnątrz była ciepła, świeciło słońce, zachęcając do wyjścia z domu. Zwykle tego unikałam, bo nie miałam gdzie wychodzić ani po co. Nadal nie wróciłam do pracy, bo nie czułam się na siłach, ale musiałam choć czasem wychodzić do sklepu. Niezbyt dużo jadłam — prawdę mówiąc, prawie nic — ale od czasu do czasu musiałam coś przegryźć, żeby nie zemdleć.
Leżałam w łóżku aż do południa, aż w końcu westchnęłam ciężko i policzyłam do dziesięciu. Wtedy się podniosłam i przeszłam do mojej malutkiej łazienki. Moje oczy i skóra wokół nich powoli zaczynały przybierać niepokojący odcień fioletu, ale nie miałam ochoty na maskowanie tego makijażem. Związałam włosy w kucyka, przemyłam twarz żelem, umyłam zęby i posmarowałam usta balsamem. Później poszłam przebrać się w legginsy i koszulkę. Nie miałam się po co stroić. Wzięłam torebkę i siatkę na zakupy, wyszłam z mieszkania, zamknęłam drzwi i zeszłam na dół. Pogoda była na tyle ładna, że mogłam przejechać się do sklepu rowerem.
Wetknęłam w uszy słuchawki i puściłam byle jaką piosenkę, byle tylko coś mi grało, po czym wsiadłam na rower i pomknęłam przed siebie. Mięśnie miałam sztywne, bo od dawna się tyle nie ruszałam. Muzyka dudniła mi w uszach, a moje myśli jak zwykle zajmował Matt. Ile dni już minęło od naszego rozstania? Nawet ich nie liczyłam, bo to tylko dobitniej uświadamiało mi, że to wszystko mi się nie przyśniło, tylko zdarzyło się naprawdę. Zastanawiałam się, czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek go zobaczę, czy odtąd będę żyć tak, jakby Matt zapadł się pod ziemię.
Zatrzymałam się przed przejściem dla pieszych, schodząc z roweru, ale byłam jak w transie. Odczekałam chwilę, po czym zamrugałam. Słońce świeciło ostro, ale wydawało mi się, że światło zmieniło się na zielone, więc ruszyłam do przodu. Mimo słuchawek w uszach chyba usłyszałam jakiś krzyk, a sekundę później poczułam, jak ogromna siła odrzuca mnie w bok. Ocknęłam się na chodniku, kompletnie zdezorientowana. Mój wzrok przykuł rower, który leżał obok, absolutnie zmasakrowany. Wokół mnie biegali jacyś ludzie, ktoś się nade mną pochylał, ktoś inny już wyjmował telefon i gdzieś dzwonił. Przetwarzałam to wszystko przez chwilę, po czym zorientowałam się, że światło wcale nie zmieniło się na zielone i potrącił mnie samochód.  
Ktoś pytał, jak się czuję i nawet chciałam na to odpowiedzieć, ale nagle zakręciło mi się w głowie i tylko zamknęłam oczy.
***
Gdy podniosłam ciężkie jak ołów powieki, miałam wrażenie, że się poruszałam. Po paru chwilach zorientowałam się, że ktoś wnosił mnie do szpitala. Potrzebowałam kolejnych paru sekund, by przypomnieć sobie, co się stało. Syknęłam cicho, bo nagle poczułam ból, promieniujący chyba z nogi, ale bolało mnie całe ciało. Ktoś zaczął coś do mnie mówić, ale docierały do mnie tylko poszczególne słowa. Zanim się zorientowałam, byłam otoczona lekarzami i na jakichś badaniach. Podpisałam jakąś zgodę, ale nawet nie wiedziałam na co, bo było mi wszystko jedno. Podczas prześwietlenia chyba nawet udało mi się na chwilę zasnąć — lub znowu zemdlałam. Nie wiedziałam. Ocknęłam się ponownie, gdy zawijali mi prawą nogę w gips, a obok stał jakiś lekarz i coś do mnie mówił.
— ...podaliśmy kroplówkę, bo jest pani poważnie odwodniona. Badania pokazują anemię i niedowagę.  
Spojrzałam na niego ze zmarszczonymi brwiami.
— Potrącił mnie samochód, a pan mi mówi o anemii? — zapytałam chłodno.
Zrobił dziwną minę.
— Na szczęście w wypadku ucierpiała tylko pani noga. Mogło być dużo gorzej. Uważam jednak, że to pani obecny stan mógł przyczynić się do wypadku. — Zapisał coś na kartce. — Odchudzała się pani ostatnio?
Nie, to tylko moje życie rozpadło się na kawałki.
Nie chciało mi się z nim gadać. Wzruszyłam ramionami i odwróciłam wzrok.
Usłyszałam jakiś ruch przy drzwiach, ale nie odwróciłam się. Może ściągnęli tu kolejnego lekarza, który chciał mi wisieć nad głową i opowiadać o tym, że powinnam zjeść hamburgera.
— O, już pan jest. — Usłyszałam lekarza. Zajebiście, czyli jednak ściągnęli jeszcze kogoś. Może dietetyka. — Pan Cole?
— Tak. Co się stało?
Zapowietrzyłam się gwałtownie, a serce rzuciło mi się do dzikiego galopu. Powoli odwróciłam głowę i z niedowierzaniem spojrzałam w stronę lekarza, obok którego stał… Matt. Włosy miał potargane, zarost dłuższy niż zazwyczaj, pod jego zielonymi oczami straszyły wory, a twarz miał jakby szczuplejszą. Przyglądał mi się ze zmartwieniem, ale też lekkim zaskoczeniem.
Boże. Czułam, jak momentalnie zbladłam.
— Bliskie spotkanie z samochodem, ale pani Hamilton miała szczęście. Skończyło się tylko na złamanej nodze, choć niepokoi mnie ostra anemia i niedowaga. Zalecałbym konsultację z dietetykiem...
Wbiłam wzrok w swoje paznokcie, bo nie byłam w stanie patrzeć na Matta. Serce waliło mi tak mocno, że drgała mi koszulka.
— ...ale generalnie nic poważnego pani nie dolega, więc przygotuję wypis i będzie mogła pani wyjść. — Usłyszałam jeszcze, a po chwili lekarz wyszedł z sali. Zostałam tylko ja i Matt.  
— Cześć — powiedział cicho.
Podniosłam na niego wzrok, jednocześnie biorąc głęboki wdech.
— Co tu robisz? — rzuciłam ostro.
— Zadzwonili po mnie.
— Wygląda na to, że muszę zmienić swój kontakt alarmowy. — Słowa ledwo we mnie wypływały, ale nie umiałam inaczej zareagować, choć przecież tak za nim tęskniłam. Nawet teraz czułam przemożną ochotę, by go przytulić. — Przykro mi, że musiałeś tu przyjeżdżać na darmo. Możesz już iść.  
— Na to wygląda, ale skoro już tu jestem, to nigdzie się nie wybieram. Zawiozę cię do domu.
Prychnęłam cicho pod nosem.  
— Naprawdę, nie trzeba. Poradzę sobie sama.  
— Naprawdę? Z tą nogą? — Matt skrzyżował ręce na piersi, wbijając we mnie wzrok.
Zacisnęłam zęby, wściekła. Owszem, z nogą w gipsie nie było to najłatwiejsze. Nie pomagał też fakt, że poruszałam się tylko rowerem, który w dodatku był zgnieciony i pewnie leżał gdzieś na ulicy. Nie chciałam jednak przyjmować od niego pomocy.
— Radziłam sobie bez ciebie przez ostatnie dni, poradzę sobie i teraz — rzuciłam, patrząc na niego ze złością.
— To będziesz sobie radzić dalej, jak tylko zawiozę cię do domu i załatwię ci kule.
— Matt… — Nie miałam siły się z nim kłócić. Było mi słabo. Po raz pierwszy od dawna czułam autentyczny głód. Podparłam się na łokciach. — Daruj sobie. Zadzwonię po kogoś innego. — Czułam się idiotycznie, wykłócając się z nim jak dziecko, ale nie po to się od niego odcinałam, żeby teraz znowu wszedł w moje życie, dowiedział się, gdzie teraz mieszkałam.
— Boisz się być ze mną sama? — Uniósł lekko brwi. — Przecież nie jestem mordercą. Przestań świrować.
— Nie boję się, tylko po prostu nie chcę — syknęłam, a samo powiedzenie tych słów rozdarło mi serce.
— Trudno. Zaciśniesz zęby.
To właśnie zrobiłam, bo byłam wściekła, ale nagle zabrakło mi słów. Opadłam na poduszki i odwróciłam wzrok, bo patrzenie na niego za bardzo bolało. Był… inny. Nie taki, jakim go zapamiętałam. Nie taki, jaki był przy mnie.
Może ta jego nowa wersja była prawdziwą.
— Jak chcesz — wycedziłam, gapiąc się w okno. — Tylko co na to Prue?
— Mam to gdzieś.  
Bałam się, że zaraz się przed nim rozpłaczę. Bardzo chciałam, żeby ten lekarz już wrócił z wypisem. Nie mogłam dłużej być z nim sam na sam. Nagle był dla mnie jak obcy człowiek. Popatrzyłam na kroplówkę, która, choć jej ubywało, wcale nie sprawiała, że czułam się lepiej. Musiałam coś zjeść, ale nie chciałam prosić Matta o cokolwiek.
Spędziliśmy parę lub nawet paręnaście minut w milczeniu, kiedy w końcu wrócił lekarz z wypisem. Podpisałam wszystko, co musiałam, a potem zeszłam z łóżka, by usiąść na wózku. Czułam się cholernie dziwnie, kiedy Matt stanął za moimi plecami i wywiózł mnie ze szpitala aż na parking. Coś zakuło mnie w sercu, gdy zobaczyłam jego samochód. Tyle razy w nim siedziałam i nie tylko… Teraz nagle wejście do niego było ponad moje siły.  
Nie miałam wyjścia. Musiałam mu powiedzieć, gdzie teraz mieszkałam. Podczas jazdy cały czas patrzyłam na okno, pilnując się, by ani razu nie spojrzeć w bok.  
— Masz coś w domu do jedzenia? — zapytał Matt.
— Jechałam właśnie na zakupy, kiedy… — westchnęłam z irytacją, jednocześnie obserwując moją rękę, na której zaczynały tworzyć się pokaźne siniaki. — Ale coś powinno się znaleźć.
— Zrobię ci później zakupy.
— Przestań — syknęłam, odwracając głowę, by jednak na niego spojrzeć. — Nie musisz się mną zajmować. Doceniam, że mnie odwozisz, ale naprawdę nie jestem jakąś sierotą, której trzeba we wszystkim pomagać.
— To ty przestań. Zrobię ci zakupy ten jeden raz, a potem rób co chcesz.
Musiałam znowu odwrócić wzrok, bo nagle zamgliły go łzy. Był tak blisko, na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie tak daleko. Serce pulsowało mi nieznośnym bólem. To już nie był mój Matt. Zachowywał się… jakby już mnie nie kochał.
Jakby nigdy mnie nie kochał.


Prue

Przekraczając próg sklepu, w którym pracował Patrick, czułam się naprawdę okropnie. Nasze relacje mocno się ochłodziły od ostatnich przymiarek Matta. Chyba Patrick miał mi za złe, że wybrałam innego faceta, ale przecież serca nie sługa i nie zrobi tego, czego będę chciała. A czy ja w ogóle chciałam czegoś od tego faceta? Spokoju — to na pewno. Z drugiej strony… dobrze nam się współpracowało. Co prawda, do czasu, ale nie miałam żadnych zastrzeżeń. Patrick był ekspertem i znał się na swojej pracy jak mało kto.  
Ostrożnie zamknęłam za sobą drzwi i podeszłam do lady. Sklep był pusty. Postanowiłam poczekać. Niby mogłam wejść do pomieszczenia na zapleczu, ale przecież nie przyszłam tutaj na pogaduszki, tylko w interesach. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa, bo nie miałam dobrych informacji. Zamierzałam zakończyć karierę. Cat zrobiła to za mnie, ale dopiero usunięcie mojej strony… Przygryzłam wargę, bo bardzo mocno to przeżyłam. Kilka lat ciężkiej pracy zniknęło w ciągu kilku sekund. Denise… Och, Denise była przeszczęśliwa, gdy do niej przyszłam. Na twarzy miała zadziorny uśmieszek i tylko czekała, aż zasypię ją dodatkowymi informacjami. Powiedziałam, że to nieporozumienie, ale ona i tak wiedziała swoje. Nie chciałam tracić czasu na tłumaczenia. Inne kontakty biznesowe zakończyłam telefonicznie.  
Moje odejście było głośne. Pragnęłam zrobić to po cichu, ale komentarz Cat wywołał prawdziwą burzę. Owszem, kilka klientek próbowało stanąć w mojej obronie, ale ostatecznie skapitulowały, zagłuszone przez wyzwiska innych.  
— Prue?
Podniosłam wzrok na Patricka i posłałam mu wymuszony uśmiech.  
— Cześć.
— Blado wyglądasz.
— To nic takiego. — Machnęłam niedbale dłonią i wzięłam głęboki wdech. — Przyszłam tutaj, bo…
— Rezygnujesz, prawda? — przerwał mi Patrick. Widząc moją zaskoczoną minę, szybko dodał: — Tak, słyszałem. — Uśmiechnął się cierpko. — Ciężko było nie słyszeć. Wszyscy o tym mówią. A organizatorki, które przejęły zlecenia po tobie, no cóż… Nie wypowiadały się zbyt miło.  
— To już nie ma znaczenia. Skończyłam z tym.  
— Skończyłaś, bo zostałaś zmuszona.
— Patrick…— Urwałam, bo złapał mnie za dłoń i mocno ścisnął.  
— Jesteście razem?
Zamrugałam.  
— Słucham? — podniosłam głos.
Patrick wyglądał na niewzruszonego moim nagłym wybuchem.
— Pytam, czy jesteście razem.
Opuściłam ramiona.  
— Nie — szepnęłam, nagle tracąc ochotę na kłótnię.  
— Nie chcesz o tym pogadać?
— Z tobą? Naprawdę? — zadrwiłam.  
Patrick cofnął dłoń. Widziałam, że go zraniłam, więc złapałam go za nadgarstek.  
— Przepraszam, nie chciałam.  
Nie wyglądał na przekonanego.  
— Jestem… rozdrażniona. Ta cała sytuacja jest dla mnie bardzo stresująca. Straciłam pracę, która… — Zamrugałam, żeby odgonić łzy. — Przepraszam.  
Uśmiechnął się niewyraźne.  
— Chodź ze mną na kawę. Porozmawiamy. Z pewnością zrobi ci się lżej, a ja… — Przeczesał dłonią włosy. — Spróbuję trochę złagodzić atak na ciebie.  
Zszokowana, otworzyłam szerzej oczy.  
— Złagodzić atak?
— Nie jesteś winna, przynajmniej nie w stu procentach. To Cole tu zawinił. Owinął cię sobie wokół palca. — Posłał mi pokrzepiający uśmiech. — Wybacz, ale nie czuję, żebyś była jedyna.  
Odsunęłam się gwałtownie od lady, bo poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie prosto w twarz. Nie wierzyłam Patrickowi. Matt taki nie był. Kochał Cat. Liczyłam, że i do mnie żywił jakiekolwiek uczucia, ale to chyba była tylko i wyłącznie moja nadinterpretacja. Wciąż pamiętałam jego nienawistne spojrzenia, które rzucał mi tamtego ranka. Gdyby coś do mnie czuł, tamta noc…
— Muszę już iść — mruknęłam pospiesznie, cofając się w stronę drzwi.
— Prue!
Zatrzymałam się na chwilę.  
— Chociaż raz w życiu… pójdziesz ze mną na kawę?  
Wahałam się, bo przecież nie zamierzałam mu robić żadnych nadziei. Ostatecznie pokiwałam głową. Twarz Patricka rozświetlił dziwny uśmiech. Już chciałam się wykręcić, ale mnie ubiegł:
— To tylko kawa, Prue. Nie zamierzam próbować cię poderwać.  
Jego oczy mówiły coś innego, jednak uczepiłam się jego słów jak ostatniej deski ratunku. Znajdowałam się w takiej sytuacji, że potrzebowałam sprzymierzeńców. Moja kariera została zniszczona. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, jak zacznę być wytykana palcami. Nie mogłam przed tym uciec, ale przynajmniej nie musiałam przeżywać tego sama.  


Matthew

Prawie dostałem zawału, kiedy zadzwonili do mnie ze szpitala. Głupi telefon wywołał falę bolesnych wspomnień, ale nie zastanawiałem się ani sekundy. Wskoczyłem do auta i pojechałem. Gdy ją zobaczyłem, z trudem powstrzymałem się od wzięcia jej w ramiona i pocałowania. Tak bardzo za nią tęskniłem i tak bardzo chciałem ją zobaczyć. Nie mogłem jej dotknąć, chociaż była tak blisko.  
Nie widzieliśmy się trzy tygodnie, a ona od razu mnie zaatakowała. Jeśli myślała, że znowu padnę na kolana i będę błagał, żeby do mnie wróciła, to się myliła. Miałem dość takiego traktowania, nie byliśmy już razem, więc mogłem jej pokazać, jak to miło, gdy traktuję ją tak, jak ona mnie. Oczywiście mogłem stamtąd wyjść, zostawić ją, niech sobie dzwoni do kogo chciała, ale nie mogłem. Chciałem przy niej być, chociaż chwilę.  
Kiedy podjechaliśmy pod jej nowe mieszkanie, miałem zamiar pomóc jej wysiąść, ale nie pozwoliła mi na to. Nie żebym się tego nie spodziewał, ale nie chciałem, żeby noga bolała ją bardziej niż to konieczne. Nawet nie poczekała, aż zamknę drzwi od jej strony, tylko od razu pokuśtykała w stronę budynku. Dogoniłem ją już w środku, gdzie przywitała nas informacja, że winda jest zepsuta. Cat już ładowała się na schody, ale złapałem ją za ramię.  
— Co ty wyprawiasz? — zapytałem może trochę za ostro.
— Co ty wyprawiasz? — syknęła, usiłując się wyrwać. — Nie dotykaj mnie…
— Chcesz sobie złamać drugą nogę? Albo rękę? Albo cała się połamać?  
— To już nie twoje zmartwienie.
— Na którym piętrze mieszkasz?
— Na trzecim — mruknęła niechętnie. — Ale…
Zanim zdążyła zaprotestować, porwałem ją na ręce, jak Pannę Młodą, którą miała być i zacząłem wchodzić po schodach. Była przeraźliwie lekka i nie sądziłem, że zaboli mnie to tak bardzo.
— Puść mnie! — jęknęła, usiłując się szamotać, ale bez przekonania.  
— Przestań. Chcesz, żebyśmy oboje spadli?  
Westchnęła z irytacją, ale przestała się ruszać, jedynie odwróciła wzrok, jakby chciała patrzeć wszędzie, byle nie na mnie. Trzecie piętro wydawało się zbyt nisko. Miałem okazję tulić ją do siebie, ale wydawało się to zbyt krótko. Mimo że szedłem powoli, zbyt szybko dotarliśmy na miejsce. Z niechęcią postawiłem ją z powrotem na ziemi.  
— Dziękuję — mruknęła, usiłując złapać równowagę. W końcu podparła się o framugę drzwi i wyciągnęła z torebki klucze od mieszkania, które po chwili wcisnęła w zamek. — Teraz już sobie poradzę. I zmienię mój kontakt alarmowy, żeby już nie zawracali ci głowy, w razie gdybym miała jeszcze kiedyś wylądować w szpitalu.
Najlepiej, gdyby nigdy nie musiała już tam lądować. Nie dałem po sobie poznać, że mnie to zabolało.  
— Wrócę niedługo z zakupami i kulami — powiedziałem tylko i zbiegłem po schodach do samochodu.
Zanim ruszyłem, siedziałem chwilę w aucie, próbując się ogarnąć. Miałem ją tak blisko i nic nie mogłem z tym zrobić. Nic. Uderzyłem pięściami w kierownicę. Ta bezsilność mnie dobijała, a wściekłość kumulowała się we mnie coraz bardziej. Ale przynajmniej wiedziałem już, gdzie mieszka. Zawsze to jakiś plus.  
Zrobiłem większe zakupy, bo nie miałem pojęcia, co Cat miała w domu. Nie miałem z tym większego problemu. Wiedziałem, co lubi, a czego nie. Kupiłem też jej ulubione krówkowe lody, które rzadko jadła, bo niby kaloryczne. Dorzuciłem jeszcze czekoladę i kilka innych rzeczy, które bardzo lubiła, ale pozwalała sobie na nie tylko od czasu do czasu. Później pojechałem po kule. Kiedy stanąłem pod drzwiami jej mieszkania, serce waliło mi jak oszalałe. Znowu ją zobaczę. Zapukałem i czekałem, aż dokuśtyka do drzwi.
— Nie musiałeś — mruknęła, gdy otworzyła. Oczy lekko jej się rozszerzyły, gdy zobaczyła wypchaną torbę na zakupy.
— Wpuścisz mnie? Czy zamierzasz tą siatkę w zębach nieść do kuchni?  
Zacisnęła zęby, ale już nic nie odpowiedziała, tylko przesunęła się, bym mógł wejść. Nie chciałem dla niej taki być. Chciałem tylko wziąć ją w ramiona i już nigdy nie puścić. Ale musiałem się bronić, skoro ciągle mnie atakowała. Zaniosłem zakupy do kuchni, po czym wręczyłem jej kule.  
— Trzeba je dostosować do twojego wzrostu.
— Ile jestem ci winna? — zapytała cicho, podnosząc na mnie wzrok.
— No chyba sobie żartujesz. Pokaż te kule, pomogę ci je wyregulować.  
Już nic nie odpowiedziała, jedynie wstała z krzesła, na którym siedziała i pozwoliła, żebym jej pomógł.  
— Zobacz teraz. Nie za nisko?
Była tak blisko, a ja nie mogłem nic zrobić. Tak bardzo chciałem ją pocałować i powiedzieć, jak bardzo ją kocham. Jak bardzo mi jej brakuje.  
— Nie. Jest idealnie — odparła cicho. Była okropnie blada. — Dziękuję.  
— Dobrze się czujesz? — Nie mogłem już ukryć troski w moim głosie. — Może się położysz? Jesteś strasznie blada.  
— Nic mi nie jest. — Potrząsnęła głową i spojrzała na mnie. Przez chwilę nic nie mówiła. Z jej oczu zniknęła wrogość. Wyglądała, jakby czuła to samo, co ja i też powstrzymywała się od wypowiedzenia pewnych słów. — Jeszcze raz dziękuję — dodała po chwili. — Nie musiałeś… nie musiałeś w ogóle przyjeżdżać.
Ale chciałem. Tak bardzo chciałem cię zobaczyć. Tak bardzo się martwiłem.
— Wiem. — Patrzyłem na nią jeszcze chwilę, próbując zebrać się do wyjścia. — Kupiłem ci lody krówkowe, trzeba je wsadzić do zamrażarki zanim się roztopią. Poradzisz sobie?  
— Tak — powiedziała cicho, odsuwając się ode mnie niezdarnie.
— Nie będę ci dłużej przeszkadzał. — Ruszyłem do drzwi, ale zatrzymałem się tuż przed nimi. — Gdybyś czegoś potrzebowała…  
— Poradzę sobie — powtórzyła po raz kolejny, ale jej głos lekko się załamał. — Nie będę zawracać ci głowy.
Patrzyłem na nią i serce mi pękało. Nie chciałem wychodzić. Nie wiedziałem, kiedy znowu ją zobaczę. Ale musiałem wyjść, zanim zrobiłbym coś nieodpowiedniego.  
— Znasz mój numer — rzuciłem tylko i wyszedłem.
Było mi tak źle. Było gorzej niż się spodziewałem. Gorzej niż sobie wyobrażałem, bo przecież kiedyś na pewno byśmy na siebie wpadli. Miałem ochotę się upić. Znowu. Ale nie mogłem tego zrobić, bo Mel by mnie zabiła. Bo alkohol i tak nie pomagał. Bo miałem się wziąć w garść. Bo miałem walczyć. Jednak nikt mi nie powiedział, że to będzie takie trudne i takie bolesne.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 3728 słów i 20880 znaków.

1 komentarz

 
  • Gazda

    :bravo: