Ogniste Serce. Rozdział 4.

Ogniste Serce. Rozdział 4.Uczestniczyłam w wielu warsztatach i kursach malarskich. Wiele godzin poświęciłam na studiowanie aktów, nagie ciało nie kryło dla mnie tajemnic. Mimo to poczułam jak największy rumieniec w życiu wypływa, na moją twarz. Było widać jak wiele włożył wysiłku w wyrzeźbienie perfekcyjnej muskulatury. Jednak to nie ona przyciągnęła moja uwagę.  

Zafascynowana dotknęłam gorącej skóry. Granatowy smok ułożył głowę na lewej piersi, smukły tułów i złożone skrzydła na plecach, oplótł nosiciela w pasie. Tatuaż wyglądał realistycznie. Zupełnie jakby stwór miał za chwilę rozwinąć błoniaste skrzydła, machnąć ciężkim ogonem i triumfalnie rycząc powalić każdego przeciwnika, który stanie mu na drodze. Wodziłam palcami po krawędziach tatuażu, nie mogąc się nadziwić jak płynnie wyłania się ze skóry. Tatuażysta musiał być prawdziwym mistrzem w swoim fachu.  

- Chodź tu do mnie – Arian pociągnął mnie sadzając sobie na kolanach.  

- Wiesz, że moja wytrzymałość ma swoje granice – Wymruczał mi do ucha. Sukienka podwinęła się odsłaniając nagie uda. Jego dłonie coraz śmielej wkradały się pod materiał. W ślad za nimi podążał ogień, rozlewający się po skórze i kumulujący w podbrzuszu. Z moich ust wyrywał się niekontrowany jęk. Poruszyłam się czując uwierającą w pośladki nabrzmiałą męskość.  

- Tylko na chwilę? - Spojrzałam ma prowokująco w oczy. Czerń zupełnie znikła zatopiona złotem. To spojrzenie prześladowało mnie w snach.  

- Nie wierć się tak. – Jęknął, nagle przytomniejąc. – Prawdziwa wiedźma z Ciebie. – Poczułam autentyczny żal, gdy się odsunął by sięgnąć po porzuconą koszulkę.  

- Jak ja teraz pokaże się wśród ludzi? - Wskazał na znaczne wybrzuszenie w spodniach.  

- Jakby nie patrzeć to raczej twoja wina? – Uśmiechnęłam się niewinnie. Pochylił się i na moment przywarł swoimi ustami do moich w imitacji pocałunku. To nie było pożegnanie, a obietnica spełnienia wszystkich nienazwanych pragnień, które gromadzą się każdego dnia i zalegają w sercu dając bolesną świadomością niespełnienia.  

- Wiedźma.  – Powtórzył. Wybiegł jakby goniły go wszystkie moje smoki i znów zostawił mnie z ogniem, którego nie sposób ugasić.  


***  

W skupieniu prowadziłam linie, ale ta wciąż nie układała wedle mojego zamysłu. Sfrustrowana zmięłam arkusz papieru i wrzuciłam do kosza, gdzie dołączył do kilkunastu sobie podobnych. Spojrzałam na trzymany w dłoni ołówek. Odkąd tylko pamiętam stanowił naturalne przedłużenie dłoni. Gdy w głowie pojawiała mi się jakaś wizja, już pierwsze kreski dawały wierny zarys. Zamknęłam oczy. Na ekran powiek przywołałam wspomnienie tatuażu Ariana, mogłam odtworzyć każdą krzywiznę, nasycenie barwy, każdy najdrobniejszy szczegół. Jednak po raz pierwszy w życiu nie umiałam przelać tego na papier.  

Pod stertą papierów rozdzwonił się telefon. Odkopałam go i skrzywiłam się widząc nieznany numer. Odebrałam gotowa rozłączyć się, jeśli to kolejny telemarketer z propozycją kredytu lub ofertą garnków.  

- Klara Brawn? – Zapytał kobiecy głos.  

- Tak, zgadza się.  

- Dzwonię z galerii sztuki Imaginacja. Jakiś czas temu zostawiła pani u nas portfolio. Zamykamy obecną wystawę i szukamy nowych twarzy. Czy nadal jest pani zainteresowana współpracą?  

- Oczywiście. - Z trudem opanowałam euforię w głosie.  

- Świetnie. Kiedy mogłaby pani do nas zajrzeć?  

- Choćby dziś. – Odpowiedziałam szybko, wciąż nie wierząc w to co słyszę.  

***  

Galeria mieściła się w starej fabryce, kilka przecznic od mojego mieszkania. Praktycznie cały front ceglastego trzypiętrowego budynku zastąpiono ścianą zbudowaną ze szkła, na której rozsypano metalowe litery składające się na słowo imaginacja. Całość sprawiała wrażenie dwóch zrośniętych ze sobą budynków, intrygującej hybrydy nowoczesności i zabytku. Zacisnęłam drżące dłonie, zdecydowanie weszłam do środka.  

Na otwartej przestrzeni poprzecinanej jedynie topornymi kolumnami stały rzeźby w większości wykonane z metalu lub drewna. Niektóre zachwycały realizmem i detalami, inne zaskakiwały połączeniem kształtów i fakturą. Przedstawiały nieoczywiste wizje twórcy, zmuszały do interpretacji.  

Wspięłam się po odkrytych schodach na drugie piętro. Pierwsze zajmowały sale wystawowe dla obrazów. Tutaj przestrzeń podzielono na kilka pomieszczeń gospodarczych i biurowych. Skierowałam się do małego gabinetu na końcu korytarza i zapukałam w otwarte drzwi. Na surowych, nieotynkowanych ścianach wisiały czarnobiałe fotografie przedstawiające rozbryzgujące się krople wody. Za biurkiem o szklanym blacie i nogach z kutego metalu siedziała kobieta. Włosy do ramion ufarbowała na siwy kolor płynnie przechodzący w fiolet. Spojrzała na mnie przez kocie okulary w czarnej oprawie i zaprosiła do środka.  

- Nazywam się Amanda Foster. - Przedstawiła się.  

- Bardzo mi miło, że to właśnie do mnie Pani zadzwoniła. Z pewnością było wielu kandydatów.  

- Mówmy sobie po imieniu. - Rozciągnęła w uśmiechu zielone usta. - Rzeczywiście miałaś sporą konkurencję. Postanowiliśmy zainwestować w świeże spojrzenie, a twoje portfolio jest naprawdę dobre, zwłaszcza grafiki ze smokami.  

- Sądziłam, że chodzi o portrety z pogranicza kubizmu i surrealizmu, o ile pamiętam do portfolio dołączyłam tylko kilka smoków.  

- Ostatnimi czasy sztuka stała się powtarzalna, zachłysnęliśmy się abstrakcją i swobodą formy. Daliśmy oprawić się w ramy awangardy. Twoje smoki odbiegają od tych wartości, niosą ze sobą jakiś pierwiastek baśni, magii i tajemnicy. Więc jest ich więcej?  

- Tak, szkice w węglu i ołówku, tusz i akwarele. Jakieś czterdzieści prac. - Podałam jej pendrive ze skanami. Podłączyła go do gniazda komputera i z uwagą zaczęła przeglądać pliki.  

- Te smoki są dla mnie ważne. – Zawahałam się - Nie wiem, czy jestem gotowa pokazać je światu.  

- I właśnie dlatego są wyjątkowe, oddałaś im część siebie. Przemyśl to dobrze. Sala cieni może być twoja, a taka okazja może się powtórzyć.  

- Sala cieni? - Zapytałam doskonale wiedząc, że to najbardziej prestiżowa sala w całej galerii. Amanda pokiwała głową, widząc moje wahanie.  

- Zgadzam się.  

- Wiedziałam, że to Cię przekona. Mamy miejsce tylko na dwadzieścia obiektów. – Odwróciła monitor w moją stronę. - Musimy wybrać.  

Przez niemal godzinę toczyłyśmy dyskusję. Ostatecznie na wystawę miało trafić sześć smoków, które były już w portfolio. Dwa narysowane białym węglem - prosty smoczy portret oraz scenka w jaskini, gdzie smok śpi w swym legowisku. Wszystkie sześć przedstawiających dynamiczne sceny walki. Smoki związane z konkretnymi żywiołami - tańczący w ogniu, smok lodowy tworzący gorę lodową, smok kamienny miażdżący skałę oraz smok lecący pośród burz. Ostatnie dwa miejsca przypadły dla smoka, który triumfalnie ryczał stojąc na hałdzie złota i klejnotów oraz dla smoka pożerającego bezbronnego rycerz, który próbował dostać się wieży majaczącej w tle.  

- W tym tygodniu musisz przywieź wszystkie obrazy. Od przyszłego zaczniemy organizowanie wystawy. Dam ci plan stanowisk, zastanów się, gdzie powiesić, którego smoka. I musimy jeszcze podpisać umowę, to zwykła formalność. - Wręczyła mi dokumenty. Dokładnie przeczytałam, każdy z punktów. Żaden nie budził moich wątpliwości, więc złożyłam szybki podpis.  

Wyszłam z galerii, ściskając w objęciach teczkę, stanowiącą twardy dowód rzeczowy na ten niespodziewany uśmiech losu. Świat wydał się żywszy, słońce świeciło jaśniej, wiatr łaskotał skórę twarzy. Nagle gdzieś na granicy pola widzenia błysnął jakiś ruch. Spojrzałam w jego kierunku, ale nic nie przykuło mojej uwagi. Wydawało mi się, pomyślałam odruchowo. Jednak gdzieś tam pojawił się niepokój, podszyty świadomością, że to nie pierwsze takie przewidzenie.  

***  

Zasapana wpadłam do salonu.  

- Przepraszam za spóźnienie.  

- Pierwszy raz ci się to zdarzyło, więc wybaczam. - Dagmara wyszczerzyła zęby w uśmiechu, sama spóźniała się niemal codziennie.  

- Nie uwierzysz, mam wystawę w Imaginacji!  

- Kochana gratuluję! - Daga rzuciła mi się na szyję. - Zasłużyłaś, jak mało kto.  

- Dzięki. Jeszcze do końca w to nie uwierzyłam. - Zamachałam teczką z umową. - Przesłałam portfolio, ale nie miała większych nadziei, aż tu nagle dziś dostałam telefon.  

- Musimy to oblać!  

- Zapomnij! Ostatni raz, kiedy wyciągnęłaś mnie do klubu odwoziłam cię do domu na wpółprzytomną.  

- Będziesz mi to wypominać do końca życia. - Przewróciła oczami.  

- Poza tym wiesz, że nie trawię takich miejsc. - Wytknęłam.  

- Wiem, ale nie zaszkodziło spróbować. Nikt nie odstawia do ciepłego łóżeczka tak jak ty.  

- Jesteś niemożliwa. - Wymierzyłam jej kuksańca.  

- A jak tam Arian? - Zapytała cicho, gdy pojawiła się klientka.  

- Tylko mnie odprowadził. - Wzruszyłam ramionami, czując jak rumieniec wypełza na policzki.  

- Tylko? - Uniosła brwi.  

- Spieszył się. W nocy miał samolot, wyjechał na kilka dni.  

-  Wyjechał? Szkoda przyjemnie było oglądać jak sam John Unfire w naszym salonie rzuca się na moją najlepszą przyjaciółkę. - Rozmarzyła się.  
- Ciszej wariatko! – Syknęłam. Rozejrzałam się, klientka pochylająca nad jedną z gablot wydawała sią nie zwracać na nas uwagi. - Lepiej pomyśl jak jutro mam zataszczyć te wszystkie obrazy do galerii.  
- Martin na pewno ci nie odmówi.  

- Ty też nie, a na dwa samochody pójdzie szybciej. – Roześmiałam się widząc jej minę. Swoje nowe clio traktowała jak kruchą porcelanową zabawkę.  
- Przepraszam, chciałabym zobaczyć te złote kolczyki z perłami. - Podeszła do nas klientka.  

- Osobiście zapiszę cię na prawko. -  Daga mruknęła pod nosem, chwyciła klucze i podeszła do gabloty.  

Spojrzałam na telefon, który zagwizdał sygnałem nowej wiadomości.  

Arian: Smoki wyfrunęły?  

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Czy ta wystawa tu tylko okrutny żart? Jego żart?  

Ja: Co masz na myśli?  

Arian: Nie możesz wracać przez park sama! Bez nich!  

Nie, to nie możliwe, pokręciłam głową. Arian nie ma nic wspólnego z Imaginacją. Poza tym, nie dałam mu swojego numeru.  

Ja: Skąd masz mój numer!?  

Nie odpisał, a ja w wyobraźni zobaczyłam jego krzywy uśmieszek.  

***  

Ogarnęłam z twarzy luźne włosy i z uznaniem spojrzałam na wszystkie zabezpieczone płótna. Większość z nich po prostu wyciągnęłam z pracowni, ale kilka musiałam zdjąć ze ściany. Puste miejsca sprawiły, że salon stał się obcy, zimny i martwy.  

- Otwarte! - Zawołałam, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.  

- Sporo tego. -  Pożaliła się Daga, krytycznie oceniając stos pakunków.  

- Nie marudź, szybko pójdzie. - Zgasił ją Martin, pojawiając się za jej plecami.  

- Gratuluję! - Uściskał mnie mocno, podnosząc do góry.  

- Puszczaj, bo mnie udusisz! - Zaśmiałam się, wyplątując z jego ramion. Miał na sobie różowe spodnie i hawajską koszulę w tym samym odcieniu.  

- Ty i ten twój róż!  

- Ty i ta twoja czerń! - Mrugnął przedrzeźniając mnie i chwycił za pierwszą paczkę.  

Mieszkałam na pierwszym piętrze. Przez dobre pół godziny znosiliśmy obrazy do samochodów w akompaniamencie ostrzegawczych okrzyków. Ja martwiłam się o płótna, Daga o swoje wychuchane autko, a Martin co chwila zanosił się śmiechem.  Cudem udało nam się zmieścić wszystko za pierwszym razem.  

- Pamiętasz o dzisiejszych imieninach ciotki? - Spytała oskarżycielsko Daga, gdy byliśmy już prawie na miejscu.  

- Yyy... Tak pamiętam... dziś o … siedemnastej. – Pamiętałam, ale na śmierć zapomniałam, że to akurat w dziś w sobotę, a nie w niedziele.  

- Bez ciebie nie idę. Sama nie będę wysłuchiwała opowieści o duchach.  

- Nie zostawię Cię na ich pastwę. – Zaśmiałam się - Będę na pewno, spotkamy się na miejscu. Ok?  

- Stoi! – Zaparkowała tuż obok Martina, przed bryłą Imaginacji. Amanda pomogła nam wnieść smoczy towar, więc poszło znacznie szybciej. Gdy ostatnia paczka zniknęła z samochodu, Martin wymówił się planowaną randką, a Daga wizytą u kosmetyczki.  

Sala cieni w pełnym świetle nie wyglądała zbyt imponująco. Wielokrotnie załamane ściany tworzyły liczne wnęki i wypustki. Pomalowano je czarną, matową farbą. Sprawiały wrażenie zwyczajnie brudnych. Z otworów wystawały pęki kabli i świateł led, które służyły do podświetlania prezentowanych dzieł. Z wysokiego sufitu, sięgającego trzeciego piętra, zwisały olbrzymie żarówki o regulowanej mocy, osłonięte metalowymi kloszami. Tuż nad ich poziomem ściany się urywały i przechodziły w balkon otaczający całą sale, z którego można było obserwować przebieg wystawy. Prowadziły na niego schody ukryte w załomie jednej ze ścian.  

Na zegarek spojrzałam dopiero gdy wróciłam do domu. Zmełłam w ustach przekleństwo, byłam spóźniona, cholernie spóźniona. Wyciągałam z szafy ciemnofioletową sukienkę z fakturowanego materiału, warkocz upięłam w koronę wokół głowę, suche usta pociągnęłam błyszczykiem. W między czasie Daga przysłała wiadomość.  

Dagmara: Jeśli nie przyjdziesz, własnoręcznie Cię uduszę!  

Ja: Nie panikuj. BĘDĘ.  

Wybiegłam chwytając torebkę i przygotowany prezent.

2 komentarze

 
  • Helen57

    Bardzo ciekawe ........................co będzie dalej !

  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.